Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Firth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą C. Firth. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Obozowe historie

Droga do zapomnienia (The Railway Man)
Australia, Wielka Brytania 2013
reż. Jonathan Teplitzky
gatunek: dramat, biograficzny

W Polsce mamy swoją martyrologię narodową, wedle której wszystko co złe na świecie skupiło się na naszym kraju i na Polakach żyjących przez te wszystkie lata trwania państwa polskiego. Ciągłe wojny, zarówno z Niemcami i Rosją (oraz Czechami, Szwedami i innymi Ukraińcami), przez przedmurze chrześcijaństwa i walki z Turkami czy dalekimi Mongołami po widmo zaborów, przegranych powstań, II Wojny Światowej, budowanych na terenie naszego kraju obozów śmierci czy lata dominacji radzieckiej zapominamy, że w innych miejscach ludzie ludziom sami zgotowali podobny los tak, by ci drudzy cierpieli. I tego typu filmy przypominają nam, że nie jesteśmy pępkiem świata w cierpieniu. 


W wiele lat po II Wojnie Światowej jej weteran Eric Lomax (Colin Firth) poznaje w pociągu Patricie (Nicole Kidman). Będący już w dość średnim wieku ludzie szybko znajdują wspólny język i stają na ślubnym kobiercu. Jednak Erica targają wspomnienia z czasów wojny, co powoduje, że bywa bardzo nieobliczalnym człowiekiem. Nie chce on opowiedzieć żonie o tym, co spotkało go w niewoli japońskiej, więc ta zwraca się o opowiedzenie tego do dawnego towarzysza niedoli męża, Finley'a (Stellan Skarsgård). W jego opowieściach przenosimy się do lat wojny, gdzie młody Eric (Jeremy Irvine) podpada kierownictwu obozu i jest torturowany przez członka japońskich służb, Nagase (Tanroh Ishida). Po latach Lomax dowiaduje się, że Nagase (Hiroyuki Sanada) pracuje w dawnym obozie jako oprowadzacz wycieczek. Postanawia jechać mu na spotkanie.


Film tworzą przeplatane sceny z lat późniejszych, jak i z czasów wojny. Wiele spraw będących chronologicznie pierwszymi zostanie nam przedstawione na końcu. To buduje pewien suspens i napięcie jednak wplata dużą niespójność w całej produkcji. Ogólnie cały film jest dość nierówny, a tempo akcji jest niespieszne i w wielu momentach dość nużące. Kilka razy chciałem się poddać i wyłączyć projekcję. Jednak udało mi się te sceny przeboleć i nie żałuję. 
Sama idea filmu pokazująca prawdziwą historię człowieka, który zaznał bolesnych mąk w czasie niewolniczej budowy kolei we wschodniej Azji była bardzo dobra. Sposób wykonania jednak nie zawsze trafiał w dziesiątkę. Brakowało mi trochę relacji Lomaxa z żoną i problemów, jakie musiała z nim mieć. Szczególnie smutne jest to dlatego, że Nicole Kidman zagrała naprawdę bardzo dobrze i miło było widzieć ją w takiej formie na ekranie. Dostaliśmy historię człowieka, który szuka nawet nie tyle zemsty co zrozumienia. Człowieka, który nie zaśnie póki nie zamknie pewnego etapu swojego życia. Oglądając film pewnie nie jednemu przyjdzie na myśl jego antywojenny, pacyfistyczny wydźwięk. Wszak dwóch nieznanych sobie ludzi, którzy widzą się pierwszy raz w życiu nie powinno mieć na zdrowy rozsądek chęci tortury jeden drugiego. Film pokazuje całą głupotę idei wojen dwóch ludów, w terenie w którym nie powinno ich nawet być. Wszak rzecz dzieje się w Tajlandii zajętej przez Japonię, jednak wcześniej skolonizowaną przez Brytyjczyków. Ergo jedni i drudzy swego czasu byli agresorami. Jest to też historia o wybaczeniu i przyjaźni. Może nie porywająca, jednak warta zobaczenia lekcja człowieczeństwa, którego w pewnym momencie zabrakło światu.






środa, 17 czerwca 2015

Ratowanie świata parasolką

Kingsman: Tajne służby (The Secret Service)
Wielka Brytania 2014
reż. Matthew Vaughn
gatunek: akcja, komedia

Filmów (i seriali) o tajnych agentach w historii kina i telewizji było już zatrzęsienie. Pseudoszpiegowskie historie o Jamesie Bondzie utrzymują się na topie już od przeszło pół wieku, w Polsce mieliśmy swego Hansa Klossa, pamiętać trzeba też odgrywanego przez Rowana Atkinsona Johnny'ego Englisha w cyklu udanych parodii. To tylko przykłady, gdyż gdybym wymieniał wszystko jak leci po przecinku nie starczyłoby miejsca na inne treści. W każdym razie w zalewie produkcji o przygodach tajnych służb powstała też ta oto komedia akcji. Czy jest na poletku szpiegów miejsce dla Kingsmanów?


Poznajemy losy tajnej brytyjskiej ekipy, tytułowych Kingsmanów. Gdy w czasie misji ginie jeden z agentów należy zrobić swoisty casting w celu jego zastąpienia. Harry Hart (Colin Firth) typuje na to miejsce syna dawnego agenta, który kilkanaście lat temu zginął ratując reszte ekipy. Młody Eggy (Taron Egerton) musi przejść morderczy trening oraz pokonać 9 innych starających się o miejsce w Kingsmanach. Tymczasem miliarder - wizjoner Valentine (Samuel L. Jackson) wprowadza w życie swój groźny dla ludzkiej populacji plan, który Kingsmani muszą powstrzymać.


Miałem problem z ocenieniem tego filmu. Zaczynając seans przez pierwszą część jego trwania produkcja uchodziła za dobry film z ciekawym klimatem, dobrą grą aktorską (szczególnie na pochwały zasługują Firth i Jackson, radę daje młody Egerton oraz Mark Strong w roli jednego z Kingsmanów), niestety czym dalej w las tym gorzej. Nagromadzenie głupoty, absurdów, nieścisłości jest tak duże, że ręce opadają. Sama organizacja jest tak tajna, że w sumie nie wiadomo w czyim interesie pracuje (nie jest częścią MI6) i kto finansuje ich drugie mordercze zabawki i tajne bazy rozsiane po całej Anglii. Bardzo źle moim zdaniem wypadają sceny walki. Matrixowe efekty i inne tego typu ficzery miały pewnie dodać efektowności jednak mnie osobiście raziły. Biorąc pod uwagę, że ulubioną bronią Kingsmanów jest kuloodporna (sic!) parasolka, a pomocnica głównego antagonisty zamiast nóg jest wyposażona w protezy podobne do tych, jakie na potrzeby biegów nosił Oscar Pistorius (tylko, że zrobione z megaostrych noży) to mamy nagrodzenie głupoty w skali globalnej. Także fakt, że do ratowania świata wystawia się dwóch wziętych cholera skąd nastolatków (którzy w pierwszej części filmu nie radzili sobie podczas szkolenia), którzy zamieniają się w postaci w stylu Rambo, gdy wyposażeni w parasolkę likwidują kilka kompanii uzbrojonego wroga to już szczyt wszystkiego. Bezbrzeżna głupota (która wszak nie ma granic) nie niszczy jednak tego filmu w stu procentach. Paradoksalnie film wciąż się dość dobrze ogląda, bo to jednak nieźle zrobione kino rozrywkowe. Głupie bo głupie, ale jadalne. Ludzie pewnie będą oglądać to na zasadzie podobnej do tej, dlaczego jedzą hamburgery, wiedząc, że może nie są zbyt zdrowe i spożywane w nadmiarze roztyją, ale mimo wszystko smakują. Tu jest głupio ale wesoło. O popularności produkcji świadczy choćby wysoka średnia not na filmwebie (prawie 7,5) i prestiżowa ikonka 'filmweb poleca'. Pierwszą część filmu uważam za całkiem dobrą, drugą niestety za raczej słabą także w rezultacie daje to w mojej ocenie film przeciętny, który można w wolnej chwili zobaczyć, raczej dla relaksu niż większej podróży intelektualnej ale jeśli się tę produkcję ominie to też wielkiego żalu do siebie mieć nie należy.



niedziela, 15 lutego 2015

Czarowanie bez magii

Miłość w blasku księżyca (Magic in the Moonlight)
USA 2014
reż. Woody Allen
gatunek: komedia
zdjęcia: Darius Khondji

Jednym z fundamentalnych pytań w całej historii ludzkości były pytania związane ze sferą duchową, metafizyczną. Ludzie praktycznie od zawsze zadawali sobie pytania rzędu 'czy jest bóg, czy go nie ma', 'co się dzieje z nami po śmierci' lub 'czy istnieją duchy i inne wymiary'. Za kwestionowanie niektórych poglądów lub wiarę w inne często można było stracić życie na przykład udając się na stos. Ale od zawsze człowieczą wiarę w istoty nadprzyrodzone wykorzystywali oszuści i szarlatani, którzy rzekomo potrafili widzieć więcej niż zwykli śmiertelnicy. O jednym z takich przypadków opowiada właśnie ten film.


Mamy rok 1928. Śledzimy losy niejakiego Stanleya Crawforda (Colin Firth) , który to jest utalentowanym magikiem i udając Chińczyka Wei Ling Soo przemierza świat dając swe iluzjonistyczne występy. Oprócz talentu do sztuczek będący zatwardziałym racjonalistą Crawford zajmuje się także ujawnianiem fałszywych medium. Gdy jego jedyny przyjaciel, a poza tym inny wykrywający oszustów magik Howard (Simon McBurney) prosi go o wykrycie metod, jakimi posługuje się pewna podająca się za medium młoda kobieta - Sophie Baker (Emma Stone), która to dzięki swym seansom spirytystycznym zyskuje uznanie mieszkających w południowej Francji rodziny bogaczy. Stanley zgadza się jechać do Francji i poznaje zarówno Sophie, jak i jej matkę, które to korzystają z gościnności bogatej Grace (Jacki Weaver) oraz jej zakochanego w Sophie syna Brice'a (Hamish Linklater). Stanley zaczyna bacznie przyglądać się poczynaniom Sophie i wkrótce będzie musiał porzucić swe racjonalistyczne poglądy...


Ktoś kiedyś powiedział mi, że jedynym plusem filmów Woody'ego Allena jest to, że są one krótkie. W tym wypadku jestem skłonny przyznać dużą część racji. Bo opinia ta tutaj trafia jeśli nie w dziesiątkę, to bardzo jej blisko. Na pierwszy rzut oka mamy tutaj wszystko, co powinno być w takim filmie. Lekkie podejście do tematu, piękne krajobrazy, przyzwoitą fabułę, niezłą grę aktorską etc. Jednak oglądając to widzimy, że mamy do czynienia z wydmuszką. Na pierwszy rzut oka wszystko ładnie i pięknie, jednak w środku pusto. Historia jest przewidywalna do bólu i banalna w swej prostocie. Widzimy po raz setny podobną historię, w trochę innej po prostu konfiguracji. Fabuła jest prosta i przewidywalna. Krajobrazy są ładne, ale w sumie w kółko jesteśmy raczeni kilkoma widoczkami. Najgorsze jest to, co położy każdy film określający się jako komedię. Nie śmieszy. Komedia śmieszyć powinna. W różnym stylu, nieważne jakim, ale powinien się pojawić uśmiech. Tutaj w zasadzie tego nie ma. Woody Allen tworząc co rok nowy film wpadł w pułapkę odtwórstwa z samego Woody'ego Allena. Oglądając wcześniej kilka jego filmów można śmiało chyba zaryzykować tezę, że na te nowe nie warto już tracić czasu, gdyż po prostu zobaczymy znowu to samo w trochę zmienionej konfiguracji. 
Ogólnie dostajemy lekki i przyjemny film, który po bliższym przyjrzeniu jawi się jako swoisty przerost formy nad treścią. I nawet całkiem dobry główny duet aktorski pojawiający się na tle ładnych widoczków tego nie zrekompensuje. Bardzo średnio. 


piątek, 23 stycznia 2015

Pamięć nieabsolutna

Zanim zasnę (Before I Go to Sleep)
Francja, Wielka Brytania 2014
reż. Rowan Joffe
gatunek: dramat, thriller
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Ed Shearmur

Czy budzenie się każdego poranka nie pamiętając niczego z przyszłości to ulga czy cierpienie? Czy nie wiedząc kim się jest można zaufać sobie i osobom w swoim otoczeniu? W zeszłorocznym filmie Rowana Joffe, który bazuje na lukach w pamięci i całkowitej amnezji poznamy odpowiedzi na te i inne pytania.


Główną bohaterką produkcji jest czterdziestoletnia Christine (znana m.in. z Innych Nicole Kidman). Po każdej pobudce dowiaduje się ona od męża (Colin Firth), że od czasu wypadku straciła pamięć, wskutek zaburzeń pracy mózgu jest zdolna pamiętać tylko jeden dzień, do czasu, aż znów zaśnie. Rankiem ponownie wszystko się powtarza. Za sprawą doktora Nascha (przypominający Michała Probierza Mark Strong) zapisuje ona swoje wspomnienia z każdego dnia za pomocą krótkich filmów nagrywanych aparatem. Wkrótce stanie przed dylematem komu tak naprawdę ma wierzyć. Ale zrobi wszystko, by poznać sekrety swego życia...


Jako, że film opiera się na amnezji i stopniowym przypominaniu sobie fragmentów życia bohaterki mamy tutaj do czynienia z wieloma zwrotami akcji. Co kilka minut scenarzyści fundują nam jakiś twister fabularny. Jak na 90 minutową produkcję według mnie to trochę za dużo. Sprzecznych informacji robi się w pewnym momencie za dużo. Fabuła mknie jak szalona dostarczając widzom co i rusz nowe fakty, zarówno te autentyczne, jak i nieprawdziwe. Sami do końca nie wiemy co jest prawdą a co nie, a która z postaci ma rację. 
Ogólnie film posiada dobrą stronę aktorską, jak i może zbyt chaotyczny i niezbyt spójny, jednak interesujący scenariusz. Nie jest to może poziom Memento, który opisuje podobny problem luk pamięciowych, jednak kiedy akurat ma się możliwość obejrzenia historii Christine nie powinien to być czas szczególnie zmarnowany.