Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Williams. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Williams. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2016

Kłamstwo popłaca

Jakub kłamca (Jakob the Liar)
Francja, USA 1999
reż. Peter Kassovitz
gatunek: dramat, wojenny

Zagraniczne koprodukcje filmowe kręcone w naszym kraju do dzisiaj nie są czymś często spotykanym i każdoroczne przybycie obcojęzycznych ekip filmowych do Polski można z łatwością policzyć. Tak zresztą było zawsze, gdyż przeważnie producenci wolą zamontować się w miejscu dla siebie bardziej przyjaznym od strony finansowej (wybierają więc często np. Węgry czy Czechy). Dlatego powinno znać się więc generalnie większość zagranicznych filmów kręconych na naszej ziemi. Tym razem przedstawię trochę mniej znany z nich, powstały w Piotrkowie Trybunalskim i Łodzi.


Rok 1944 w gettcie żydowskim. Znajdujący się tam Jakub (Robin Williams) przypadkowo podsłuchuje w niemieckim radiu wiadomości z frontu, które świadczą o zbliżających się na zachód wojskach radzieckich. W tajemnicy dzieli się tą informacją z Miszą (Liev Schreiber). Wkrótce całe getto dowiaduje się, że Jakub ma dostęp do radia. Mężczyzna jest zmuszony podawać współmieszkańcom fikcyjne radiowe komunikaty...


Film ten przyniósł dość potężną klapę finansową, Będąc ekranizacją książki Jurka Beckera pod tym samym tytułem (i to drugą, bo dwie dekady wcześniej powstała wersja NRDowsko - czechosłowacka) był najpewniej nastawiony nie na sukces artystyczny lecz na pewne zyski liczone w zielonej walucie. Produkcja filmu pochłonęła 45 milionów dolarów (co na tego typu film było generalnie dużą sumą) zaś w amerykańskich kinach zarobił niemal 5 milionów, z czego około 2 w weekend otwarcia. Rynki pozaamerykańskie też nie przyniosły większego zysku, tak więc rezultat finansowy był łatwy do przewidzenia. Nie pomogły filmowi przyznane nominacje do nagród, bo choć nominacja za reżyserię na MFF w Valladolid jeszcze mogła przynieść pewną satysfakcję, to nominowanie Williamsa do Złotej Maliny już niekoniecznie.
Po tym co do tej pory napisałem wyłaniać się może obraz bardzo słabego pod każdym kątem filmu. Jednak niekoniecznie tak jest. Oczywiście nie mamy tu do czynienia z produkcją, która jest zaginioną perełką czekającą na docenienie przez kolejne pokolenia, co to to nie. Mamy jednak do czynienia z filmem stosunkowo niezłym, niczym szczególnym nie wyróżniającym się jednak generalnie całkiem strawnie wypadającym w każdym swoim aspekcie, przez co dobrze oglądającym się jako całość. Rola Williamsa nie jest tak słaba, jak oceniała to hmm kapituła Złotych Malin, w co drugim Hollywoodzkim filmie zdarzy się ktoś na pierwszym lub drugim planie, kto zagra gorzej. Może Williams nie zagrał tu roli życia, jednak moim zdaniem wypadł powyżej poprawności. Partnerujący mu aktorzy także zagrali niezłe role i na pewno aktorsko ten film nie wypada źle. Także sama historia ukazana w filmie będąca przeplatanką dramatu z komediowymi wstawkami wypada poprawnie. Obszar getta został również oddany pieczołowicie, choć może bez bogactwa detalicznego. 
Całość więc reasumując można uznać za poprawny lecz niczym nie wyróżniający się ani in plus, ani in minus film, który można obejrzeć bez szkody dla zdrowia. Nie będzie to stracony czas. 




czwartek, 24 grudnia 2015

Kosmiczne moce

Czego dusza zapragnie (Absolutely Anything)
Wielka Brytania, USA 2015
reż. Terry Jones
gatunek: komedia

Dość dawno temu, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku miałem okazje przeczytać komiks z Kaczorem Donaldem jako głównym bohaterem. Pechowy kaczor został obdarzony przez kosmitów super mocą, dzięki której mógł on dokonywać nadzwyczajnych rzeczy. Ufoludki chciały się przekonać czy mieszkaniec Ziemi wykorzysta ten dar do dobrych czy raczej złych celów. Mniej więcej to samo możemy zaobserwować w filmie Terry'ego Jonesa.


Neil (Simon Pegg) jest nieudolnym brytyjskim nauczycielem i niespełnionym pisarzem. Wiedzie on samotny żywot wraz z psem w jednym z bloków. Jest on platonicznie zakochany w sąsiadce z piętra niżej, uroczej Catherine (Kate Beckinsale), która jednak zupełnie go ignoruje. Lecz gdy planujący zniszczenie naszej planety kosmici obdarzają Neila supermocami, by sprawdzić do jakich celów je wykorzysta sytuacja nauczyciela szybko ulega poprawie. 


Film ten jest jedną z ostatnich zrealizowanych produkcji zrealizowanych przy pomocy Robina Williamsa. Aktor wcielił się tutaj w rolę psa głównego bohatera, któremu podłożył głos. Z innych ciekawostek warty odnotowania jest też to, że przy filmie udział wzięli członkowie kultowej dla wielu grypy Monty Pythona podkładając głos ufoludkom i zajmując się reżyserią. Jako że nigdy nie byłem wielkim fanem humoru reprezentowanego przez tych brytyjczyków nie uważam tego za szczególnie wielki plus. 
Sam film zaś bazuje na bardzo oklepanym schemacie fabularnym (od początku chce się powiedzieć 'Gdzieś już to widziałem') i nie zaskakuje w ani jednym momencie. Odgrzewany kotlet potrafi być dobry, jednak odgrzewanie go po raz dziesiąty to już niezbyt dobry pomysł. Mam też problem z grą Pegga, który niezbyt pasuje mi do tej roli. Nie znalazłem w nim specjalnie wielkiego talentu komediowego. Dobrze za to wypada Beckinsale, która jednak mogłaby wystąpić od czasu do czasu w czymś ambitniejszym zanim się zupełnie nie zestarzeje, choć oczywiście jak na swój wiek to wciąż całkiem niezła niunia mumia. 
Ogólnie film trwa 80 minut i posiada kilka mimo wszystko zabawnych scen, oglądanie go w żadnym momencie nie boli i jeśli kogoś nie nudzi oglądanie tego samego schematu po raz setny to pewnie będzie się całkiem dobrze bawił. 





poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ostatnie pożegnania

Choleryk z Brooklynu (The Angriest Man in Brooklyn)
USA 2014
reż. Phil Alden Robinson
gatunek: komediodramat

Czas to pojęcie względne. Jakby tak się zastanowić nad wiekiem naszej planety to lata dominacji człowieka to tylko ułamek procenta funkcjonowania Ziemi. Czyli te tysiące lat to tylko kropla w morzu. Ale w takim razie czy stuletnie życie człowieka to mało czy dużo? Jednak uznaje się, że dużo i mało kto z nas dotrwa do 3/4 tej liczby. Jakbym dostał wyrok 10 lat więzienia wydawałoby mi się, że to strasznie dużo. Nawet rok w zakładzie karnym (choć rok nie wyrok) to raczej nieprzyjemna perspektywa. Ale rok życia to zaś strasznie mało czasu. A co dopiero powiedzieć, gdy usłyszymy, że zostanie nam 90 minut? 


90 minut. Tyle życia prognozuje podstarzałemu frustratowi Henry'emu (Robin Williams) młoda silna i niezależna lekarka cierpiąca po stracie kota, Sharon (Mila Kunis). Henry dowiadując się, że w wyniku nieusuwalnego tętniaka mózgu zostaje mu półtorej godziny rusza przez Nowy Jork, by rozliczyć się ze swoim życiem. Pierwsze kroki prowadzi do kancelarii, którą prowadzi wraz ze swym bratem Aaronem (Peter Dinklage).


Oglądając film można w wielu momentach błędnie pomyśleć, że jego autorem był Woody Allen. Produkcja ta ma bardzo Allenowski klimat. Zarówno miejsce akcji (Brooklyn, Nowy Jork), sposób narracji, czas trwania (krótki, nieprzekraczający 90 minut), jak i łączący ze sobą zabawną komedię pomyłek z dramatycznymi wydarzeniami na ekranie. Wszystko to daje nam taką bardziej wulgarną wersję lekkich filmów Allena. 
Oglądając film i widząc ostatnią rolę Williamsa wiedząc jaki będzie koniec tego wybitnego autora nasuwa się na myśl fakt, że mogłoby być go swoiste pożegnanie aktora ze światem. Gorzkie pożegnanie. Bo sam film jest bardzo nierówny. Pierwsza połowa jest bardzo dobra, zabawna ale też skłaniająca do refleksji. Oglądając Williamsa snującego się ulicami Nowego Jorku i widząc całą absurdalność zdarzenia czekamy na jakiś lepszy finał. Jednak druga część produkcji mocno zjeżdża poziomem i rozczarowuje. Dobry film zamienia się w mdły moralitet o wartości każdej chwili życia, jak i ważności rodzinnych i międzyludzkich stosunków. A szkoda. 
Za to z przyjemnością przez cały czas patrzy się na Petera Dinklage'a i Milę Kunis (zwłaszcza na Milę Kunis!). Oraz oczywiście na Robina Williamsa. Po raz ten ostatni raz, niestety.