Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

Ciężki dzień

Moo-deom-kka-ji gan-da
Korea Południowa 2014
reż. Seong-hun Kim
gatunek: kryminał, thriller

Chyba każda osoba interesująca się kinem trochę bardziej, niż śledzenie hollywoodzkich superprodukcji trafiła kiedyś na film azjatycki. Wtedy dość prawdopodobne jest natknięcie się na film pochodzący z Korei Południowej. Seans filmu z tego kraju może zakończyć się na dwa sposoby: całkowite odrzucenie kinematografii tego kraju lub rozpoczęcie trudnej miłości lub przynajmniej szorstkiej przyjaźni z tytułami z południowej części Półwyspu Koreańskiego. Sam zaliczyłem się do tej drugiej grupy i wciąż staram się eksplorować te orientalne rejony kina. Z różnym skutkiem lecz z wciąż dużą dawką przyjemności. Bo kino z tego kraju potrafi zaskoczyć jak żadne inne. 


Policyjnego detektywa Geon-soo Go (Seon-gyun Lee) poznajemy w niezbyt szczęśliwych dla niego okolicznościach - mężczyzna zmierza na pogrzeb swojej matki. Jednak śmierć i pochówek rodzicielki to tylko początek jego kłopotów tego dnia - podążając na pogrzeb staje się sprawcą wypadku. Co gorsza niedługo potem ktoś zaczyna go szantażować...


Film Seong-hun Kima tak jak to ma w zwyczaju duża część produkcji południowokoreańskich jest dziełem transgatunkowym, w którym to widoczny jest duży synkretyzm form. Mamy tu częste w Korei połączenie komedii, dramatu, kina akcji i chyba w perspektywie całości najbardziej dominujące elementy kryminału i thrillera. Jeśli ktoś nie lubi mieszania scen śmiesznych, groteskowych z pełnymi napięcia to oznacza, że zdecydowana część popularnego kina z Kraju Spokojnego Poranka jest nie dla niego.
Mnie pechowa historia Geon-soo Go wciągnęła i oglądałem ją z ciekawością starając się ogarnąć i przyswoić wszystkie trudności, których scenarzysta i reżyser w jednym nie szczędzi bohaterowi. Tak jak w podobnych produkcjach z tego kraju trochę nie po drodze było mi z pewnymi przerysowaniami fabularnymi i częściowym brakiem logiki, która gubiła się w zawiłościach fabuły i przerysowanymi scenami akcji. Jednak niestety jest to nieodłączne dobrodziejstwo inwentarza tej kinematografii.
Reżyser Tunelu tworzy kolejne (a właściwie linearnie patrząc ten film jest wcześniejszy) dzieło, które ma równie dużo mocnych stron, co punktów słabszych jednak film wciąga i na pewno jest wart obejrzenia. 


wtorek, 10 kwietnia 2018

Egipt noir

Morderstwo w hotelu Hilton (The Nile Hilton Incident)
Dania, Niemcy, Francja, Szwecja 2017
reż. Tarik Saleh
gatunek: thriller, kryminał
zdjęcia: Pierre Aïm
muzyka: Krister Linder

Odkąd dowiedziałem się o tym filmie chciałem go obejrzeć. Niestety zajęło mi całkiem sporo czasu, aby wreszcie dobrać się do ekranu, na którym wyświetlana była ta dziejąca się w Egipcie koprodukcja (co ciekawe bez udziału Egiptu oraz nawet planu filmowego w tym kraju). Całe szczęście, że film okazał się wart czekania na  seans. 


Egipt chwilę przed rewolucją. Młoda kobieta zostaje znaleziona martwa w egipskiej franczyzie tytułowego hotelu Hilton. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić skorumpowany policjant Noredin (Fares Fares). Wielu osobom byłoby na rękę przekonać go, by ukręcił łeb sprawie...


Przed seansem spodziewałem się obejrzeć film bardziej zbliżony w swej tonacji do kryminału noir. I choć noir w tej produkcji jest bardzo obecny to aspekty gatunkowe należące do stricte kryminałów są tylko ledwie zaznaczone. Wszystko przez to, że w stereotypowym, czystym gatunkowo filmie kryminalnym ważne są pytania kto i dlaczego zabił (lub porwał, szantażował, ukradł etc). W filmie urodzonego w Szwecji Saleha pytania te (i odpowiedzi na nie) schodzą na dalszy plan. Autorzy filmu pokazują pewien upadek moralny i degrengoladę społeczną Egiptu i Egipcjan, która widoczna jest  niemal w każdym elemencie filmu. Przeżarty korupcją system na ekranie zostanie zmieciony przez rewolucję, jednak czy rewolucja ta zmieni upadłe społeczeństwo?
Ciekawi dobrze zagrana przez Faresa Faresa postać śledczego Noredina - jest to swoista reinkarnacja postaci zapoczątkowanej przez Philippa Marlowa, z tym zastrzeżeniem, że przydarzyło mu się urodzić i działać w Egipcie. Z ciekawością zwiedzamy wraz z nim Kair - od pełnych blichtru hoteli i klubów, po slumsy i meliny. Poznajemy z nim inny, ten skrajnie nieturystyczny fragment kraju (nawet jeśli Egipt jest symulowany przez Maroko). Choć nie jest to film idealny, często gubi kryminalne wątki to i tak warto spędzić z nim niespełna dwie godziny trafiając w niezbyt eksploatowane rejony światowego kina. 




środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




sobota, 17 lutego 2018

Pieniądze szczęścia nie dają

Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World)
USA 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller
zdjęcia: Dariusz Wolski

O filmie było głośno zanim jeszcze wszedł on na ekrany kin. Wszystko przez jedną z kilku trwających aktualnie seksafer, które trwają w Hollywood. Mianowicie w pierwotnej wersji filmu Ridleya Scotta jedną z ważniejszych ról zagrał obecnie poddany ostracyzmowi i skończony w Fabryce Snów Kevin Spacey. Jako że Spacey z dnia na dzień stał się enfant terrible środowiska producenci postanowili usunąć go z filmu i powierzyli zagranie jego roli Christopher Plummer. Wszystko to na kilka tygodni przed premierą!


Lata 70. ubiegłego wieku. We Włoszech porwany zostaje John Paul Getty III (Charlie Plummer) - wnuk uznawanego za najbogatszego człowieka świata Johna Paula Getty'ego (Christopher Plummer). Porywacze zwracają się do matki porwanego Gail Harris (Michelle Williams) z żądaniem wielomilionowego okupu. Kobieta zwraca się o pomoc finansową do dziadka porwanego. Jednak miliarder nie jest skłonny wydać na okup choćby centa. Angażuje jednak dawnego agenta do spraw specjalnych, Fletchera Chase'a (Mark Wahlberg)...


Wracając do sprawy Kevina Spacey'a. Nawet jego ewidentne winy, które ostatnio wypłynęły na powierzchnię nie powinny skutkować moim zdaniem deprecjonowaniem jego zasług aktorskich. Facet pozostaje dobrym aktorem i nic tego nie przekreśli. Szkoda więc, że filmowi decydenci przekreślili go nie czekając na żaden wyrok sądu. Jeśli okaże się winny, nawet jeśli trafi do więzienia nie sprawi to, że nie będę chciał oglądać go na ekranie. Co nie zmienia faktu, że do starczej roli naturalnie bardziej pasował aktor-senior, jakim jest Plummer. Który udźwignął dokrętki i wypadł w swej roli bardzo naturalnie i przekonująco. 
Żeby jednak nie pisać tylko o sprawie Spacey'a trzeba choć trochę poświęcić na sam film. Film będący trochę podkoloryzowaną wersją rzeczywistych wydarzeń mających miejsce przed ponad czterdziestu laty. W mojej ocenie Scott nakręcił udany film. Może nie będący jego magnum opus jednak mocno poprawny i wyróżniający się wśród ostatnich filmów tego reżysera. Oprócz angażującej historii, dobrej gry aktorskiej (Plummera, coraz śmielej radzącej sobie Williams, grającego jednego z porywaczy Romaina Durisa a nawet nie kojarzącego mi się z dobrym aktorstwem Wahlberga) film został dobrze nakręcony (czuć w zdjęciach klimat dawnych lat) oraz solidnie zmontowany. Całość uzupełnia naprawdę dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa (ze świetnym kawałkiem Senza di te che farò w równie świetnej scenie). Także choć film zbiera mieszane opinie to sam bardzo dobrze spędziłem na nim czas. Polecam obejrzeć! Choćby dla roli Plummera, którego postać balansuje gdzieś pomiędzy Skneruesem McKwaczem a Ebenezerem Scroogem z kart opowiadania Dickensa.







sobota, 10 lutego 2018

Podróż grozy

Nieznany (El desconocido)
Hiszpania 2015
reż. Dani de la Torre
gatunek: thriller
zdjęcia: Josu Inchaustegui
muzyka: Manuel Riveiro

Luis Tosar jest jednym z moich ulubionych hiszpańskich aktorów. Jako że znanego z między innymi ze Słodkich snów czy 9 mil aktora dawno nie miałem okazję oglądać ucieszyłem się z powodu, że wreszcie ponownie mogę dopisać sobie kolejny obejrzany film z jego udziałem.


Skonfliktowany z żoną bankowiec Carlos (Luis Tosar) postanawia odwieść dzieci do szkoły. W pewnym momencie odbiera telefon. Nieznany rozmówca mówi mu, że w samochodzie zamontowana jest bomba, która wybuchnie jeśli ktoś będzie chciał opuścić pojazd. Nieznajomy domaga się od Carlosa sporej liczby pieniędzy...


Tym z czym najbardziej kojarzy mi się ten film jest chyba film Speed: Niebezpieczna prędkość i jego kontynuacja połączona z filmami, w których ostatnimi czasy zwykł grać Liam Neeson. Tutaj jednak zamiast Neesona mamy Luisa Tosara, który całkiem nieźle oddał poczynania everymana rzuconego do walki o życie swoje, jak i najbliższych. Technicznie wszystko jest w porządku, zagęszczająca się atmosfera jest poprawna, jednak nie sposób ciągle mieć świadomość z tyłu głowy, która wciąż szepcze To już było. Hiszpański film mimo że zrobiony poprawnie, czasem nawet próbujący trzymać w napięciu jest do bólu ograny, a jednak thriller, który jest kalką niezliczonej ilości wcześniejszych produktów filmowych jest z góry skazany na niepowodzenie. Także jeśli ktoś jakimś cudem nie widział wcześniej filmów o podobnej konstrukcji może go bez przeszkód oglądać. Jeśli jest się fanem hiszpańskiej kinematografii to też można się skusić. W innym wypadku jednak lepiej chyba zarezerwować czas na inne produkcje. 




środa, 31 stycznia 2018

Krew na śniegu

Wind River. Na przeklętej ziemi (Wind River)
Kanada, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Taylor Sheridan
gatunek: thriller
zdjęcia: Ben Richardson
muzyka: Warren Ellis

Nigdzie nie znalazłem danych dotyczących premier kinowych w Polsce. Nie licząc pokazów festiwalowych, tylko regularnie wyświetlanych w multipleksach i kinach studyjnych. Myślę, że może być ich około 350-400, raczej nie mniej, może nawet więcej. Duża część (szczególnie w kinach wielkopowierzchniowych) to bajki, które mnie nie interesują, a ich rynek rządzi się własnymi prawami. Odliczając je zostaje pewnie ponad 300 innych tytułów. Relatywnie dużo. Dlaczego więc znajduje się w tej liczbie miejsce dla kompletnych zagranicznych bubli (polskie buble przeboleję) a nie da rady emitować porządnego kina, takiego jak omawiany właśnie film?


Na terenie rezerwatu Indian tropiciel Cory Lambert (Jeremy Renner) odnajduje zwłoki młodej dziewczyny. Wkrótce by zbadać sprawę przybywa na miejsce młoda agentka FBI, Jane Banner (Elizabeth Olsen). Przybyła z południowych stanów kobieta prosi o pomoc w śledztwie Lamberta, który umie poruszać się po miejscowych pustkowiach oraz co równie ważne zna lokalną społeczność.


Film ten jest reżyserskim debiutem Taylora Sheridana (a w zasadzie kinowym debiutem, wcześniej był twórcą niszowego horroru sprzed lat i jakiejś produkcji telewizyjnej). Nazwisko to może mało co mówić polskim widzom. Jednak jeśli napiszę, że facet ten odpowiadał wcześniej za scenariusze w takich filmach, jak Aż do piekła i Sicario czyli filmy w naszym kraju znane i zapewne cenione to już spojrzą na niego inaczej. Sheridan także i tu odpowiada za scenariusz, także ludzie znający wymienione powyżej filmy powinni mniej więcej wiedzieć, z jakiego typu filmem będą mieli do czynienia. 
Nie pisząc jeszcze nic o fabule i postaciach zacznę od samej scenerii tytułowego rezerwatu Wind River (swoją drogą kto dodał ten głupi polski podtytuł do edycji DVD? podtytuły w polskich wersjach to ostatnio jakaś plaga). Majestatyczne, groźne oraz spowite gęstym śniegiem i zamieszkałe przez dzikie zwierzęta okolice cieszą oko oglądających ale wielka w tym zasługa operatora. Zdjęcia są naprawdę przednie i spełniają swoje zadanie budując klimat filmu. W mało którym filmie tak dobrze czuć zimę.
Jeśli zaś chodzi o fabułę Sheridan znowu buduje opowieść opierając się na stylistyce współczesnego westernu. Mamy tu męski świat do którego trafia nieprzygotowana kobieta, jest trup i tajemnica, którą trzeba rozwikłać, są też nawet,a może przede wszystkim Indianie oraz ich hermetyczna społeczność, do której bohaterowie muszą dotrzeć, by rozwiązać zagadkę. Aktorsko nie jest zaś źle, bohaterowie zagrani zostali dość wiarygodnie, choć są niestety trochę grubo ciosanymi charakterami pasującymi do wymagań gatunku. Podobał mi się w mniejszej roli Jon Bernthal, czyli etatowy ostatnimi czasu amerykański szwarccharakter. Wszystko to sprawia, że film ten jest wart obejrzenia. Szkoda, że nie na sali kinowej (świetnie by wyglądał na dużym ekranie) ale chociaż w domowym zaciszu.





sobota, 27 stycznia 2018

Pociąg pod specjalnym nadzorem

Pasażer (The Commuter)
USA 2018
reż. Jaume Collet-Serra
gatunek: thriller
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Roque Baños

I oto pierwszy film obejrzany przeze mnie film, który jako swą datę produkcji ma wpisany bieżący 2018 rok. Tak się złożyło, że trafiłem na produkcję, w której główną rolę grał znany i lubiany Irlandczyk Liam Neeson. Także chyba już wiecie jakiego typu jest to film.


Ledwo wiążący koniec z końcem Michael MacCauley (Liam Neeson) zostaje zwolniony z pracy. Gdy po raz ostatni wraca z niej koleją podmiejską, z której codziennie korzysta od lat dosiada się do niego tajemnicza kobieta, Joanna (Vera Farmiga). Zleca mu ona zadanie zlokalizowanie i wskazanie osoby, która jego zdaniem nie powinna znajdować się w pociągu. Michael w zamian otrzyma okrągłą sumę potrzebnych mu pieniędzy. Jeśli zawiedzie - on, jego rodzina i pasażerowie pociągu mogą stracić życie...


Lubię oglądać Neesona na ekranie. Przez lata aktorskiej kariery wcielał się w zróżnicowane postaci, które przyciągały uwagę widzów. Niestety z wiekiem zaszufladkował się w klimacie bardzo jednorodnych filmów akcji, gdzie on jako postać X jest zwykłym człowiekiem, który musi ratować swoją rodzinę (czasem jest też emerytowanym agentem służb, emerytowanym płatnym zabójcą lub chociaż emerytowanym policjantem). Chyba sam Neeson nie pamięta już ile razy musiał ratować swoją filmową rodzinę. Niestety w tym filmie musi robić to ponownie. Co nie dziwi jeśli popatrzy się na postać reżysera. Hiszpan Jaume Collet-Serra współpracował już z Irlandczykiem z Północy przy takich podobnych do siebie hitach, jak Non-Stop, Tożsamość czy Nocny pościg. Ostatni z wymienionych filmów nawet mi się podobał. Opisywany teraz zaś jest mocno zbliżony do Non-Stop, oczywiście ze zmianą środka transportu z samolotu na pociąg. 
Gdyby nie było wymienionych wcześniej filmów czy trylogii Uprowadzona na pewno spojrzałbym na ten film przychylniej. Niestety odtwórczość jest tutaj ogromna, tego kotleta odgrzano już za dużą ilość razy. Jeśli ktoś nie oglądał wcześniej żadnych filmów akcji z Neesonem (są tacy?) to może spokojnie zasiąść przed ekranem i obejrzeć ten film. Generalnie jest to przyzwoicie skonstruowana sensacja z raczej kiepskimi efektami specjalnymi ale nadrabiająca solidnym aktorstwem (warto pochwalić dalszoplanowych Rolanda Møllera i  Patricka Wilsona). Jednak jeśli widzieliście już więcej niż dwa filmy akcji z Irlandczykiem zadajcie sobie pytanie: czy chcecie oglądać to jeszcze raz? W takim wypadku to produkcja tylko dla fanów gatunku.




czwartek, 25 stycznia 2018

Przygoda w dżungli

Dżungla (Jungle)
Australia, Kolumbia 2017
reż. Greg McLean
gatunek: biograficzny, thriller, przygodowy
zdjęcia: Stefan Duscio
muzyka: Johnny Klimek

Coraz bardziej podoba mi się postpotterowa kariera Daniela Radcliffe'a Wciąż młody aktor próbuje wymknąć się z zaszufladkowania i chętnie wybiera w tym celu ucieczkę w kino niekomercyjne. Choć dla pewnej części szczególnie niedzielnych kinomanów zawsze pozostanie Harrym Potterem. Do ciekawych ról Brytyjczyka po występach w m.in. Człowieku scyzoryku czy Kobiecie w czerni dołącza rola w tym filmie. 


Lata 80. ubiegłego wieku. Grupa znajomych z Izraela podróżuje po Ameryce Południowej. Jeden z nich, Yossi (Daniel Radcliffe) spotyka tam w pewnym momencie tajemniczego Karla (Thomas Kretschmann), który proponuje mu wyprawę w wciąż dziewicze rejony dżungli oraz odwiedzenie nieznanym światu Indian. Yossiemu udaje się namówić przyjaciół (Alex Russell i Joel Jackson) na wyruszenie z Karlem.


Bardzo lubię filmy (oraz książki), które przedstawiają niedostępne lądy, puszcze czy dżungle oraz zamieszkujące je cywilizacje lub prymitywne ludy. Generalnie tego typu filmy są jednym z moich ulubionych motywów w kinie. Dlatego z dużym zadowoleniem przyjąłem wieść, że na ekrany naszych kin zmierza film o takiej tematyce. A co ciekawe jest to film oparty na faktach (choć widz oglądając go może mieć inne zdanie, a jednak to się zdarzyło).
Należy na pewno pochwalić rolę Radcliffe'a i to, co musiał wykonać na potrzeby filmu. Bardzo męcząca i eksploatująca organizm rola. Za podobne ekstremalne zaangażowanie Leonardo DiCaprio w filmie Zjawa dostał m.in. Oscara. Na pewno brytyjski aktor nie doczeka takiego uznania za ten film, jednak warto zaznaczyć, że ta wymagająca rola go nie przerosła.
To co zachwyca w tym filmie to tytułowa dżungla. Wraz z bohaterami wsiąkamy w nią, czujemy tą niezbadaną przez człowieka przestrzeń. Dżungla jednocześnie kusi, cieszy oczy swym widokiem ale też przeraża. Natomiast gdy już zaczyna się survivalowy moment filmu ta pierwotna knieja zaczyna widzów wręcz przytłaczać. Wszystko to zostało natomiast świetnie nakręcone,  a żwawa fabuła nie pozwala się nudzić. Na takie filmy warto chodzić do kina!



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Mięsolubni

Mięso (Grave)
Belgia, Francja, Włochy 2016
reż. Julia Ducournau
gatunek: thriller, horror
zdjęcia: Ruben Impens
muzyka: Jim Williams


W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau. 


Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...


Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować. 





czwartek, 18 stycznia 2018

Grecka tragedia

Zabicie świętego jelenia (The Killing of a Sacred Deer)
Irlandia, Wielka Brytania 2017
reż. Yorgos Lanthimos
gatunek: thriller
zdjęcia: Thimios Bakatakis

Wszyscy (albo prawie wszyscy) znają z greckiej mitologii (lub filmu Troja) postać Agamemnona. Ów Agamemnon chciał zapewnić sobie przychylność bogów i w tym celu postanowił złożyć w ofierze swoją córkę, Igifenię w świątyni Artemidy. Jednak tuż przed zadaniem ciosu bogini zesłała jelenia, który miał zostać ofiarowany zamiast dziewczyny (opowieść ta jest trochę pokrewna z biblijnym rozdziałem o Abrahamie i Izaaku). Historia Agamemnona tłumaczy tytuł filmu i poniekąd informuje widza o czym jest film. Oczywiście o ile wcześniej się ją zna :)


Kardiolog Steven Murphy (Colin Farrell) wraz z okulistką Anną (Nicole Kidman) oraz swoimi dziećmi Kim (Raffey Cassidy) i Bobem (Sunny Suljic) tworzą zgodną, kochającą i spełniającą się rodzinę. Sytuacja zmienia się, gdy Steven zaprasza do domu Martina (Barry Keoghan) - chłopaka, którego ojciec kilka lat wcześniej zmarł na stole operacyjnym kardiologa. W wyniku serii niefortunnych zdarzeń Steven stanie przed najtrudniejszym życiowym wyborem...


Miałem wcześniej okazję obejrzeć inny film Lanthimosa, Lobstera,w którym również można obejrzeć główną rolę Farrella więc wiedziałem czego mniej więcej można spodziewać się po greckim reżyserze. W sumie wszystkiego, tylko nie szablonowości. 
Także tutaj, już od samego początku przedstawiającego operację kardiochirurgiczną z klasyczną, barokową muzyką w tle do samego końca jest oryginalnie, choć mniej ekstrawagancko i surrealistycznie niż we wcześniejszym filmie reżysera. Oczywiście występuje tu kluczowy element fabularny, który determinuje całą fabułę filmu i który jest nierealny, w który trzeba uwierzyć i go zaakceptować bez zbędnych pytań. Ale takie są już filmy Greka - nierzeczywiste. 
Chciałbym zacząć chwalić ten film ale plusów jest za dużo, zupełnie nie wiem od czego zacząć. Może od warstwy audiowizualnej? Artystyczne zdjęcia z dominującą przewagą bieli są po prostu urzekające. Dodatkowo doskonale współgrają z dźwiękiem, co nie udaje się zbyt często. Praca kamery zarówno gdy pokazuje dalsze plany, czy detale stoi na odpowiednim poziomie. Aktorsko też jest jak należy. Farrell dorósł aktorsko i tak, jak jeszcze kilka lat temu nie lubiłem oglądać go na ekranie, tak o niedawna imponuje mi swym talentem. Wreszcie wróciła też stara,dobra Kidman, która w tym filmie wreszcie nie stanowi słabego ogniwa. Dodatkowo utalentowani młodzi aktorzy i zdolny Keoghan, który jest odpowiednio odpychającą postacią. 
Najważniejsza w filmie jest jednak cała intryga, która stawia rodzinę Murphy'ch przed wieloma katuszami, a samego Stevena przed niewykonalnym wyborem. Połowę filmu widzimy męki rodziny zarówno psychiczne, jak i fizyczne i rozterki głównego bohatera. Nie chcę tutaj zdradzać nic więcej bo intryga filmu to najmocniejszy jego punkt - to trzeba zobaczyć, a nie o tym przeczytać. Na pewno jednak zadowoli ona nawet tych wymagających widzów. Mi zaś nie pozostaje nic innego, jak tylko polecić ten film. 



wtorek, 16 stycznia 2018

W rybnym sklepie dziwne sprawy

Cold Fish (Tsumetai nettaigyo)
Japonia 2010
reż. Sion Sono
gatunek: thriller
zdjęcia: Shinya Kimura
muzyka: Tomohide Harada

Wielokrotnie spotykałem się gdzieś z nazwiskiem reżysera tego filmu, Sionem Sono. Uznawany jest on przez wielu za jedną z bardziej wyrazistych twarzy współczesnego kina na spółkę z Takeshim Kitano. Siono tak jak jego rodak robi specyficzne filmy, które trafiają do specjalnego grona odbiorców. Po kilku festiwalowych retroperspektywach twórczości Siono, które ominąłem postanowiłem obejrzeć jakiś jego film, by sprawdzić czy jest to twórca odpowiadający moim gustom. Wybór padł na Cold Fish.


Pokładany właściciel sklepu akwarystycznego Shamoto (Mitsuru Fukikoshi) zostaje zawiadomiony, że jego córkę Mitsuko (Hikari Kajiwara) przyłapano na kradzieży w sklepie. Czym prędzej jedzie wraz z młodą żoną Taeko (Megumi Kagurazaka) na miejsce zdarzenia, by dowiedzieć się o szczegółach. Tam spotyka pana Muratę (Denden) - właściciela sieci sklepów zoologicznych, który przyłapał Mitsuko na kradzieży. Murata proponuje zapomnieć o sprawie, w zamian zaś niedoszła złodziejka ma pracować w jednym z jego sklepów akwarystycznych. Jakby tego było mało mężczyzna proponuje Shamoto wejście w spółkę...


Siadając do seansu tego filmu nie wiedziałem zbytnio czego mogłem się spodziewać. Generalnie zaczęło się dość niestandardowym ujęciem i specyficzną sceną w domu bohaterów, kilkanaście późniejszych minut upłynęło zaś monotonnie żeby nie powiedzieć, że nudnie. Jednak niech nikt nie myśli w tych początkowych minutach filmu, by odejść od ekranu. Dalsza część projekcji solidnie wynagradza widzowi początkowe nudy. Kiedy Shamoto odkrywa prawdziwą naturę pana Muraty i jego żony Aiko (Asuka Kurosawa) zaczyna się jazda na maksa, która trwa do samego końca. Sion Siono łączy gatunki, by później pomieszać je między sobą nie dając widzowi moralnego spokoju. Dostajemy pełne absurdu gore pełne makabry i przy tym wisielczego humoru. Obserwujemy też powolną zamianę Shamoto z losera w człowieka na wzór swego prześladowcy. Plakat filmu może wytrawnym widzom przywodzić na myśl Davida, bohatera Nędznych psów. Shamoto przechodzi podobną do niego drogę. Na pewno nie jest to film, który spodoba się każdemu, raczej trafi tylko do nielicznych. Do mnie trafił więc polecam go zobaczyć i samemu wyrobić sobie zdanie.





niedziela, 14 stycznia 2018

Zakopany

Tunel (Teo-neol)
Korea Południowa 2016
reż. Seong-hun Kim
gatunek: thriller

W 2016 roku odkryłem dla siebie nową niszę filmową - filmy południowokoreańskie. Ciężkie do jednoznacznej klasyfikacji, wymykające się ramom gatunkowym, często egzotyczne dla mnie jako europejskiego widza, a przy tym zaskakujące, zabawne, bezkompromisowe i po prostu wielokrotnie dobre. Dlatego w 2017 roku także starałem się od czasu do czasu śledzić prężenie rozwijające się kino z Półwyspu Koreańskiego, czego przykładem jest ten właśnie tekst.


Diler samochodowy Jeong-soo (Jung-woo Ha) wraca z pracy na urodziny córki. Kierując pojazdem wjeżdża do nowo otwartego tunelu samochodowego, który zawala się w czasie, gdy mężczyzna jest w połowie jego pokonywania. Mając do dyspozycji tylko trochę wody, tort urodzinowy oraz rozładowujący się telefon Jeong-soo musi zacząć walczyć o przeżycie. Wkrótce zaczyna się akcja ratunkowa, którą przewodzi Dae-kyeong (Dal-su Oh).


Tego typu filmów było już w światowym kinie całkiem sporo. A to ktoś uwięziony w płonącym wieżowcu, a to zakopany żywcem, nawet dwadzieścia lat przed tym filmem była produkcja z Sylvestrem Stallone'm nosząca identyczny tytuł. Jednak oglądając podobne fabuły zawsze były to filmy anglojęzyczne. Ciekawy byłem więc azjatyckiego spojrzenia na problem. I Koreańczycy jak to zawsze bywa trochę zaskoczyli. 
To co w tym filmie się udało i jest tym samym jak najbardziej na plus to na pewno profesjonalny wygląd całości, tak niezmiernie ważny w produkcjach tego typu. Zadbano o stojące na odpowiednim poziomie efekty specjalne, fachowcy od scenografii i kostiumów także spełnili swoją rolę, dzięki czemu wszystko wygląda jak należy. Wszystko zostało też dobrze nakręcone, praca kamery idealnie przedstawia stan zagrożenia, w jakim znalazł się bohater (grany przez mojego ulubionego aktora z Kraju Spokojnego Poranka), a całość ukazana jest odpowiednio klaustrofobicznie. Film nieźle pokazuje też nastawienie pierwszej (polityków) i czwartej (dziennikarzy) do problemu, w jakim znalazł się bohater. Myślę, że uniwersalnie pokazano to, jak niektórzy ludzie żerują próbując budować swój kapitał polityczny lub pędzą ku sensacji nie zważając na to, że w tle odbywa się ludzki dramat. 
To na plus. Niestety nie obyło się w tej produkcji bez wpadek. Nie trafiły do mnie na przykład wstawki humorystyczne. Rozumiem, że to film koreański i taka specyfika tamtejszego rynku, że po prostu trzeba wpleść te lżejsze akcenty, jednak tutaj wydawało mi się to nie na miejscu. Także film ma problem z rwanym tempem akcji. Niekiedy jest naprawdę nieźle, żeby chwilę później wpaść w bagno dłużyzn, niepotrzebnych scen i zbędnych dialogów. Końcówka filmu też dłuży się w nieskończoność. Wydaje się, że opowieść zbliża się już ku końcowi jednak to nie następuje. I tak kilka razy. To męczy widza i wpływa na późniejszą ocenę. Która to moim zdaniem jest średnia. Można oglądać bo film ma swoje mocne strony, jednak jeśli się z niego zrezygnuje to też wielkiej straty nie będzie. 



niedziela, 7 stycznia 2018

Przerost formy nad treścią

Mother!
USA 2017
reż. Darren Aronofsky
gatunek: horror, thriller
zdjęcia: Matthew Libatique

Szczerze mówiąc dość mocno czekałem na ogólnodostępną premierę tego filmu. Nazwisko reżysera, ciekawa obsada oraz całkiem niezły zwiastun sprawiły, że uważałem Mother! za jedną z najważniejszych premier drugiej połowy 2017 roku. I choć festiwalowe opinie o filmie były mieszane, gdyż jedni skrajnie uważali produkcję za genialną lub żałosną to sam miałem nadzieję, że trafię do tej pierwszej grupy. Niestety po seansie bliżej mi chyba jednak do tego drugiego obozu.


Pewnego dnia do domu szukającego natchnienia pisarza (Javier Bardem) i jego młodej żony (Jennifer Lawrence) przybywa tajemniczy mężczyzna (Ed Harris). Jako że dom położony jest na odludziu a zaczyna się ściemniać gospodarz pozwala mu przenocować. Po pewnym czasie do drzwi małżeństwa puka żona gości (Michelle Pfeiffer)...


Wydawałoby się, że ten film ma wszystko, by zdobyć serca widzów: przyciągające nazwiska aktorów i reżysera, dobrze zrealizowane zdjęcia, klimat domu, który to dom pełni rolę pełnoprawnego bohatera całości oraz tajemnicę, która wydaje się otaczać zarówno gospodarzy, jak ich gości. Naprawdę zapowiadało się nieźle. Niestety po emocjonującym wprowadzeniu w film reżyser i scenarzysta w jednym psuje wszystko, przez co atrakcyjna całość wali się niczym domek z kart. Aronofsky niczym samozwańczy wizjoner (jak czasem nazywają go jego krytycy) miesza wątki, część z nich choć ciekawie wcześniej rozwinięta kończy się bez sensu, robiąc miejsce kolejnym, coraz to bardziej absurdalnym scenom. Scenom z każdą chwilą bardziej absurdalnym, pseudo surrealistycznym, kiczowatym wręcz. Z całości ma wynikać wedle reżysera jakieś wielkie przesłanie, drugie dno, które wplótł w tryby akcji. Dno zresztą nie jedno, a kilka, bo według niego film to metafory nie tylko zawodu artysty (pisarza, a może nawet filmowca? samego reżysera? a nawet starotestamentowego Boga (Aronofsky musiał się czegoś dobrze napalić). Niestety tych den jest znacznie więcej, bo logika filmu i jego irracjonalność w drugiej części oraz zniszczenie i poplątanie wątków części pierwszej to kolejne moim zdaniem dno. I chociaż gra aktorska się broni, klimat początkowo jest naprawdę dobry to całość odpycha. Jeśli zastanawiacie się czy obejrzeć ten film i szukacie polecenia go, to ode mnie tego nie dostaniecie. Duży, duży zawód.




czwartek, 14 grudnia 2017

Kto jest kim?

Podwójny kochanek (L'amant double)
Francja, Belgia 2017
reż. François Ozon
gatunek: thriller
zdjęcia: Manuel Dacosse
muzyka: Philippe Rombi

François Ozon wspólnie z Gasparem Noe robią chyba najbardziej kontrowersyjne współczesne kino francuskojęzyczne, które trafia do otwartego obiegu na całym świecie. Choć ich filmy są inne to jednak można znaleźć u Francuza i Argentyńczyka wiele podobieństw warsztatowych. Tym razem zabieram się za film Ozona, który miał okazję otworzyć tegoroczny festiwal w Cannes, gdzie zebrał mieszane uczucia. 


Chloé (Marine Vacth) cierpi na pewnego rodzaju zaburzenia psychiczne, dlatego też decyduje się na terapie z psychiatrą Paulem (Jérémie Renier). Szybko nawiązują ze sobą romans i Chloé wprowadza się do mężczyzny. Po jakimś czasie dziewczyna spotyka innego psychiatrę, Louisa (również Renier), który wygląda zupełnie jak jej kochanek, choć posiada całkiem inny charakter.


Ozon korzysta w swoim najnowszym filmie z aktorki, z którą zdążył już wcześniej pracować w swojej karierze reżyserskiej (Vacth wystąpiła u niego w opisywanej na blogu dawno temu Młodej i pięknej). Atrakcyjna wizualnie młoda aktorka jest jedną z silniejszych broni filmów, w których występuje. Oprócz niezaprzeczalnej urody (chociaż boję się chwalić jej wygląd, by nie zostać posądzony o molestowanie seksualne) Vacth jest kolejną zdolną aktorką z Francji. Tutaj oprócz dobrej gry aktorskiej zarówno jej, jak i duetu Renier - Renier (Jérémie Renier naprawdę udźwignął rolę dwóch podobnych, choć skrajnie różnych postaci) mamy jednak fajerwerki wizualne. Siłą filmu nie jest często niezrozumiała i koślawa fabuła (nie wiem na ile zgodna z książkowym oryginałem autorstwa Joyce Carol Oates), a właśnie zachwycające kadry i świetna praca kamery. Widać tutaj ambitny sznyt reżysera i dobrą współpracę zarówno z autorem zdjęć i muzyki, którzy dopasowali się do wizji reżysera. Chociaż dla niektórych może być kontrowersyjnie i ciężko (już pierwsza scena z gabinetu ginekologicznego, czy późniejszy fragment ze straponem, którego bohaterka używa do seksu analnego z partnerem) to nie sposób odmówić audiowizualnej maestrii twórców i spójności obrazu z muzyką. Szkoda tylko zmarnowanego potencjału fabularnego, który do pewnego momentu całkiem intrygujący i wciągający okazuje się ciężki do racjonalnego wytłumaczenia i moim zdaniem się nie broni. Jednak pozycja jest jak najbardziej warta zapoznania się dla ludzi szukających ambitnego kina. Nawet jeśli często forma przeważa nad treścią. 




środa, 13 grudnia 2017

Nie da ci ojciec, nie da ci matka tego co da ci krótka odsiadka

Skazany (Shot Caller)
USA 2017
gatunek: dramat, thriller
reż. Ric Roman Waugh
zdjęcia: Dana Gonzales
muzyka: Antonio Pinto

Nikolaj Coster-Waldau szybko stał się rozpoznawalny poza rodzimą Danią, a także Europą i zaczął występować w wielu produkcjach za oceanem. Oczywiście zapewne wszystko to dzięki sukcesowi serialu Gra o tron, gdzie z powodzeniem wciela się do dzisiaj w niejednoznaczną postać Królobójcy. Fajnie jednak, że oprócz kasowych produkcji, które często nie wróżą niczego dobrego (Bogowie Egiptu) często widujemy go w trochę ambitniejszych projektach. 


Tym razem Duńczyk wciela się w niejakiego Jacoba. Facet ma kochającą go rodzinę oraz dobry zawód. Życie na odpowiednim poziomie społecznym kończy się, gdy powoduje on wypadek samochodowy ze skutkiem śmiertelnym, w wyniku którego trafia do więzienia. Tam, by przeżyć musi przystosować się do reguł panujących w tym specyficznym środowisku opanowanym przez liczne gangi...


Nie wiem kto wymyślił fabułę (to znaczy domyślam się, bo za scenariusz odpowiedzialny jest sam reżyser) jednak wydaje mi się, żeby odpuścił sobie temat. Nagromadzenie absurdów w tym filmie stoi na bardzo wysokim (niestety) poziomie. Już sama osoba Jacoba, który jako porządny obywatel ze społecznej wierchuszki za niezawiniony, nieumyślnie spowodowany wypadek trafia do jednego z najcięższych więzień w kraju, gdzie musi obcować na stałe z najgorszymi wyrzutkami cywilizacji jest mocno nielogiczne. Fakt,że dobiegający pięćdziesiątki wzorowy człowiek z normalnymi poglądami z dnia na dzień przystaje do grupy neonazistów i zaczyna czynić w raz z nimi innym, to co sobie nie miłe to już Himalaje absurdu. Zaś fakt, że niemal natychmiast awansuje prawie na szczyt tamtejszej hierarchii to kolejna głupota fabularna. 
Nagromadzenie głupich zdarzeń nie sprawia jednak, że film ogląda się źle (chociaż potem trzeba odjąć trochę od całościowej oceny). Sceny filmu nie tworzą linearnej historii i poznajemy poszczególne etapy życia Jacoba nieco poprzestawiane (raz widzimy go jako fajnego gościa przed wypadkiem, raz jako więźnia, innym razem jako rednecka z gangu na wolności, by znowu przenieść się do młodej, normalnej wersji bohatera). To w sumie fajny zabieg i z ciekawością przypatrujemy się punktom zwrotnym w życiu Jacoba, które to zrobiły z niego taką dość odpychającą istotę. Szacunek należy się też samemu Costerowi-Waldau, który naprawdę musiał przypakować do roli i odpowiednio zmienić się fizycznie (a przecież miał właściwie w ramach jednej roli dwie role). Także charakteryzacja i aktorstwo (oprócz Duńczyka solidnie wygląda i występuje m.in. Jon Bernthal) stoi na odpowiednim poziomie. Także jeśli odpuści się logikę fabularną można oglądać ten film i czerpać z niego pewną przyjemność. A także nauka, która pokazuje, że c jak co, ale amerykańskie więzienie to nie najlepsze miejsce na resocjalizację. 





wtorek, 12 grudnia 2017

Szczujnia

Nędzne psy (Straw Dogs)
USA, Wielka Brytania 1971
gatunek: dramat, thriller
reż. Sam Peckinpah
zdjęcia: John Coquillon
muzyka: Jerry Fielding

Od dawna chciałem obejrzeć jeden z filmów wyreżyserowanych przez Sama Peckinpaha. Zmarły przed ponad trzydziestu laty Amerykanin jest uznawany przez wielu za jednego z najlepszych ludzi w swoich fachu, a przy okazji jego barwny styl bycia otoczył go pewną legendą. Dziwne, że dopiero teraz więc mam przyjemność z zapoznaniem się z jednym z jego filmów. Wybór padł na opisywany właśnie film i wiem, że nie będzie to mój jedyny kontakt z dziełami pozostawionymi przez Peckinpaha.


Młode małżeństwo Sumnerów: David (Dustin Hoffman) i Amy (Susan George) przenosi się ze Stanów Zjedonoczonych do spokojnej małomiasteczkowej okolicy Kornwalii, gdzie chcą przez pewien czas zamieszkać remontując przy tym swój wiejski dom. Jednak sielanka nie trwa długo, gdyż lokalnej społeczności nie podoba się przybycie nowych mieszkańców... 


Film Peckinpaha chociaż nie jest w żadnej mierze horrorem to czerpie całkiem dużo z tego gatunku. Utkany w konwencji raczej dramatu przeradzającego się w thriller hmm sensacyjny stawia głównych bohaterów w obliczu grozy licznych obwiesiów zamieszkujących miasteczko. Od początku widać, że ułożony, spokojny i wręcz lekko dupowaty bohater Hoffmana oraz jego atrakcyjna żona nie pasują do miejsca, w którym się znaleźli. Każde słowo, każdy gest i każde spojrzenie stałych mieszkańców osady przeszyte jest niechęcią do małżeństwa zza oceanu. I począwszy od ich przybycia pogłębia się u autochtonów nieżyczliwa postawa do nowych sąsiadów. Przy okazji mieszana z rządzą, jaką wzbudza młoda Amy. Choć pokojowo nastawiony David zniesie dużo, to w punkcie krytycznym filmu zrówna się agresją z szczującymi jego rodzinę prostakami i wtedy rolę się zamienią, a widz dostanie bardzo sugestywne, męskie kino zemsty. 
Twórcy filmu świetnie sportretowali prosty lud zamieszkujący miejsce akcji oraz postarali się, by ciężka atmosfera wokół Sumnerów z każdą kolejną sceną wzmagała się, aż do osiągnięcia maksimum. Mało widziałem filmów, gdzie w podobny sposób budowano klimat całości. Także zaczynająca się w dalszej części filmu furia Davida i jego walka z agresorami zrealizowana jest bardzo dobrze (choć trochę przesadzono moim zdaniem z jego wytrzymałością czyniąc z niego coś na kształt superbohatera). Jednak dla samego klimatu warto jest obejrzeć ten film, gdyż niemal w każdej scenie czuć na własnej skórze powiedzenie agresywnej tuszy: Nie lubimy tu takich jak ty. Słusznie uznano tę produkcję za klasyk. 





czwartek, 16 listopada 2017

Woody na poważnie

Sen Kasanrdy (Cassandra's Dream)
USA, Francja, Wielka Brytania 2007
reż. Woody Allen
gatunek: dramat, thriller
zdjęcia: Vilmos Zsigmond
muzyka: Philip Glass

W ostatniej dekadzie Woody Allen i jego produkcje jednoznacznie kojarzą się z masowo wytwarzanymi w corocznym planie komediami, które przeważnie przyjmowałem ze średnim entuzjazmem. Ot taka rzemieślnicza robota, gdzie wszystko formalnie jest tak, jak być powinno, jednak brak tym filmom polotu, serca włożonego w ich powstanie. Jednym z ostatnich filmów reżysera, który opierał się podobnym cyklicznym formułom jest opisywany właśnie film, któremy raczej daleko od luźnej i lekkiej komedii. 


Śledzimy tu losy dwóch mieszkających we współczesnym w stosunku do powstania filmu Londynu braci. Chorobliwie ambitny Ian (Ewan McGregor) i jego brat, hazardzista Terry (Colin Farrell) wplątują się w kłopoty z powodu kolejnych długów tego drugiego. Cała nadzieja w mieszkającym poza krajem bogatym wujku Howardzie (Tom Wilkinson), który przybywając do Anglii zgadza się pomóc Terry'emu. Jednak pod pewnym warunkiem...


Na tyle przyzwyczaiłem się do stałego w ostatniej dekadzie repertuaru filmów oferowanych przez Woody'ego Allena. Na tyle bardzo, że przy projekcji opisywanej produkcji miałem mały paradoks poznawczy; niby wiedziałem kto za tym stoi, jednak nie umiałem sobie zwizualizować reżysera stojącego za tym dziełem. Przynajmniej do czasu - są jednak tutaj etatowe zagrywki choćby w stylu prowadzonych dialogów, które powodują, że rzeczywiście po czasie można przypisać film do Allena. Allena, którego jednak niespecjalnie lubię i nie uważam jego filmów (w większości) za szczególnie dobre. Także to dramatyczne-thrillerowe podejście do filmu nowojorczyka nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Chociaż sama intryga w pewnym momencie jest naprawdę ciekawa i zaczyna się kleić to całość uważam za niedokończoną i jednak w wielu miejscach mało angażującą. Niestety wadą też jest ślemazarne tempo ogółu, film wlecze się niczym najgorsze rosyjskie kino drogi i z wielu rozmów i scen nic nie wynika (a co gorsze, nie budują one też klimatu). Także zatrudnienie kilku sporych nazwisk do filmu, który raczej dysponował niezbyt dużym budżetem jest przestrzelone. Farrell ani McGregor nie robią tego filmu, a na pewno mocno zalegają na liście płac. O wiele chętniej widziałbym młodych i zdolnych aktorów, którzy mogliby się mocno pokazać w filmie rutynowanego reżysera i z pewnością bardziej angażowaliby się w swojej robocie. A tak niestety jest niemrawo, nudno i sztywno. A sztywne kino to jednak nie materiał na dobry dreszczowiec. To już jednak wolę te coroczne komedie Allena.




wtorek, 8 sierpnia 2017

Odgrzewanie kotletów

Obcy: Początek (Alien: Covenant)
USA, Australia, Nowa Zelandia 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller, sci-fi
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Jed Kurzel

Mam wielki szacunek do pierwszej części Obcego, którego uważam za jeden z najbardziej klimatycznych horrorów w historii (a chyba najlepszego z horrorów science-fiction). Był to film kompletny, który mimo trochę słabszej końcówki potrafił swego czasu zmrozić krew w żyłach. Kontynuacje już nie działały w ten sposób, jednak też potrafiły wnieść trochę do życia kinomanów. Niestety po latach łasi na pieniądze twórcy postanowili po raz kolejny wykorzystać tą kultową markę. 


Załoga tytułowego statku kosmicznego Przymierze (m.in. Katherine Waterston, Demián Bichir i grający cyborga Michael Fassbender) ląduje na nieznanej planecie. Po pewnym czasie zauważają, że grozi im tam ogromne niebezpieczeństwo w postaci pozaziemskiej formy życia...
b

Odkąd tylko przeczytałem, że Scott zamierza stworzyć kolejny film z cyklu o Obcych nie byłem tym pomysłem zachwycony. Przecież to wszystko już było, skończyło się i po co robić kolejny skok na kasę? W końcu kosmiczny Prometeusz nawiązujący do serii okazał się klapą więc można było sobie darować. Niestety twórcy uznali zapewne, że użycie słowa-klucza Alien okaże się strzałem w dziesiątkę i ludzie zachęceni nostalgią wydadzą trochę szekli na bilety do kina, choć sam film niczym ciekawym nie będzie. Biorąc pod uwagę, że samym światowym boxoffice'm produkcja zwróciła się ponad dwukrotnie twórcy sukces finansowy odnieśli. Jednak zyski te nie poszły w parze z dobrym filmem - dostaliśmy drętwy, niestraszny, prosty film pełen kalek z wcześniejszych części uniwersum, niestety na domiar złego pozbawiony klimatu i czaru pierwowzoru (pierwowzorów). Żywi bohaterowie filmu są nijacy i strasznie głupi (a głupota to raczej ostatnia cecha, jaka kojarzyłaby się ze zdobywcami kosmosu), ciężko identyfikować się z kimkolwiek z nich, a tym bardziej żałować jego rychłego zgonu. Sama postać obego (czy też obcych) także przestała fascynować i przerażać, ogląda się tą żarłoczną fabrykę śmierci bez cienia emocji. Także samo zakończenie, tak jak w niedawnym Life było sztampowe, niezaskakujące i łatwe do przewidzenia dużo wcześniej. Może gdybyśmy mieli do czynienia z innym twórcą, z innym tytułem miałbym dla tego filmu trochę więcej uznania, jednak zarówno Scott, jak i Obcy zasługują na wiele lepszy film. Dlatego też ostrzegam przed oglądaniem tego bubla, szkoda czasu i wspomnień dobrych filmów z serii. Kolejną złą wiadomością jest jednak to, że Scott nie zamierza wycofać się z kolejnych filmów w tym uniwersum i planuje już kilka kontynuacji...






sobota, 10 czerwca 2017

Witamy w rodzinie

Uciekaj! (Get Out)
USA 2017
reż. Jordana Peele
gatunek: thriller
zdjęcia: Toby Oliver
muzyka: Michael Abels

Ten film zrobił olbrzymią furorę w kraju, w którym powstał. Do Polski dochodziły informacje o niskobudżetowym horrorze z USA, który po premierze zbierał tylko pozytywne recenzje. Także nie dziwił fakt, że po pewnym czasie produkcja Peele'go trafiła w końcu do Polski. Musiałem więc na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście to aż tak dobra jak twierdziło tak dużo osób. 


Chris (Daniel Kaluuya) od kilku miesięcy spotyka się z Rose Armitage (Allison Williams). Po tym czasie Rose proponuje mu wyjazd na weekend do jej rodziny, która chce poznać jej nowego chłopaka. Chris jednak obawia się wyjazdu i poznania rodziny Armitage'ów z powodu faktu, że ci nie wiedzą, iż jest on czarny. Jednak Rose bagatelizuje jego obawy i razem jadą do posiadłości Deana (Bradley Whitford), Missy (Catherine Keener) i ich syna Jeremy'ego (Caleb Landry Jones). Zarówno gospodarze jak i osoby zajmujące się domem zaczynają się wydawaćć Chrisowi dziwni...


Po niemal stu procentach pozytywnych opinii niektórzy zapewne oczekiwaliby filmu, który wskoczy na listę najlepszych filmów wszech czasów. Skoro za wielką wodą podoba się on wszystkim to znaczy, że musi być w nim coś szczególnego. I w istocie także mnie się spodobał jednak nie uznałbym go za jakieś wybitne dzieło, o którym ożywione dyskusje będzie się toczyć jeszcze za dwie czy trzy dekady. Po prostu solidny film z pogranicza thrillera i horroru, z solidnym społecznym zacięciem i pewną dawką humoru. Na pewno oparcie całej fabuły na tle rasowym jest o wiele bardziej bliska widzom amerykańskim, niż u nas w Polsce, gdzie czarnych zbyt wielu nie ma i problem bohaterów filmu praktycznie nie występuje. Mamy tu oprócz (dość specyficznych) rozważań na temat segregacji rasowej dobrze budowaną atmosferę zaszczucia i psychozy, jakiej doświadcza będący w stanie ciągłego zagrożenia bohater. Jest to też moim zdaniem bardziej thriller niż horror, jak się go często przedstawia. Są pewne elementy z gatunku filmu grozy, jednak często granica gatunkowa między thrillerem, a horrorem jest cienka,a tutaj więcej tego pierwszego. Do tego obraz jest dobrze zagrany i nakręcony, co odpowiednio pozwala się wciągnąć w intrygę. Niestety intrygę mocno obnażoną przez zwiastun, który w dwie minuty pokazuje wszystko, co najważniejsze w filmie. Chcąc obejrzeć Uciekaj polecam nie zapoznawać się z trailerem, który i tak wrzucam poniżej.






piątek, 12 maja 2017

Złapany

W sieci (Geu-mul)
Korea Południowa 2016
reż. Ki - Duk Kim
gatunek: thriller, dramat

Na ten film czekałem dość długo, więc gdy tylko wszedł do lokalnego kina studyjnego skorzystałem z okazji obejrzenia go. Osoba Kim Ki Duka (autora kontrowersyjnego, nierównego, który dał światu genialne Wiosna, lato, jesień, zima...i wiosna, dobry Łuk ale i słabsze moim zdaniem tytuły, jak Samarytankę) w połączeniu z tematyką północnokoreańską zapowiadała film co najmniej intrygujący.


Północnokoreański rybak Cheol-woo Nam (Seung-bum Ryoo) ma pecha. Jego łódka zostaje zniesiona na teren wroga - Korei Południowej i tam ulega awarii. Tam mężczyzna zostaje przejęty przez służby specjalne Koreańczyków z Południa. Zaczyna się szereg przesłuchań, które mają ustalić, czy pochwycony jest szpiegiem...


Kim Ki Duk znowu zaszokował. Swoich rodaków zapewne nawet o wiele bardziej, niż przedstawicieli innych narodów. W swoim najnowszym dziele, będącym uwspółcześnioną, koreańską wersją perypetii kafkowego Józefa K. w wielu względach zrównuje obraz obu Korei - tej złej i komunistycznej oraz dobrej tak zwanej wolnej. Dla niektórych mogą być więc szokiem metody, jakich dopuszcza się w celu wyciągania zeznań z bogu ducha winnego człowieka, który jak wielu literackich czy filmowych bohaterów przed nim mieli to nieszczęście zjawić się w złym miejscu o złym czasie. Maglowany po obu stronach granicy Nam jest poddawany podobnym niecnym praktyką ze strony przesłuchujących. Oczywiście zmienia się otoczka, ideologia czy stopień zaawansowania technologicznego, jednak niezmieniony pozostaje stosunek służb do jednostki oraz atmosfera zaszczucia, jaka towarzyszy bohaterowi filmu. Nam otoczony jest przez same negatywne postaci, może w sumie liczyć na zrozumienie ze strony młodego służbisty (Won-geun Lee), który ma za zadanie ochraniać go po południowej stronie granicy, a przy okazji próbuje ograniczyć sadystyczne zapędy przesłuchującego rybaka detektywa (Young-min Kim). Sam zaś chce jedynie wrócić do domu. Nie dla Wielkiego Wodza czy ideologii Dżucze, a dla żony i dziecka, które zostawił w kraju. 
Film ogląda się dobrze zarówno jako dramat, jak i thriller polityczny. Kim Ki Duk wyraźnie wrócił do najwyższej formy i zaserwował widzom mocny, dobrze zrealizowany film (z licznymi dialogami, co u niego nie jest zbyt oczywiste), od którego nie sposób się oderwać. Jeśli nie obejrzeliście w kinie film jest też dostępny na jednej z polskich stron VOD już od dnia premiery (kosztuje kilka złotych - warto). Polecam i czekam na kolejne filmy reżysera.