Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. J. Leigh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. J. Leigh. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 stycznia 2016

Gadatliwi gniewni

Nienawistna ósemka (The Hateful Eight)
USA 2015
reż. Quentin Tarantino
gatunek: western

Od kilku miesięcy szeroko zapowiadany ósmy film Quentina Tarantino był właśnie tym filmem, na który czekałem najbardziej. Katowałem zwiastuny, które były jednymi z najlepiej zrobionymi trailerami ostatnich lat, przez których oglądanie jeszcze bardziej zwiększałem swoje oczekiwanie na film, słuchałem piosenek wykorzystywanych w tychże zwiastunach (polecam Hold on, I'm coming w wykonaniu Welshly Arms). Oczekiwania były więc względem tej produkcji bardzo wygórowane. I wreszcie nastał dzień premiery, gdy mogłem pognać do kina. 


Bezdroża stanu Wyoming w kilka lat po Wojnie Secesyjnej. Łowca nagród, major Warren (Samuel L. Jackson) zatrzymuje pędzący do miasta Red Rock dyliżans kierowany przez O.B. Jacksona (James Parks). Pasażer tegoż dyliżansu, John Ruth zwany Szubienicą (Kurt Russell) transportujący do miasteczka złapaną przestępczynię Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh) zgadza się go podwieźć do miasta. Chwilę później dołącza do nich podający się za nowego szeryfa Red Rock Chris Mannix (Walton Goggins). Z racji zbliżającej się zawiei śnieżnej mężczyźni postanawiają przeczekać kilka dni w znajdującej się na drodze do miasta Pasmanterii Minnie. Tam zamiast właścicielki zastają Meksykanina Boba (Demián Bichir), kata Oswalda Mobreya (Tim Roth), tajemniczego kowboja (Michael Madsen) oraz starego oficera wojsk konfederacji (Bruce Dern). Szybko staje się jasne, że nie wszyscy będą mogli wyjść z pasmanterii żywi. 


Dostajemy film typowy dla Tarantino, tyle że w skali ultra. Wszystkiego jest tu więcej i dobitniej. Mamy więc trzygodzinny film, którego pierwsze części (film jest podzielony na 6 nierównych części) są niemiłosiernie przegadane, zaś druga połowa filmu to oprócz gadania typowo tarantinowskie sceny z pogranicza gore. Do tego mamy świetny, jak zawsze u autora soundtrack, w którym znajduje się miejsce zarówno dla White Stripes i Jacka White'a ale też dla świetnego Ennio Morricone nominowanego słusznie za film do Oscara (w samym filmie nie pojawia się zbyt często, choć dość długa czołówka z majestatyczną muzyką Włocha wbija w fotel, cały geniusz twórcy wychodzi słuchając muzyki z filmu, którą można legalnie odsłuchać choćby na Spotify). 
W poprzednich dwóch filmach reżysera wystąpiło kilku sławnych i kasowych aktorów (Brad Pitt w Bękartach wojny, Jamie Foxx czy Leonardo DiCaprio w Django), którzy swymi nazwiskami na pewno zrobili lepszy wynik napędzając ludzi do kina, tutaj zaś mamy do czynienia z aktorami tarantinowskimi oraz takimi, których magia nazwiska przygasła. Jednak aktorsko jest to film zagrany co najmniej bardzo dobrze. Ciężko doczepić się do kogokolwiek personalnie (może do pojawiającego się w kilku scenach Channinga Tatuma). Świetnie wypada jak zawsze Jackson (chciałbym posłuchać audiobooka czytanego przez niego), Russell, w życiowej formie jest Leigh, do tego bardzo przekonujący Roth i Goggins oraz co ważne ciekawa rola Derna. Klasa.
Wielu ludzi może zniechęcić metraż i przegadanie jednak jak dla mnie sam film byłby jeszcze lepszy gdyby odjąć scen strzelanin i krwi, jakie lubi nam serwować zawsze reżyser. Nie ma tu według mnie ani grama dialogów o niczym (co zdarzało mu się wcześniej). Do tego wrażenie robi scenografia i charakteryzacja. Wszystko praktycznie dzieje się w dwóch miejscach (dyliżans i chata) jednak jak to zostało zrealizowane! Duża zasługa też w tym nominowanego do Oscara autora zdjęć, który pokazał nam trzygodzinną pogadankę w zamkniętej scenerii w sposób genialny. I to na taśmie 70 mm, która odeszła do lamusa w czasach lądowania na księżycu. 
Znalazłyby się słabe strony filmu, zakończenie mogłoby być moim zdaniem inne, tak samo jak i część intrygi jednak ciężko mi powiedzieć, że coś w tym filmie jest faktycznie złe. Dostajemy kawał naprawdę mocnego filmu, który warto a nawet trzeba obejrzeć. Najlepiej na wielkim ekranie, bo telewizor czy nie daj boże ekran laptopa nie odda siły tej produkcji.




sobota, 28 lutego 2015

Mechaniczna bezsenność

Mechanik (El Maquinista)
Hiszpania 2004
reż. Brad Anderson
gatunek: thriller
zdjęcia: Xavi Giménez
muzyka: Roque Baños

Kojarzycie takie filmy jak Drabina Jakubowa, Memento czy Zagubioną autostradę? Jeśli znacie i lubicie wymienione właśnie filmy to opisywana właśnie produkcja swym klimatem i zawiłą fabułą wpisująca się w schemat powyższych dzieł powinna być pozycją, którą też polubicie.


Głównym bohaterem jest tu Trevor Reznik (świetny późniejszy Batman, Christian Bale), który (tu zaskoczenie) pracuje jako tytułowy mechanik w wielkim zakładzie produkcyjnym. Wychudzony i nie potrafiący od około roku zaznać choć odrobiny snu skupia swoje życie na kilku czynnościach snując się niczym szkielet między zakładem pracy, stałymi wizytami u zaprzyjaźnionej prostytutki (Jennifer Jason Leigh) oraz nocnym przesiadywaniem w znajdującej się na terenie lotniska kawiarni tocząc rozmowy z tamtejszą kelnerką Marią (Aitana Sánchez-Gijón). Życie Trevora odmienia pojawienie się w zakładzie pracy groźnie wyglądającego, tajemniczego Ivana (John Sharian), który jak się później okazuje nie figuruje na liście płac tegoż zakładu.


Formalnie mamy do czynienia z produkcją hiszpańską, jednak jest ona bardzo niecodzienna. Reżyserem jest Amerykanin, większość z aktorów także jest anglojęzycznych, sam film nagrywany był po angielsku, a akcja dzieje się w Los Angeles. Co ciekawe Los Angeles zostało tutaj zagrane przez hiszpańską Barcelonę. Aby tego dokonać trzeba było wybrać odpowiednie miejsca przypominające oryginalne miasto, dostarczyć na plan amerykańskie papierosy, napoje etc oraz odpowiednio pozmieniać oznaczenia ulic czy tablice rejestracyjne samochodów. Żmudna i czasochłonna praca. 
Na uwagę zasługuje metamorfoza głównego bohatera. Bale schudł do roli z 82 do 55 kilo jedząc przez długi czas puszkę tuńczyka i jedno jabłko na dzień. Celem aktora było dobicie do 45 kilo, jednak lekarze nie pozwolili mu na aż tak drastyczną utratę wagi. Mimo tego widoczne na ekranie 55 kilo robi swoje, dostajemy obraz człowieka składającego się ze skóry i kości - tak musi wyglądać osoba cierpiąca na chroniczną bezsenność! 
Film jest bardzo tajemniczy, autorzy zarzucają widza fałszywymi tropami w taki sposób, że oglądając jesteśmy skołowani na równi z głównym bohaterem. Trevorowi rzeczywistość zlewa się z urojeniami i nie wie sam co jest jeszcze prawdziwe, a co już nie i takie samo wrażenie ma także widz. Świetny, trzymający stale w niepokoju zabieg. Fantastyczny klimat produkcji dopełnia tutaj wyśmienita muzyka dopasowana do filmu niemal idealnie. 
Reasumując dostajemy ciężki, mocny film, w którym trzeba być uważnym w każdej chwili, zwracać uwagę na pojedyncze detale nie mając pewności, czy to co widzimy jest prawdą czy tylko chorą wyobraźnią Trevora. Trzeba w skupieniu oglądać te trochę ponad półtorej godziny, aby zrozumieć wszystko to co chcieli widzowi przekazać autorzy. A sens wszystkiego poznamy i tak dopiero chwilę przed napisami końcowymi. 
Naprawdę warto!