Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2018

Poza prawem

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Martin McDonagh
gatunek: dramat, kryminał, komedia
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell


Kilka miesięcy przed premierą tego filmu przed kinowym seansem innej produkcji wyświetlono zwiastun 3 billboard'ów i ten zlepek scen sprawił, że zapamiętałem ten tytuł (co dzięki jego specyficznej, długiej nazwie nie było zresztą całkowicie trudne). Późniejsze przychylne recenzje wzbudziły we mnie jeszcze większe oczekiwanie na film McDonagh'a. Także po premierze nie kino nie musiało długo czekać na moją obecność na tym tytule.


Film przenosi widzów do zamieszkałego przez redneck'ów tytułowego małego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Kilka miesięcy po zamordowaniu córki Mildred (Frances McDormand) policja wciąż nie odnalazła sprawców tej zbrodni. Rozgoryczona kobieta stara się wpłynąć na miejscowych stróżów porządku poprzez zamieszczenie przy wyjeździe z miasteczka prowokacyjne teksty uderzające w szeryfa Willoughby'ego (Woody Harrelson). Sytuacja ta powoduje zamieszanie w miasteczku...


Film reżysera Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj jest praktycznie pozbawiony słabych punktów. Może jako całość nie jest arcydziełem jednak żaden z punktów kinematograficznego rzemiosła u McDonagha nie szwankuje. Twórca ten świetnie w scenariuszu połączył historię dramatyczną, komediową i kryminalną i wręcz genialnie napisał postaci, które pojawiają się na ekranie. Jednak nawet najlepsze dialogi mogą położyć źle dobrani aktorzy. Na szczęście producenci filmu świetnie trafili z osobami występującymi w filmie. Mało kiedy widzi się tak dobrze zagrany przez tak wielu aktorów film. Zarówno wymienieni już McDormad i Harrelson, ale i wcielający się w Dixona Sam Rockwell, Peter Dinklage i nawet Lucas Hedges wypadają w swych rolach przekonująco. Nic dziwnego, że film, jak i jego twórcy zostali zauważeni na ceremonii oscarowej. Mało w tym roku było filmów aż tak absorbujących widza. A że już trochę minęło od jego premiery to tych, którzy jeszcze nie widzieli zachęcam do zapoznania się z tą produkcją.






wtorek, 9 października 2018

Twórca niechciany

Disaster Artist (The Disaster Artist)
USA 2017
reż. James Franco
gatunek: biograficzny, dramat, komedia
zdjęcia: Brandon Trost
muzyka: Dave Porter

Oczekując na premierę tego filmu specjalnie dzień przed jego obejrzeniem obejrzałem sprawcę całego zamieszania, czyli kultowy film - porażkę The Room. Wszystko po to, aby być jak najlepiej przygotowanym na to, co stworzył James Franco.


Film opowiada prawdziwą historię niejakiego Tommy'ego Wisseau (w tej roli sam reżyser) i jego perypetii przy tworzeniu swego magnum opus czyli filmu The Room. Niezbyt utalentowany aktorsko Tommy nie mogąc załapać się na castingu do jakiejkolwiek roli postanawia sam nakręcić film. Pomaga mu w tym dużo młodszy znajomy, Greg Sestero (brat reżysera, Dave Franco).


Nie jestem szczególnym fanem dorobku filmowego Jamesa Franco i całej jego stajni aktorsko-kumpelskiej, w skład której oprócz jego młodszego brata Dave'a wchodzi między innymi Seth Rogen. Panowie choć czasem mają błyskotliwe pomysły kojarzą mi się z tym co może być najgorsze w zwrocie amerykańska komedia. Jednak mając na uwadze, że starszy z braci Franco wciąż stara się działać (z różnym skutkiem) w niekomercyjnych projektach, a sam pomysł zekranizowania biograficzno-komediowej epopei o nakręceniu jednego z najpokraczniejszych filmów w historii wydawał mi się ciekawy uznałem, że na akurat ten film tej ekipy warto czekać. I generalnie rzecz biorąc nie zawiodłem się. Team Franco pokazuje, że może działać w kręgach okołokomediowych bez oklepanych pseudo żartów o pierdzeniu, upalaniu się i analnych żartów. Prezentowany film wydaje się bardzo wyważony pod względem komediowo-dramatycznym. Często jest śmiesznie, czasem smutno i nostalgicznie. James Franco naprawdę przygotował się do roli i niemal staje się odtwarzanym przez siebie bohaterem (nawiasem mówiąc sam Wisseau, któremu ten film dał drugie życie pojawia się na chwilę na ekranie). Nie spodziewałem się wiele, ale dostałem zaskakująco solidny, a nawet dobry film o marzeniach, przyjaźni, dążeniu do celu, pasji i graniczącej z manią. Jamesie Franco, Dave'ie Franco i ty, Seth'cie Roganie! Idźcie tą drogą! Idźcie!






niedziela, 4 lutego 2018

Ta ostatnia niedziela

Party (The Party)
Wielka Brytania 2017
reż. Sally Potter
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Aleksei Rodionov

Są w kraju i na świecie ludzie, którzy lubują się w filmach nakręcanych w teatralny sposób. Doceniają w nich perfekcyjnie skrojony scenariusz oraz nienaganną grą klasowych aktorów (nie tych celebrytów pokroju Rocka Johnsona z pierwszych stron lifestylowych gazet). Nie dziwi fakt, że najwięcej teatralnych filmów powstaje w kolebce nowożytnego teatru, Wielkiej Brytanii.


Janet (Kristin Scott Thomas) organizuje przyjęcie by uczcić na nim ukoronowanie swojej kariery politycznej - została nominowana na posadę ministra zdrowia.  Na imprezę przybywają jej współpracownice - April (Patricia Clarkson) wraz z Gottfriedem (Brunoz Ganz), Martha (Cherry Jones) wraz ze swą partnerką Jinny (Emily Mortimer) oraz mąż nieobecnej pracownicy, Tom (Cillian Murphy). Nim wszystko zacznie się rozkręcać mąż Janet, Bill (Timothy Spall) oznajmia zgromadzonym, że jest śmiertelnie chory...


Ten kameralny film (rozgrywa się w kilku pomieszczeniach domu i pod jego drzwiami) rozprawia się z prawdziwymi intencjami polityków oraz ich osobistym stosunkiem do głoszonych publicznie tez oraz odkrywa prawdziwe oblicza znających się często przez lata bohaterów. A czyni to wszystko z zacięciem tragikomicznym. Pochodzący z jednej frakcji politycznej bohaterowie prywatnie nie kryją się we własnym gronie z całkiem innym podejściem do wielu spraw, niźli podaje je linia partii. Ogłoszenie Billa odnośnie swojego terminalnego stanu doprowadza zaś do całej spirali niecodziennych wypadków i wypowiedzi. Jako że jest to idealnie, kunsztownie wręcz zagrane przyjemnie patrzy się na coraz to nowe tajemnice wychodzące na światło dzienne. 
Niestety nie przekonuje mnie w kinie ten teatralny sznyt. Tego typu scenariusze nadają się idealnie do wystawiania na teatralnych deskach, zaś w oglądane na wielkim ekranie kinowego multipleksu w dużej części tracą swój urok. Oczywiście gdyby film ten nie powstał, a aktorzy zagraliby go w jednym z londyńskich teatrów to nie mógłbym dzisiaj o nim pisać, bo bym go nie po prostu nie zobaczył, jednak wydaje mi się, że tego typu sztuka przewyższa jednak multipleks z popcornem, siorbaniem i smartfonami - jej miejsce jest w godniejszym miejscu. Także samo nakręcenie filmu w czarno białych barwach wydaje mi się trochę kontrowersyjne, lecz w sumie w pewnym momencie można się do niej przekonać. Wydaje mi się, że dobrze obejrzeć ten film w kameralnym kinie studyjnym, na małym ekranie, w ciszy i spokoju. Wtedy ma się małą namiastkę teatru.





sobota, 3 lutego 2018

Poza kontrolą

Atak paniki
Polska 2017
reż. Paweł Maślona
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Cezary Stolecki
muzyka: Radzimir Dębski

Od dłuższego czasu dochodziły do mnie opinie o tym filmie. Ktoś gdzieś widział go na festiwalu, krytycy chwalili nową jakość w rodzimym kinie, później wyszedł intrygujący zwiastun. Także na film Maślony, który napisał go wraz z kilkoma występującymi w filmie aktorami poszedłem jak na spotkanie ze świętym Graalem.


Film opowiada historię kilku ludzi (Artur Żmijewski, Dorota Segda, Małgorzata Popławska, Grzegorz Damięcki, Julia Wyszyńska, Małgorzataa Hajewska-Krzysztofik, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula), którzy w pewnym momencie swojego życia znaleźli się w mocno stresujących sytuacjach. 


Jakbym miał jakoś porównać produkcję Maślony uznałbym ją za pewne połączenie 11 minut  Jerzego Skolimowskiego z argentyńskim filmem Dzikie historie Damiana Szifrona. Z tą drugą produkcją łączy go pewien fakt tematyczny, a więc opowieści o frustracji często przechodzącej w gniew. Myślę, że nieudany film Skolimowskiego aspirował właśnie do tego, co pokazał w swoim filmie Maślona. Mamy tutaj rozgrywające się niemal w czasie rzeczywistym (jest kilka przeskoków w późniejszej części filmu) historie ludzi z różnych grup społecznych. Ludzie ci narażeni są na stresowe sytuacje, takie jak podróż samolotowa z siedzącym obok zagranicznym grubasem-gadułą (brawa dla producentów za zatrudnienie w tej roli znanego w Europie Duńczyka Nicolasa Bro), wizyta koleżanek w baaardzo nieodpowiednim momencie czy...groźba przegrania w trwającej non stop grze internetowej (obstawiam OGame). Wszystko to zostało sprawnie zagrane (szczególne brawa dla Żmijewskiego, Popławskiej i Kotschedoffa) lecz nie każda historia wciąga i interesuje widza jednakowo. Jako że film nie ma jednego czy dwóch głównych bohaterów, a jest ich cała garść kamera skacze po świecie przedstawiając ich losy (w stylu 11 minut, nie jak w Dzikich historiach, gdzie oglądaliśmy kilka etiud połączonych klimatem i reżyserem). Sam najbardziej czekałem na sceny rozgrywane w samolocie, trochę mniej na kelnera-gracza i historię rozgrywaną w restauracji czy u odwiedzanej przez koleżanki dziewczyny. Była też jeszcze scena wesela (gdzie poruszał się też kelner-gracz ale jego wątek był inny) oraz z dziećmi próbującymi miękkie narkotyki jednak te wątki mnie w ogóle nie ruszyły. Napięcie w każdej ze scen rośnie powoli, jednak nie wszystkie tytułowe ataki paniki wyglądają przekonująco. Film zapowiadano jako komedię i wielu tak go odebrało. Są tam pewne aspekty komediowe, jednak ogólnie wydaje mi się, że bliżej mu do dramatu z elementami humorystycznymi. Realizatorsko jest to coś innego w polskim kinie więc na pewno warto ten film zobaczyć. Jednak nie uważam go za coś szczególnie wybitnego.



środa, 31 stycznia 2018

Rzeźnia numer dwa

Zieloni rzeźnicy (De Grønne slagtere)
Dania 2003
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Jeppe Kaas

Po obejrzanym w zeszłym miesiącu filmie Mężczyźni i kurczaki postanowiłem kontynuować moją filmową przygodę ze skandynawskimi czarnymi komediami. Tym razem udało mi się sięgnąć po kolejny film z Danii, który jednak pochodzi z wcześniejszej dekady niż przytoczony chwilę temu tytuł.


Svend (Mads Mikkelsen) i Bjarne (Nikolaj Lie Kaas) pracują jako rzeźnicy w rzeźni prowadzonej przez Holgera (Ole Thestrup). Mężczyźni są jednak niezadowoleni z tego, jak traktuje ich pracodawca więc zwalniają się i otwierają własną sklep mięsny. Na ten cel pozbywają się wszystkich oszczędności, poza tym Bjarne decyduje się na poddanie eutanazji swojego brata, który od lat pozostaje w śpiączce. Dzięki temu trafi do niego kolejna część spadku po rodzicach. Gdy udaje się w końcu otworzyć sklep interes nie idzie najlepiej. Przynajmniej do czasu, gdy Svend serwuje potrawę z...mięsa człowieka.


Ten kto oglądał wcześniejsze filmy Andersa Thomasa Jensena powinien szybko odnaleźć się także w nieco groteskowych realiach i tej produkcji. Reżyser wspomnianych już wcześniej Mężczyzn i kurczaków oraz Jabłek Adama serwuje po raz kolejny swoje autorskie kino oparte na miksie komedii, dramatu oraz pewnego rodzaju ironicznego absurdu. Po raz kolejny też oglądamy żelazny zestaw duńskich aktorów, którzy pojawiają się niemal w każdej znaczącej produkcji z tego kraju. Jest więc i Mads Mikelsen, który choć urodą normalnie nie grzeszy to w tym filmie ucharakteryzowany jest wręcz odpychająco, jest Nikolaj Lie Kaas czy też w jednej z mniejszych, choć znaczących ról pojawia się Nicolas Bro. Każdy z wymienionych panów jest dobrym aktorem więc i tutaj trzymają poziom dzięki któremu łatwo uwierzyć w opowiadaną w filmie historię.
W produkcji tej wszystko idzie dobrze, gdy realizowana jest ta makabryczno-komediowa jej część. Można się wtedy uśmiechnąć i z satysfakcją oglądać dalsze losy nieudaczników, jakimi są główni bohaterowie. Niestety ciężej ogląda się dalszą część filmu, który w pewnym momencie skręca z drogi komedii w ścieżkę dramatu rodzinnego. Może i poruszany temat jest ważny, jednak trochę kłóci się z trupio-lekką formą pierwszej części filmu. Gdyby twórcy szli dalej drogą komediową tylko trochę wplatając dramatyczne wstawki myślę, że osiągnęliby więcej. A tak mamy w rezultacie film tylko niezły. Choć fani skandynawskich filmów z pogranicza komedii i dramatu powinni go jak najbardziej obejrzeć.





poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zdrajcy metalu

Gotowi na wszystko. Exterminator 
Polska 2017
reż. Michał Rogalski
gatunek: komedia
zdjęcia: Kacper Fertacz

Ostatnimi laty ciężko było oglądać polskie komedie. Kiedyś nasi filmowcy wręcz z nich słynęli i rokrocznie pojawiały się filmy, które potrafiły bawić widza. Niestety kilka ostatnich lat to czerstwe produkcje komediowe o twarzy Karolaka, Szyca, Adamczyka i im podobnych. Doświadczenie minionych lat podpowiada więc, aby do polskich filmów komediopodobnych podchodzić ostrożnie.



Marcyś (Paweł Domagała) na pogrzebie dawnego kolegi spotyka swych dawnych znajomych: Jaromira (Krzysztof Czeczot), Lizzy'ego (Piotr Żurawski) i Makara (Piotr Rogucki). Wszyscy panowie wraz z denatem w czasach młodości byli członkami metalowej kapeli Exterminator, jednak przez liczne antagonizmy we własnym gronie zespół rozpadł się, a mężczyźni pozostają w oschłych stosunkach. Sytuacja ta może się zmienić, gdy burmistrz miasteczka (Dominika Kluźniak), w którym żyją oferuje solidną sumę pieniędzy za reaktywację zespołu...


Zwiastun tego filmu, który od kilku miesięcy można było zobaczyć w kinach nie zachęcał. Przypominający komedię romantyczną gniot o metalowcach śpiewających hity De Mono. To nie mogło się udać. Dodać do tego pokraczny tytuł (skąd oni wzięli to Gotowi na wszystko? Sam Exterminator by nie wystarczył?), który zastąpił wcześniejszy Exterminator. Faceci pragną bardziej. Kuriozum dopełnia zaś fakt, że  pierwszy polski filmie fabularnym o metalowcach doczekał się dedykowanej mu piosenki wykonanej przez znany polski zespół death metalowy Feel. Tak, ten z Piotrem Kupichom.
Dodając to wszystko do kupy jeszcze przed obejrzeniem filmu można było założyć, że to się nie może udać. Paradoksalnie jednak nie jest tak źle. Tylko trzeba oglądać ten film z odpowiednim dystansem i nastawieniem. Nie spodziewać się mimo pewnych zapowiedzi hardcorowego filmu o metalowcach, bo to nie o tym jest film (w sumie już trailer powinien rozwiać wątpliwości), a potraktować go jako niejaką podróż sentymentalną w lata młodości. Film pokazujący wczorajsze marzenia w dzisiejszych realiach. Dodatkowo z wiernie odwzorowaną przaśną polską prowincją z idealnie pokazanymi scenami małomiasteczkowych lub wiejskich festynów. Kto był na takim choć raz od razu załapie co i jak. Dodatkowo w sumie można posłuchać kilku fajnych polskich piosenek (dobrze, że znalazło się miejsce dla TSA) oraz być świadkiem niezłej gry aktorskiej. Przynajmniej męskiej części obsady. Tutaj brawa należą się też Erykowi Lubosowi i świetnemu choć niewykorzystanemu w swej roli Januszowi Chabiorowi. Chętnie poszedł bym na jakiś spin-off z udziałem jego postaci. Niestety zaś postaci kobiece odegrane przez Agnieszkę Więdłochę i Aleksandrę Hamakało trochę nie dają rady i zbliżają produkcję do niesławnego grona typowych polskich komedii. Wydaje mi się, że bez tego wątku romantycznego, oparty fabularnie tylko na trudnej przyjaźni film wypadłby lepiej. Można byłoby w miejsce scen tego wątku opowiedzieć lepiej historię bohaterów lub dać więcej czasu dla postaci Chabiora. Generalnie nie jest jednak wcale tak źle. Jak najbardziej można oglądać!







wtorek, 23 stycznia 2018

Jeszcze gorszy Mikołaj

Zły Mikołaj 2 (Bad Santa 2)
USA 2016
reż. Mark Waters
gatunek: komedia (?)
zdjęcia: Theo van de Sande
muzyka: Lyle Workman

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. O ile pierwsza część Złego Mikołaja mogła się podobać, zapełniła ówcześnie pewną lukę w kinie, wykreowała ciekawą postać to jednak twórcy sequela nie zauważyli, że przez te trzynaście lat świat się zmienił, poszedł do przodu. A oni zaserwowali znowu to samo.


Willie (Billy Bob Thornton) dziaduje kolejny rok z rzędu. Za jedyną pociechę życiową ma kolejne butelki alkoholu. Tymczasem jego dawny wspólnik, karzeł Marcus (Tony Cox) po wyjściu z więzienia pierwsze kroki kieruje właśnie do byłego partnera w zbrodni. Tym razem ma on plan, w który zaangażował już wyrodną matkę Willie'go, Sunny (Kathy Bates). Trójka ma obrabować w czasie świąt organizację charytatywną, którą kieruje atrakcyjna Diane Hastings (Christina Hendricks).


Generalnie nie jestem zwolennikiem powstawania sequeli, jednak przyznam, że czasem wychodzą udane kontynuacje, a część nawet przebija swoich poprzedników. Problem z tą akurat kontynuacją jest taki, że chyba kompletnie nikt na nią nie czekał. A na pewno nie ponad dekadę po ukazaniu się pierwszej części. Trzeba było kuć żelazo póki gorące. Zły Mikołaj był zły, jego sequel niestety jest jeszcze gorszy. W zasadzie po raz kolejny dostajemy wulgarną opowiastkę o seksie i grzaniu wódy. Niezbyt wyszukane aluzje seksualne są obecne w każdym dialogu, ich poziom zaś zniechęca do oglądania przygód bohaterów (wśród których jest też jedna z najbardziej drażniących postaci filmowych wszech czasów, czyli grany przez Bretta Kelly'ego Thurman Merman). Warto dodać, że jak na film z gatunku heist movie motyw napadu jest tu niemal nieistotny.
Szkoda tylko idealnie pasującego do roli zniszczonego życiem Thorntona, który swoją obecnością choć trochę ratuje film. Film, który jest zrealizowany rzemieślniczo przyzwoicie od strony technicznej, jednak całkiem zrujnowany w innych aspektach.




niedziela, 14 stycznia 2018

W rodzinie ojca mego

Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns)
Dania, Niemcy 2015
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Frans Bak

Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład. 


Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...


To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach. 





sobota, 13 stycznia 2018

Macierzyństwo nieodpowiedzialne

Złe mamuśki (Bad Moms)
USA 2016
reż. Jon Lucas, Scott Moore
gatunek: komedia
zdjęcia: Jim Denault
muzyka: Christopher Lennertz

Lubię oglądać filmy z Milą Kunis. Nie dlatego, że pochodząca ze Związku Radzieckiego aktorka jest jakoś specjalnie dobra w swym zawodzie czy też występuje w samych dobrych filmach. Kunis aktorsko przecież nie jest specjalnie wybitna a i filmy, w których występuje przeważnie do zbyt ambitnych nie należą. Lubię filmy z nią bo z seksistowskich pobudek, gdyż po prostu wygląda na ekranie całkiem atrakcyjnie. 


Kura domowa Amy (Mila Kunis) pod wpływem swych przyjaciółek Carli (Kathryn Hahn) i Kiki (Kristen Bell) postanawia zostawić za sobą dotychczasowe życie, zostawia męża, zaniedbuje dzieci i rzuca się w wir nocnego życia.


Ten film jest zły. Bardzo zły. Tak bardzo zły, że wcale nie zdziwił mnie fakt, że w około rok powstała jego kontynuacja, która utrzymywała się w naszych kinach przez dobrze ponad miesiąc. Film ten jest kolejnym w ostatnim czasie komedią w stylu modnej teraz feministycznej odmiany bromance. Kilka kobiet w wieku MILFowskim traktuje się jakby były o połowę młodsze niż są w rzeczywistości, piją, klną, gadają o seksie, który sobie czasem pouprawiają i to w założeniu ma być śmieszne. Ale śmieszne nie jest. Nie chce mi się pisać o tym filmie. Naprawdę jest on tak żałosny, że po prostu wystarczy, że napiszę byście go nie oglądali.


czwartek, 4 stycznia 2018

Nikt nie jest doskonały

Pół żartem, pół serio (Some Like It Hot)
USA 1959
reż. Billy Wilder
gatunek: komedia
zdjęcia: Charles Lang
muzyka: Adolph Deutsch

Nieżyjąca od ponad pół wieku Marilyn Monroe za życia była ikoną stylu, którą pozostała do dzisiaj. I zapewne pozostanie nią jeszcze przez długi czas. Jej wizerunek przesiąknął do popkultury, gdzie zajęła miejsce obok takich postaci, jak Che Guevara. Niemal wszyscy, niezależnie od wieku kojarzą tą pin-upową piękność, lecz coraz mniej osób dotyka tego, z czego zapewne ona sama chciała być rozpoznawalna - filmów z jej udziałem. Sam, by przybliżyć sobie jej postać postanowiłem sporadycznie obejrzeć filmy, w których wystąpiła.  Ten jest pierwszym z nich. 


USA lat prohibicji alkoholowej. Dwaj bezrobotni muzycy jazzowi, Joe (Tony Curtis) i Jerry (Jack Lemmon) pojawiają się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze - są świadkami porachunków mafijnych. Uciekając przed ścigającymi ich gangsterami decydują się w kobiecych przebraniach dołączyć do damskiego zespołu jazzowego, w którym problematyczną gwiazdą jest Sugar Kane Kowalczyk (Marilyn Monroe).


Gust się zmienia. Nie tylko poszczególnym jednostkom na skutek wieku, doświadczeń czy poszerzonej wiedzy. Zmienia się także całym masom ludzkim na przestrzeni dekad. To, co kiedyś bawiło ludzi przeważnie dzisiejsi widzowie podobnych spektakli oglądaliby z zażenowaniem. Aby daleko nie szukać można przytoczyć gagi z udziałem Flipa i Flapa, które bawiły moją babcię, a mnie zaś doprowadziły do upadku wiary w ludzkość. Także zasiadając do filmu komediowego sprzed sześćdziesięciu lat bałem się, że rodzaj humoru tam zaprezentowany będzie dla mnie nie do przyjęcia - po prostu zbyt czerstwy, niedzisiejszy. Co się jednak okazało film z 1959 nadal bawi. I robi to lepiej niż zdecydowana większość późniejszych komedii (a niemal wszystkie współczesne). I chociaż pomysł tutaj jest raczej standardowy - przebiera się facetów za baby i każe śledzić widzowi perypetie, jakie wytwarzają się w skutek tych machinacji to ogląda się to nadzwyczaj dobrze, żeby nie powiedzieć też, że...świeżo. 
Duża zasługa w tym scenarzystów i ludzi od dialogów - stworzyli oni pełnokrwiste postaci, które wypowiadają ciekawe dialogi. Każda postać budzi sympatię, a to zasługa nie tylko twórców, ale i odtwórców - aktorzy z Curtisem i Monroe, ale i niezapomnianą drugoplanową rolą w wykonaniu Joe E. Browna. Majstersztyk. 
Reasumując dostajemy prawdziwą perłę z lamusa. Historia, dialogi, komizm sytuacyjny, aktorstwo - wszystko to sprawia, że jest to jedna z najlepszych komedii filmowych w historii. I to bez używania, jak to dzisiaj modne masy wulgaryzmów i seksualnych aluzji. Film godny polecenia! 


wtorek, 2 stycznia 2018

Kuriozum

Hollywoodzkie dziwki uzbrojone w piły łańcuchowe (Hollywood Chainsaw Hookers)
USA 1988
reż. Fred Olen Ray
gatunek: komedia, horror
zdjęcia: Scott Andrew Ressler
muzyka: Michael Perilstein

Zdarzają się takie filmy, że wystarczy przeczytać sam ich tytuł, aby wiedzieć z jakiej jakości dziełem będziemy mieli okazję się mierzyć. Nie chodzi tutaj tylko o filmy pornograficzne, które to raczej nie są zbyt wysublimowane w swych tytułach (zasiadając do Bolesnej defloracji cycatej blondyny lub Analnych rozkoszy nastolatek nie mamy raczej nadziei na obejrzenie dramatu psychologicznego, od razu spodziewamy się zobaczyć na ekranie bolesną deflorację cycatej blondyny i analne rozkosze nastolatek) ale i o szereg produkcji klasy od B do Z, której opisywany film jest świetnym przykładem.


Detektyw Jack Chandler (Jay Richardson) ma za zadanie odszukać zaginioną dziewczynę, Samanthę (Linnea Quigley). Poszukując jej trafia na trop sekty prostytutek, które wyznają staroegipski kult pił mechanicznych. Szybko też poznaje lidera tego kultu (Gunnar Hansen)...


Już sam tytuł nie pozostawia wątpliwości co do jakości tego filmu. Jego opis i fotosy także nie powinny zmienić percepcji co do jego wybitności. Jednak co ciekawe...w całej tej tandecie, głupocie i kiczu dostrzec można pewien subtelny urok. Zdaję sobie sprawę, że to fatalny film ale muszę przyznać, że przyjmując założoną przez twórców konwencję bardzo dobrze się bawiłem oglądając go! Bo ciężko zakładać, że coś się twórcom nie udało i miało wyjść poważanie, a wyszło jak wyszło. Dysponując minimalnym budżetem reżyser i scenarzysta Ray (autor tyleż mierny, co płodny bo wyreżyserował do tej pory 134 filmy, napisał ponad 50 scenariuszy, a i wystąpił przed kamerą prawie 35 razy) stworzył świadomie irracjonalną fabułę o jawnogrzesznicach biegających z piłami mechanicznymi po mieście tnąc swych klientów na lewo i prawo przy okazji robiąc to z pobudek religijnych (i to staroegipskich!). Wzorowany na chandlerowskim detektywie (o nazwisku Chandler) tropiąc sektę trafia do jej tajnej kwatery (drogę torują mu drogowskazy typu Do tajnej kwatery sekty prosto albo Jesteś już blisko), a finałowa walka odbywa się na piły mechaniczne, ale wyłączone. 
Poziom aktorstwa może i jest naiwny, jednak trudno było mi ukryć sympatii do tych postaci i aktorów. Także jeśli ktoś szuka typowego odmóżdżacza typu gore, gdzie można i się pośmiać, i obejrzeć nagie i zgrabne ciała to jest dobry wybór. Odłóżcie swój gust filmowy na półkę, a sami zasiądźcie i delektujcie się tym bardzo guilty pleasure!





poniedziałek, 18 grudnia 2017

Girls power

Ostra noc (Rough Night)
USA 2017
reż. Lucia Aniello
gatunek: komedia
zdjęcia: Sean Porter
muzyka: Dominic Lewis

Po niekwestionowanym sukcesie trylogii  Kac Vegas (a przynajmniej jej pierwszej i drugiej części) twórcy zauważyli rosnące zapotrzebowanie na głupie komedie kumpelskie. Tym sposobem powstało w ciągu dekady kilkadziesiąt filmów opierających się na podobnych schematach (próbowano tego także u nas, czego rezultatem jest jeden z najgorszych polskich filmów wszech czasów, Kac Wawa) ale raczej biorąc pod uwagę ich co najwyżej przeciętną jakość żaden z nich nie został zapamiętany dobrze, jak Kac Vegas. Po czasie trochę zmieniono format tych filmów feminizując je, przez co coraz więcej na rynku produkcji tego typu z kobietami w roli głównej. Ten jest jednym z nich. 


Kandydująca na urząd senatorski Jess (Scarlett Johansson) wychodzi za mąż. Z tej okazji jej koleżanki ze studiów (Jillian Bell, Zoë Kravitz i Ilana Glazer) oraz przybyła z Australii Pippa (Kate McKinnon) planują spotkać się po latach i zorganizować dla niej wieczór panieński w domku w Miami. Po wypełnionym używkami wieczorze w wynajętym przez kobiety domku ginie striptizer...


Czy kiedyś, przy jakiejś innej okazji pisałem już o tym, że początkowa kariera Scarlett Johansson zapowiadała się o wiele lepiej? Znając mnie zapewne już to robiłem. Ale trudno, napiszę to jeszcze raz. Aktorka naprawę zaczynała ambitnie, a jak na razie tuła się po filmach klasy C oraz produkcjach superbohaterskich. Wybrała łatwą drogę do kasowego sukcesu, szkoda jednak, że kosztem aktorskich ambicji. 
Co do filmu mamy tu po raz setny podobną historię, opartą na podobnym pomyśle i tym samym niskim humorze. Oczywiście zmieniają się twarze, zmieniają się imiona, trochę inna jest lokalizacja ale wszystko generalnie jest zgodne z jedną, stałą linią produkcyjną dla filmów tego typu. To, co najbardziej mnie wkurza to fakt, że od kilku lat w tych wszystkich feministycznych kumpelskich produkcjach zawsze jest gruba baba. Żeby sobie ona tam po prostu była to jeszcze nie problem, ludzie są i chudzi i grubi więc niech sobie będzie. Jednak nie. W tych filmach zawsze jest gruba baba, która mimo że powinna każdego odpychać to jest seksualną bestią, wiecznie napaloną erotomanką, która nie myśli o niczym innym niż seks (może jeszcze o jedzeniu) i co gorsza ciągle ma swoich adoratorów. Dziwne, że tutaj nie występuje w roli zboczonej grubej baby Rebel Wilson, która w ostatnich latach jest etatowo zboczoną grubą babą Hollywood, a niejaka Jillian Bell. 
Jeśli chodzi o sam film to ciężko coś mądrego napisać. Każdy, kto widział jakiś podobny wcześniejszy film powinien generalnie wiedzieć czego się spodziewać. Da się to obejrzeć, poziom humoru mimo niskich lotów jest na tyle specyficzny, że czasem można się uśmiechnąć, fabularnie chociaż oklepane, to jednak oglądanie nie boli. Cóż, jeśli ktoś kupuje ten rodzaj rozrywki to na pewno znajdzie coś dla siebie. Ot taki łatwy film do zobaczenia i zapomnienia chwilę później. Zresztą nigdy nie aspirował na coś innego.





sobota, 16 grudnia 2017

Służąc i dając

Pantaleon i wizytantki (Pantaleón y las visitadoras) 
Peru, Hiszpania 2000
reż. Francisco J. Lombardi
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Teo Delgado
muzyka: Bingen Mendizábal


Ile widzieliście do tej pory filmów pochodzących z Peru? Pewnie nie pomylę się o wiele jeśli napiszę, że równe zero. To tak jak i ja. Ale tym filmem zaczynam przygodę z kinem peruwiańskim. Jako że produkcja powstała na podstawie tamtejszego literackiego noblisty Mario Vargasa Llosy to należało z góry sądzić, że jakiś poziom, przynajmniej fabularny powinna trzymać.  



W Amazonii, na terenach nieopodal koszar szerzy się terror żołnierzy, którzy atakują cywili, gwałcąc przy okazji napataczające się kobiety. Sztab armii wpada na pomysł, jak zlikwidować po cichu problem. Tym rozwiązaniem ma być służba zorganizowana przez  kapitana Pantaleóna Pantoje (Salvador del Solar), który dostaje za zadanie przeprowadzić się rejon zadania i powołać zespół prostytutek, które na zlecenie armii obniżałyby poziom stresu stacjonujących tam żołnierzy. Pantoja wraz z burdelmamą (Pilar Bardem) kaptuje załogę, wśród której wyróżnia się wyzywająca Kolumbijka Olga (Angie Cepeda). Tymczasem żona Pantaleona, mieszkająca z nim Pachuga (Tatiana Astengo) nic nie wie o zadaniach swego męża...


Obawiałem się trochę tego filmu. Egzotyczne produkcje, a za taką uznałem film wyprodukowany w Peru z udziałem tamtejszych aktorów są obarczone pewnym ryzykiem. Nigdy nie wiadomo na co się trafi i czy przypadkiem nie wdepnęło się w minę. Jednak tym razem wybór filmu okazał się wyborem dobrym. Całość dało się bez bólu oglądać, a dodatkowo więcej było w niej plusów dodatnich, niż plusów ujemnych. Przede wszystkim to, co zwraca uwagę to oczywiście fabuła wygląd części tytułowych wizytantek (przede wszystkim pani Cepedy) oraz bohaterki granej przez Astengo. Naprawdę ładne panie. Fabuła także stoi tutaj na odpowiednim poziomie, umiejętnie żonglując między powagą,a elementami humorystycznymi. Postaci zostały napisane naprawdę dobrze, co jest zapewne zasługą autora - noblisty Llosy. Aktorzy dodatkowo całkiem przyzwoicie wtłaczają życie w bohaterów, dzięki czemu całość ogląda się przyjemnie. Zainteresowany filmem, który mi się podobał zainwestowałem w książkowy oryginał, który teraz wraz z innymi dziełami pisarza czeka na półce na swoją kolej. Ja tymczasem polecam każdemu obejrzenie tego nieznanego w naszym kraju filmu. Można naprawdę ciekawie spędzić przy nim te ponad dwie godziny.





Kosmiczne jaja

Paul
USA, Wielka Brytania 2011
reż. Greg Mottola
gatunek: komedia, sci-fi
zdjęcia: Lawrence Sher
muzyka: David Arnold

Gdy jedzie się autokarem w długą podróż przewoźnik uruchamia pokładowy sprzęt telewizyjny, by pasażerom się nie nudziło. Na pewno to znacie. Nigdy nie obejrzy się w ten sposób naprawdę dobrego, przyzwoitego filmu, gdyż filmy tam puszczane przystosowane są do gustu podróżujących wehikułem Januszy i Grażyn. Przeważnie można obejrzeć w ten sposób po raz kolejny takie polskie hity, jak Testosteron, Zróbmy sobie wnuka lub innych Wkręconych. Od czasu do czasu trafić można zaś na głupie filmy pochodzące spoza Polski. Ja na przykład trafiłem na opisywane właśnie dzieło. 


Film opowiada historię dwóch ortodoksyjnych nerdów: Graeme (Simon Pegg) i Clive (Nick Frost) wracając z konwentu fanów komiksów spotykają na swojej drodze kosmitę przedstawiającego się, jako tytułowy Paul. Wysłuchując jego zwierzeń postanawiają pomóc mu wydostać się z Ziemi. Po pewnym czasie w pomoc angażuje się też poznana po drodze konserwatywnie wychowana Ruth (Kristen Wiig). Aby zaś nie było tak łatwo i przyjemnie tropem kosmity podąża agent Zoil (Jason Bateman) wraz z ekipą...


Mówi się, że podróże kształcą. Jednak jeśli podczas przejazdu przez pół kontynentu jedyne, co się człowiekowi oferuje to właśnie ten film, to powyższe powiedzenie znacznie mija się z prawdą. Mamy do czynienia z głupią komedią, tylko niewiele przewyższającą poziomem merytorycznym takie tuzy, jak American Pie, Zemstę frajerów czy Straszny film. Mimo to ogląda się to całkiem przyzwoicie. Postaci, choć strasznie głupie i w tej głupocie mocno przewidywalne (wybierają zawsze najbardziej głupie wyjścia z sytuacji) są sympatyczne i ogląda się je nieźle. Postać Paula choć z wyglądu sztampowa zrealizowana jest dobrze i jej oblicze nie straszy wykonaniem. W dużej mierze jest to specyficzne kino drogi, w czasie której bohaterowie poznają różne postaci i wchodzą z nimi w interakcję. Tutaj największym plusem okazuje się osoba Ruth, która wychowywana jest przez swojego ojca, religijnego fundamentalistę. Także ciekawym zagraniem jest obsadzenie w jednej z ról znanej z serii filmów o Obcym Sigourney Weaver. Wszystko to powoduje, że film, który teoretycznie jest nie do przyjęcia całkiem nieźle broni się przed krytyką. Szkoda jednak zakończenia i ogólnie bardzo słabej fabularnie drugiej części filmu. O ile akcja zawiązuje się całkiem dobrze, to dalej wszystko bardzo mocno się pruje. Generalnie więc nie polecam, chyba, że ktoś poszukuje niewyrafinowanej rozrywki. Ten film powinien jej w jakiś sposób dostarczyć.




piątek, 15 grudnia 2017

Przestępcy i emeryci

W starym, dobrym stylu (Going in Style)
USA 2017

reż. Zach Braff
gatunek: komedia
zdjęcia: Rodney Charters
muzyka: Rob Simonsen

Lubię oglądać na ekranie kina lub telewizora starszych aktorów, którzy swego czasu byli gwiazdami swego pokolenia, dla których niegdyś ludzie kupowali bilety do kina. Nie jest to powodowane gerontofilią ani innym zaburzeniem seksualnym lecz faktem, że ci ludzie, którzy mimo wieku decydują się dalej robić to, co lubią i przy okazji sprawiają tym radość fanom zasługują na szacunek. W opisywanym właśnie filmie mamy możliwość obejrzenia kilku filmowych weteranów. 


Poznajemy historię starości kilku przyjaciół z dawnych lat. Obecnie zdziadziali i stetryczali Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) są mało potrzebni społeczeństwu oraz rodzinom i klepią biedę spędzając czas na wspominkach starych, dobrych czasów. W pewnym momencie panowie wpadają w tarapaty finansowe i wtedy rodzi się pomysł, by wyjść z długów poprzez...napad na bank.


Fajnie jest obejrzeć swoich kinowych idoli w formie, mimo że metrykalnie zbliżają się już dziewięćdziesiątego roku życia. Miły jest także sam fakt, że ci aktorzy wybrali tym razem całkiem niezły scenariusz i na pewno nie muszą się wstydzić zagrania w tej produkcji, która mimo że jest współczesną komedią amerykańską to nie zostawia widza z nerwowym uśmiechem zażenowania (w tym momencie pragnę pozdrowić Roberta De Niro i jego popisowy występ w filmie Co ty wiesz o swoim dziadku). Omawianemu właśnie filmowi znacznie bliżej jest do Last Vegas, które opierało się z grubsza na całkiem podobnym schemacie. I tu i tu mamy solidny humor podparty całkiem realnym spojrzeniem na problemy społeczne, takie jak na przykład izolację starszych ludzi. I tak, jak w filmie sprzed kilku lat i tutaj choć jest odpowiednio sztampowo i z grubsza przewidywalnie, to da się dobrze bawić na seansie. Nie jest to na pewno film, którego nie obejrzenie drastycznie zmniejszy kinofilskie doświadczenia, jednak jego obejrzenie nie jest też stratą czasu. Idealnie sprawdzi się na weekendową lekką przyjemność filmową. O całości ciężko się rozpisywać, fabuła, jak wspomniałem jest dość oklepana, jednak aktorzy dają radę, a prospołeczny wydźwięk jest dodatkowym plusem. 





poniedziałek, 5 czerwca 2017

Antypody strachu

Areszt domowy (Housebound)
Nowa Zelandia 2014
reż. Gerard Johnstone
gatunek: horror, komedia
zdjęcia: Simon Riera
muzyka: Mahuia Bridgman-Cooper

Filmy kręcone w Nowej Zelandii są w naszym kraju dość dobrze znane. Między innymi tolkienowskie trylogie Petera Jacksona Władcy Pierścieni i Hobbita, które były kręcone właśnie na tym krańcu świata. Oprócz tego jednak współczesne kino nowozelandzkie oferuje całkiem niezłą rozrywkę, czego przykładem są filmy Taiki Waititiego (Co robimy w ukryciu czy Hunt for the Wilderpeople). Dlatego też z dużym entuzjazmem podszedłem do opisywanego właśnie filmu z Nowej Zelandii.


Po popełnienia przestępstwa sąd skazuje niepokorną Kylie (Morgana O'Reilly) na areszt domowy. Pod prawnym przymusem musi wrócić do domu swojej matki Miriam (Rima Te Wiata). Kylie nie może dogadać się zarówno z matką, jak i jej nowym partnerem. Co gorsza Miriam uważa, że dom, w którym mieszkają jest nawiedzony...


Filmy z Nowej Zelandii mają swój własny, unikalny styl, w którym specyficzny humor miesza się z równie absurdalnymi, groteskowymi poważniejszymi scenami rodem z tragikomedii. Nie inaczej jest w filmie Johnstone'a, który również jest miksem gatunkowym. Niestety jednak w moim odczuciu niezbyt strawnym. Owszem, mamy tutaj liczne nawiązania do horroru, wszystko jest też polane typowo nowozelandzkim specyficznym klimatem. Jednak kino to nie matematyka. Tutaj 2+2+2 niekoniecznie zawsze musi dać sześć. W tym wypadku jest po prostu zwyczajnie za dużo grzybów w tym barszczu - co scenę mamy inną horrorową kalkę, gdzie oglądamy na przemian mroczne historie wynikające z przeszłości, złowrogich sąsiadów - morderców, nawiedzone pomieszczenia, sceny egzorcyzmów i trzaskające drzwi etc etc. Jest tego po prostu za dużo i człowiek z czasem staje się zmęczony. Sama fabuła,która początkowo wciąga jest przez to po pewnym czasie coraz bardziej marginalna i nużąca. Także kilka dużych nieścisłości i luk w historii sprawia, że widz zaczyna się coraz mniej angażować w nazbyt wydumaną całość. Na domiar złego sytuacji nie ratuje główna bohaterka, która irytuje niemal w każdej scenie. Wiecznie niezadowolona, bufoniasta heroina o wyglądzie młodej, zirytowanej Kayah denerwuje i zwyczajnie nie sposób jej polubić. 
Całość ma pewien oryginalny klimat (o co w sumie trudno biorąc pod uwagę fakt, jak nie oryginalnymi schematami się posługuje) jednak ogólnie można uważać ten film za zawód. Oczekiwałem czegoś lepszego.


piątek, 24 marca 2017

Kobiety nienormalne

Zwariować ze szczęścia (La pazza gioia)
Włochy, Francja 2016
reż. Paolo Virzì
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Vladan Radovic
muzyka: Carlo Virzì

Kilkukrotnie w ostatnim czasie miałem okazję opisywać trafiające do dystrybucji w Polsce filmy z Włoch i zawsze mogłem każdą z tych produkcji finalnie pochwalić, gdyż nigdy nie zeszły one poniżej pewnego bardzo przyzwoitego poziomu. Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że właśnie w kinach grany jest kolejny film z Włoch wiedziałem, że prawdopodobnie będzie to dzieło udane. I tym razem się nie zawiodłem. 


Akcja filmu zaczyna się zawiązywać w ekskluzywnym miejscu odosobnienia dla osób chorych psychicznie. Na leczeniu tam przebywa hrabina Beatrice Morandini Valdirana (Valeria Bruni Tedeschi), za której rodziny pieniądze ufundowano cały obiekt. Kobieta jest władcza i egoistyczna i skłonna do przesadnych opowieści o sobie. Wkrótce do szpitala przybywa skłonna do autodestrukcji Donatella Morelli (Micaela Ramazzotti). Valdirana zaczyna interesować się nową pensjonariuszką...


W filmie tym dostrzegam powiew świeżości dla współczesnej kinematografii i naprawdę miłą odmianę wśród wielu niemal identycznych filmów zza Oceanu. Chociaż przygody dwóch całkiem innych, kontrastujących postaci to w światku filmu żadna nowość to osoby Valdirany i Morelli są tak dobrze napisane i zagrane, że naprawdę chce się oglądać ich dziwaczne i ekscentryczne przygody. Mimo że cała intryga nie jest zbyt zawiła to ogląda się to wszystko mile i z niekłamaną satysfakcją. Przygody obu odmiennych od siebie kobiet są przedstawione po równo w tonacji dramatu i komedii,a oba gatunki te są odpowiednio dopasowane. Sądzę, że jest to warta zobaczenia pozycja będąca typowo europejskim kinem środka, łączącym artyzm z komercją. Warto.




poniedziałek, 6 lutego 2017

Za jakie grzechy?

50 twarzy Blacka (Fifty Shades of Black)
USA 2016
reż. Michael Tiddes
gatunek: komedia 
zdjęcia: David Ortkiese
muzyka: Jim Dooley

Niebawem do kin zawita od dawno agresywnie promowany (przed każdym multipleksowym seansem poświęca mu się dwa zwiastuny) film Ciemniejsza strona Greya. Mimo że w miastach film będzie wyświetlany po 30-40 razy dziennie to na kilka pierwszych dni nie ma już na to biletów. Ja się na to nie wybieram, książki nie czytałem, niestety kiedyś miałem to nieszczęście, że widziałem 50 twarzy Greya. Ciężko było to wytrzymać. Opisywany właśnie film jest natomiast parodią tego wiekopomnego dzieła i największego wydarzenia filmowego 2015 roku...


Studentka Hannah (Kali Hawk) w zastępstwie współlokatorki Kateeshy (Jenny Zigrino) udaje się przeprowadzić wywiad z przystojnym milionerem Christianem Blackiem (Marlon Wayans). Zakochuje się w mężczyźnie, który zaczyna odkrywać przed nią swoje nietypowe sekrety...


Ciężko jest stworzyć dobrą parodię, która w dodatku byłaby zrozumiała przez zarówno znających wyśmiewany temat/produkcję, jak i tych niezaznajomionych. Dobrych parodii powstało jednak bardzo mało.Tych złych - setki. Opisywany film wpisuje się w tą drugą, nieudaną kategorię. Nie wiem zresztą jaki jest sens parodiowania produkcji samej w sobie będącej (niezamierzenie) groteską. Mamy więc tutaj przełożenie niemal w skali 1:1 scen znanych z oryginału czyniąc to w duchu najgorszych zasad głupich komedii i jeszcze głupszych parodii w stylu niesławnego Poznaj moich Spartan. Jest więc obleśnie, żałośnie, głupio, panuje tu rasizm i seksizm. Gdyby wyjąć z tego filmu kilka scen i stworzyć z tego ubarwiające jakiś program rozrywkowy minutowe wstawki byłoby okej. Jednak jako pełen metraż bogaty w ciągłe żałosne sceny? Niestety dostajemy obraz nędzy i rozpaczy. Lepiej trzymać się od tego z daleka. Choć i tak jest lepszy niż oryginał.





niedziela, 5 lutego 2017

Ojcowie i córka

Toni Erdmann
Niemcy, Austria, Rumunia 2016
reż. Maren Ade
gatunek: komedia

O tym filmie mówiło się i słyszało dużo jeszcze wiele dni przed krajową premierą. Ta europejska koprodukcja szturmem podbiła serca krytyków zdobywając wiele nagród i przede wszystkim będąc absolutnym hegemonem wrocławskiego rozdania Europejskich Nagród Filmowych zdobywając tam pięć statuetek w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria, aktor, aktorka, scenariusz). Dlatego pod względem nagród doszedłem do wniosku, że idę na europejską wersję La La Landu, który też przecież szturmem wygrywa wszystko, co tylko się da. 


Film opowiada o losach starzejącego się rozwodnika Winfrieda Conradi (Peter Simonischek) - nauczyciela muzyki w jednej z niemieckich szkół oraz o jego relacjach z pracującą w Rumunii córką, Ines (Sandra Hüller). Winfried wyrusza do Bukaresztu, by polepszyć z nią stosunki. Gdy będąca korposzczurem Ines ignoruje ojca, ten przebiera się za swe alter ego - zblazowanego Toniego Erdmanna...


Mam bardzo ambiwalentne uczucia względem tego filmu. Po ilości nagród, jakie otrzymał moje oczekiwania względem niego były naprawdę wysoko zawieszone, lansowana w zwiastunach postać Toniego Erdmanna zapowiadała ciekawą, mimo wszystko inteligentną komedię, i o ile było kilka scen naprawdę niewymuszonego śmiechu, to całość filmu miała raczej dość smutny kontekst, zaś długi metraż (ponad dwie godziny i czterdzieści minut) w kilku momentach solidnie potrafił wymęczyć. Sabotujący poczynania córki Toni Erdmann pojawia się zresztą dość późno i ani on, ani jego prawdziwe oblicze nie jest głównym bohaterem filmu. Produkcja skupia się najbardziej na losach córki, czyli Ines. Jest to postać dla mnie odpychająca, szalenie antypatyczna, pozbawiona kręgosłupa moralnego. Kobieta gardząca drugim człowiekiem, za jedyny cel w życiu mająca awans zawodowy (dla którego jest ekspertem od wazeliniarstwa). Do tego jej korporacyjne zachowanie kontrastuje z perwersjami, jakim oddaje się w nielicznych chwilach prywatnego życia, gdzie narkotyki mieszają się z perwersyjnym seksem. Postać głupkowatego Erdmanna zaś pojawia się bez większego uzasadnienia i pozostaje później niemal do końca filmu - kilka scen z nią jest całkiem irracjonalnych, absurdalnych, część natomiast mocno nielogicznych (jak jego odjazd podstawioną na parkinu limuzyną). Ade serwuje nam film o trudnych relacjach córki z ojcem, krytykę międzynarodowych korporacji oraz wtyka w to debilnego Erdmanna. Jest to niespotykane połączenie. Jednak poszczególne elementy filmu jakby wyjęte nie prezentują się aż tak dobrze - wyszło wiele lepszych filmów krytykujących korporacyjne życie czy traktujących o relacjach dziecko - rodzic. Po tylu nagrodach jednak spodziewałem się czegoś więcej. Całość jest niezła, jednak nie ma tych zapowiadanych fajerwerków. 




piątek, 27 stycznia 2017

On wrócił

Er ist wieder da
Niemcy 2015
reż. David Wnendt
gatunek: komedia
zdjęcia: Hanno Lentz
muzyka: Enis Rotthoff


W 2012 roku niejaki Timur Vermes popełnił książkę satyryczną pod tytułem Er ist wieder da, wydaną również w Polsce pod tytułem On wrócił. Tytułowym nim jest w tym przypadku Adolf Hittler, który trafia do współczesnego Berlina. Książka cieszyła się za zachodnią granicą sporą popularnością, choć i w Polsce musiała nie przejść bez echa, skoro na jej podstawie wystawia się sztuki teatralne (w pobliskim teatrze w Hitlera wciela się...kobieta). Także nie dziwi zbytnio, że na bazie tej popularności powstał też dość szybko film.


Rok 2014. W jednej z gorszych dzielnic Berlina budzi się po niemal 70 latach Adolf Hitler (Oliver Masucci), który nie zdaje sobie sprawy, który jest właśnie rok i dalej uważa się za wodza Rzeszy. Wzbudzającego powszechną konsternację wśród przechodniów na nagraniu dostrzega pracujący dla telewizji Sawatzki (Fabian Busch), który postanawia wykorzystać dziwnego mężczyznę podającego się za fuhrera w celu ratowania swojej kariery...


Trzeba się zgodzić z tym, że Niemcy nie posiadają zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. Może dlatego reżyser tego filmu, który wcześniej dał światu tak angażującą produkcję, jak Wilgotne miejsca uchodzi tam za wzór autora komedii. Niestety dla postronnych widzów z innych krajów raczej film na podstawie książki Vermesa będzie w większym stopniu dramatem niż powodem do śmiechu. Choć trzeba przyznać, że trochę udanej satyry udało się przemycić, z dobrą przeróbką klasycznej sceny z Upadku. Niestety przez większość czasu raczej jest strasznie niż śmiesznie. Twórca miota się raz pokazując Hitlera jako psychopatę, częściej jednak stara się ocieplić jego wizerunek. I choć fuhrer czasem celnie skomentuje współczesność to czasem można wręcz posądzić twórców o sentymentalizm względem III Rzeszy - co miesza się zaś z ogólną wymową filmu, że i w obecnych czasach niewiele trzeba, by osoba pokroju Adolfa znów sięgnęła po władzę. Jednak mam nadzieję, że trend powrotów tego typu postaci nie utrzyma się w filmie. Bo jeśli przyjdzie nam oglądać powroty Stalina, Lenina, Goebbelsa, Mussoliniego, Pol Pota to może nie świadczyć zbyt dobrze o kondycji obecnego świata.