Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Caine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Caine. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 grudnia 2017

Przestępcy i emeryci

W starym, dobrym stylu (Going in Style)
USA 2017

reż. Zach Braff
gatunek: komedia
zdjęcia: Rodney Charters
muzyka: Rob Simonsen

Lubię oglądać na ekranie kina lub telewizora starszych aktorów, którzy swego czasu byli gwiazdami swego pokolenia, dla których niegdyś ludzie kupowali bilety do kina. Nie jest to powodowane gerontofilią ani innym zaburzeniem seksualnym lecz faktem, że ci ludzie, którzy mimo wieku decydują się dalej robić to, co lubią i przy okazji sprawiają tym radość fanom zasługują na szacunek. W opisywanym właśnie filmie mamy możliwość obejrzenia kilku filmowych weteranów. 


Poznajemy historię starości kilku przyjaciół z dawnych lat. Obecnie zdziadziali i stetryczali Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) są mało potrzebni społeczeństwu oraz rodzinom i klepią biedę spędzając czas na wspominkach starych, dobrych czasów. W pewnym momencie panowie wpadają w tarapaty finansowe i wtedy rodzi się pomysł, by wyjść z długów poprzez...napad na bank.


Fajnie jest obejrzeć swoich kinowych idoli w formie, mimo że metrykalnie zbliżają się już dziewięćdziesiątego roku życia. Miły jest także sam fakt, że ci aktorzy wybrali tym razem całkiem niezły scenariusz i na pewno nie muszą się wstydzić zagrania w tej produkcji, która mimo że jest współczesną komedią amerykańską to nie zostawia widza z nerwowym uśmiechem zażenowania (w tym momencie pragnę pozdrowić Roberta De Niro i jego popisowy występ w filmie Co ty wiesz o swoim dziadku). Omawianemu właśnie filmowi znacznie bliżej jest do Last Vegas, które opierało się z grubsza na całkiem podobnym schemacie. I tu i tu mamy solidny humor podparty całkiem realnym spojrzeniem na problemy społeczne, takie jak na przykład izolację starszych ludzi. I tak, jak w filmie sprzed kilku lat i tutaj choć jest odpowiednio sztampowo i z grubsza przewidywalnie, to da się dobrze bawić na seansie. Nie jest to na pewno film, którego nie obejrzenie drastycznie zmniejszy kinofilskie doświadczenia, jednak jego obejrzenie nie jest też stratą czasu. Idealnie sprawdzi się na weekendową lekką przyjemność filmową. O całości ciężko się rozpisywać, fabuła, jak wspomniałem jest dość oklepana, jednak aktorzy dają radę, a prospołeczny wydźwięk jest dodatkowym plusem. 





niedziela, 1 stycznia 2017

Pożegnanie z Gotham

Mroczny Rycerz powstaje (The Dark Knight Rises)
USA, Wielka Brytania 2012
reż. Christopher Nolan 
gatunek: akcja, sci-fi

Choć od początku batmanowej trylogii Christophera Nolana minęło dopiero 11 lat, a właśnie opisywana ostatnia jej część trafiła do kina zaledwie przed czterema laty (z miesiącami) to praktycznie od daty premiery finalnego filmu produkcje te mają status kultowy. Wydaje się, że nawet w większym stopniu, niż nietoperzowe filmy Burtona. I to raczej zasłużenie, gdyż Nolan godnie wprowadził postać Bruce'a Wayne'a w XXI wiek. 


Po reformach Harvey'a Denta i wycofaniu się Batmana (Christian Bale) z życia miasta w Gotham City wreszcie nastaje względny porządek. Komisarz Gordon (Gary Oldman) i jego podwładni muszą mierzyć się tylko ze zwykłą przestępczością. Jednak osiem lat po wydarzeniach z poprzedniego filmu do miasta przybywa najemnik Bane (Tom Hardy), który wraz ze swoją małą armią zaczyna terroryzować miasto. Potrzebny jest powrót obrońcy Gotham...


Czego i kogo w tym filmie nie ma! W najdłuższej części trylogii Nolan zaludnia miasto licznymi ważnymi postaciami, dodatkowo też zagranymi przez równie głośne nazwiska. Pojawia się wreszcie w serii Selina Kyle, czyli Kobieta-Kot, a świetnie portretuje ją Anne Hathaway (wydaje mi się, że w jednej ze swych najlepszych ról, wpasowała się idealnie), dobra kreacja Josepha Gordona-Levitta, który tutaj mnie wreszcie do siebie przekonał, jest także Marion Cotillard (która akurat do tego filmu zbytnio nie pasowała) i powracający weterani kina - Morgan Freeman i Michael Caine w rolach, w jakich widzieliśmy już wcześniej. Także pod względem aktorskim ciężko było zgromadzić producentom lepszych profesjonalistów. Jednak nagromadzenie takiej pokaźnej gamy aktorów z nazwiskami i danie im mniej lub więcej czasu trwania filmu pojawia się pewien problem - jest tu po prostu za mało Batmana w Batmanie. Nietoperz pierwszy raz ukazuje się na ekranie w 45 minucie filmu, później postać ta znika na grubo ponad godzinę, by znowu wkroczyć do akcji w ostatnich scenach. Trochę mało. Chociaż chwała Nolanowi, że mimo skromnego wykorzystania głównego bohatera serii nie traci się zainteresowania akcją - po prostu chce się patrzeć na inne postaci i to, co wyrabiają na ekranie - mało który tak długi film ogląda się tak płynnie. Duża w tym zasługa Toma Hardy'ego w postaci Bane'a. Jest to postać zupełnie inna niż znany z poprzedniej części Joker w wykonaniu Heatha Ledgera. I chociaż Hardy nie zyskał tyle uwielbienia, co jego czarnocharakterowy poprzednik to wywiązał się ze swojej intrygującej roli bardzo dobrze.
Także uważam, że jako film akcji jest to jedna z lepszych pozycji dostępnych na rynku. Urealistycznienie komiksowego uniwersum wyszło Nolanowi na dobre, a żadnej części trylogii nie trzeba się wstydzić. Finalna część jest moim zdaniem słabsza niż Mroczny rycerz jednak prezentuje się lepiej, niż rozpoczynający serię Batman-Początek. Także jeśli ktoś jeszcze nie widział to warto. Dla fanów postaci i nie tylko. A co do samego pożegnania z Gotham, to jak wiadomo nie było to pożegnanie definitywnie. Powrócimy tam jeszcze nie raz. 





wtorek, 22 listopada 2016

Odyseja kosmiczna

Interstellar
USA, Kanada, Wielka Brytania 2014
reż. Christopher Nolan
gatunek: science-fiction

Christopher Nolan to istny Midas współczesnej hollywoodzkiej kinematografii. Wydawać by się mogło, że wszystko, co dotknie zmienia się w filmowe złoto - nie tylko to kasowe wyrażane w milionach dolarów pozostawionych w kinie przez widzów, ale i to wyrażane w nagrodach filmowych. Autor trylogii Batmana, Memento czy Incepcji moim zdaniem nawet jeśli zawsze znosi tylko złote jaja, to nie wszystkie z nich są nadzwyczaj strawne. A jak więc jest z opisywanym filmem?


W niedalekiej przyszłości Ziemi grozi zagłada. Większość instytucji publicznych zwija się, a ludzkość przeżywa wielki regres cywilizacyjny oczekując marnego końca. Były pilot jednostek kosmicznych, Cooper (Matthew McConaughey) przypadkowo odnajduje tajny ośrodek NASA, w którym przygotowuje się plan ewakuacji Ziemian na inną, zdatną do zamieszkania planetę. Mężczyzna zostaje przekonany przez nadzorującego program profesora Branda (Michael Caine), by pilotował on kosmiczną ekspedycję. Cooper udaje się więc w kosmos, między innymi wraz z córką profesora (Anne Hathaway). Tymczasem na Ziemi zostaje jego córka, Murph (Mackenzie Foy i Jessica Chastain)... 


Nie chcę tego filmu oceniać pod względem naukowym, gdyż na temat fizyki teoretycznej kwantowej czy jakiejkolwiek innej mam tyle pojęcia, co Neandertalczycy o trójpolówce. Z trudem przeczytałem pół Krótkiej historii czasu Hawkinga, z czego zrozumiałem może 1/5, tak więc musiałbym być bardzo zarozumiałym ignorantem, żeby stawiać się w pozycji wiedzącego lepiej, niż autorzy, których konsultantem był sam Kip Thorne, czyli ekspert od m.in. teorii tuneli czasoprzestrzennych. Czytając jednak naukowe teorie w odniesieniu do filmu eksperci twierdzą, że część z nich jest przedstawiona okej, część zaś jest tylko pseudonaukowym bełkotem na potrzeby filmu. Jednak chyba widzowie są w stanie wybaczyć to, gdyż jeśli chciałoby się oglądać tylko 100% realne filmy wybrałoby się te, o facecie w łódce (np. Śmierć w Wenecji) niż o facecie w statku kosmicznym poruszającym się po wszechświecie za pomocą dziur czasoprzestrzennych. 
Bardziej jednak razi mnie w tym filmie niekonsekwencja w działaniach jak najbardziej rzeczywistych, tych typowo ludzkich. Takich, jak na przykład wiele nieścisłości i głupich zachowań bohaterów: dla przykładu Cooper zjawiający się w tajnej bazie dostaje bez przeszkolenia ważną misję mającą uratować gatunek. Nie spojlerując napiszę tylko, że takich głupich rzeczy jest więcej. 
Wizualnie film stoi na naprawdę dobrym poziomie, efekty specjalne stworzone są fachowo (doczekały się Oscara), wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i pasuje do podgatunku space opery. Także aktorsko produkcji nie można nic zarzucić, szczególnie zaś jestem pod wrażeniem dobrej roli młodej Foy. Chociaż uważam, że Hathaway nie została obsadzona zbyt trafnie, aktorka ta niezbyt pasuje mi do takiej roli. 
Fabularnie zaś jestem różnie. Sam wątek podróży i naukowej otoczki jest okej, chociaż autorzy niezbyt wiedzą czy chcą być bardziej science czy jednak fiction jednak te płaczliwe monologi i dylematy bohaterów są frustrujące. Film wydaje się być też odrobinę za długi. 2:50 godz to dużo, myślę, że 2:30 by w zupełności wystarczyło. 
Reasumując film ten jest imponujący w sferze wizualnej, próbuje być inteligentnym kosmiczną fantastyką (chociaż klimatem klaustrofobicznej podróży na statku nie dorasta do pięt Obcemu), w dość przystępny i atrakcyjny sposób pokazujący widzowi niektóre teorie naukowe. Jest tu jednak też sporo nieścisłości, zbyt dużo dłużyzn i przynudzających scen. Tak więc jest przyzwoicie, jednak szału nie ma. 





wtorek, 1 listopada 2016

Just Five: Aktorzy-seniorzy

W drugim odcinku cyklu chcę skupić się na kreacjach aktorskich w wykonaniu aktorów, którzy w czasie kręcenia filmu mieli już skończone co najmniej 70 lat. Wybrałem pięć filmów z ostatnich lat, gdyż po prostu w ponad stuletniej historii kinematografii liczba filmów i osób do wybrania byłaby gigantycznie duża. Oczywiście skupiałem się na filmach, które sam oglądałem więc nie ma tu między innymi obsypanego nagrodami filmu Miłość, którego po prostu jeszcze nie widziałem. W obecnych czasach, gdzie w filmie panuje wszechobecny kult młodości bardzo ważne jest to, by starsi i doświadczeni aktorzy dostawali godne rolę u schyłku swojej kariery. Filmy w zestawieniu udowadniają więc, że nie trzeba wstępować do ekipy aktorskiej Niezniszczalnych, by godnie spełniać się zawodowo w starszym wieku. Oto wybrane przeze mnie role uszeregowane alfabetycznie po tytułach filmów:

Maggie Smith - Dama w vanie 


Nie jest to może film specjalnie dobry, raczej co najwyżej poprawnie niezły jednak dzięki roli Smith naprawdę zapada w pamięć miesiące po obejrzeniu. Aktorka znana z roli profesor McGonagall w filmowym cyklu przygód o Harry Potterze świetnie poradziła sobie z rolą lekko zdziecinniałej i trochę postrzelonej emerytki zamieszkującej tytułowego vana. Każda scena z jej udziałem urasta do miana małego arcydzieła. 

Michael Caine i Harvey Keitel - Młodość 


Dwóch z najbardziej znanych anglojęzycznych aktorów starszego pokolenia spotyka się ze sobą w pięknym obrazie Paola Sorrentnino dając widzom grę aktorską na poziomie dorównującym pięknu wizualnemu filmu. Ciągle potyczki słowne nie mogącego znieść starości Caine'a z optymistycznym mimo wieku Keitelem to mistrzostwo w swej mimo wszystko skromnej formie. Tylko dla tej dwójki warto zobaczyć ten film, mimo że ma on oprócz tego jeszcze wiele do zaoferowania. 

Bruce Dern - Nebraska


Ten film to wszystko to, co najlepsze w amerykańskim kinie (niezależnym, choć nie tylko!). Wysublimowane kino drogi będące wyjętą z Lyncha prostą historią, jednak dzięki umiejętnemu pokazaniu, a przede wszystkim grze aktorskiej głównego bohatera będące czymś znacznie więcej. Historia podróży postaci granej przez Derna, który wraz z synem przemierza Stany po odebranie urojonej wygranej jest jednym z bardziej poruszających filmów mimo wszechobecnego minimalizmu. A znaczna w tym zasługa właśnie świetnego Derna. 

Ian McKellen Pan Holmes


Najsłabszy (choć nie słaby) film w całym zestawieniu, który jednak znalazł się na liście dzięki odtwórcy pamiętnej roli Gandalfa w trylogii Władcy Pierścieni i trochę mniej pamiętnej roli Gandalfa w trylogii Hobbita. McKellen w świetny sposób pokazuje tutaj postać Holmesa w dwóch nieznanych z książek o bohaterze płaszczyzn czasowych - jako starszego pana w wieku 70. lat, który jednak wciąż zachowuje pełnie sprawności i 90. letnie zgrzybiałego starca, który musi uporać się z ubywającą sprawnością umysłową. Naprawdę Brytyjczykowi udała się ta metamorfoza i choć film nie zapisze się w historii kina, to jego rola była naprawdę zacna. 

Robert Duvall - Sędzia


Głównym bohaterem filmu nie była postać Duvalla, tak samo jak gwiazdą całości był oczywiście też Robert, ale Downey Jr. Jednak według mnie to Duvall i jego bohater skradli całe show w tym filmie. To jak wykreował on postać tytułowego sędziwego sędziego (choć równie dobrze tytułowym sędzią można uznać Downeya Jr.) to klasa w sobie. Opowieść o trudnych relacjach na linii ojciec - syn staje się wiarygodna właśnie dzięki tym dwóm aktorom. Jeden z bardziej ambitnych hollywoodzkich tytułów ostatnich lat. 

BONUS

Krystyna Feldman - Mój Nikifor


Ta kreacja aktorska nie mogła się zmieścić w zestawieniu, gdyż od jej nakręcenia minęło już 12 lat jednak postanowiłem jako dodatek wspomnieć i przypomnieć tę ocierającą się o wybitność rolę. Zbliżająca się w czasie powstawania filmu do dziewięćdziesiątki Feldman oprócz grania w teatrze wystąpiła w niemal 100 rolach filmowych. Przeważnie były to jednak mało znaczące epizody. Dla większości będzie pamiętana i kojarzona zawsze ze świetną rolą Babki Kiepskiej w popularnym kiedyś serialu. Jednak to właśnie pod koniec bogatej kariery zagrała rolę życia wcielając się w męską postać malarza prymitywisty - Nikifora. Zasłużone nagrody w Polsce, jak i zagranicą. 

                                                            




poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Realizm komiksowy

Mroczny Rycerz (The Dark Knight)
USA, Wielka Brytania 2008 
reż. Christopher Nolan
gatunek: akcja, thriller

Wstyd się przyznać, ale dopiero w osiem lat od premiery tego filmu pierwszy raz udało mi się go zobaczyć. A szkoda, bo chętnie udałbym się na seans kinowy drugiej części batmanowej trylogii Nolana. Ten film musi świetnie prezentować się na dużym ekranie i chyba właśnie powstał, by oglądało się go w kinie, a nie w domowym zaciszu. Wiele razy miałem okazję do tego, by obejrzeć ten film jednak niestety teraz do tego doszło. Więc poniżej kilka zdań ode mnie na temat najsłynniejszego komiksowego filmu Nolana.


Batman (Christian Bale) wraz z policjantem Jamesem Gordonem (Gary Oldman) i dobrze zapowiadającym się nowym prokuratorem okręgowym Harvey'em Dentem (Aaron Eckhart) zaprowadzają spokój na ulicach Gotham doprowadzając do aresztowania wielu przestępców. Jednak w mieście pojawia się nowy niebezpieczny wróg, wpół obłąkany i sadystyczny przestępca nazywany Jokerem (Heath Ledger).


O tym filmie napisano i powiedziano już chyba wszystko. Jest to jeden z najpopularniejszych obrazów ubiegłej dekady, który m.in za sprawą kultowej gry Ledgera w roli Jokera (i jego tajemniczej śmierci zaraz po nakręceniu zdjęć do filmu) wpisał się do kanonu najważniejszych filmów XXI wieku.  Oprócz popisów aktorskich (bo mimo popisowej, oscarowej roli Ledgera świetnie spisują się tutaj też Eckhart, Michael Cain, a i Bale nie razi) mamy film pięknie zrealizowany, w którym niemal każdy kadr mógłby zostać przerobiony na plakat. Wszystko dobrze komponuje się z nastrojową muzyką, która dochodzi do głosu w najważniejszych momentach, by perfekcyjnie zbudować napięcie. Mamy też w tym filmie nie klasyczny film superbohaterski, a pełnokrwisty thriller, w którym szaleńczo obsesyjny człowiek znikąd staje na drodze pełnego rozterek bohaterowi. Ta pełna realizmu interpretacja przygód najpopularniejszego bohatera uniwersum DC sprawia, że nie jest to zwykłe blockbusterowe filmidło ukazujące pogoń faceta w lateksowych kalesonach za clownem. To dużo, dużo więcej. Nolan przeniósł postaci z fantastycznego świata do tego naszego, rzeczywistego i zrobił to z perfekcyjną precyzją. Postać Jokera nie jest tylko dobrze zagrana, ale i świetnie wprowadzona (i później prowadzona). Tego zabrakło bardzo w najnowszym Legionie samobójców, gdzie według mnie Jared Leto wypadł dobrze, jednak jego postać została delikatnie mówiąc zgwałcona przez scenariusz. Pewnie każdy szanujący się fan filmów akcji i Batmana obejrzał już ten film i jego przekonywać do obejrzenia nie trzeba. Jednak jeśli czytają to ludzie, którzy (tak jak zresztą ja) mają awersję do blockbusterów o superludziach to piszę wam - śmiało włączajcie Mrocznego Rycerza, tego filmu nie da się nie polubić! Chociaż zamiast Batmana w roli głównej mógłby tu wystąpić spokojnie James Bond.




czwartek, 30 czerwca 2016

Wśród wariatów

Obłąkani (Eliza Graves)
USA 2014
reż. Brad Anderson
gatunek: thriller 

Trwająca niemal 65 lat, od 1837 do 1901 roku epoka wiktoriańska to jeden z wdzięczniejszych okresów do osadzenia filmu lub książki. Czasy rewolucji przemysłowej i szczyt brytyjskiej hegemonii imperialnej powodują, że lata te były niewątpliwie ciekawe i warte uwagi. Pomysł zaś, by akcję umieścić w szpitalu psychiatrycznym pod koniec panowania królowej Wiktorii to natomiast kolejne zdawać by się mogło dobre posunięcie. Ale czy 1+1 w filmie zawsze daje 2? Produkcja Brada Andersona pokazuje, że niekoniecznie. 


Absolwent psychiatrii z Oxfodu, Edward Newgate (Jim Sturgess) przybywa na praktyki lekarskie do położonego na uboczu szpitala psychiatrycznego dowodzonego przez doktora Lamba (Ben Kingsley) i jego pomocnika Mickeya Finna (w tej roli znany z Harry'ego Pottera David Thewlis). Uwagę Newgate przyciąga jedna z pacjentek, Eliza Graves (Kate Beckinsale). Edward wkrótce po przybyciu dokonuje zaskakującego odkrycia - znajduje zamkniętą w lochach prawdziwych pracowników szpitala z dyrektorem Saltem (Michael Caine) na czele. Okazuje się, że placówka opanowana jest przez chorych psychicznie...


Pierwsze, co mnie w tym filmie zdziwiło to rzecz dość drugorzędna ale jednak niezrozumiała. Sprawa tytułu w tym filmie i jego polskiego tłumaczenia jest dla mnie dość dziwna. Po pierwsze sama Eliza Graves nie odgrywa specjalnie wielkiej roli w tej produkcji i nie wiem dlaczego w oryginale postanowiono jej imieniem i nazwiskiem nazwać cały film. Po drugie zaś, tu pytanie do polskich dystrybutorów - gdzie znaleźli tłumaczy, którzy Eliza Graves przetłumaczyli na Obłąkanych?Wyszedł z tego pretensjonalny tytuł właściwy bardziej do horroru klasy C niż czegoś poważniejszego. Chociaż akurat patrząc na fabułę filmu Andersona trzeba przyznać, że zbyt poważnie brać Obłąkanch nie ma co.
Ciekawi mnie za to fakt, że producenci tego filmu zadbali o całkiem dobrego reżysera i naprawdę niezłą grupę aktorów z Kinsleyem, Cainem, Thewlisem czy Gleesonem w mniej lub większych rolach? I nazwiska te powinny gwarantować dobrą produkcję, jednak chyba zatrudnienie bardzo średniego (optymistycznie patrząc) scenarzysty Joe Gangemiego (Znacie jego wcześniejsze dokonania Mroźny wiatr czy Oblicza strachu? Ja też nie.). Płytki scenariusz tego filmu skutecznie zabija jego plusy powodując, że całościowo mamy co najwyżej przeciętny film, jakich wiele. Zakończenia domyśliłem się w 18 minucie, a zrobienie głównego twista fabularnego po około 25% trwania produkcji to też wykastrowanie filmu z emocji i tajemnicy. Szkoda, bo przywiązanie do detali z epoki i początkowy klimat zapowiadały więcej.


czwartek, 8 października 2015

Starość nie radość

Młodość (Youth)
Włochy, Francja, Wielka Brytania, Szwajcaria 2015
reż. Paolo Sorrentino
gatunek: dramat

Kolejny po niedawno przeze mnie omawianym, oscarowym Wielkim pięknie film najbardziej znanego włoskiego reżysera Paola Saorrentino. Przed obejrzeniem go zastanawiałem się na ile będzie to kalka i powielanie schematów z poprzedniej jego produkcji, a na ile oddzielny twór. Poniżej więc przemyślenia na ten temat, ale nie tylko to. 


Akcja filmu toczy się w jednym z sanatoriów w szwajcarskich Alpach. Dwójka zbliżających się do osiemdziesiątki przyjaciół artystów spędza tam czas na wypoczynku. Jeden z nich, Mick (Harvey Keitel) - znany i ceniony reżyser jest jeszcze pełen życia, przymierza się do realizacji swego ostatniego ale i najlepszego filmu, drugi z mężczyzn - kompozytor Fred (Michael Caine) jest pogodzony z losem staruszka, nie chce już niczego od życia. Nudę pobytu w ośrodku panowie zabijają m.in. rozmawiając ze znanym aktorem młodego pokolenia (Paul Dano). W pewnym momencie do sanatorium przyjeżdża też córka Fred, Lena (Rachel Weisz).


Już na wstępie napiszę, że uważam ten film za lepszy od wspomnianego wyżej Wielkiego piękna. Choć tak jak w poprzednim filmie reżyser zafundował nam estetyczną poezję dodał do tego też jakąś choć trochę porządniejszą fabułę, której w filmie o dziennikarzu Jepie specjalnie nie było. Bałem się jak już wspomniałem, że dostaniemy to samo co poprzednio, tyle że w innej scenerii z angielską zamiast włoską wersją językową ale na szczęście aż takiej kalki nie ma. Pojawia się owszem wiele scen na zasadzie kontrastów, tak samo jak w oscarowym filmie było widać brzydkich, złych ludzi na tle pięknego miasta, tak i tutaj autor lubuje się zestawiać piękne, młode ciała z pomarszczonymi, zdeformowanymi przez czas sylwetkami staruszków. W filmie tym za plus można też uznać świetną grę aktorską. Ale zatrudniając takich tuzów i weteranów kina, jak Caine, Keitel czy Jane Fonda nie można było oczekiwać czegoś innego. W swoistej aktorskiej sztafecie pokoleniowej nie zabrakło też uznanych w większym czy mniejszym stopniu młodszych przedstawicieli zawodu. Mamy tutaj w jednej ról doskonałą i pięknie się starzejącą już 45 letnią żonę Daniela Craiga, Rachel Weisz (a ja ciągle pamiętam ją jako młodą dziewczynę w Mumii czy Wrogu u bram), do tego powoli budujący swą karierę Paul Dano czy w marginalnej roli najmłodsza z nich wszystkich może kojarzona z krótkiego występu w Dom Hemingway Mădălina Diana Ghenea, która pewnie swym ciałem na plakacie przyczyniła się do pójścia do kina wielu osób. 
W filmie tym jest też dużo luźnego humoru, czego zabrakło na pewno w Wielkim pięknie, po niektórych rozmowach bohaterów na pewno się uśmiechniecie. Także warto zwrócić uwagę na osobę Maradony ukazaną w filmie.  Po Rzymie przyszła kolej na ukazanie przez reżysera piękna szwajcarskich gór, co jest kolejnym plusem filmu. Sielska górska atmosfera wśród tamtejszych zwierząt hodowlanych daje wiele dobrego filmowi. Filmowi, który posiada niestety też słabsze sceny, przegadane dialogi, lub nieznośne chwile, w których nic się nie dzieje. Jakie szczęście, że jest on o prawie pół godziny od Wielkiego piękna! 
Reasumując mamy do czynienia z przystępniejszą wersją oscarowego sukcesu Sorrentino. Cały czas jest to kino artystyczne raczej dla koneserów, lecz nawet jeśli odbiło się od Wielkiego piękna warto dać szansę temu filmowi.



.