Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2016

Prawda czasu, prawda ekranu

Operacja Argo (Argo)
USA 2012
reż. Ben Affleck
gatunek: thriller

Opisywany film został swego czasu uhonorowany trzema Oscarami: jako najlepszy film, najlepszy scenariusz adaptowany oraz najlepszy montaż. Uważam, że w wielu przypadkach oscarowa kapituła przyznaje swe wyróżnienia, które dziwnym trafem dla wielu uchodzą za najważniejszą filmową nagrodę świata dość mało roztropnie. Rok 2012 przyniósł światu wiele dobrych i bardzo dobrych produkcji, jednak moim zdaniem film Afflecka do nich nie należy. Zresztą nie tylko według mnie, gdyż choćby na ogólnie tendencyjnym rankingu użytkowników filmwebu film zajmuje 48 roku wśród produkcji 2012 roku.


W Iranie po dojściu do władzy islamistów wściekły tłum szturmuje ambasadę amerykańską biorąc niemal całą tamtejszą załogę za zakładników. Sześciu pracownikom ambasady udaje się zbiec i ukryć w domu ambasadora Kanady. CIA próbuje wymyślić plan sprowadzenia tej szóstki do kraju. Zadania podejmuje się Tony Mendez (Allleck). 


Już na początku otrzymujemy informację, że film oparty jest na faktach. Niestety w najlepszym razie można ten film określić jako inspirowany faktami. Bo o ile miało miejsce wzięcie zakładników w ambasadzie i przedostanie się szóstki dyplomatów do kanadyjskiej ambasady, a później tajne wyjechanie po nich Mendeza, to już sam sposób wyciągania ich z Iranu oraz przeróżne pościgi i kluczowe w filmie wykorzystanie na miejscu filmu Argo to już wymysł samego Afflecka. To tak, jakbym nakręcił film z mojego wyjścia do sklepu po piwo, kupieniu go i powrocie do mieszkania, w celu wypicia go na kanapie, w którym podczas podróży do sklepu odparłbym inwazję kosmitów, a w drodze powrotnej uratował dzieci z pożaru. Niby część rzeczy by się zgadzało, jednak dominowałyby wymyślone dodatki. Wspomniany już wcześniej filmweb wylicza aż 24 błędy w tym filmie, więc można stwierdzić, że jest to liczba dość zatrważająca. 
Także ta wszechobecna pompatyczność i patos, który unosi się w każdej chwili, według najlepszych propagandowych filmów Hollywood jest dla mnie ciężkostrawny i trudny do zniesienia. Gdy bohater w jednej ze scen stoi u drzwi domu swej żony, którą zaczyna przytulać na tle powiewającej flagi doszedłem do wniosku, że już przesadzili. Także przedstawienie historii w sposób typowy dla Amerykanów pokazując tylko wygodne dla siebie fakty milcząc o mniej fajnych dla siebie sprawach.
Żeby nie było - nie mamy do czynienia z filmem słabym. Jest to dobrze nakręcony film, poddany niezłemu montażowi, który został też nieźle zagrany. Dodatkowo sama historia, która choć mocno podrasowana wypada przyzwoicie. Reasumując więc nie jest to na pewno najlepszy film 2012 roku, pierwsza pięćdziesiątka filmwebu uczciwie określa jego pozycję, tym niemniej oglądanie go nie boli i nie jest kompletną stratą czasu.





wtorek, 17 maja 2016

Miłosna klątwa

Wyszłam za mąż, zaraz wracam (Un Plan parfait)
Francja 2012
reż. Pascal Chaumeil
gatunek: przygodowy, komedia romantyczna

Najkrócej mówiąc nie jestem zbyt wielkim fanem gatunku filmowego jakim jest komedia romantyczna. Schematyczność, banał, wylewająca się z każdą sceną głupota - zdecydowanej większości tego typu produkcji można przypisać te cechy. Tym razem jednak zdecydowałem się obejrzeć nie polską czy amerykańską komedię romantyczną, a film z Francji. Czy tam robią lepsze produkcje tego gatunku.

Poznajemy losy niejakiej Isabelle (Diane Kruger), nad której rodziną wisi swoista klątwa - jej przedstawiciele znajdują szczęście małżeńskie dopiero po powtórnym wyjściu za mąż. Jednak kobieta od 10 lat pozostaje w związku ze swym partnerem Pierrem (Robert Plagnol). Nie chce jednak za niego wyjść, wiedząc że to małżeństwo będzie nieudane. Za radą siostry (Alice Pol) postanawia poślubić kogoś, by po chwili wziąć rozwód i móc wyjść za Pierre'a. Wybór pada na niezbyt rozgarniętego Jeana - Yvesa (Dany Boon).


Mamy do czynienia ze schematycznym, banalny a czasem trochę głupi. Jednak mimo tych wad nie czyni tego filmu jakoś bardzo złego. Oglądamy w gruncie rzeczy sympatyczną i lekką historię z całkiem dobrą grą aktorską, a całość kręconą w ciekawej scenerii. Mamy przede wszystkim wciąż atrakcyjną Diane Kruger, na którą zawsze miło popatrzyć i czasem zabawnego, a czasem irytującego Dany'ego Boona. A Dany Boon, jak to Dany Boon gra jak zawsze Dany'ego Boona. Dla kogoś, kto widział go w więcej niż dwóch filmach może to być pewien minus, inni zaś nie zwrócą na to uwagi. Cóż, Louis de Funes też przeważnie w każdym filmie grał siebie i wielu przypadało to do gustu.
Plusem filmu jest na pewno zróżnicowanie pod względem obszarów kręcenia. Oprócz Francji mamy też dwie długie sceny poza tym krajem - pierwsza w stolicy Kenii - Nairobi, druga zaś w Moskwie. Odrębny klimat panujący w tych scenach podnosi zdecydowanie różnorodność i na pewno dzięki temu obraz ten nie popada w rutynę (co nie znaczy, że nie jest schematyczny - bo jest). Ogólnie więc szału nie ma, jednak jeśli chce się zobaczyć niezobowiązujący film na wieczór z drugą połówką - ten jest jak znalazł. 


czwartek, 17 marca 2016

Kazirodztwo, cyganie i naziści

Bez wstydu
Polska 2012
reż. Filip Marczewski
gatunek: dramat

Cieszy mnie, że od czasu dobrej zmiany i mimo jej program TVP Kultura dalej stanowi jakąś jakość na rynku telewizyjnym i jest jedyną na dzień dzisiejszy stacją TVP, jaką od czasu do czasu oglądam. Często (przeważnie w porach wieczorno - nocnych ale jednak) pokazywane są tam ciekawe filmy, które jednak na innych kanałach nie miałyby szans na zagoszczenie (chyba, że są to kanały super premium, o których istnieniu wiedzą tylko ich twórcy i ich rodziny). Także korzystając z możliwości, jakie daje TVP Kultura wziąłem się za wieczorne oglądanie opisywanego właśnie filmu.


Fabuła filmu jest raczej dość nieskomplikowana. Do biednego miasteczka ('granego' przez Wałbrzych) wraca około 20 letni Tadek (Mateusz Kościukiewicz) i wprowadza się do swego dawnego mieszkania, gdzie wciąż mieszka jego starsza o prawie 10 lat siostra, Anka (Agnieszka Grochowska). Okazuje się, że u kobiety pomieszkuje jej kochanek/konkubent, niejaki Andrzej (Maciej Marczewski), który jest dość wpływową osobą w okolicy. Powrót do Tadka do miasta dostrzega jego dawna znajoma, cyganka Irmina (Anna Próchniak), chłopak jednak nie odwzajemnia jej uczucia, gdyż kocha swą siostrę...jednak nie uczuciem braterskim.


Średnia ocen filmu na filmwebie oscyluje na granicy 5,5, co dla wielu może oznaczać zupełną biedę produkcji. Dla mnie 5,5 to typowy średniak, do tego nie sugeruje się ocenami z tego portalu, bo w wielu przypadkach średnia ocen nie ma nijak przełożenia na to, jak sam oceniam film. Także postanowiłem podejść do tego obrazu bez uprzedzeń. Pełnometrażowy debiut Marczewskiego stara się ogarnąć trudny temat, a w zasadzie tematy, bo oprócz kazirodczej miłości w tym krótkim filmie mamy też pokazany problem społeczności cygańskiej, jednak nijak te starania mu nie wychodzą.
Sama fabuła jest strasznie nieprzemyślana, mało logiczna i wszystkie wątki trzymają się w niej na przysłowiowe słowo honoru. Mamy więc chłopaka, który jest zakochany w starszej siostrze więc potajemnie podwąchuje jej majtki i podgląda, gdy ta się myje. Jego siostra zaś żyje w nieformalnym związku z żonatym facetem, który jest przy okazji mentorem lokalnych neonazistów, zaś oprócz relacji z Anką i żoną sprowadza sobie do mieszkania dziwki. Okoliczni cyganie są cyklicznie napadani przez łysych spod znaku swastyki i tak oto wygląda życie w tym smutnym i zabiedzonym miasteczku. Miasteczku, który nie przypomina nijak miasta kraju należącego do Unii Europejskiej w drugiej dekadzie XXI wieku, a jakieś poPGRowe zadupie sprzed dobrych 20 lat. Nędza nędzę nędzą pogania. Sama relacja Tadka z siostrą, która powinna stanowić główny motyw filmu jest strasznie tendencyjna, prosta i nieskomplikowana. Niby autor chce nam pokazać, że coś jest na rzeczy, jednak czyni to moim zdaniem strasznie nieudolnie. Chłopak podgląda czy ładuje się do wanny siostry ona gdy dostrzega jego dziwne zapędy trochę na niego powrzeszczy, a potem mimo wszystko dopuści go do siebie na perwersyjny seks. Nie wiem czy to takie danie 'na odwal się' ale nie wygląda to na odwzajemnienie miłości. Postać grana przez Kościkiewicza sprawia wrażenie mocno niekumatej i jest to kolejny film tego aktora, po W imię... gdzie ten chłopak gra jakiegoś przygłupa. Tu przynajmniej nie wypowiada się tylko w bezokoliczniku. Ogólnie fabuła jest w każdym elemencie zaskakująco nielogiczna. Także gdy Anka dowiaduje się o dziwkarskich zapędach kochanka niby wyrzuca go z domu, jednak po chwili przywraca go do siebie, jakby nigdy nic. Rozumiem, że powodowana jest nie tyle wyśnioną miłością, a próbą wyrwania się z biedy, ale można to było pokazać rozsądniej. Także wątek faszystowski jest dla mnie dziwny i wklejony na siłę, jakby na 80 minutowy film było za mało atrakcji. Nawet jeśli w produkcji ktoś chciał zawrzeć te wszystkie wątki, to żeby to miało ręce i nogi, to powinno trwać jako całość godzinę dłużej. W tak krótkim czasie nie da się przedstawić wiarygodnie tylu spraw. Dostajemy więc w filmie tylko konspekt, zlepek scen, które na siłę połączono w pewną całość, której brakuje połowy ważnych momentów fabularnych. To tak jak z puzzlami: niby z jednego kompletu, ale nie pasujące do siebie, bo ktoś zabrał 1/2 całościowej zawartości. Tak więc w filmie wstydu nie ma, ale niestety sensu też się nie uświadczy. 




niedziela, 13 grudnia 2015

Nietykalni bimbrownicy

Gangster (Lawless)
USA 2012
reż. John Hillcoat
gatunek: dramat, kryminał, gangsterski

Lata 1919 - 1931 to był bardzo dziwny okres w krótkiej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W tym czasie za sprawą 18. poprawki do tamtejszej konstytucji trwała w USA prohibicja alkoholowa. W kraju słynącym ze swobód obywatelskich prawnie zakazano spożywania jakichkolwiek trunków alkoholowych. Jak się później okazało nie wyeliminowano chęci picia w narodzie, lecz pozwoliło przeróżnym mafią zdobywać fortuny dzięki przemytowi alkoholu. Byli też i zwykli leśni bimbrownicy, o których to opowiada ten film. 



Poznajemy rodzeństwo Bondurant, które gdzieś w wiejsko - leśnej scenerii południa USA zarabia na życie trudniąc się pędzeniem i sprzedawaniem detalicznym, jak i hurtowym bimbru. Mającym układ z lokalnymi stróżami porządku braciom Forrestowi (Tom Hardy), Howardowi (Jason Clarke) i Jackowi (Shia LaBeouf) wiedzie się dobrze do czasu, gdy z Chicago przyjeżdża bezwzględny policjant Charlie Rakes (Guy Pearce). 


Film korzysta z kilku cieszących się uznaną marką współczesnych gwiazd kina. Mamy tutaj Hardy'ego, Pearce'a, LaBeoufa (który jak prawie zawsze da sobą pomiatać) ale także Gary'ego Oldmana, Jessicę Chastain czy Mię Wasikowską. Szkoda, że rola Oldmana jest tak krótka, gdyż jego postać jest jedną z najlepiej wykreowanych osób w produkcji. Chętnie zobaczyłby go w większej ilości scen. Także obecność kobiet na ekranie jest zdawkowa i niezbyt dobrze wykorzystana. Panie Chastain i Wasikowska nie miały czasu się zbyt dobrze pokazać i w sumie są ale dodane na siłę, tak jakby ich nie było. Hardy przypomina mi tutaj samego siebie z Brudnego szmalu,a LaBeouf jest irytujący tak jak zwykle.
Fabuła nie toczy się jakimś zaskakującym, narwanym rytmem, jest stonowana, choć czasem w odpowiednim miejscu przyspiesza. Boli trochę rola Peare'a, którego bohater jest do bólu jednowymiarowy i przewidywalny. Szkoda, że twórcy nie obdarzyli go choć jednym ludzkim przymiotem. 
Natomiast naprawdę pasuje tutaj muzyka, dekoracje są bardzo starannie wykonane, także lokalizacja została wybrana wzorcowo. 
Nie oczekując filmu pokroju Nietyklanych można całkiem nieźle bawić się oglądając ten film. Szkoda tylko, że postaci zbytnio nie dają się lubić, są czarno - białe i w sumie mało obchodzi nas ich dalszy los. Obejrzeć można, jednak nie jest to film, który będzie pamiętało się przez długi okres czasu. 




piątek, 11 grudnia 2015

Islandzka gangsterka

Zagrywka Czarnego (Svartur á leik)
Islandia 2012
reż. Óskar Thór Axelsson
gatunek: kryminał 

Po raz pierwszy w życiu udało mi się obejrzeć film pochodzący z Islandii. Film, który nie jest koprodukcją z innym, większym krajem tylko stricte będący wyprodukowany przez potomków Wikingów, którzy przed ponad tysiącem lat zasiedlili wcześniej bezludną wyspę. Byłem zaciekawiony jakością kinematografii w kraju, którego ludność jest porównywalna do zaludnienia średniej wielkości miasta w Polsce. 


Koniec 1999 roku, Reykjavík. Młody Stebbi (Thor Kristjansson) ma kłopoty. Po pijaku wdał się w bójkę w barze i teraz grozi mu więzienie. Wychodząc z aresztu napotyka przed wejściem starego znajomego z dzieciństwa, Totiego (Jóhannes Haukur Jóhannesson), który poleca mu swojego adwokata, który powinien wygrać sprawę. W zamian za pomoc Toti wymaga odwdzięczenia się. Stebbi dołącza więc do organizacji przestępczej Totiego sterowanej przez psychopatycznego Bruna (Damon Younger).


Film ten otrzymał w rodzimym kraju trzy statuetki i aż dziesięć nominacji do krajowych nagród filmowych. Bo Islandia też posiada swoje prestiżowe nagrody, zatytułowane Edda. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że na Islandii zbyt dużo produkcji nie wychodzi to nie znaczy, że ten film jest tak dobry - po prostu tam chyba prawie wszystko co zostanie wyprodukowane może liczyć na jakieś nominacje. Bo film ten jest ogólnie rzecz biorąc półamatorski, posiada typową dla niskobudżetowych filmów gangsterskich z innych krajów fabułę, nie wyróżnia się praktycznie niczym od swego gatunkowego rodzeństwa ze świata (nie licząc może gwałtu homoseksualnego, którego doświadcza główny bohater). Jest to produkcja, o której zapomnieć bardzo szybko, bo w sumie nie ma tam wielu ciekawych pomysłów. 
Gra aktorska także jest raczej bliższa M jak Miłość niż hollywoodzkim produkcji. Większość aktorów to praktycznie amatorzy, okazjonalnie występujący w rodzimych filmach. Największą wcześniejszą rolą głównej postaci był występ w  Islandzkiej masakrze harpunem wielorybniczym. Inna grająca tu aktorka, María Birta na co dzień pracuje w stołecznym sklepie odzieżowym. Nie przeszkadzało jej to jednak dostać statuetki za najlepszą rolę żeńską. Wielkiej kreacji tu zbytnio nie stworzyła ale na szczęście pojawiła się w film nago. Brak nagiej sceny z nią w tym film byłby wielką stratą dla europejskiej kinematografii. Niestety więcej jest scen z obnażonymi penisami. Ale co kto lubi.
Jak na film budżetowy mamy do czynienia z czymś niezłym, jednak oceniając obiektywnie (słaba fabuła, marna gra aktorska, amatorski montaż) mamy do czynienia z bardzo przeciętną produkcją. Chociaż jako ciekawostkę warto zobaczyć. 






środa, 24 czerwca 2015

Dzieci wojny

Wiedźma wojny (Rebelle)
Kanada 2012
reż. Kim Nguyen
gatunek: dramat, wojenny

Tym razem wziąłem się za kanadyjski film opowiadający o wykorzystywaniu dzieci do walk w krajach afrykańskich. Oprócz poruszania ważnej dla świata tematyki film ten został zauważony i doceniony za walory artystyczne, czego rezultatem była między innymi nominacja Oscarowa dla filmu nieanglojęzycznego, liczne nagrody najważniejszego niemieckiego festiwalu Berlinale 2012 (Srebrny Niedźwiedź dla Rachel Mwanzy, nagroda ekumeniczna i nominacja do Złotego Niedźwiedzia), Satelity, Camerimage czy Czarne Szpule oraz wiele, wiele innych. Czy liczne nagrody festiwalowe idą tym razem w parze z dobrym seansem?



Poznajemy dwunastoletnią dziewczynkę Komonę (Rachel Mwanza), której wioska zostaje zaatakowana przez rebeliantów Wielkiego Tygrysa (Mizinga Mwinga). Ludność osady zostaje wybita, a ocalałe dzieci wzięte w niewolę, by służyć zbrojnie w oddziałach walczących z rządowymi wojskami rebeliantów. Przed dołączeniem do bandy Komona jest zmuszona zastrzelić swoich rodziców, w innym przypadku zostaliby oni zabici maczetą w boleśniejszy sposób, a ona szybko podzieliłaby ich los. Okazuje się, że Komana ma dar, dzięki któremu przed walką ukazują jej się duchy mówiące jej o zagrożeniach. Szybko dowiaduje się o tym Wielki Tygrys, który chce mieć Komanę w swoim oddziale. Dziewczyna walczy w jednym oddziale z młodym magikiem - albinosem (Serge Kanyinda). Po jednym ze starć z armią razem decydują się uciec z oddziału i zacząć nowe życie...


Film zabiera widza w ogarnięte wojny tereny Demokratycznej Republiki Kongo, gdzie zwiedzimy z bohaterami lokalne dżungle, miasta (z dzielnicą albinosów włącznie), wsie i inne egzotyczne lokacje położone w sercu Czarnej Afryki. Film nieprzypadkowo odebrał nagrodę Camerimage dla najlepszych zdjęć. Nakręcono go w fenomenalny sposób i z wielką przyjemnością obserwowałem lokacje dostępne w produkcji. 
Jest to film wojenny, jednak nie pokazano tu specjalnie dużo tej wojny. Mamy kilka chaotycznych scen walk, gdzie ktoś strzela do kogoś, panuje wszechobecny chaos i desperacka wymiana ognia. Wiemy, że strzelają do siebie armia i rebelianci, jednak nie poznajemy motywacji żadnej ze stron. Nikt nie mówi dlaczego rząd jest zły czy jakie powody ma Wielki Tygrys do rozpoczęcia powstania. Wszystko to jednak jest jakby nieistotne, mamy wszak do czynienia z fabułą pokazaną ze strony dziecka, które nie jest wmieszane w politykę, zostało siłą zmuszone do walki i nie musi wiedzieć co, gdzie, z kim i dlaczego. W filmie nie zobaczymy widoku krwi, co w scenach strzeleckich jest pewnym minusem, który mnie irytował w czasie wymiany ognia.
Całość jest nakręcona w duchu afrykańskiego realizmu magicznego. Dominuje wiara w czary, wszechobecny szamanizm, talizmany, bohaterkę nawiedzają duchy (pomalowani na trupiobiało czarni ludzie robią zaskakująco dobre wrażenie). 
Ogólnie film oprócz scen walk, brutalności oddziałów rebelianckich (którzy po zabiciu rodziców dają dzieciom kałasznikowy mówiąc, że od dzisiaj to ich mamusia i tatuś) pokazuje też rytm życia afrykańskich wsi i miasteczek. Dla człowieka Zachodu jest on bardzo daleki od tego, z czym mamy do czynienia w swojej rzeczywistości, lecz dzięki temu przyciągający i ciekawy. Aż szkoda, że na życie codzienne poświęcono tak mało miejsca (sam film trwa w sumie 90 minut). 
Reasumując polecam ten film, jako wart obejrzenia zarówno od strony wizualnej, artystycznej jak i dydaktycznej, Oczywiście są tu pewne uproszczenia, film kierowany był do Zachodnich odbiorców więc pokazano go tak, by był dla nich w łopatologiczny sposób zrozumiały. Jednak warto, naprawdę warto. 


wtorek, 5 maja 2015

Strasząc szpetotą

Silent Hill: Apokalipsa (Silent Hill: Revelation)
USA, Kanada 2012
reż. Michael J. Bassett
gatunek: horror

Silent Hill jest uznaną marką komputerowo - konsolowych horrorów. Co prawda najlepsze, początkowe części cyklu są już dawno za nami i w ostatnich latach trwa w najlepsze odcinanie kuponów po Piramidogłowym i przyjaciołach to wciąż Ciche Wzgórza uchodzą za synonim dobrej (i strasznej) horrorowej wirtualnej zabawy. W 2006 roku popełniono ekranizację serii, nawiązując trochę fabularnie do pierwszej części gry. O dziwo film ten i jako eGRAnizacja jak i straszak prezentował się dobrze i miał kilka naprawdę niezłych, klimatycznych momentów. Dlatego z dużym oczekiwaniem zasiałem przy drugiej filmowej opowieści z Silent Hill. Niestety.


Poznajemy losy nastolatki Heather (Adelaide Clemens), która wraz z ojcem (Sean Bean) tuła się od miasta do miasta. Dziewczynę nawiedzają koszmary, w których wciąż powtarza się nazwa miejscowości Silent Hill. Ojciec jednak przestrzega ją przed odwiedzinami tego miejsca. W nowej szkole dziewczyna poznaje Vincenta (Kit Harington znany lepiej jako Jon Snow). Chłopak przejawia duże zainteresowanie Heather. Gdy tajemnicze siły porywają jej ojca postanawia odszukać go przy pomocy Vincenta w tytułowym mieście. Tam dowiaduje się o sobie wiele ciekawych rzeczy...


Fabularnie film w pewnym sensie bazuje na bohaterce trzeciej części gry. Filmowa Heather wygląda podobnie do Heather growej oraz nawet podobnie się ubiera. Fabuła tego filmu jest. Jest i...jest głupia. To najwłaściwsze określenie. Nie ma potrzeby nawet się rozpisywać nad tym tematem. W porno zdarzają się lepsze scenariusze. Serio.
Także gra aktorska jest często drewniana i sztywna niczym pielęgniarki ze szpitala w Silent Hill. A wydawałoby się, że obsada aktorska jest niczego sobie. Niektóre teksty głównej bohaterki są tak drętwe, że swym poziomem dorównują podstawówkowym jasełkom. 
Sam horror w tym filmie ogranicza się do prezentowania wszelkiej obleśności i szkaradności. Jest to szpetne,ale nie wiem czy specjalnie straszne. Raczej nie. 
Sam film może nie jest 1/10, ale jednak nie warto się tym zajmować. Są o wiele lepsze filmy gatunku. Ewentualnie zagrać w Silent Hill 3.







piątek, 3 kwietnia 2015

To nie jest kraj dla feministek






Dziewczynka w trampkach (Wadjda)
Arabia Saudyjska, Niemcy 2012
reż. Haifaa Al-Mansour
gatunek: dramat

Arabia Saudyjska nie jest zbyt przyjaznym miejscem dla Europejczyka. W ogóle rzadko zdarza się aby ktoś nie będący muzułmaninem mógł bez wyraźnego powodu zawitać do tego kraju. Jak jednak mu się to uda (choćby dlatego, że jest się łakomym na petrodolary piłkarzem chcącym zaszczycić swą grą tamtejszą ligę) spotka go szereg wielu rozczarowań. Nie natknie się w sklepie na jakikolwiek alkohol (nawet Karmi 0,2 %), nie spotka na ulicy kobiet (nie mogą one wychodzić same z domu, co najwyżej w towarzystwie ojca, męża lub brata zakryte w szczelny hidżab), a w wolnym czasie nawet nie będzie mógł wybrać się do kina lub teatru. W kraju tym bowiem nie ma pozwolenia na powstawanie takich instytucji. Tak więc Arabia Saudyjska jawi się nam jako kraj - koszmar. I właśnie wciąż czekający u siebie na kinową premierę film z tego kraju teraz opiszę.


Poznajemy około dziesięcioletnią Wadjdę (Waad Mohammed), która żyje sobie w rodzinnym Rijadzie wraz z całkiem ładną matką (Reem Abdullah) i rzadko pojawiającym się w domu ojcem (Sultan Al Assaf). Uczęszcza ona do okolicznej madrasy, w której jej niezbyt konserwatywne zachowanie jest piętnowane przez nauczycielkę, Pannę Hussę (Ahd). Wadjda przyjaźni się z posiadającym rower Abdullahem (Abdullrahman Algohani). Dziewczynka sama chciałaby też mieć własny rower, jednak żyjąc w kraju, gdzie zabronione jest kobietą prowadzenie jakiegokolwiek pojazdu oprócz odkurzacza jest to strasznie utrudnione. Gdy w szkole ogłoszony jest konkurs na recytację wersów z Koranu dziewczyna postanawia w nim uczestniczyć i zgarnąć okrągłą sumę za wygranie, by dzięki temu zebrać pieniądze na upragniony rower. Tymczasem ojciec zamierza znaleźć sobie drugą żonę, co niepokoi matkę Wadjdy.


Mamy do czynienia z filmem - balladą. Jego rytm toczy się bardzo spokojnie, bez efektownych wstawek i nagłych zwrotów akcji. Jednak nikt chyba oglądając go nie oczekiwał wizualnych wodotrysków. Szczególnie, że mamy do czynienia z aktorskimi debiutantami. Także i reżyserka jest debiutantką. Mamy do czynienia z pierwszym filmem nakręconym przez kobietę w Arabii Saudyjskiej i jednym z w ogóle pierwszych filmów fabularnych w tym kraju w ogóle. Jako że obowiązujące tam prawo szariatu zabrania przebywania kobiety w jednym miejscu z mężczyznami spoza jej rodziny reżyserka w czasie kręcenia wielu scen zamiast na planie produkcji siedziała w furgonetce oglądając aktorów na monitorze i kontaktując się za pomocą zapomnianego już w Polsce walki-talkie. 
Sama fabuła nie jest jakoś specjalnie odkrywcza, jednak jest tłem do pokazania realiów społecznych, jakie panują w tym kraju. Bohaterka stara się przemycać jakieś zachodnie wzorce, jak tytułowe trampki, słucha głośnej zachodnio zgniłej muzyki etc. Wszystko to wbrew panującym w tym społeczeństwie zasadą. To co zobaczyłem jeśli chodzi o role kobiet w tamtym społeczeństwie zatrwożyło mnie, a co dopiero, gdy zobaczą to zatwardziałe feministki. Zawał serca murowany. 
Życie w teokratycznym państwie i do tego bycie kobietą to duże nieszczęście. Po seansie cieszę się, że żyję tu gdzie żyję i mogę się cieszyć wszystkimi tego plusami. W filmie widzimy naprawdę wiele ładnych Arabek, które przed wyjściem z domu muszą zakładać strój będący połączeniem worka na ziemniaki z czarną zasłoną. Jak dla mnie to straszne marnotrawstwo. Mimo naszego dość katopaństwa mam nadzieję, że u nas nie wprowadzą czegoś podobnego.
Ciężko opisać sam film w kilku zdaniach, jednak myślę, że każdy powinien sobie to obejrzeć i zobaczyć jak to jest żyć w kraju rządzonym przez religijnych fanatyków.

P.S. Ojciec bohaterki w pewnym momencie gra na playstation w Polską grę - Dead Island :)

 

 

piątek, 13 marca 2015

Między nami psychopatami

7 psychopatów
Wielka Brytania 2012
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna 
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell

Kilkanaście dni temu, przy okazji opisywania anglojęzycznego debiutu irańskiej reżyserki Marjane Satrapi - filmu Głosy przeróżni psychopaci są jednym z głównych tematów wykorzystywanych w filmach. Czasem ich historie opisywane są w filmach gore, czasem w dramatach psychologicznych, filmach akcji, często w mrocznych thrillerach czy horrorach, a raz na jakiś czas maniacy przydają się do fabuły komedii. I tak jest akurat w tym przypadku.


Ciężko jest chociaż w kilku zdaniach opisać fabułę, jaka rozgrywa się w filmie. Dzieje się tak, gdyż śledząc losy hollywoodzkiego scenarzysty Martiego (Colin Farrell), który jednak cierpi na brak weny twórczej i oprócz tytułu przyszłego scenariusza do filmu nie wymyślił nic więcej. Z czasem mamy do czynienia z filmem w filmie, gdzie realne wydarzenia będą przeplatały się z powstającymi w głowie filmowca i jego przyjaciół wizjami przyszłej fabuły tworzonej przez niego produkcji. W realnym świecie Martiemu będą chcieli pomóc Billy (Sam Rockwell) oraz Hans (Christopher Walken). Obaj panowie zajmują się porywaniem psów, by później za sowite znaleźne oddawać je właścicielom. Traf chce, że pewnego dnia Billy porywa pieska należącego do psychopatycznego bossa lokalnego gangu (Woody Harrelson). Ten oczywiście zamierza odzyskać swojego zwierzaka...


Film nie posiada swojej w pełni spójnej linii fabularnej. Akcja toczy się od przypadku do przypadku żonglując wydarzeniami realnymi, jak i tymi z powstającego scenariusza filmowego. Mamy tutaj do czynienia ze schematem znanym z filmów porno - jakaś miałka fabuła jest obowiązkowym przerywnikiem między poszczególnymi właściwymi akcjami. 
Z czasem, gdy poznajemy kolejnych pojawiających się w filmie tytułowych psychopatów zaczynamy dostrzegać, że ich losy dziwnie splatają się z losami głównych bohaterów występujących w realnej części filmu. Strasznie to wszystko pomieszane i nie mające zbyt wielkiego ani sensu, ani wytłumaczenia. Kilka krwawych scen jest zrobionych strasznie nienaturalnie. Eksplodujące głowy, wybuchy etc. - nie wygląda to zbyt przekonująco. 
Mamy też polski akcent w produkcji. Grany przez Walkena przyjaciel Martina jest Polakiem. Niestety oprócz tego, że ma czarną żonę to nosi typowo polskie imię Hans.
Ogólne złe wrażenia z filmu próbuje ratować dobra gra aktorska wymienianego już Walkena oraz świetnego Harrelsona. Na plus zaliczyć mogę też nawiązać początkowe nawiązanie do Zakazanego Imperium, z aktorami występującymi w tej produkcji. Ale jednak oczekiwałem czegoś więcej, od kilku miesięcy zabierałem się za tę produkcję i jednak to co widziałem nie dało zbyt wielkiej satysfakcji. 

 



środa, 24 września 2014

Zagadka z kostnicy

Trup (El Cuerpo)
Hiszpania 2012
reż. Oriol Paulo
gatunek: thriller, kryminał 
zdjęcia: Óscar Faura
muzyka: Sergio Moure

Milionerka Mayka Villaverde (Belén Rueda) umiera na zawał. Jak się szybko okazuje w jej śmierć zamieszany jest dużo młodszy mąż denatki Álex (w tej roli Hugo Silva), który chce przywłaszczyć sobie jej majątek, a resztę życia spędzić z atrakcyjną kochanką (Aura Garrido). Nieoczekiwanie dla nich Álex dostaje telefon z policji. Okazuje się, że ciało jego żony zniknęło z kostnicy...


W filmie reżysera Oczu Julii mamy do czynienia z mroczną produkcją zgrabnie łączącą elementy kryminału z thrillerem. Jeśli Hiszpania jawi nam się jako kraj nieustannie grzejącego słońca i skwaru należy się po seansie filmu Paulo wyzbyć tego obrazu. W Trupie niemal cały czas na bohaterów czekają ulewne deszcze, które potęgują nastrój przygnębienia i grozy wiszącej w powietrzu. Oprócz deszczowych plenerów większą część akcji spędzimy z bohaterami w kostnicy, skąd zniknęło ciało Mayki. Miejsce to samo w sobie niezbyt przyjemne zostało przez reżysera dodatkowo pokarane przerwą w dostawach prądu. Oglądając poczynania bohatera w tej klaustrofobicznej i mrocznej lokacji samy dobrze czujemy atmosferę lęku i zaszczucia, jakiej jest poddawany Álex. Śledztwo prowadzone przez naznaczonego traumatyczną przeszłością Jaimego Peña (José Coronado) nabiera rozpędu z każdą minutą. Zaczyna się gra między Álexem, Jaimiem oraz domniemanym porywaczem ciała. 



Produkcja Oriola Paulo trzyma w napięciu przez cały czas swego trwania. Choć szybko dowiadujemy się kto stoi za zgonem Mayki to sprawa tajemniczego zniknięcia jej ciała nie potrafi oderwać od ekranu. A wiele zwrotów akcji i twisterów fabularnych nakaże widzowi co chwilę rewidować swoje poglądy odnośnie tego co dzieje się w świecie bohaterów filmu. Co do gry aktorskiej to odnoszę uwagę, że wiele filmów hiszpańskich jest granych bardziej jak w teatrze niż w kinie. Tak było np. w Celi 211 i tak moim zdaniem jest miejscami i tutaj. Może to specyfika języka, z którym stykam się rzadko, a może tylko moje błędne twierdzenie. Jednak jakkolwiek by nie było Trup to kawał mocnego kina, który porwie widzów bez reszty. O ile domknie się oczy na właściwe gatunkowi zbiegi okoliczności etc. Kolejna bardzo udana europejska produkcja!