Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W. Allen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W. Allen. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 listopada 2017

Woody na poważnie

Sen Kasanrdy (Cassandra's Dream)
USA, Francja, Wielka Brytania 2007
reż. Woody Allen
gatunek: dramat, thriller
zdjęcia: Vilmos Zsigmond
muzyka: Philip Glass

W ostatniej dekadzie Woody Allen i jego produkcje jednoznacznie kojarzą się z masowo wytwarzanymi w corocznym planie komediami, które przeważnie przyjmowałem ze średnim entuzjazmem. Ot taka rzemieślnicza robota, gdzie wszystko formalnie jest tak, jak być powinno, jednak brak tym filmom polotu, serca włożonego w ich powstanie. Jednym z ostatnich filmów reżysera, który opierał się podobnym cyklicznym formułom jest opisywany właśnie film, któremy raczej daleko od luźnej i lekkiej komedii. 


Śledzimy tu losy dwóch mieszkających we współczesnym w stosunku do powstania filmu Londynu braci. Chorobliwie ambitny Ian (Ewan McGregor) i jego brat, hazardzista Terry (Colin Farrell) wplątują się w kłopoty z powodu kolejnych długów tego drugiego. Cała nadzieja w mieszkającym poza krajem bogatym wujku Howardzie (Tom Wilkinson), który przybywając do Anglii zgadza się pomóc Terry'emu. Jednak pod pewnym warunkiem...


Na tyle przyzwyczaiłem się do stałego w ostatniej dekadzie repertuaru filmów oferowanych przez Woody'ego Allena. Na tyle bardzo, że przy projekcji opisywanej produkcji miałem mały paradoks poznawczy; niby wiedziałem kto za tym stoi, jednak nie umiałem sobie zwizualizować reżysera stojącego za tym dziełem. Przynajmniej do czasu - są jednak tutaj etatowe zagrywki choćby w stylu prowadzonych dialogów, które powodują, że rzeczywiście po czasie można przypisać film do Allena. Allena, którego jednak niespecjalnie lubię i nie uważam jego filmów (w większości) za szczególnie dobre. Także to dramatyczne-thrillerowe podejście do filmu nowojorczyka nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Chociaż sama intryga w pewnym momencie jest naprawdę ciekawa i zaczyna się kleić to całość uważam za niedokończoną i jednak w wielu miejscach mało angażującą. Niestety wadą też jest ślemazarne tempo ogółu, film wlecze się niczym najgorsze rosyjskie kino drogi i z wielu rozmów i scen nic nie wynika (a co gorsze, nie budują one też klimatu). Także zatrudnienie kilku sporych nazwisk do filmu, który raczej dysponował niezbyt dużym budżetem jest przestrzelone. Farrell ani McGregor nie robią tego filmu, a na pewno mocno zalegają na liście płac. O wiele chętniej widziałbym młodych i zdolnych aktorów, którzy mogliby się mocno pokazać w filmie rutynowanego reżysera i z pewnością bardziej angażowaliby się w swojej robocie. A tak niestety jest niemrawo, nudno i sztywno. A sztywne kino to jednak nie materiał na dobry dreszczowiec. To już jednak wolę te coroczne komedie Allena.




piątek, 26 sierpnia 2016

Powrót do Złotej Ery

Śmietanka towarzyska (Café Society)
USA 2016
reż. Woody Allen
gatunek: komedia

Woody Allen od jakiegoś czasu rok rocznie powraca do kin swoim ze swoimi coraz to nowymi filmami. Staram się je oglądać regularnie, jednak jak już przy okazji kilku innych opisów jego najnowszych filmów wspominałem poziom jego twórczości w ostatniej dekadzie jest delikatnie mówiąc bardzo przeciętny. Wciąż jednak działa magia nazwiska wiekowego reżysera, która przyciągnęła mnie po raz kolejny na salę kinową. Jak wyszło nestorowi reżyserii tym razem? O tym poniżej. 


Lata 30. ubiegłego stulecia. Młody Booby (Jesse Eisenberg) wyprowadza się z rodzinnego Nowego Jorku do Los Angeles, gdzie znajduje zatrudnienie u swojego bogatego wujka Phila Sterna (Steve Carell), który jest agentem gwiazd filmowych. Ten prosi swoją sekretarkę, uroczą Vonnie (Kristen Stewart), by ta oprowadziła jego siostrzeńca po mieście. Bobby szybko zakochuje się w dziewczynie, nie wie jednak, że ta jest kochanką jego wuja...


Woody Allen tym razem przenosi nas prosto do Złotej Ery Hollywood. Wraz z bohaterami i kamerą trafiamy wprost do świata przepychu i wszechpanującego blichtru. Allenowi udało się całkiem zgrabnie odtworzyć klimat tej elitarnej społeczności sprzed niemal wieku. Cieszy tu oko dbałość o detale zarówno w scenografii, jak i w kostiumach. Standardowa dla reżysera muzyka jazzowa doskonale oddaje klimat tamtych lat, wpada w ucho i doskonale wprowadza nas do tego minionego świata. Obawiałem się nieco o grę aktorską, jednak moim zdaniem zarówno Eisenberg, jak i Stewart bardzo przyzwoicie odegrali swoje role. Bardzo podobał mi się za to Carell grający wuja Phila oraz niezaprzeczalnie najfajniejszy bohater drugoplanowy filmu, brat głównej postaci Ben, w którego doskonale wcielił się znany między innym z House of Cards Corey Stoll. Wśród wymienionych aktorów trochę blednie dość znaczna rola Blake Lively.
Film ten jest przedstawiany jako komedia, ale jest to taka dość typowa dla Allena gorzka komedia, podczas której czasem uśmiechniemy się pod nosem słuchając przemyśleń bohaterów i dialogów, jakie odbywają. kiedy indziej zostaniemy poddani refleksyjnym przemyśleniom i dość smutnym sytuacjom życiowym. Ale tego typu rzeczy można było znając reżysera przewidzieć. Uważam ten film za najlepszą produkcję Allena w ostatnich latach. Wreszcie po serii niepowodzeń stworzył coś może i dalej do bólu autorskiego, ale odświeżonego i po prostu dobrze się oglądającego. Seans tego filmu nie był dla mnie stratą czasu. 


sobota, 5 marca 2016

Wpuścić chamstwo na salony

Drobne cwaniaczki (Small Time Crooks)
USA 2000
reż. Woody Allen
gatunek: komedia

Moją opinię o filmach Woody'ego Allena w ostatnich latach uważni i stali czytelnicy (np. ja) mojego bloga już powinni znać (dla przypomnienia można przeczytać tu i tu). Dlatego żeby dać jeszcze jedną szansę temu cenionemu jednak wciąż przez wielu autorowi cofnąłem się kilkanaście lat wstecz, by obejrzeć trochę starszy film ze średniego etapu jego kinowej kariery. 


Podstarzały drobny kryminalista Ray (Woody Allen) wyciąga pieniądze od swej żony Frenchy (Tracey Ullman), by wraz z niezbyt błyskotliwymi kolegami wynająć lokal po upadłej pizzeri. Miejsce to sąsiaduje z bankiem, który panowie chcą obrobić wykonując z piwnicy budynku podkop. Dla przykrywki Frenchy zaczyna prowadzić w lokalu sklep z ciasteczkami. Ostatecznie z napadu nic nie wychodzi, jednak małżeństwo niespodziewanie dorabia się na sprzedawanych ciasteczkach. Małą fortuną zaczyna interesować się światowiec David (Hugh Grant).


Woody Allen w tym filmie nie zaskakuje dając nam po prostu produkcję w stylu...Woody'ego Allena. Mamy więc neurotycznego bohatera, w którego wciela się sam Woody Allen bohater ten jest więc typowym Woodym Allenem. Mała różnica polega na tym, że zamiast z inteligentem mamy do czynienia z niezbyt bystrym cwaniakiem - prostakiem. 
Same założenia komediowe obfitują w różne komiczne scenki sytuacyjne czy humor słowny. Jest to typ humoru lekkiego i bez specjalnego polotu. Aż żałuję, że nie ma tu salw śmiechu rodem ze slapstickowych produkcji, które uświadomiłby mnie kiedy dokładnie miałbym się śmiać. 
Fajnie za to pokazano świat nowobogackich i to co się dzieje, kiedy chamstwo przedostaje się na salonie. Bohaterowie to ikony kiczu i pretensjonalnego zachowania. Pokazywanie ich bezguścia i braku elementarnej wiedzy to chyba najfajniejsze momenty filmu. Także aktorstwo stoi tu na solidnym, dobrym poziomie i do tego przyczepić się nie można. 
Dobrze, że sam film, jak przeważnie u tego autora jest dość krótki, 90 minutowy więc mija to szybko. Równie szybko zapewne mi wyleci z głowy ta produkcja jako całość, jednak zapewne dla fanów nowojorskiego komika to pozycja obowiązkowa.








piątek, 28 sierpnia 2015

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Nieracjonalny mężczyzna (Irrational Man)
USA, 2015
reż. Woody Allen
gatunek: dramat 

Generalnie jest tak, że w dobrym guście jest lubić albo chociaż znać filmy Woody'ego Allena. Bo to ponoć mistrzowskie, błyskotliwe dialogi, niebanalny humor, typowo miejska (z pewnymi wyjątkami) akcja i inne takie. Ja osobiście wolę Allena - aktora, niż Allena - reżysera jednak ogólnie świat ceni go za to drugie. W jego najnowszym filmie nie widzimy go jednak na ekranie, gdyż okres produkcji spędził wyłącznie po drugiej stronie kamery. Czy z powodzeniem? 


Główną osią filmu jest postać grana przez Joaquina Phoenixa, czyli wykładający filozofię na amerykańskich uczelniach naukowiec Abe. Przybywa on do nowego ośrodka akademickiego, gdzie jego przybycie wywołuje furorę oraz masę plotek o tym niebanalnym nauczycielu akademickim. Abe szybko wikła się w romans z zamężną profesorką, Ritą (Parker Posey). Zawiera też niezawodową znajomość z własną studentką, atrakcyjną Jill (Emma Watson), która to ma na celu wyrwać profesora. Sam Abe jest jednak przygnębiony i traci chęci do życia...



Nikt chyba nie zarzuci Allenowi tego, że ten robi złe filmy. Dziadzia Allen wszak przecież stworzył całą gamę niezłych lub dobrych produkcji, które to na trwałe wpisały się w kanon kina światowego. Problem z tym reżyserem jest jednak taki, że do jego najnowszych dzieł wdarła się stagnacja. Co film to jednak po raz kolejny nihili novi. Kolejne produkcje amerykańskiego reżysera przypominają kopię poprzednich filmów. A chyba nie o to powinno chodzić. Z każdym kolejnym filmem mamy do czynienia z odcinaniem kuponów od sławy (bo przecież firmowany TAKIM nazwiskiem film musi być dobry) przez swego czasu jednego z wizjonerów kina. Trochę to smutne. Przekonuję się powoli do tezy mówiącej 'widzieć jeden film Woody'ego Allena to tak, jakby widzieć wszystkie'. Neurotyczny bohater, wydłużone do granic możliwości rozmowy, przeważnie o filozofii oraz ciągłe spacery. Brzmi znajomo? Taki też jest ten film. Gdyby powstał dekadę wcześniej można by powiedzieć, że jest nawet dobry, teraz jednak, gdy Allen rokrocznie wypuszcza ze swej stajni podobne dzieła to jednak ma się syndrom odgrzewanego kotleta. Nawet ostatnio często trzeba oglądać miłą dla oka, lecz już mocno oklepaną przez Allena Emmę Watson. Film dla ludzi z zasadą 'lubię tylko te piosenki, które już znam'. Chociaż na Phoenixa i Stone też można popatrzeć.






niedziela, 15 lutego 2015

Czarowanie bez magii

Miłość w blasku księżyca (Magic in the Moonlight)
USA 2014
reż. Woody Allen
gatunek: komedia
zdjęcia: Darius Khondji

Jednym z fundamentalnych pytań w całej historii ludzkości były pytania związane ze sferą duchową, metafizyczną. Ludzie praktycznie od zawsze zadawali sobie pytania rzędu 'czy jest bóg, czy go nie ma', 'co się dzieje z nami po śmierci' lub 'czy istnieją duchy i inne wymiary'. Za kwestionowanie niektórych poglądów lub wiarę w inne często można było stracić życie na przykład udając się na stos. Ale od zawsze człowieczą wiarę w istoty nadprzyrodzone wykorzystywali oszuści i szarlatani, którzy rzekomo potrafili widzieć więcej niż zwykli śmiertelnicy. O jednym z takich przypadków opowiada właśnie ten film.


Mamy rok 1928. Śledzimy losy niejakiego Stanleya Crawforda (Colin Firth) , który to jest utalentowanym magikiem i udając Chińczyka Wei Ling Soo przemierza świat dając swe iluzjonistyczne występy. Oprócz talentu do sztuczek będący zatwardziałym racjonalistą Crawford zajmuje się także ujawnianiem fałszywych medium. Gdy jego jedyny przyjaciel, a poza tym inny wykrywający oszustów magik Howard (Simon McBurney) prosi go o wykrycie metod, jakimi posługuje się pewna podająca się za medium młoda kobieta - Sophie Baker (Emma Stone), która to dzięki swym seansom spirytystycznym zyskuje uznanie mieszkających w południowej Francji rodziny bogaczy. Stanley zgadza się jechać do Francji i poznaje zarówno Sophie, jak i jej matkę, które to korzystają z gościnności bogatej Grace (Jacki Weaver) oraz jej zakochanego w Sophie syna Brice'a (Hamish Linklater). Stanley zaczyna bacznie przyglądać się poczynaniom Sophie i wkrótce będzie musiał porzucić swe racjonalistyczne poglądy...


Ktoś kiedyś powiedział mi, że jedynym plusem filmów Woody'ego Allena jest to, że są one krótkie. W tym wypadku jestem skłonny przyznać dużą część racji. Bo opinia ta tutaj trafia jeśli nie w dziesiątkę, to bardzo jej blisko. Na pierwszy rzut oka mamy tutaj wszystko, co powinno być w takim filmie. Lekkie podejście do tematu, piękne krajobrazy, przyzwoitą fabułę, niezłą grę aktorską etc. Jednak oglądając to widzimy, że mamy do czynienia z wydmuszką. Na pierwszy rzut oka wszystko ładnie i pięknie, jednak w środku pusto. Historia jest przewidywalna do bólu i banalna w swej prostocie. Widzimy po raz setny podobną historię, w trochę innej po prostu konfiguracji. Fabuła jest prosta i przewidywalna. Krajobrazy są ładne, ale w sumie w kółko jesteśmy raczeni kilkoma widoczkami. Najgorsze jest to, co położy każdy film określający się jako komedię. Nie śmieszy. Komedia śmieszyć powinna. W różnym stylu, nieważne jakim, ale powinien się pojawić uśmiech. Tutaj w zasadzie tego nie ma. Woody Allen tworząc co rok nowy film wpadł w pułapkę odtwórstwa z samego Woody'ego Allena. Oglądając wcześniej kilka jego filmów można śmiało chyba zaryzykować tezę, że na te nowe nie warto już tracić czasu, gdyż po prostu zobaczymy znowu to samo w trochę zmienionej konfiguracji. 
Ogólnie dostajemy lekki i przyjemny film, który po bliższym przyjrzeniu jawi się jako swoisty przerost formy nad treścią. I nawet całkiem dobry główny duet aktorski pojawiający się na tle ładnych widoczków tego nie zrekompensuje. Bardzo średnio.