Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Kunis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Kunis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Macierzyństwo nieodpowiedzialne

Złe mamuśki (Bad Moms)
USA 2016
reż. Jon Lucas, Scott Moore
gatunek: komedia
zdjęcia: Jim Denault
muzyka: Christopher Lennertz

Lubię oglądać filmy z Milą Kunis. Nie dlatego, że pochodząca ze Związku Radzieckiego aktorka jest jakoś specjalnie dobra w swym zawodzie czy też występuje w samych dobrych filmach. Kunis aktorsko przecież nie jest specjalnie wybitna a i filmy, w których występuje przeważnie do zbyt ambitnych nie należą. Lubię filmy z nią bo z seksistowskich pobudek, gdyż po prostu wygląda na ekranie całkiem atrakcyjnie. 


Kura domowa Amy (Mila Kunis) pod wpływem swych przyjaciółek Carli (Kathryn Hahn) i Kiki (Kristen Bell) postanawia zostawić za sobą dotychczasowe życie, zostawia męża, zaniedbuje dzieci i rzuca się w wir nocnego życia.


Ten film jest zły. Bardzo zły. Tak bardzo zły, że wcale nie zdziwił mnie fakt, że w około rok powstała jego kontynuacja, która utrzymywała się w naszych kinach przez dobrze ponad miesiąc. Film ten jest kolejnym w ostatnim czasie komedią w stylu modnej teraz feministycznej odmiany bromance. Kilka kobiet w wieku MILFowskim traktuje się jakby były o połowę młodsze niż są w rzeczywistości, piją, klną, gadają o seksie, który sobie czasem pouprawiają i to w założeniu ma być śmieszne. Ale śmieszne nie jest. Nie chce mi się pisać o tym filmie. Naprawdę jest on tak żałosny, że po prostu wystarczy, że napiszę byście go nie oglądali.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ostatnie pożegnania

Choleryk z Brooklynu (The Angriest Man in Brooklyn)
USA 2014
reż. Phil Alden Robinson
gatunek: komediodramat

Czas to pojęcie względne. Jakby tak się zastanowić nad wiekiem naszej planety to lata dominacji człowieka to tylko ułamek procenta funkcjonowania Ziemi. Czyli te tysiące lat to tylko kropla w morzu. Ale w takim razie czy stuletnie życie człowieka to mało czy dużo? Jednak uznaje się, że dużo i mało kto z nas dotrwa do 3/4 tej liczby. Jakbym dostał wyrok 10 lat więzienia wydawałoby mi się, że to strasznie dużo. Nawet rok w zakładzie karnym (choć rok nie wyrok) to raczej nieprzyjemna perspektywa. Ale rok życia to zaś strasznie mało czasu. A co dopiero powiedzieć, gdy usłyszymy, że zostanie nam 90 minut? 


90 minut. Tyle życia prognozuje podstarzałemu frustratowi Henry'emu (Robin Williams) młoda silna i niezależna lekarka cierpiąca po stracie kota, Sharon (Mila Kunis). Henry dowiadując się, że w wyniku nieusuwalnego tętniaka mózgu zostaje mu półtorej godziny rusza przez Nowy Jork, by rozliczyć się ze swoim życiem. Pierwsze kroki prowadzi do kancelarii, którą prowadzi wraz ze swym bratem Aaronem (Peter Dinklage).


Oglądając film można w wielu momentach błędnie pomyśleć, że jego autorem był Woody Allen. Produkcja ta ma bardzo Allenowski klimat. Zarówno miejsce akcji (Brooklyn, Nowy Jork), sposób narracji, czas trwania (krótki, nieprzekraczający 90 minut), jak i łączący ze sobą zabawną komedię pomyłek z dramatycznymi wydarzeniami na ekranie. Wszystko to daje nam taką bardziej wulgarną wersję lekkich filmów Allena. 
Oglądając film i widząc ostatnią rolę Williamsa wiedząc jaki będzie koniec tego wybitnego autora nasuwa się na myśl fakt, że mogłoby być go swoiste pożegnanie aktora ze światem. Gorzkie pożegnanie. Bo sam film jest bardzo nierówny. Pierwsza połowa jest bardzo dobra, zabawna ale też skłaniająca do refleksji. Oglądając Williamsa snującego się ulicami Nowego Jorku i widząc całą absurdalność zdarzenia czekamy na jakiś lepszy finał. Jednak druga część produkcji mocno zjeżdża poziomem i rozczarowuje. Dobry film zamienia się w mdły moralitet o wartości każdej chwili życia, jak i ważności rodzinnych i międzyludzkich stosunków. A szkoda. 
Za to z przyjemnością przez cały czas patrzy się na Petera Dinklage'a i Milę Kunis (zwłaszcza na Milę Kunis!). Oraz oczywiście na Robina Williamsa. Po raz ten ostatni raz, niestety.