Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Chastain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Chastain. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 grudnia 2017

Lobby nudziarskie

Sama przeciw wszystkim (Miss Sloane)
USA, Francja 2016
reż. John Madden
gatunek: dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Max Richter 

Czterdziestoletnia obecnie aktorka Jessica Chastain zyskała dużą popularność w dość podeszłym wieku jak na kobiece aktorstwo hollywoodzkie. W sumie duże role otrzymuje od około pięciu lat, ale z każdym kolejnym rokiem się rozkręca. Na nadchodzący 2018 rok ma już zaplanowane co najmniej cztery kolejne produkcje. Sam pierwszy raz zobaczyłem ją w 2013 przy okazji średnio ocenianego horroru Mama (spodobała mi się tam, może dlatego, że słuchała piosenek Jacka White'a). Od tego czasu obejrzałem już blisko dziesięć tytułów z nią w jednej z ról. Ten jest kolejny. 


Film opowiada historię lobbystki z Waszyngtonu (jak łatwo się domyślić jest nią Jessica Chastain), która odnosi w swej błyskotliwej karierze sukces za sukcesem. W pewnym momencie zwraca się przeciw swoim mocodawcom i wraz z biznesmenem Schmidtem (Mark Strong) szykuje się na starcie przeciw silnemu w USA lobby posiadaczy broni...


Generalnie mam problem z tym filmem. Bo zdecydowanej większości widzów się on podoba. Krytycy podeszli do niego z trochę mniejszym entuzjazmem, jednak wciąż patrząc po ich ocenach uważają go za co najmniej niezłą produkcję. A mi się Sama przeciwko wszystkim całkiem nie spodobał. Normalnie odbiłem się, jak od twardej ściany. Może to wina nieciekawiącej mnie nic a nic tematyki kręcącej się wokół lobbystów (do których mam uprzedzenia. W sumie do hitlerowców też mam jednak uprzedzenia,a  jednak nie przeszkadza mi to w widywaniu ich na ekranie). Grubo ponad dwugodzinny film, w którym nie zainteresowało mnie kompletnie nic w sferze fabularno - dialogowej jest jeszcze do wybronienia kostiumami, plenerami czy jakością zdjęć. Tutaj jednak o żadnych plenerach nie może być mowy, gdyż 95% akcji dzieje się w kilku pomieszczeniach, a jeśli już się z nich wychodzi to postaci rozmawiają ze sobą pod budynkami, z których wypełzły lub do których zmierzają. Także sposób kręcenia filmu, z kamerą wciąż podążającą za tytułową w oryginale panną Sloane po pewnym czasie drażni. Sam finał fabularny na szczęście odrobinę ratuje sytuację. Co nie znaczy, że warto zaczynać seans. 




sobota, 1 kwietnia 2017

Azylanci

Azyl (The Zookeeper's Wife)
USA 2017
reż. Niki Caro
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Andrij Parekh
muzyka: Harry Gregson-Williams

Jakiś czas temu serwisy informacyjne w Polsce poinformowały pod koniec swoich wydań o fakcie powstawania tegoż filmu. Akurat kończył się okres zdjęciowy, a film trafiał w fazę montażu i ogólnej postprodukcji. Miała to być opowieść o Warszawie czasów II wojny światowej. Zdziwiło mnie to, że zdjęcia powstawały w czeskiej Pradze, a Polaków trudno szukać w obsadzie. Także z pewną ostrożnością podchodzę do amerykańskich produkcji, które mają pokazywać życie Europy Wschodniej. I ten film pokazał, że ta ostrożność jest jak najbardziej na miejscu. 


Antonina Żabińska (Jessica Chastain) jest żoną dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego, Jana (Johan Heldenbergh), któremu pomaga w codziennych obowiązkach. Ich idylliczne życie kończy się wraz z wybuchem wojny i nadejściem wojsk niemieckich, które przejęły tereny zoo dla swoich potrzeb. Najbardziej wartościowe zwierzęta zostają wywiezione do Niemiec na rozkaz zoologa Lutza Hecka (Daniel Brühl). Małżeństwo Żabińskich decyduje się pomóc zamieszkujących pobliskie getto Żydom.


Zanim wybrałem się na seans filmu podczas jednej z wcześniejszych chwil spędzonych w kinie zostałem zmuszony przez multipleks do obejrzenia zwiastuna Azylu. Niestety był to zwiastun wersji z dubbingiem, którego nie uznaję w filmach aktorskich. Brzmiało to strasznie więc na właściwą projekcję wybrałem kanoniczną wersję z napisami. Sam początek filmu mnie poraził. Był to jeden z tych koszmarnych wstępów właściwych kinu familijnemu - bohaterka przez dobrych kilka minut przechadzała się po zoo witając się z wszystkimi, niezależnie od tego czy byli ludźmi, słoniami czy małpą. Pierwsze pięć procent filmu to tylko powtarzanie Dzień dobry każdemu napotkanemu organizmowi. Całość jest dość dziwnie pokręcona fabularnie i stanowi typowy produkt-papkę o II Wojnie Światowej i czasach okupacji w Polsce dla typowego zachodniego (amerykańskiego) zajadającego się popcornem widza. Mamy więc urywki z wejścia Niemców do Warszawy, stworzenie getta, powstanie w tymże, Powstanie Warszawskie etc. Szkoda, że przy tych wydarzeniach nie dano jakiejś informacji, która uświadomiłaby zagranicznego widza w tym, co właśnie ogląda. My wiemy o co chodzi w poszczególnych scenach - inni mogą mieć problem ze zrozumieniem tego, co akurat widzą. Główna bohaterka grana jest przez Chastain i jest to dość dobry wybór, jednak główne plusy aktorskie zbiera u mnie Heldenbergh. Rola Belga to jedna z jaśniejszych stron całości. Mam zaś mieszane uczucia związane z rolą Daniela Brühla. To dobry aktor i lubię oglądać go na ekranie, jednak niezbyt pasuje on do roli tych złych. Cały film zaś oglądałem bez większego zainteresowania, odrzucała mnie jego nijakość i bazowanie na utartych kliszach. Fajnie, że pokazano światu ciekawą historię o naszych dzielnych rodakach jednak jako całość raczej na minus.




wtorek, 22 listopada 2016

Odyseja kosmiczna

Interstellar
USA, Kanada, Wielka Brytania 2014
reż. Christopher Nolan
gatunek: science-fiction

Christopher Nolan to istny Midas współczesnej hollywoodzkiej kinematografii. Wydawać by się mogło, że wszystko, co dotknie zmienia się w filmowe złoto - nie tylko to kasowe wyrażane w milionach dolarów pozostawionych w kinie przez widzów, ale i to wyrażane w nagrodach filmowych. Autor trylogii Batmana, Memento czy Incepcji moim zdaniem nawet jeśli zawsze znosi tylko złote jaja, to nie wszystkie z nich są nadzwyczaj strawne. A jak więc jest z opisywanym filmem?


W niedalekiej przyszłości Ziemi grozi zagłada. Większość instytucji publicznych zwija się, a ludzkość przeżywa wielki regres cywilizacyjny oczekując marnego końca. Były pilot jednostek kosmicznych, Cooper (Matthew McConaughey) przypadkowo odnajduje tajny ośrodek NASA, w którym przygotowuje się plan ewakuacji Ziemian na inną, zdatną do zamieszkania planetę. Mężczyzna zostaje przekonany przez nadzorującego program profesora Branda (Michael Caine), by pilotował on kosmiczną ekspedycję. Cooper udaje się więc w kosmos, między innymi wraz z córką profesora (Anne Hathaway). Tymczasem na Ziemi zostaje jego córka, Murph (Mackenzie Foy i Jessica Chastain)... 


Nie chcę tego filmu oceniać pod względem naukowym, gdyż na temat fizyki teoretycznej kwantowej czy jakiejkolwiek innej mam tyle pojęcia, co Neandertalczycy o trójpolówce. Z trudem przeczytałem pół Krótkiej historii czasu Hawkinga, z czego zrozumiałem może 1/5, tak więc musiałbym być bardzo zarozumiałym ignorantem, żeby stawiać się w pozycji wiedzącego lepiej, niż autorzy, których konsultantem był sam Kip Thorne, czyli ekspert od m.in. teorii tuneli czasoprzestrzennych. Czytając jednak naukowe teorie w odniesieniu do filmu eksperci twierdzą, że część z nich jest przedstawiona okej, część zaś jest tylko pseudonaukowym bełkotem na potrzeby filmu. Jednak chyba widzowie są w stanie wybaczyć to, gdyż jeśli chciałoby się oglądać tylko 100% realne filmy wybrałoby się te, o facecie w łódce (np. Śmierć w Wenecji) niż o facecie w statku kosmicznym poruszającym się po wszechświecie za pomocą dziur czasoprzestrzennych. 
Bardziej jednak razi mnie w tym filmie niekonsekwencja w działaniach jak najbardziej rzeczywistych, tych typowo ludzkich. Takich, jak na przykład wiele nieścisłości i głupich zachowań bohaterów: dla przykładu Cooper zjawiający się w tajnej bazie dostaje bez przeszkolenia ważną misję mającą uratować gatunek. Nie spojlerując napiszę tylko, że takich głupich rzeczy jest więcej. 
Wizualnie film stoi na naprawdę dobrym poziomie, efekty specjalne stworzone są fachowo (doczekały się Oscara), wszystko wygląda bardzo profesjonalnie i pasuje do podgatunku space opery. Także aktorsko produkcji nie można nic zarzucić, szczególnie zaś jestem pod wrażeniem dobrej roli młodej Foy. Chociaż uważam, że Hathaway nie została obsadzona zbyt trafnie, aktorka ta niezbyt pasuje mi do takiej roli. 
Fabularnie zaś jestem różnie. Sam wątek podróży i naukowej otoczki jest okej, chociaż autorzy niezbyt wiedzą czy chcą być bardziej science czy jednak fiction jednak te płaczliwe monologi i dylematy bohaterów są frustrujące. Film wydaje się być też odrobinę za długi. 2:50 godz to dużo, myślę, że 2:30 by w zupełności wystarczyło. 
Reasumując film ten jest imponujący w sferze wizualnej, próbuje być inteligentnym kosmiczną fantastyką (chociaż klimatem klaustrofobicznej podróży na statku nie dorasta do pięt Obcemu), w dość przystępny i atrakcyjny sposób pokazujący widzowi niektóre teorie naukowe. Jest tu jednak też sporo nieścisłości, zbyt dużo dłużyzn i przynudzających scen. Tak więc jest przyzwoicie, jednak szału nie ma. 





poniedziałek, 21 listopada 2016

Zagubiona

Zniknięcie Eleanor Rigby: Ona (The Disappearance Of Eleanor Rigby: Her)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Świeżo po seansie Zniknięcia Eleanor Rigby: On wziąłem się za film opowiadający tę historię oczami tytułowej bohaterki. Dlatego bez zbędnych wstępów pora przejść od razu do rzeczy.


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) wprowadza się do domu rodziców i mieszkającej z nimi młodszej siostry (Isabelle Huppert, William Hurt, Jess Weixler). Kobieta jednak wciąż nie może przestać myśleć o swoim mężu Conorze (James McAvoy), od którego odeszła...


Po raz kolejny dostajemy zlepek scen z życia bohaterki, które oglądamy kolejno jedna po drugiej. Część z nich wyjaśnia zachowanie widoczne w części On, część zaś przedstawia te same sceny, jednak z punktu widzenia bohaterki, nie zaś bohatera (dialogi wtedy są inne). Jednak nie oglądając wcześniej części skupiającej się na Conorze widz zasiadający najpierw do tego filmu jest świadkiem rzeczy, które są dla niego zagadką, które w tej części często nawet nie są po części tłumaczone i przez to może czuć się zdezorientowany. Film ten niestety jest tylko moim zdaniem pociętą wersją całości, przez co może ciekawie wypada w połączeniu z dwoma bliźniaczymi częściami, jednak jako samodzielne dzieło jest produktem bardzo ułomnym.  Elementem pozytywnym Jego była obecność Ciarána Hindsa, tutaj plusuje rola Violi Davis. Może część finalna, czyli Oni przedstawi wreszcie spójną historię, na co liczę, chociaż boję się oglądać po raz kolejny tą samą historię. Ona jednak wydaje się filmem gorszym niż On, a przyznam, że to jednak pewna sztuka.








niedziela, 20 listopada 2016

Zagubiony

Zniknięcie Eleanor Rigby: On (The Disappearance of Eleanor Rigby: Him)
USA 2013
reż. Ned Benson
gatunek: dramat

Mało znany reżyser młodego pokolenia, Ned Benson podjął się ambitnego projektu. W trzech filmach przedstawił on historię problemów pewnej pary, która przechodzi kryzys małżeński. Urywki tej samej historii przedstawione są w trzech częściach, które to pokazują ją z punktu widzenia jego, jej oraz ich wspólnym. Na pierwszy ogień poszedł u mnie film najkrótszy z trójki, pokazujący wydarzenia z punktu widzenia mężczyzny. 


Po próbie samobójczej Eleanor (Jessica Chastain) postanawia przynajmniej czasowo rozstać się z mężem, Conorem (James McAvoy). Mężczyzna nie może pogodzić się z zostawieniem przez żonę i przestaje sobie radzić w życiu.


Podchodziłem do tego filmu, czy też cyklu filmów z umiarkowanym optymizmem. Jednak po seansie pierwszego z nich nie jestem już przekonany, czy to jednak dobry pomysł. Dostajemy pewną częściowo zarysowaną opowieść o problematycznym związku i jeśli nie obejrzymy dwóch filmów przedstawiających tą samą historię zostajemy ze strzępkiem informacji (orientujemy się w jakimś 30-40% całości). Także te urywki nie pokazują specjalnie kondycji psychicznej bohaterów - choć możemy odczuć w pewien sposób uczucie samotności bohatera to są tylko strzępki pełnoprawnej postaci. Historia ta mnie całkiem nie porwała - dostajemy kilka poszlak, jakieś fragmenty z życia i tyle. Nie czuć tu też zbytnio chemii między bohaterami, którzy nie dostarczają widzom sympatii do nich. Dobrze ogląda się za to znanego z roli Cezara w Rzymie Ciarána Hindsa, którego zawsze miło widzieć na ekranie. Może przy kolejnych częściach zrozumiem w tej historii więcej i będę całościowo mógł ocenić to lepiej. Na chwilę obecną jednak po seansie tej części jestem na nie. 







wtorek, 22 grudnia 2015

American dream

Rok przemocy (A Most Violent Year)
USA 2014
reż. J. C.  Chandor
gatunek: dramat

Rynek polskiej dystrybucji kinowej nie należy do zbyt prężnych i można w porównaniu z innymi większymi krajami powiedzieć, że prezentuje się raczej dość ubogo. Multipleksy promują coraz większą liczbę dziecięcych animacji plus wszystkie blockbustery i ewentualnie czasem jakiś nasz polski hit. Kina studyjne też raczej ograniczają się do tego, co ma do zaoferowania Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych. Wszystko to sprawia, że rokrocznie w naszym kraju pomija się szereg naprawdę wartościowych i docenianych filmów, które czasem jeszcze wyjdą po roku na DVD ale jednak większość z nich jest w Polsce niemal zupełnie nieznana. Jeszcze inna część filmów wchodzi do polskich kin po długim czasie od premiery bez większej promocji. Opisywany właśnie film jest właśnie jednym z nich.

Akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku. Latynoski imigrant Abel Morales (Oscar Isaac) prowadzi z powodzeniem własny biznes. Postanawia on w pewnym momencie zakupić ziemię od miejscowych Żydów na co przeznacza dużą część oszczędności. Jednak finalizacja transakcji staje się zagrożona, gdy ciężarówki należące do Moralesa stają się regularnie celem ataków nieznanych sprawców powodując wielkie straty finansowe. Co gorsza nad działalnością Abela i jego żony Anny (Jessica Chastain) zbierają się czarne chmury w postaci węszącego wokół firmy prokuratora Lawrenca (David Oyelowo). 


Pierwsze co rzuca się w oczy w filmie Chandora są naprawdę piękne kadry, które urzekają widza od pierwszego momentu. Zdjęcia Bradforda Younga są naprawdę dobre, a nakręcenie filmu w lekko pożółkłych barwach stylizowanych na film retro to strzał w dziesiątkę. Nadaje to produkcji sporą dawkę odpowiedniego klimatu całości. Całości dość depresyjnej jako ogół, gdyż historia Moralesa do najweselszych nie należy. W sumie poznajemy go jako twardego, realistycznego człowieka postępującego wobec zasad prawa, który swą osobą pokazuje, że warto być przyzwoitym lecz jednak z każdej strony dostaje ciosy. Ma problemy z prokuraturą, napadami na jego ciężarówki z paliwem, ciągłe kłótnie z żoną czy nawet próbami ataków bandytów na jego dom. Krąg różnorakiego zła otacza bohatera opuszczanego przez kolejnych sojuszników, oprócz jego prawnika Andrewa (Albert Brooks). 
Patrząc na skalę przemocy i agresji jaka wydobywa się z ekranu podczas seansu mamy wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś krajem trzeciego świata ogarniętym korupcją i zarządzaną przez przestępcze grupy, a nie z bastionem demokracji jakim jest według wielu USA. 
Szkoda, że nie widać zbytniej chemii między Isaakiem, który zagrał naprawdę dobrą rolę i jego filmową żoną zagraną przez Chastain. Wątki rodzinne są chyba najsłabiej reprezentowane w czasie filmu. Kłótnie małżonków wypadłyby dobrze jako monologi, jednak w duecie nie wypadły najlepiej. Także samo tempo akcji filmu nie stoi na najlepszym poziomie i tutaj można było zrobić to lepiej. Ogólnie jednak mamy do czynienia z filmem niezłym, który warto zobaczyć i tylko szkoda, że tego typu filmów nie uświadczymy u nas w kinach.






niedziela, 13 grudnia 2015

Nietykalni bimbrownicy

Gangster (Lawless)
USA 2012
reż. John Hillcoat
gatunek: dramat, kryminał, gangsterski

Lata 1919 - 1931 to był bardzo dziwny okres w krótkiej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W tym czasie za sprawą 18. poprawki do tamtejszej konstytucji trwała w USA prohibicja alkoholowa. W kraju słynącym ze swobód obywatelskich prawnie zakazano spożywania jakichkolwiek trunków alkoholowych. Jak się później okazało nie wyeliminowano chęci picia w narodzie, lecz pozwoliło przeróżnym mafią zdobywać fortuny dzięki przemytowi alkoholu. Byli też i zwykli leśni bimbrownicy, o których to opowiada ten film. 



Poznajemy rodzeństwo Bondurant, które gdzieś w wiejsko - leśnej scenerii południa USA zarabia na życie trudniąc się pędzeniem i sprzedawaniem detalicznym, jak i hurtowym bimbru. Mającym układ z lokalnymi stróżami porządku braciom Forrestowi (Tom Hardy), Howardowi (Jason Clarke) i Jackowi (Shia LaBeouf) wiedzie się dobrze do czasu, gdy z Chicago przyjeżdża bezwzględny policjant Charlie Rakes (Guy Pearce). 


Film korzysta z kilku cieszących się uznaną marką współczesnych gwiazd kina. Mamy tutaj Hardy'ego, Pearce'a, LaBeoufa (który jak prawie zawsze da sobą pomiatać) ale także Gary'ego Oldmana, Jessicę Chastain czy Mię Wasikowską. Szkoda, że rola Oldmana jest tak krótka, gdyż jego postać jest jedną z najlepiej wykreowanych osób w produkcji. Chętnie zobaczyłby go w większej ilości scen. Także obecność kobiet na ekranie jest zdawkowa i niezbyt dobrze wykorzystana. Panie Chastain i Wasikowska nie miały czasu się zbyt dobrze pokazać i w sumie są ale dodane na siłę, tak jakby ich nie było. Hardy przypomina mi tutaj samego siebie z Brudnego szmalu,a LaBeouf jest irytujący tak jak zwykle.
Fabuła nie toczy się jakimś zaskakującym, narwanym rytmem, jest stonowana, choć czasem w odpowiednim miejscu przyspiesza. Boli trochę rola Peare'a, którego bohater jest do bólu jednowymiarowy i przewidywalny. Szkoda, że twórcy nie obdarzyli go choć jednym ludzkim przymiotem. 
Natomiast naprawdę pasuje tutaj muzyka, dekoracje są bardzo starannie wykonane, także lokalizacja została wybrana wzorcowo. 
Nie oczekując filmu pokroju Nietyklanych można całkiem nieźle bawić się oglądając ten film. Szkoda tylko, że postaci zbytnio nie dają się lubić, są czarno - białe i w sumie mało obchodzi nas ich dalszy los. Obejrzeć można, jednak nie jest to film, który będzie pamiętało się przez długi okres czasu. 




niedziela, 25 października 2015

Dom zły

Crimson Peak. Wzgórze krwi. (Crimson Peak)
USA 2015
reż. Guillermo del Toro
gatunek: horror

Dwa dni przed polską premierą właśnie opisywanego filmu zobaczyłem jego zwiastun w kinie i pomyślałem, że zarówno nazwisko reżysera, jak i tematyka, sposób zrealizowania oraz aktorzy, którzy przewinęli się w trailerze mogą dawać szansę na ciekawy film, który wart szybko zobaczyć. I tak właśnie nie zastanawiając się zbyt długo wybrałem się do sali kinowej. I nie ukrywam, że jednak się zawiodłem. 


Nowy Jork (i okolice) w II połowie XIX wieku. Edith Cushing (Mia Wasikowska) jest początkującą pisarką, której cechą szczególną jest to, że widuje od czasu do czasu upiora, który jest duchem zmarłej na cholerę matki. Gdy do jej ojca, przemysłowca Cartera (Jim Beaver) przybywa z Wielkiej Brytanii baronet Thomas Sharpe(Tom Hiddleston), proponując dofinansowanie jego projektu dotyczącego wydobywania kopaliny. Edith wpada w oko baronetowi i po pewnym czasie wyrusza z nim do Europy, już jako jego żona. Zamieszkują w wielkim, na wpół zdezelowanym domu, gdzie oprócz garstki służby zamieszkują z siostą Thomasa, Lucille (Jessica Chastain).


Zapowiadał się świetny gotycki romans z pewną domieszką horroru i przez pewien czas tak było. Pierwsza część produkcji stała naprawdę na bardzo dobrym poziome, budowało się napięcie, wszystko było na swoim miejscu. Niestety mamy do czynienia z bardzo nierównym filmem, i po około 40% dobrego widowiska nagle z każdą minutą jest coraz gorzej i z filmu momentami bardzo dobrego na początku końcówka jest co najwyżej słaba. Niestety wątek wielkiego, złowrogiego dworzyszcza jest mocno niedorobiony, a końcowy kwadrans jest po prostu strasznie głupi i typowy dla horrorów klasy C, a nie do wysublimowanego del Toro. A szkoda.
Świat przedstawiony w filmie jest piękny. Ludzie odpowiadający za przygotowanie lokalizacji, kostiumy i charakteryzację powinni być niemal pewni nominacji do Oscara. Swoje robią też niezłe efekty specjalne. Plus filmowi należy się też za aktorstwo, gdyż zarówno Wasikowska, jak i Hiddleston oraz przede wszystkim świetna w roli siostry baroneta Jessica Chastain. Dodać do tego grona należy jeszcze niezłą rolę doktora, w jaką wcielił się Charlie Hunnam. 
Niestety film zawodzi jako horror. Jest pewna początkowo umiejętnie budowana tajemnica, jednak po czasie wszystko to się koncertowo sypie, a głupota scenariusza jest zatrważająca. Także mało jest w tym horrorze horroru, brakuje tu strachu. Niestety jakieś duchy, upiory czy inne widma tam są, jednak ich obecność jest symboliczna. 
Reasumując dostajemy film piękny, jednak będący tylko wydmuszką. Coś z kategorii obejrzeć i zapomnieć.