Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 marca 2017

Zamach

Anthropoid 
Czechy, Francja, Wielka Brytania 2016
reż. Sean Ellis
gatunek: wojenny, historyczny 
zdjęcia: Sean Ellis
muzyka: Guy Farley

Od czasu, gdy w naszym kraju rozpoczęła się dobra zmiana przedstawiciele obecnego rządu co jakiś czas przebąkują o potrzebie stworzenia zagranicznego widowiska filmowego z udziałem hollywoodzkich gwiazd, które to za polskie pieniądze przedstawi polskie dokonania narodowe czy też wojenne. Idea wydaje się słuszna, choć trochę niepokoi ewentualny wybór tematu i sposób jego pokazania. Tymczasem w pobliskich Czechach po cichu w zeszłym roku powstał taki film. Chociaż zapewne na jego nakręcenie nie wydano dziesiątek milionów zielonej waluty.


Rok 1942. Do okupowanej przez Niemców Pragi dociera dwóch zrzuconych spadochroniarzy, Jozef Gabčík (Cillian Murphy) i Jan Kubiš (Jamie Dornan) przybywają do stolicy dawnej Czechosłowacji w jednym celu, którym jest zabójstwo Protektora Czech i Moraw, Reincharda Heydricha. 


Reinchard Heydrich był najwyżej postawionym Niemcem zlikwidowanym w czasie drugiej wojny światowej. Heydrich był wyjątkowo podłym kawałem gnoja, jednak jego zabicie, choć symboliczne i wpływające na morale u obu stron doprowadziło do krwawego odwetu na ludności czeskiej. W Polsce podobna akcja udała się dopiero kilkanaście miesięcy później, gdy zabito dowódcę warszawskiego SS, Franza Kutscherę, o czym zresztą również powstał film (liczący niemal 60 lat Zamach). Opisywany właśnie film zaś choć traktuje o zamachu na Heydricha to skupia się na wydarzeniach sprzed, jak i po zamachu. Fragment zabójstwa jest kilkuminutową sceną, a sam zamach, zresztą zgodnie z historią przedstawiony jest jako niezbyt dobrze wykonany, lecz jednak szczęśliwie zakończony. Same sceny od zamachu do końca to najmocniejsze punkty filmu. Niestety w moim zdaniem zbyt dużo czasu poświęcono wydarzeniom sprzed asasynacji, gdzie głównie pokazuje się relację bohaterów z dwoma kobietami. Te relacje to zresztą najsłabszy moim zdaniem punkt programu. Za to dobrze wypadają aktorzy. Oprócz już wymienionych (na pewno obecność postaci Christiana Greya przyciągnęła sporo fanów tej filmowo-literackiej osoby) mamy choćby Toby'ego Jonesa oraz co ciekawe całkiem sporą rolę odegrał Marcin Dorociński. Ogólnie więc mamy pokazany ciekawy i ważny epizod drugiej wojny światowej, a anglojęzyczny film na pewno poprawi wiedzę świata o wydarzeniach wojennych na wschodzie. Dla fanów filmów wojennych oraz samej II Wojnie Światowej pozycja obowiązkowa,a i reszta też nie powinna się nudzić. Warto obejrzeć. 



sobota, 3 grudnia 2016

W obozie japońskich wojowników

Listy z Iwo Jimy (Letters from Iwo Jima) 
USA 2006
reż. Clint Eastwood
gatunek: wojenny, psychologiczny

Z czasów Bitwy o Iwo Jimę pochodzi jedno z najbardziej znanych zdjęć okresu Drugiej Wojny Światowej. Clint Eastwood opowiada historię tej fotografii i ludzi, którzy się na niej znaleźli w innym, kręconym równolegle do opisywanego filmie, Sztandar chwały, który pokazuje walkę o wyspę z perspektywy zwycięskich wojsk Amerykańskich. W tym filmie zaś skupił się niemal w całości na historii obrońców wyspy. 


Generał Tadamichi Kuribayashi (Ken Watanabe) przybywa na wulkaniczną wyspę Iwo Jimę, by przejąć dowództwo nad stacjonującym tam garnizonem i przygotować go do jej obrony w wypadku amerykańskiego ataku. Wśród jego podkomendnych znajdują się między innymi mistrz olimpijski z Los Angeles Baron Nishi (Tsuyoshi Ihara) i szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya).


Po kim, jak po kim, ale po zatwardziałym konserwatyście Eastwoodzie nie spodziewałem się filmu, który pokaże wrogów armii amerykańskiej, jako normalnych ludzi. Szczególnie, że wcześniej obejrzałem tegoroczny film Mela Gibsona, Przełęcz ocalonych, gdzie wrogowie Ameryki zostali kompletnie odczłowieczeni i z zachowania przypominali bardziej zwierzęta, niż ludzi. Eastwood zaś oddał sprawiedliwość walczącym dla kraju obrońcom wyspy, którzy dzielnie wytrwali w tej pozbawionej sensu i nadziei obronie. Za to wielkie słowa uznania dla reżysera. 
Film został nakręcony w nienaturalnych, poszarzałych barwach, a kolory ożywają tylko we wspomnieniach bohaterów z czasów, gdy nie musieli oni prowadzić wojny i mogli wieść swoje zwyczajne życie. Zabieg ten w dobry sposób pokazuje bezsens i niedolę wojny, szczególnie tej bezsensownej i skazanej na porażkę. Bo od początku wszyscy bohaterowie wiedzą, jak ta obrona się skończy, jednak mało kto myśli się poddać - propaganda Cesarstwa, samurajski honor, chęć niezawiedzenia rodziny i miłość do kraju każą żołnierzom walczyć do ostatniej kropli krwi. Choć w filmie dużo się strzela i wymachuje szabelką, to sceną batalistycznym daleko jest do tych, z wspomnianego już filmu Gibsona, o zdobywaniu Okinawy. Jednak Eastwood w tym wypadku nad efekty batalistyczne stawia rys psychologiczny postaci, i wychodzi mu to całkiem nieźle. Naprawdę czujemy sympatię do bohaterów i widzimy tragizm ich sytuacji. Co najważniejsze to samo powinni zobaczyć też widzowie Amerykańscy. 
Wypada też reżysera pochwalić, że nakręcił film w całości niemal anglojęzyczny, z udziałem rodzimych, japońskich aktorów, którzy nie są Amerykanami azjatyckiego pochodzenia. Wersja anglojęzyczna zabiłaby ten film. Film, który z pewnością wart jest obejrzenia. 




piątek, 4 listopada 2016

Żółte piekło

Przełęcz ocalonych (Hacksaw Ridge)
USA, Australia 2016
reż. Mel Gibson
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny


Mel Gibson, enfant terrible światowego kina powraca do reżyserii po okrągłych dziesięciu latach do kręcenia filmów opisywaną właśnie produkcją. Bez zachwalających recenzji wiedziałem już, że chcę obejrzeć ten film w dniu ogólnej premiery, gdyż po prostu uważam, że facet robił do tej pory co najmniej bardzo dobre filmy, od Bravehearta, poprzez Pasję, na Apocalypto kończąc. Uznałem więc, że to nie może się nie udać.  


Desmond Doss (Andrew Garfield) żyje sobie gdzieś na amerykańskiej prowincji w czasie drugiej wojny światowej. Ma ojca alkoholika (Hugo Weaving) ale też i niezłą narzeczoną (Dorothy Shutte). Pod wpływem patriotycznego obowiązku pozostawia to wszystko i wciela się do wojska. Tam trafia pod oko sierżanta Howella (Vince Vaughn). Problemem jest jednak to, że religia zabrania Dossowi trzymania broni...


Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że Gibson inspirował się prawdziwą historią człowieka z krwi i kości - Desmonda Dossa (który przed napisami końcowymi pokazany jest na materiałach archiwalnych). Mamy więc zapewne trochę upiększoną i ucharakteryzowaną na potrzeby filmu, jednak w gruncie rzeczy realną historię z krwi i kości. Producenci do filmu obsadzili oprócz kilku bardziej znanych twarzy ludzi z grubsza anonimowych dla ogółu. Zdało to egzamin, gdyż widzimy tu przeważnie zwykłych ludzi, którzy nie zalatywali nam z ekranu wcześniej setki razy. Do tego dochodzą naprawdę dobre role znanego z Matrixa i Władcy Pierścieni Weaving'a i pokazującemu wreszcie, że jak dostanie dobrą rolę to potrafi Vincenta Vaughna. Trochę moim zdaniem kuleje główna postać zagrana przez Garfielda - ten nieustanny głupkowaty wyraz twarzy i równie mało inteligentny uśmiech nie schodzący z oblicza był dla mnie nieco irytujący. 
Dostajemy w tym filmie trzy różne od siebie segmenty - początkowy z dzieciństwem i młodością bohatera, który musi mierzyć się z życiem przy uciążliwym ojcu (oraz stawiać pierwsze niepewne kroki randkowe), później to już armijny obóz przygotowawczy, gdzie Doss poznaje efekty działania wojskowej fali oraz crème de la crème filmu, czyli sceny batalistyczne na Okinawie. Sceny te zapewne zmuszą krytyków do zredefiniowania poglądu na sekwencje wojenne. Przez lata to scena z lądowania na plaży Omaha w Szeregowcu Ryan'ie uchodziła za pokazowe naturalistyczne oddanie piekła walki. W filmie Gibsona wydaje mi się, że mamy to samo tylko wzięte do potęgi. Wszechobecny chaos, wybuchy, brutalność, śmierć, zwłoki, okaleczenia, fragmenty ciał czy wnętrzności - autorzy nie stosowali tu żadnej cenzury. To jedna z najlepszych filmowych bitew w historii, warto podkreślić, że zrealizowana bez ogromnego budżetu czy masy efektów CGI. Choć film Gibsona jest momentami pompatyczny to ta pompa nie razi niemal wcale, a i stosowanie niezbyt lubianego przeze mnie slow motion jest tutaj dawkowane w rozsądnych ilościach. Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś przyczepić to to, w jaki sposób zostali przedstawieni Japończycy - mamy tutaj jakąś wrzeszczącą, brutalną masę ludzi, którzy bardziej przypominają potwory pokroju orków z powieści Tolkiena - nie wypowiadając ani jednego słowa sieją tylko zniszczenie. Można byłoby ich trochę jednak uczłowieczyć, pokazać beznadzieję ich sytuacji - wszak pojeni od dziecka opowieściami o honorze, bezwzględnemu posłuszeństwu etc walczyli za beznadziejną sprawę w przegranej już wojnie kończącej imperialistyczne zapędy Japonii.
Oglądając film naszła mnie myśl, że gdyby każdy wierzący (jakiejkolwiek religii by nie był) byłby człowiekiem takim, jak bohater filmu nasz świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia.
A film Gibsona polecam, nie tylko fanom kina wojennego. Wyczuwam Oscara.





sobota, 29 października 2016

Kłamstwo popłaca

Jakub kłamca (Jakob the Liar)
Francja, USA 1999
reż. Peter Kassovitz
gatunek: dramat, wojenny

Zagraniczne koprodukcje filmowe kręcone w naszym kraju do dzisiaj nie są czymś często spotykanym i każdoroczne przybycie obcojęzycznych ekip filmowych do Polski można z łatwością policzyć. Tak zresztą było zawsze, gdyż przeważnie producenci wolą zamontować się w miejscu dla siebie bardziej przyjaznym od strony finansowej (wybierają więc często np. Węgry czy Czechy). Dlatego powinno znać się więc generalnie większość zagranicznych filmów kręconych na naszej ziemi. Tym razem przedstawię trochę mniej znany z nich, powstały w Piotrkowie Trybunalskim i Łodzi.


Rok 1944 w gettcie żydowskim. Znajdujący się tam Jakub (Robin Williams) przypadkowo podsłuchuje w niemieckim radiu wiadomości z frontu, które świadczą o zbliżających się na zachód wojskach radzieckich. W tajemnicy dzieli się tą informacją z Miszą (Liev Schreiber). Wkrótce całe getto dowiaduje się, że Jakub ma dostęp do radia. Mężczyzna jest zmuszony podawać współmieszkańcom fikcyjne radiowe komunikaty...


Film ten przyniósł dość potężną klapę finansową, Będąc ekranizacją książki Jurka Beckera pod tym samym tytułem (i to drugą, bo dwie dekady wcześniej powstała wersja NRDowsko - czechosłowacka) był najpewniej nastawiony nie na sukces artystyczny lecz na pewne zyski liczone w zielonej walucie. Produkcja filmu pochłonęła 45 milionów dolarów (co na tego typu film było generalnie dużą sumą) zaś w amerykańskich kinach zarobił niemal 5 milionów, z czego około 2 w weekend otwarcia. Rynki pozaamerykańskie też nie przyniosły większego zysku, tak więc rezultat finansowy był łatwy do przewidzenia. Nie pomogły filmowi przyznane nominacje do nagród, bo choć nominacja za reżyserię na MFF w Valladolid jeszcze mogła przynieść pewną satysfakcję, to nominowanie Williamsa do Złotej Maliny już niekoniecznie.
Po tym co do tej pory napisałem wyłaniać się może obraz bardzo słabego pod każdym kątem filmu. Jednak niekoniecznie tak jest. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z produkcją, która jest zaginioną perełką czekającą na docenienie przez kolejne pokolenia, co to to nie. Mamy jednak do czynienia z filmem stosunkowo niezłym, niczym szczególnym nie wyróżniającym się jednak generalnie całkiem strawnie wypadającym w każdym swoim aspekcie, przez co dobrze oglądającym się jako całość. Rola Williamsa nie jest tak słaba, jak oceniała to hmm kapituła Złotych Malin, w co drugim Hollywoodzkim filmie zdarzy się ktoś na pierwszym lub drugim planie, kto zagra gorzej. Może Williams nie zagrał tu roli życia, jednak moim zdaniem wypadł powyżej poprawności. Partnerujący mu aktorzy także zagrali niezłe role i na pewno aktorsko ten film nie wypada źle. Także sama historia ukazana w filmie będąca przeplatanką dramatu z komediowymi wstawkami wypada poprawnie. Obszar getta został również oddany pieczołowicie, choć może bez bogactwa detalicznego. 
Całość więc reasumując można uznać za poprawny lecz niczym nie wyróżniający się ani in plus, ani in minus film, który można obejrzeć bez szkody dla zdrowia. Nie będzie to stracony czas. 




sobota, 8 października 2016

Nienawiść

Wołyń 
Polska 2016
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, wojenny


To niewątpliwie jedna z najbardziej oczekiwanych i najgłośniejszych polskich premier filmowych ostatnich lat. O filmie tym powiedziano i napisano bardzo wiele zanim jeszcze trafił do kin. A nim doszło do wczorajszej premiery wszystko powstawało w bólach, ze względu na kontrowersyjny temat kilkukrotnie brakowało pieniędzy, a jeden z najzdolniejszych polskich reżyserów musiał prosić ludzi o pomoc finansową w celu dokończenia filmu. Sam kontekst historyczny produkcji powiązany z obecną sytuacją polityczną w Europie sprawiał, że wielu podnosiło głos, by w ramach trwającej rzekomo obecnie przyjaźni polsko - ukraińskiej nie tworzyć tego filmu. Jednak film ten wreszcie powstał. I całe szczęście, bo jest to dzieło ważne i potrzebne. Oraz jak się okazuje, spełnione artystycznie. 


Lato 1939 roku na wschodnich rubieżach Polski. Na terytorium tym zamieszkują Ukraińcy, Polacy, Żydzi i przedstawiciele innych nacji. Przenosimy się na polsko - ukraińskie wiejskie wesele,w  którym to uczestniczy siostra panny młodej, Zosia (Michalina Łabacz). Dziewczyna jest zakochana w Ukraińcu Petrze (Wasyl Wasylik), jednak jej ojciec (Jacek Braciak) postanawia wydać ją za bogatego, lecz starszego już sołtysa wsi, wdowca Macieja (Arkadiusz Jakubik). Wkrótce wybucha wojna, Maciej wyrusza na front, a sytuacja Polaków na Wołyniu pogarsza się...


Ludobójstwo na Wołyniu to trudny, często obecnie przemilczany temat. Zarówno w sferze polityczno - społecznej, jak i tej filmowej. Zmagania Polaków z banderowcami z UPA były czasem wykorzystywane przez filmowców, jednak przeważnie odnosiły się już do czasów powojennych, jak w dobrym, choć podszytym propagandą PRLowskim filmie Ogniomistrz Kaleń z 1961 roku. Nikt jednak nigdy nie skupił się na samej genezie ogromnej wrogości Ukraińców do Polaków, której skutkiem była rzeź wołyńska. Rosjanom zarzuca się do dzisiaj zbrodnię katyńską, gdzie zamordowano 20 tysięcy obywateli polskich, jednak mało kto podnosi pretensje do Ukrainy za to, co stało się na Wołyniu. A tam w krótkim czasie brutalnie zamordowano co najmniej trzy razy tyle osób, tyle że w przeciwieństwie do ofiar Katynia nie byli to oficerowie, a zwykli ludzie, przeważnie wieśniacy. Dekadę temu Andrzej Wajda stworzył dobry, wyważony film Katyń, który został doceniony na świecie, a nawet kilkukrotnie wyemitowany w rosyjskiej telewizji publicznej. Jestem ciekaw, czy na Ukrainie kiedyś zdecydują się pokazać film Smarzowskiego, który przedstawia w sposób naturalistyczny okropieństwa dokonywane z zimną krwią przez bandy UPA i podburzony przez nich i duchowieństwo motłoch. 
Film zaczyna się długą sceną regionalnego wesela, które zostało przedstawione w sposób wręcz fenomenalny. Zabawy i zwyczaje ówczesnych ludzi, muzyka, pijaństwo. Jednak już tam zaczyna kiełkować nienawiść ukraińskich chłopów do bogatszych i lepiej postawionych Polaków. To tam, mimo wspólnych zabaw zaczynają się rodzić plany zemsty, która przybierze swój tragiczny finał w scenach z ostatniej godziny filmu. Początkowo oglądamy tylko narodziny i eskalację napięcia między zwaśnionymi stronami. 


Sama fabuła części miłosnej jest dość mało odkrywcza i jako tako ten miłosny trójkąt sam z siebie nie poruszyłby nikogo. Jednak los Zosi, Macieja i Petra to tylko tło wydarzeń, które mają miejsce w regionie i często oglądamy nie tylko te postaci, a całą lokalną społeczność, której częścią jest ta trójka. Fabuła na szczeblu społeczno - historycznym jest o wiele bardziej monumentalna i warta uwagi niż losy sercowe bohaterów, jednak na szczęście to właśnie ujęcia całościowego na region jest więcej niż przyglądania się rozterką sercowym postaci. 
To co mnie zauroczyło w filmie to oddanie realiów kresowej wsi, która wygląda jak prawdziwa. Jeszcze nigdy nie widziałem w filmie takiego klimatu przedwojennego zaścianka, jak w filmie Smarzowskiego. Dla nielubujących się w przemocy i okrucieństwie same sceny zwykłego, codziennego życia wsi z końca II RP i czasów wojny mogą być wystarczającym powodem do obejrzenia filmu. Lokalizacja, charakteryzacja, świetne kadry - to wszystko sprawia, że patrzymy na to nie jak na film fabularny, ale jak na dokument. Także wielka zasługa w tym aktorów. I to wyłowionej z castingu przez reżysera debiutantki Łabacz, jak i dzięki typowym dla reżysera aktorom, jak Braciak, Dyblik czy główna postać męska. Co do Jakubika, to chyba nikt oglądający swego czasu jego głupkowatą rolę Rysia w 13 Posterunku 2 nie spodziewał się, że aktor zajdzie tak wysoko. Świetna rola, zapewne najlepsza w karierze, niebawem zaś na ekranach kolejny film, który sam wyreżyseruje - rozwinął się pan Jakubik, aż miło. 
Smarzowski był chwalony przy każdym niemal swym filmie. Czasem bardziej, czasem mniej. Każdemu z nich nie można było odmówić pozytywów, jednak jak dla mnie dopiero tym filmem pokazał, że jest on reżyserem wybitnym. Wołyń zasiądzie w piedestale najlepszych polskich filmów w historii, zaś po cichu liczę, że mimo trudnej dla zagranicznego widza wymowy zdobędzie on jakieś nagrody poza polską. Zasługuje na to. Jest to najlepszy polski film w XX wieku, być może jeden z najlepszych, jakie widziałem w ogóle. Brutalny, szorstki ale też niepozbawiony uroku, przenoszący nas do świata, który został już bezpowrotnie stracony, a w międzyczasie przemieniony w piekło. Film, który uczci ofiary pokazanej w nim rzezi w lepszym stopniu niż przemowy polityków. Nie powiem, że warto go obejrzeć. Wołyń obejrzeć wręcz trzeba.






wtorek, 21 czerwca 2016

Nangar Khel po duńsku

Wojna (Krigen)
Dania 2015
reż. Tobias Lindholm
gatunek: dramat, wojenny

Duńskie siły zbrojne mimo skromnej liczebności 25 tysięcy aktywnych żołnierzy wysyłają swoich przedstawicieli na różne misje zagraniczne. Do Afganistanu państwo duńskie wysłało 320 żołnierzy, zaś do Iraku posłano 550 osobową załogę. Dodać do tego misję w innych krajach (m.in. 380 osób w Kosowie) wychodzi na to, że znaczny procent sił zbrojnych tego kraju służy poza swoimi granicami. Reżyser rewelacyjnego Polowania wziął na tapetę działalność wojsk swojego państwa w dalekim Afganistanie.


Claus Michael Pedersen (Pilou Asbæk) zostawia rodzinę w kraju, by wyjechać na misję w Afganistanie gdzie dowodzi swym oddziałem. W tym samym czasie jego żona Maria (Tuva Novotny) musi radzić sobie bez niego wychowując trójkę ich młodych dzieci. Na krótko przed powrotem Pedersena do kraju w stanie wyższej konieczności podejmuje decyzje, po której będzie musiał stanąć przed duńskim sądem...


Fragmenty wojenne filmu na pierwszy rzut oka przypominały swoim wykonaniem to, co widzieliśmy w serialu Canal+ Misja Afganistan. Aż zastanawiałem się czy producenci korzystali z tych samych zbudowanych na potrzeby naszej rodzimej produkcji lepianek gdzieś pod Warszawą. Ta sama struktura, podobna lokalizacja i sposób wykonania kilku lepianek afgańskich autochtonów. Ogólnie patrząc na samą warstwę wojenną tego filmu to w sumie mogę powiedzieć, że nasza Karbala na pewno nie odstawała poziomem realizacji batalistyki od duńskiego dzieła, a nawet czasem je przewyższała. A to Duńczycy, a nie Polacy doczekali się oscarowej nominacji. Film ten jednak uderza w całkiem inne tony niż wspomniany film z Bartłomiejem Topą czy też amerykańskie widowiska batalistyczne. Mamy tutaj do czynienia z bardzo kameralnym ukazaniem wojny i odczuć aktorów działań wojennych oraz ich rodzin. Także druga połowa filmu odbiega znacząco od kanonu wojennego kina skręcając mocno w dramat sądowy. I chyba ta etyczna potyczka przed sądem stanowi najbardziej emocjonującą i najlepszą część filmu Lindholma. O co dokładnie chodzi nie napiszę, całą genezę i przebieg procesu najlepiej zobaczyć samemu. 
Film ten jest filmem naprawdę niezłym jednak dla szukających mocnych wojennych wrażeń nie będzie to pozycja zadowalająca (wrogich wojsk nawet nie widać podczas nielicznych wymian ognia). W tej produkcji najsilniejszą rolą jest postawa moralna na wojnie i konsekwencje swych decyzji decydujących o życiu i śmierci innych. I właśnie część dramatyczno - sądowa wypada bardzo dobrze.  W rezultacie mamy jednak dość udaną produkcję, którą warto obejrzeć.





niedziela, 6 marca 2016

Wpuszczeni w kanał

Kanał 
Polska 1956
reż. Andrzej Wajda
gatunek: wojenny, dramat

Dzisiaj zabrałem się za prawdziwą klasykę polskiej (ale i światowej) kinematografii. Z okazji 90 urodzin jednego z najlepszych reżyserów w historii rodzimego kina powtórzyłem sobie po kilku latach jeden z jego pierwszych filmów, Kanał. Produkcja Wajdy była jedną z tych, które zapoczątkowały znaną i cenioną w skali globu polską szkołę filmową. 


Przenosimy się do zgliszczy zniszczonej Warszawy, by prześledzić losy resztek pewnej kompanii powstańców w ostatnich chwilach tego tragicznego zrywu. Obserwujemy zdziesiątkowany oddział porucznika Zadry (Wieńczysław Gliński) i jego zastępcy Mądrego (Emil Karewicz). Dowódca postanawia przedostać się z oblężonego przez Niemców Mokotowa do wciąż broniącego się Śródmieścia. Droga ma wieść przez kanały. Wśród podążających za dowódcą są między innymi Korab (Tadeusz Janczar) i łączniczka Stokrotka (Teresa Iżewska). 


Na początku trzeba wyraźnie zaznaczyć, że mamy do czynienia z filmem już sześćdziesięcioletnim. Jakby nie patrzeć taki dystans dzielący powstanie tego dzieła, a współczesność to kilka kinowych epok, gdzie w świecie filmu zmieniło się niemal wszystko i to kilka razy. Film ten jednak wciąż potrafi urzec i mimo tego, że w pewnych aspektach siłą rzeczy się zestarzał to jest warty obejrzenia nie tylko ze względu na to, że tak wypada. Film Wajdy został doceniony zagranicą o czym świadczy choćby nagroda na festiwalu w Cannes, a co pokazuje, że jak na swoje czasy był to film nie odstający od ścisłej światowej czołówki, a czasem nawet ją wyprzedzający. Gra aktorska dla nieprzywykłych do starszych filmów może dziwić, ale ta trochę teatralna maniera wypowiadania kwestii to ogólny trend filmów tamtych czasów i nie należy brać tego na minus. Po prostu wtedy takie klasycystyczne podejście do zawodu było ogólnoświatową normą i nic w tym dziwnego. 
Film poraża na pewno swą tematyką i sposobem przedstawienia bohaterów. Wśród ruin Warszawy zniszczonej w czasie powstania lawirują niedobitki powstańców, którzy są już wyzuci z wszelkiej pozostałej nadziei na zwycięstwo, są pogodzeni z losem i niechybną śmiercią. Chcieliby tylko zginąć godnie, z w bronią w ręku. Są to też ludzie z krwi i kości, zwykli mieszkańcy Warszawy, którym daleko do wypowiadania bohaterskich kwestii. Na pewno wielu ludzi w filmie nakręconym w 12 lat po wydarzeniach w nim opisanych liczyli na inne podejście do tematu. Jednak ten pierwszy poodwilżowy film o powstaniu ani nie gloryfikuje ani nie gani. Jest też wydaje mi się bardziej wiarygodny niż patetyczne filmy o powstaniu i powstańcach, którymi niedawno raczyli nas rodzimi twórcy. 
Mamy w filmie kilka scen, które jak na tamte czasy dowodziły geniuszu twórców. Andrzej Munk, który był typowany do nakręcenia produkcji odmówił, po przeanalizowaniu warszawskich kanałów uznając, że w takich warunkach nie da się nakręcić filmu. Wajda udowodnił jednak, że się dało. Atmosfera w kanale została zaś naprawdę świetnie: mrok, klaustrofobia, słabe światło z latarek, duszność i smród. Widz oglądając wędrówkę czuje się niemal tak samo, jak sami bohaterowie w środku. Także scena początkowa, która w długim ujęciu przez kilka minut przedstawia kluczących w ruinach głównych bohaterów przedstawiając ich pokrótce została zrealizowana na bardzo wysokim poziome i wyprzedziła swoje czasy. 
Film ten, choć w pewnych względach anachroniczny jest pozycją obowiązkową dla każdego fana kina i uważam, że należy go zobaczyć.



czwartek, 24 grudnia 2015

Zmierzch

Upadek (Der Untergang)
Niemcy, Austria 2004
reż. Oliver Hirschbiegel
gatunek: biograficzny, wojenny

Istniejąca w latach 1933 - 1945 zarządzana przez Adolfa Hitlera III Rzesza i jej pokrętna ideologia uchodzi w oczach świata za najbardziej zbrodniczy system w historii. 12 lat istnienia rządów narodowych socjalistów negatywnie wpłynęły na losy nie tylko samych Niemiec ale przede wszystkim świata, o czym pisać szerzej nie trzeba, gdyż wszyscy o tym wiedzą. Głośny film Hirschbiegla pokazuje zaś ostatnie dni tej krwawej dyktatury. 


Przenosimy się do zniszczonego wojną Berlina kwietnia 1945 roku. Kończy się wątpliwa świetność III Rzeszy Niemieckiej, a jej wódz Adolf Hitler (Bruno Ganz) dogorywa szwendając się po korytarzach i wydając rozkazy dawno rozbitym dywizją. Losy jego, Ewy Braun (Juliane Köhler), Josepha Goebbelsa (Ulrich Matthes) i jego żony Magdy (Corinna Harfouch) śledzi młoda sekretarka dyktatora, Traudl Junge (Alexandra Maria Lara).


Dla części ludzi nieobeznanych z historią (oraz przyszłych pokoleń jeśli im się tego nie wpoi) film ten może okazać się historią zniedołężniałego dziadka, który próbuje bronić swojego miasta i kraju przed znanym z nazwy lecz nie z czynów wrogiem. Film ten oczywiście pokazuje jedno określone wydarzenie i nie w jego celu jest ukazywanie wcześniejszych dzieł imperium zbudowanego przez nazistów. Wydaje mi się, że jednym z najlepszych tematów filmowych jest powstawanie oraz upadek imperiów i właśnie to drugie niemal w dokumentalnym stylu ukazują nam twórcy tej produkcji. Głównym plusem filmu jest rola Bruna Ganza, którego Adolf Hitler jest wręcz jak żywy. Świetne odwzorowanie zarówno ruchów, jak i mimiki czy stylu prowadzenia rozmów przez szwajcarskiego aktora. Porównując go do choćby roli Więckiewicza w Ambassadzie mamy kolosalną różnicę.
Twórcy całkiem nieźle uchwycili klimat upadającego miasta i koniec zbrodniczej ideologii narodowosocjalistycznej. Mamy ukazaną degrengoladę zachowań ludzi urzędujących przy Hitlerze w ostatnich dniach III Rzeszy. Także sytuacja w ruinach miasta została ukazana dość rzetelnie. Najbardziej demoniczną i odrażającą postacią w filmie nie jest według mnie sam wódz, a żona ministra propagandy, Magda Goebbels. Kto zna historię pewnie wie o czym mówię, a jeśli nie zna to dowie się podczas seansu.
Wydaje mi się jednak, że całość została zbyt rozwleczona i ponad dwie i pół godziny trwania filmu to za długo. Równie dobrze można byłoby to wszystko zobrazować w dwie godziny i też nic ważnego by nie wycięto.  
Uważam, że film jest produkcją dobrą i na pewno wartą obejrzenia w celach dydaktycznych. Ostatnie, niezbyt chwalebne chwile Adolfa Hitlera mogą być przestrogą, gdyż przeważnie każda wielka dyktatura znajduje swój koniec w podobnie żałosnym stylu. Zapewne większość ludzi zna ten film dzięki wielu przeróbką jednej ze scen, jednak czas chyba zapoznać się z oryginałem. 





środa, 9 grudnia 2015

Afryka wciąż w ogniu

Beasts of No Nation
USA 2015
reż. Cary Fukunaga
gatunek: dramat, wojenny

Temat wojen domowych we współczesnej Afryce, szczególnie tych z wykorzystaniem w działaniach zbrojnych dzieci to temat dość eksploatowany we współczesnej kinematografii opisującej ten kontynent. Przykładem takich filmów są choćby opisywane już na tym blogu wcześniej co najmniej dobre Wiedźma wojny i Krwawy diament. Najnowszy film o tym zaniedbywanym wciąż przez świat problemie opowiedzieć postanowił reżyser nagradzanego i popularnego serialu Detektyw, Cary Fukunaga. 


Współczesna Afryka. W nienazwanym kraju ogarniętym wojną w strefie buforowej żyje wraz z rodziną młody Agu (Abraham Attah). Niezbyt dostatnie ale w sumie szczęśliwe dzieciństwo przerywa przybycie do wioski wojsk, które bierze mieszkańców za szpiegów i pomagierów rebeliantów co skutkuje zabiciem tych, którzy nie zdążyli uciec. Rozdzielony od matki i siostry, które wyjechały z miasta w ostatniej chwili i od zabitych ojca i brata Agu ucieka do buszu. Tam napotyka się na oddział młodocianych rebeliantów, którym dowodzi charyzmatyczny komendant (Idris Elba). Niemający wyboru Agu zostaje wcielony do oddziału. 


Film został wyprodukowany przez Netflix. Netflix jest to wciąż niedostępna w Polsce telewizja internetowa oparta na potężnym systemie VOD oraz produkująca własne seriale, z których najbardziej znanym jest popularny również w naszym kraju polityczny House of Cards. Właściciele Netflixa postanowili po raz pierwszy nakręcić film, który choć trafił do emisji w kilkunastu kinach od razu w dzień premiery został też udostępniony na VOD. Miło, że ten wciąż rosnący w siłę gigant zaangażował się w taki dość autorsko - artystyczny film. 
Temat choć już wyeksploatowany przez wcześniejsze produkcje wniósł trochę nowego do gatunku wojennych filmów afrykańskich. Paradoksalnie najlepsze sceny są tutaj jednak te, które mają najmniej wspólnego z wojną. Dla mnie już pierwsza scena z dziećmi biegającymi z obudową telewizora po wiosce jest najlepsza i najbardziej zapadająca w pamięć. Trochę natomiast szwankuje ogólna fabuła, która jest bardzo chaotyczna, nie ma w niej jakiejś logiki, czy schematu działań od pkt A do Z, po prostu akcja idzie do przodu jednak bez większych zawirowań fabularnych. 
Dobrą rolę zagrał młody Ghańczyk Attah, który zyskał dzięki temu kilka prestiżowych nagród. Dobrze oglądało się też Elbę jako egocentrycznego dowódcę oddziału. O ile nie widzę go w roli nowego Bonda (o czym się dość głośno mówi) to naprawdę uważam, że jest utalentowanym aktorem i chętnie obejrzę nowe produkcje z nim w roli głównej. 
Sam film był nagrywany w Ghanie, choć  nie dzieje się w jakimś nazwanym kraju. Oprócz wojsk ONZ nie mamy tutaj do czynienia też z jakąś rzeczywistą stroną konfliktu, gdyż same skróty organizacji rebelianckich też są nierzeczywiste. Ale w samej Afryce każdego miesiąca jest tyle nowych konfliktów domowych, że tutaj pokazane są uniwersalne zdarzenia w skali kontynentu.
Mamy do czynienia z filmem całkiem dobrym, jednak zbyt moim zdaniem wydłużonym, który jest pozbawiony większego polotu. Do tego czerpie z dość wyeksploatowanego tematu. Jeśli nie widziało się innych produkcji tego typu na pewno oceni się film Fukunagi wyżej. Ale i tak myślę, że warto zobaczyć ten film i poznać historię Agu,





poniedziałek, 14 września 2015

This time for Africa

Krwawy diament (Blood Diamond)
USA 2006
reż. Edward Zwick
gatunek: dramat, wojenny

Mało kto potrafi chyba wskazać na mapie położenie takiego kraju, jak Sierra Leone (a większość może nawet nie wie o jego istnieniu). W tym małym afrykańskim państewku trwała w latach 1991 - 2002 krwawa wojna domowa między rebeliantami Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego a rządem wspieranym przez prywatne firmy wojskowe i Wielką Brytanię. Ponad dziesięcioletnie zmagania pochłonęły nawet do 300 tysięcy zabitych, w zdecydowanej większości cywilów. W armii rebelianckiej służyło tysiące siłą wcielonych tam dzieci. W tych nieciekawych do życia, a ciekawych dla fabuły filmów wydarzeniach toczy się właśnie opisywana produkcja. 


Poznajemy pewnego cwanego przemytnika z Rodezji (dawna nazwa Zimbabwe), Danny'ego Archera (Leonardo diCaprio). W pewnym momencie zostaje on zatrzymany przez siły rządowe i wtrącony do aresztu. Tam staje się świadkiem kłótni rebelianta (David Harewood), a rybakiem Solomonem Vandym (Djimon Hounsou). Rebeliant obwinia rybaka o zakopanie gdzieś nieopodal kopalni wielkiego diamentu. Archer swoimi koneksjami załatwia wyjście swoje i Vandy'ego i proponuje mu odszukanie jego rodziny w zamian za odnalezienie diamentu. Mężczyzną zaczyna pomagać dziennikarka z USA, Maddy Bowen (Jennifer Connelly).


W filmie poznajemy najciemniejszą stronę Afryki. Bieda, nieustanne walki, głód, skorumpowanie, wyzysk przez białych, niewolnicza praca, wcielanie do armii dzieci. A wszystko to w przepięknych, malowniczych plenerach afrykańskiej dziczy i mniej malowniczych miast i osad. Wszystko to bardziej naturalistycznie niż w opisywanym kiedyś filmie Wiedźma wojny, który podszedł do tematu z pewną dozą afrykańskiego mistycyzmu i realizmu magicznego.
Świetnie prezentuje się w filmie Leonardo DiCaprio, który gra tym razem antybohatera, wyzutego z uczuć typa spod ciemnej gwiazdy, który jednak nie jest postacią jednoznaczną i jednowymiarową. Sekundują mu dzielnie Connelly i Hounsou, którzy to nie dadzą się zepchnąć na dalszy plan walki o widza. Zmagania aktorskie oglądamy w świetnych lokacjach Afryki fantastycznie sfilmowanych przez operatora. Wielkie pochwały należą się też sceny batalistyczne, które są na naprawdę najwyższym możliwym poziomie, nawet prawie dekadę po powstaniu. Mamy tutaj dobre kino akcji w scenerii wojennej, jednak zakwalifikowałem tę produkcję do filmów wojennych, a nie sensacyjnych. 
Niestety film trwa prawie 150 minut i ma kilka niepotrzebnych dłużyzn. Skrócenie go do kanonicznych dwóch godzin moim zdaniem wyszłoby mu na dobre. Ocenę obniżają słabe moim zdaniem ostatnie 20 minuty filmu, które są moim zdaniem kiczowate i mało oryginalne. Zakończenie było rozczarowaniem, wolałbym aby losy bohaterów potoczyły się mniej przewidująco. Nie znaczy to jednak, że nie warto oglądać tego filmu, gdyż jest to jeden z ciekawych filmów o Afryce jaki powstał. Ja jestem na tak.


niedziela, 13 września 2015

Wojna po polsku

Karbala
Polska 2015
reż. Krzysztof Łukasiewicz
gatunek: wojenny

Kiedy ostatnio w Polsce powstał jakiś solidny film wojenny? Ktoś sobie przypomina? Bo ja mam z tym ciężko. Od 2010 są to (za niezawodnym Filmwebem): Powstanie Warszawskie, Kamienie na szaniec, Miasto 44, Tajemnica Westerplatte, Sierpniowe niebo. 63 dni chwały, Obława, 1920 Bitwa Warszawska, Essential killing. Z tego wszystkiego wyłania się obraz raczej monotematycznych filmów interpretujących kilka wydarzeń z drugiej wojny światowej, większość z nich jednak pod względem realizacji i treści fabularnej nie jest czymś specjalnie wartym uwagi. W sumie z czystym sercem mogę polecić tylko Obławę, która jest jednak mało epicką produkcją. Wyłączając słabiutkie 1920 zostaje nam tylko jeden film nieulokowany w II WŚ. Jest to Essential killing Skolimowskiego, który jest filmem moim zdaniem dobrym, ale dość trudnym w odbiorze, także przez rodzaj narracji (obserwujemy losy domniemanego terrorysty) oraz bardzo jednostkowy film, w którym nie ma wojny jako takiej. Także przy tym wszystkim Karbala jawi się jako nowa jakość w polskim współczesnym kinie. Słyszałem już określenia polski Helikopter w ogniu. Czy słusznie? Od razu mówię, że raczej nie. Dlatego, że jednak jest to całkiem inny film.


Obserwujemy grupę polskich żołnierzy pełniących służbę kontraktową w okupowanym przez Polskę Iraku. Kierowany przez kapitana Kalickiego (Bartłomiej Topa) zostaje skierowany do obrony ratusza w mieście Karbala. Razem ze stacjonującymi tam żołnierzami bułgarskimi (dowodzonymi przez znanego z roli Piłata w Pasji Hristo Shopov) mają przez kilka dni utrzymać to miejsce, nim przybędzie nowa zmiana. Tymczasem w mieście zaczynają się rozruchy, a posterunek zostaje zaatakowany przez sadrystów pod dowództwem postaci granej przez Samira Fuchsa. Poza bezpiecznym miejscem ląduje młody sanitariusz Grad (Antoni Królikowski), który czeka na proces za subordynację. Grad musi polegać na irackim policjancie Faridzie (Atheer Adel).


Pierwsze co rzuca się w oczy w tym filmie to świetne zdjęcia autorstwa Arkadiusza Tomiaka. Mimo skromnego budżetu, jaki posiadała produkcja za sprawą perfekcyjnych zdjęć mamy wrażenie, że obcujemy wizualnie z wysokonakładowym dziełem rodem z Hollywood. Za to należy się od razu ocena (lub nawet dwie) w górę. Kolejną pozytywną sprawą jest to, że nie mamy tutaj ckliwego moralitetu odnośnie życia żołnierzy, nie poznajemy ich wraz z wszystkim historiami życiowymi, jakie za nimi stoją. Dostajemy grupę niemal obcych sobie ludzi, którzy pewnie mają swoją przeszłość i plany na przyszłość ale nie dowiemy się o nich ani słowem. Dobrze, że obsada to jednak nie są największe gwiazdy polskiego kina. Już widzę oczyma wyobraźni dowodzonych przez Karolaka żołnierzy w postaci Chyry, Adamczyka i Szyca. Na szczęście postanowiono na sprawdzonych, lecz nieopatrzonych jeszcze ludzi z dobrym w roli Topą, po którym autentycznie widać dylematy, przed jakimi musi stanąć, niezłym Michałem Żurawskim oraz Tomaszem Schuchardtem (w którym wnikliwy widz rozpozna postać porucznika Żądło z Misji Afganistan - w obu produkcjach aktor grał podobne role) oraz obecnie chyba występującym w każdym polskim filmie Piotrze Głowackim (chociaż tutaj ograniczył się do dwóch dowcipów i efektownego zgonu). Występujący zaś w roli policjanta (żołnierza?) irackiego Adel bardziej pasuje do tancerza z Bollywood ale wydaje się, że daje radę. Nie podoba mi się za to lansowany przez rodziców (których rolami życia są odpowiednio Grażynka w Klanie i Kusy w Ranczu) Antoni Królikowski. Ten drewniany młody aktor jednak za sprawą koneksji będzie pewnie obecny w polskim filmie jeszcze długo. Niebawem zobaczymy go w serialu Bodo w roli tytułowej.
Ogólnie braki finansowe dają o sobie znać w czasie samej obrony City Hall. Ratusz jest atakowany przez sadrystów ciągle w jednym miejscu (a w rzeczywistości mógł być okrążony z każdego miejsca). Same sceny walki nie przedstawiają się specjalnie widowiskowo. Bardzo przypomina mi to wspomnianą już  wcześniej Misję Afganistan, gdzie tak jak tutaj oddział polskich wojsk pół odcinka ostrzeliwał dwóch talibów ukrytych za murkiem. Także brak snajperów (którzy byli obecni w realnej Karbali) tutaj rzutuje pewną nielogicznością. Mamy scenę, gdzie kilkadziesiąt metrów pod bramą ratusza islamiści przynoszą ckm. Później zaczynają robić wokół niego umocnienia. Wszystkiemu temu przyglądają się bezczynnie nasi żołnierze. Trochę bez sensu. 
Film nie daje nam odpowiedzi czy polska okupacja Iraku była dobra czy też nie (chociaż może skłania się ku tej drugiej wersji), skupia się za to na postawie walczących tam ludzi, którzy udali się tam nie ze względów ideologicznych, a po to by po prostu zarobić. Dobrze, że nie ma tutaj elementów martyrologicznych, bo to zabiłoby ten film. A tak mamy czasem przynudzający ale ogólnie strawny film wojenny produkcji polskiej, który dobrze wygląda i daje nadzieje na przyszłość, a przy okazji pokazuje nieznany w opinii publicznej fragment najnowszej historii polskiej armii. 





środa, 24 czerwca 2015

Dzieci wojny

Wiedźma wojny (Rebelle)
Kanada 2012
reż. Kim Nguyen
gatunek: dramat, wojenny

Tym razem wziąłem się za kanadyjski film opowiadający o wykorzystywaniu dzieci do walk w krajach afrykańskich. Oprócz poruszania ważnej dla świata tematyki film ten został zauważony i doceniony za walory artystyczne, czego rezultatem była między innymi nominacja Oscarowa dla filmu nieanglojęzycznego, liczne nagrody najważniejszego niemieckiego festiwalu Berlinale 2012 (Srebrny Niedźwiedź dla Rachel Mwanzy, nagroda ekumeniczna i nominacja do Złotego Niedźwiedzia), Satelity, Camerimage czy Czarne Szpule oraz wiele, wiele innych. Czy liczne nagrody festiwalowe idą tym razem w parze z dobrym seansem?



Poznajemy dwunastoletnią dziewczynkę Komonę (Rachel Mwanza), której wioska zostaje zaatakowana przez rebeliantów Wielkiego Tygrysa (Mizinga Mwinga). Ludność osady zostaje wybita, a ocalałe dzieci wzięte w niewolę, by służyć zbrojnie w oddziałach walczących z rządowymi wojskami rebeliantów. Przed dołączeniem do bandy Komona jest zmuszona zastrzelić swoich rodziców, w innym przypadku zostaliby oni zabici maczetą w boleśniejszy sposób, a ona szybko podzieliłaby ich los. Okazuje się, że Komana ma dar, dzięki któremu przed walką ukazują jej się duchy mówiące jej o zagrożeniach. Szybko dowiaduje się o tym Wielki Tygrys, który chce mieć Komanę w swoim oddziale. Dziewczyna walczy w jednym oddziale z młodym magikiem - albinosem (Serge Kanyinda). Po jednym ze starć z armią razem decydują się uciec z oddziału i zacząć nowe życie...


Film zabiera widza w ogarnięte wojny tereny Demokratycznej Republiki Kongo, gdzie zwiedzimy z bohaterami lokalne dżungle, miasta (z dzielnicą albinosów włącznie), wsie i inne egzotyczne lokacje położone w sercu Czarnej Afryki. Film nieprzypadkowo odebrał nagrodę Camerimage dla najlepszych zdjęć. Nakręcono go w fenomenalny sposób i z wielką przyjemnością obserwowałem lokacje dostępne w produkcji. 
Jest to film wojenny, jednak nie pokazano tu specjalnie dużo tej wojny. Mamy kilka chaotycznych scen walk, gdzie ktoś strzela do kogoś, panuje wszechobecny chaos i desperacka wymiana ognia. Wiemy, że strzelają do siebie armia i rebelianci, jednak nie poznajemy motywacji żadnej ze stron. Nikt nie mówi dlaczego rząd jest zły czy jakie powody ma Wielki Tygrys do rozpoczęcia powstania. Wszystko to jednak jest jakby nieistotne, mamy wszak do czynienia z fabułą pokazaną ze strony dziecka, które nie jest wmieszane w politykę, zostało siłą zmuszone do walki i nie musi wiedzieć co, gdzie, z kim i dlaczego. W filmie nie zobaczymy widoku krwi, co w scenach strzeleckich jest pewnym minusem, który mnie irytował w czasie wymiany ognia.
Całość jest nakręcona w duchu afrykańskiego realizmu magicznego. Dominuje wiara w czary, wszechobecny szamanizm, talizmany, bohaterkę nawiedzają duchy (pomalowani na trupiobiało czarni ludzie robią zaskakująco dobre wrażenie). 
Ogólnie film oprócz scen walk, brutalności oddziałów rebelianckich (którzy po zabiciu rodziców dają dzieciom kałasznikowy mówiąc, że od dzisiaj to ich mamusia i tatuś) pokazuje też rytm życia afrykańskich wsi i miasteczek. Dla człowieka Zachodu jest on bardzo daleki od tego, z czym mamy do czynienia w swojej rzeczywistości, lecz dzięki temu przyciągający i ciekawy. Aż szkoda, że na życie codzienne poświęcono tak mało miejsca (sam film trwa w sumie 90 minut). 
Reasumując polecam ten film, jako wart obejrzenia zarówno od strony wizualnej, artystycznej jak i dydaktycznej, Oczywiście są tu pewne uproszczenia, film kierowany był do Zachodnich odbiorców więc pokazano go tak, by był dla nich w łopatologiczny sposób zrozumiały. Jednak warto, naprawdę warto. 


sobota, 14 marca 2015

30 ton demokracji

Furia (Fury)
USA, Chiny, Wielka Brytania 2014
reż. David Ayer
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: Roman Vasyanov
muzyka: Steven Price

Pewnie nie będę mylił się z prawdą jeśli powiem, że w pewnym wieku każdy chłopiec (a teraz, w czasie diabelskiej ideologii gender także i dużo dziewczynek) chciał jeździć w czołgu. Jednych zainspirowały losy dzielnych bohaterów Czterech pancernych i psa, innych skusił ten fach dzięki graniu w gry pokroju Battlefielda lub Company of Heroes, jeszcze inni chcieli przeżyć przygody pokazane w grze na telefony komórkowe - Czołgistka Lidka: Walenie w terenie. Podstarzałego Brada Pitta natomiast przekonał do wejścia do czołgu czek opiewający na wiele milionów dolarów.


Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Mamy kwiecień 1945 roku, czyli kilka tygodni przed końcem wojny. Niemcy wycofują się wgłąb kraju szczuci z każdej strony przez armie aliantów. Hitler mobilizuje do wojska nawet dzieci, by te stawiały opór najeźdźcą. W takich realiach poznajemy załogę amerykańskiego czołgu dowodzoną przez Dona Colliera (Brad Pitt). Wraz z nim wewnątrz czołgu gotują się dość uznani aktorzy, tacy jak Shia LaBeouf, i Jon Bernthal, Towarzyszy im także Michael Peña. W początkowej scenie czołg opuszcza nogami do przodu niejaki Rick i dowództwo wyznacza na jego miejsce młodego Normana (Logan Lerman). Dupowaty Norman musi przyzwyczaić się do trudów wojny, jednak oczywiście nie przyjdzie mu to łatwo. Tymczasem dzielna załoga dalej nieustannie prze na wschód. 


Trzeba powiedzieć na początku, że film Ayera nie wnosi nic nowego. To wszystko już było. W amerykańskim postspilbergowym kinie drugowojennym ciągle kopiuje się pewne znane od wielu lat standardy. Także jeśli ktoś widział kilka filmów o tej tematyce made in USA to wie czego się spodziewać. Dla jednych to plus, dla innych pewnie największy minus. 
M4 Sherman z bohaterami w środku mknie przez błoto wprowadzać demokrację w III Rzeszy, mijając (lub tworząc) przeróżne zgliszcza. Cała scenografia jest jak najbardziej na plus, lokalizacja wygląda odpowiednio przygnębiająco, aż człowiek chce powiedzieć - tak! to musiało tak właśnie wyglądać. Niestety tylko do oddania pierwszego strzału. Wtedy na ekranie widzimy masę różnokolorowych pocisków-laserów, jakby żywcem wyjętych z Gwiezdnych Wojen. To burzy bardzo dobre odczucie odnośnie scenografii. 
Ogólnie bałem się, że w produkcji zobaczymy za dużo patosu i tak zwanej epickości. Oczywiście to jest film o wojnie. I co gorsze to amerykański film o wojnie. Amerykański film o wojnie wyprodukowany przez tzw. Hollywood (tylko co tam robią w produkcji Chińczycy?!). Tak więc tego patosu jest bardzo dużo i tak. Na szczęście są sceny, gdy on jest widoczny lub bardzo widoczny (jakaś ponad połowa filmu), i sceny gdzie jest widoczny dużo mniej. Pokazano też kilka scen, w których Jankesi nie jawią się tylko jako niosący bratnią pomoc wyzwoliciele, tylko banda niezbyt okrzesanych ludzi, którzy to jeńców nie biorą, a i mogą im strzelić w plecy. Nie mamy tu chyba nikogo specjalnie szlachetnego. Nawet Brad Pitt w wielu miejscach jest tutaj antybohaterem. Najbliżej do ucieleśnienia dobroci jest tutaj ciamajdowatemu Normanowi ale w trakcie filmu wojna zmienia i jego. Ogólnie aktor go grający - Logan Lerman ma u mnie ale widocznie i u producentów  pewną łatkę ciotowatego kolesia. Tutaj taki jest, w sumie w najnowszych Muszkieterach utrwalił to rolą D'artagnan. Jednak kogo by nie zagrał widzę w nim wciąż pedała Charliego z filmu o takim samym tytule. Ogólnie jednak główna obsada aktorska daje radę i to też jest plusem produkcji. 
Jakby nie patrzeć mamy do czynienia z filmem, który dobrze się ogląda. Mimo wielu denerwujących rzeczy, próby moralizowania etc. widz siedzi i czeka na to co będzie dalej. I byłoby do końca co najmniej dobrze, gdyby nie ostatnia scena, w której osamotniony czołg - tytułowa Furia, uziemiony pod wpływem usterek musi zmierzyć się z batalionem SS. taka jednostka liczy co najmniej 300 żołnierzy. Na pięciu dzielnych wojaków z USA. Ogólnie ta elitarna grupa niemieckiej armii oczywiście jest na tyle głupia, by stosować taktykę Indian rodem z amerykańskich westernów (kojarzycie pewnie sceny, gdzie przeważający liczebnie Indianie jeżdżą na swych koniach wokół mieszczącego dwóch kowboi i paniusie dyliżansu piszcząc coś i nieustannie pudłując, samemu dając się zwalić z konia każdym następnym strzałem pasażerów pojazdu). Także sama ostatnia bitwa jest dość dziwnie zrealizowana. Zaczyna się w dzień, by po kilku strzałach nastała ciemna, głęboka noc. 
Ogólnie nie jest to film, o którym będzie się pamiętało latami. Był potencjał, by wyszło z tego coś o wiele lepszego ale pewne błędy logiczne i historyczne (które przy Bękartach wojny mogły przejść) są strasznie rażące. Mimo tego mamy ciągle do czynienia z samo oglądającym się męskim kinem. Jest Brad Pitt, jest wojna, jest krew i okrucieństwo, jest czołg. Czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej.A że czasem nie ma sensu? Nie zawsze musi być on w filmach widocznie. Akceptując jego wady i niedociągnięcia (chociaż dla szukających heroicznego opowiadania to nie są żadne wady wtedy) można się na tej produkcji dobrze bawić.





piątek, 6 marca 2015

Przez ruiny, przez zgliszcza

Pogorzelisko (Incendies)
Francja, Kanada 2010
reż. Denis Villeneuve
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: André Turpin
muzyka: Grégoire Hetzel

Wojna. Wojna podobno nigdy się nie zmienia. Jednak istnieje wiele rodzajów wojen i wbrew temu znanemu z Fallout'a stwierdzenie przybiera różne formy. W opisywanym właśnie filmie dużą część seansu spędzimy spoglądając na wojnę domową w Libanie. Żeby zrozumieć i docenić tę produkcję trzeba dobrze znać historię konfliktów polityczno-wyznaniowo-etnicznych na Bliskim Wschodzie. Tutaj jest to tylko trochę zarysowane, jednak w tym zapalnym regionie nic nie jest oczywiste. Dla przypomnienia napiszę, że sama wojna libijska trwała w latach 1975-1990 i był konfliktem pomiędzy chrześcijanami, a muzułmańską mniejszością w tym kraju. Jest to jeden z najbardziej krwawych konfliktów religijnych we współczesnej historii. A wszystko to jest tłem wydarzeń w filmie kanadyjskiego reżysera.


Film zaczyna się w spokojnej Kanadzie. Po śmierci matki bliźnięta Jeanne (Mélissa Désormeaux-Poulin) i Simon Marwan (Maxim Gaudette) po śmierci matki udają się do zaprzyjaźnionego z rodziną notariusza Lebela (Rémy Girard) w celu poznania testamentu rodzicielki. Oprócz przewidywalnego podziału majątku matka nakazuje pochować się nago, brzuchem do dołu i bez trumny. W dodatku imienną mogiłę zezwala zamontować dopiero wtedy, gdy rodzeństwo wypełni pewną misję. Notariusz wręcza bliźniakom dwa listy - jeden do ich brata, o którego istnieniu nie mieli pojęcia, drugi - do ojca, który - jak byli przekonani, od dawna nie żyje. Sceptyczny Simon nie chce podporządkować się woli matki i pragnie zorganizować normalny pogrzeb, jednak Jeanne wyrusza do rodzinnego wioski matki w Libanie, by poznać zatrważającą prawdę o jej losach. Równolegle ze współczesnymi poszukiwaniami śledzimy na ekranie dawne losy ich matki, Nawal (Lubna Azabal). 


Akcja całej produkcji dzieje się na dwóch płaszczyznach. W pierwszej mamy do czynienia ze współczesnymi wydarzeniami. Sceny dzieją się wtedy w nudnej, spokojnej Kanadzie oraz Libanie, który jest już dwadzieścia lat po zakończeniu działań wojennych. Równolegle autorzy serwują nam przeniesienie w czasie do niespokojnych lat wojny domowej w tym kraju. Sceny, gdy obserwujemy losy Nawal są siłą rzeczy bardziej szokujące, widzimy w nich dramatyczne i brutalne działania wojenne, reżyser późniejszego Labiryntu bezkompromisowo ukazuje bezsensowne okrucieństwa bratobójczej wojny. Bez moralizatorstwa i podziału na dobrych i złych widzimy działania obu ze zwaśnionych stron. Gwarantuję, że scena z autobusem pozostanie w pamięci na długo. 
Według przeplatanego schematu mamy tutaj podział na segmenty, w których najpierw poznajemy trudne losy poszukującej prawdy o matce Jeanne i dołączającego do niej później Simona oraz najważniejsze wydarzenia z życia ich matki. Wszystko to w spokojnym, choć zatrważającym tempie łączy się ze sobą dodając kolejne fragmenty tej samej układanki. A samo zakończenie jest jednym z najbardziej zatrważających w dziejach kina. Choć już chwilę wcześniej można się pewnych sprawach domyślać to i tak poznanie prawdy o Nawal wbija w fotel.
Mamy do czynienia z filmem 130 minutowym, który na dodatek nie jest ekranizacją przygód agenta 007, tak więc trzeba się nastawić, że akcja nie prze przed siebie z prędkością TGV przez cały ten czas. Są owszem momenty, kiedy przyspiesza, jednak przeważnie mamy całkiem spokojne, choć mocno niepokojące tempo. Nie jest to jednak wada, a raczej zaleta. Film rozgrywa się swoim nieśpiesznym rytmem jak rasowy bokser, by w pewnym momencie wyprowadzić kilka szybkich ciosów i znokautować przeciwnika (lub widza). Jest to też jedna z bardziej unikalnych historii w całej kinematografii. Naprawdę warto poświęcić czas na tę produkcję. Chociaż prawda może zaboleć.





niedziela, 22 lutego 2015

Pożyteczny idiota

Głupich nie sieją (A Farewell to Fools)
Belgia, Francja, Niemcy, Rumunia 2013
reż. Bogdan Dumitrescu
gatunek: komediodramat, wojenny
zdjęcia: Marius Panduru
muzyka: Nicola Piovani

Gerard Depardieu przez kilkadziesiąt lat swej owocnej kariery aktorskiej zdążył zapracować sobie na status jednego z najlepszych europejskich aktorów w historii kina. Zdobywał nie tylko sympatię publiczności lecz także doceniały go kapitału najważniejszych nagród świata filmu. Ten rosyjski aktor francuskiego pochodzenia może pochwalić się przecież dwukrotnym zdobyciem Cezara oraz masą nominacji do niego, wygraniem Złotych Globów, zwycięstwem na festiwalach w Wenecji i Cannes a także nominacją do Oscara oraz kilkoma nominacjami do BAFTA. Wszyscy przyznają, że to całkiem solidny dorobek. Depardieu jednak w ostatnim czasie rozmienia swą karierę na drobne, czego przykładem niech będzie rola Rasputina czy występ w omawianym właśnie filmie.


Akcja opisywanego filmu dzieje się podczas drugiej wojny światowej. Podstarzały wioskowy głupek zwany Ipu (Gerard Depardieu), który od czasu odniesienia rany w głowę w czasach Wielkiej Wojny stał się ociężały umysłowo często bawi się z młodym Alexem (Bogdan Iancu) w wojny napoleońskie ganiając się po miejscowych terenach. Pewnego dnia Alex znajduje w polu zwłoki niemieckiego żołnierza z poderżniętym gardłem. Gdy niemiecka administracja dowiaduje się o zamordowaniu swojego człowieka daje obywatelom miasteczka ultimatum - albo do ranka znajdzie się winny mordu albo dziesięciu najbardziej wpływowych i szanowanych mieszkańców osady zginie. Dla wzmocnienia siły przekazu Niemcy ustawiają na rynku dziesięć krzeseł już czekających na przyszłych nieszczęśników. Zaniepokojeni obrotem spraw lokalny ksiądz (Harvey Keitel), burmistrz, lekarz i notariusz w trosce o własne życie szukają kogoś, kto przyjmie rolę kozła ofiarnego. Jednemu z nich wpada do głowy kandydatura lokalnego przygłupa Ipu. Zaczynają przekonywać go do oddania życia w imię wyższej sprawy...


Mamy tutaj do czynienia z historią w iście gogolewskim stylu. Przekonywanie głupka do tego, że warto umrzeć jako bohater w wielu miejscach wiąże z kilkoma absurdalnymi sytuacjami, jak na przykład próba generalna pogrzebu. Jednak szanowni obywatele mogą przekonać sami jaki sens może mieć próba rozmowy z idiotą. Wszystko to rozgrywa się w dość teatralnych okolicznościach. Długa scena z rozmową przy stole jest iście wyjęta ze sztuki teatralnej. Na szczęście pojawiają się też tutaj ujęcia w terenie, w urokliwych zakątkach Rumunii. Piękno krajobrazu jak i miasteczka daje tu mały plusik dla produkcji. Produkcji, która jednak nie jest najwyższych lotów. Wiele spraw jest dość przewidywalnych, nie wszystkie zabiegi reżyserskie wyszły tak jak wyjść powinny, a większość kostiumów z epoki wygląda dość słabo. Nie jest to film, który zapamięta się na długo. Jednak posiada kilka ciekawych scen. Myślę, że nie jest to kompletna strata czasu, jednak nie obejrzenie też nie skutkuje większymi konsekwencjami. Jednak jeśli nie ma się innego pomysłu na najbliższe 80 minut, a akurat w telewizji leci ten film, to można. Choć oczywiście nie trzeba.





sobota, 21 lutego 2015

Wojna cytrusowa

Mandarynki (Mandariinid)
Estonia, Gruzja 2013
reż. Zaza Urushadze
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: Rein Kotov
muzyka: Niaz Diasamidze

Wojna w Abchazji toczyła się w latach 1992-1993. Był to konflikt wewnętrzny odbywający się na terytorium nowopowstałej po rozpadzie ZSRR Gruzji. Walki były spowodowane dążeniami abchaskimi do uzyskania własnej niepodległości kosztem państwa gruzińskiego. Przeciwko wojskom armii Gruzji wystąpili zarówno separatyści abchascy, ale także szereg ochotników i najemników przybyłych z Północnego Kaukazu przeważnie z Czeczenii i Inguszetii. Pozostająca na papierze neutralna Rosja dostarczała siłą separatystycznym broń, a także wspierała je militarnie (brzmi znajomo, nie?). Wojna zakończyła się porażką Gruzji i w Abchazji powstało nieuznawane przez zdecydowaną większość innych krajów państwo. Obie strony konfliktu dopuściły się licznych zbrodni na ludności cywilnej. Tyle suche fakty. A jak to wyglądało okiem zwykłych ludzi? Część odpowiedzi na to pytanie stara się udzielić ten film.


Mamy rok 1992, konflikt jest jeszcze w początkowej fazie. Miejscem akcji jest osada nad Morzem Czarnym. Przed wojną mieszkało tu wielu Estończyków, którzy jednak wraz z rozpoczęciem walk zdecydowało się wrócić do swego rodzimego kraju. Osada więc jest opuszczona. Poznajemy tych, którzy zdecydowali się zostać. Dobiegający siedemdziesiątki Ivo (Lembit Ulfsak) wraz z Margusem (Elmo Nüganen) doglądają rosnących na ich ziemi mandarynek, które niebawem będzie trzeba zebrać. Margus zajmuje się zbiorami, natomiast Ivo przygotowuje skrzynki na tytułowe mandarynki. Margus po zbiorach chce wrócić do Estonii, natomiast Ivo nie zamierza się nigdzie wybierać. Pewnego dnia pod domem Iva ma miejsce starcie pomiędzy małymi grupkami Czeczenów i Gruzinów. Estończycy zauważają, że dwóch żołnierzy przeżyło wymianę okna i Ivo postanawia przygarnąć pod swój dach członków wrogich sobie ugrupowań. 


Reżyser pokazuje nam w swym dziele inny niż zazwyczaj film wojenny (a właściwie antywojenny). Nie mamy tutaj masy strzałów, wybuchów, posoki ściekającej z ekranu na każdym kroku. Nie jest to hollywoodzki blockbuster i niech widzowie nie liczą na przyjazd czołgu dowodzonego przez Brada Pitta. To co w wojnie według Urushadze jest najgorsze to atmosfera strachu i osaczenia. Bohaterowie żyją w ciągłej niepewności. Ten klimat zaszczucia głównych postaci jest tu bardzo widoczny. Zarówno bogu ducha winni Estończycy, jak i Czeczen Ahmed (Giorgi Nakashidze) czy gruziński żołnierz Nika (Mikheil Meskhi) są tu pokazani jako zakładnicy wojny. Mamy do czynienia z filmem traktującym o człowieczeństwie. Ale także pokazującym cały tragizm i bezsens wojny. Reżyser pokazuje nam dwóch mężczyzn - przedstawicieli dwóch wrogich armii, którzy od pierwszych scen pałają do siebie nienawiścią oraz grożą rychłą śmiercią. Jednak tak naprawdę ludzie ci nie znają się wzajemnie i gdyby nie decyzje zapadające na najwyższych szczeblach nawet by się nie spotkali. Urushadze pokazuje etapy ich osobistego konfliktu, a w rolę mediatora wciela Iva. Zaskakująco dobra jest realizacja i sposób wykonania produkcji. Także dodatkowym plusem jest całkiem klimatyczna etniczna muzyka, którą możemy od czasu do czasu usłyszeć.
Cały film jest jawnym manifestem antywojennym.  Przypomina mi się tematycznie podobna Ziemia niczyja opowiadająca o przymusowym spotkaniu dwóch przedstawicieli wrogich stron w czasie konfliktu na Bałkanach w podobnym okresie (tam mieliśmy rok 1993). 
Ogólnie z filmów ubiegających się o nieanglojęzycznego Oscara moim zdaniem Mandarynki powinny rywalizować z rosyjskim Lewiatanem. Porzucając patriotyzm to jednak nie sądzę, by polski kandydat do tej prestiżowej nagrody mógł wygrać.