Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komediodramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 grudnia 2017

Serbski film

Na mlecznej drodze (On the Milky Road)
Meksyk, USA, Wielka Brytania, Serbia 2016
reż. Emir Kusturica
gatunek: dramat, komediodramat 
zdjęcia: Martin Šec
muzyka: Stribor Kusturica

Przez lata serbski reżyser Emir Kusturica wyrobił sobie solidną, a wręcz mocną markę na europejskim rynku filmowym. Twórca obrośniętych kultem filmów Underground, Czas Cyganów czy Czarny kot, biały kot swoje najbardziej rozpoznawalne filmy stworzył jednak dość dawno temu (wymienione filmy powstały w ciągu jednej dekady, między 1988 a 1988 r.). Sam nie miałem okazji obejrzeć żadnego z nich, więc mój pierwszy kontakt z reżyserem jest przy okazji tego filmu. 


Miasteczko na pograniczu serbsko - chorwackim podczas wojny w Jugosławii. Ciężko myślący podstarzały mleczarz Kosta (w tej roli sam reżyser) codziennie rozwozi mleko wojującym niedaleko żołnierzom. Jego partnerka, atrakcyjna i dużo młodsza od niego Milena (Sloboda Mićalović) snuje plany ślubne czemu Kosta z niechęcią się poddaje. Sytuacja zmienia się jednak, gdy do miasteczka trafia tajemnicza Włoszka (Monica Bellucci), która ma wyjść za mąż za wracającego z wojny starszego brata Mileny, oficera Zagę (Predrag Manojlovic). Traf chce, że Kosta i cudzoziemka się w sobie zakochują...


Fabularnie można byłoby podzielić ten film na dobre trzy filmy (a jeśli jest się Peterem Jacksonem to pewnie i na dziewięć). Nagromadzenie wątków oraz różnych stylów czy wręcz gatunków jest naprawdę bardzo duże i dziw bierze, że udało się to zmieścić w czasie średnio długim, jakim są dwie godziny trwania filmu. Niestety jednak to urozmaicenie gatunkowo - stylistyczne nie służy dobrze filmowi, który po naprawdę solidnym początku i udanej pierwszej części trwania filmu gubi swój rytm, traci poziom i zaczyna wręcz naprzemiennie nużyć i irytować. 
Pierwszy etap filmu, który w mocno przewrotny i surrealistyczny wręcz sposób pokazuje przebieg wojny na odcinku ukazanym w produkcji, zapoznaje widza z bohaterami i udanie wprowadza nowe postaci oraz przedstawia interakcje między nimi jest naprawdę obiecujący. Kusturica niestety nie kontynuuje tego komediowego oniryzmu i mniej więcej w połowie trwania całości przewraca wszystko do góry nogami. Pewien surrealizm zostaje (czasem nawet bardzo prymitywnie wkomponowany do fabuły i intensywnie kiczowaty) jednak rozgrywa się na innym poziomie niż początkowo. Dodanie kolejnych wątków kosztem początkowego pokazania życia wsi/miasteczka (już pierwsza scena świetnie oddaje wiejską idylle) jest w moim odczuciu dużym błędem. A już oddział zachodnich komandosów polujących na mieszkańców miasteczka, ze szczególnym uwzględnieniem głównych bohaterów to istne kuriozum. W drugiej połowie filmu pozostaje tylko cieszyć się z obecności Moniki Bellucci, która zachwyca mimo lat.
 Gdybym z jakiegoś powodu wyszedł z kina w połowie filmu przekonywałbym wszystkich, że to bardzo dobra produkcja. Jednak po zaznajomieniu się z całością mogę powiedzieć co najwyżej, że mamy do czynienia z średniakiem. Niestety druga połowa filmu całkowicie go zabija.





poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ostatnie pożegnania

Choleryk z Brooklynu (The Angriest Man in Brooklyn)
USA 2014
reż. Phil Alden Robinson
gatunek: komediodramat

Czas to pojęcie względne. Jakby tak się zastanowić nad wiekiem naszej planety to lata dominacji człowieka to tylko ułamek procenta funkcjonowania Ziemi. Czyli te tysiące lat to tylko kropla w morzu. Ale w takim razie czy stuletnie życie człowieka to mało czy dużo? Jednak uznaje się, że dużo i mało kto z nas dotrwa do 3/4 tej liczby. Jakbym dostał wyrok 10 lat więzienia wydawałoby mi się, że to strasznie dużo. Nawet rok w zakładzie karnym (choć rok nie wyrok) to raczej nieprzyjemna perspektywa. Ale rok życia to zaś strasznie mało czasu. A co dopiero powiedzieć, gdy usłyszymy, że zostanie nam 90 minut? 


90 minut. Tyle życia prognozuje podstarzałemu frustratowi Henry'emu (Robin Williams) młoda silna i niezależna lekarka cierpiąca po stracie kota, Sharon (Mila Kunis). Henry dowiadując się, że w wyniku nieusuwalnego tętniaka mózgu zostaje mu półtorej godziny rusza przez Nowy Jork, by rozliczyć się ze swoim życiem. Pierwsze kroki prowadzi do kancelarii, którą prowadzi wraz ze swym bratem Aaronem (Peter Dinklage).


Oglądając film można w wielu momentach błędnie pomyśleć, że jego autorem był Woody Allen. Produkcja ta ma bardzo Allenowski klimat. Zarówno miejsce akcji (Brooklyn, Nowy Jork), sposób narracji, czas trwania (krótki, nieprzekraczający 90 minut), jak i łączący ze sobą zabawną komedię pomyłek z dramatycznymi wydarzeniami na ekranie. Wszystko to daje nam taką bardziej wulgarną wersję lekkich filmów Allena. 
Oglądając film i widząc ostatnią rolę Williamsa wiedząc jaki będzie koniec tego wybitnego autora nasuwa się na myśl fakt, że mogłoby być go swoiste pożegnanie aktora ze światem. Gorzkie pożegnanie. Bo sam film jest bardzo nierówny. Pierwsza połowa jest bardzo dobra, zabawna ale też skłaniająca do refleksji. Oglądając Williamsa snującego się ulicami Nowego Jorku i widząc całą absurdalność zdarzenia czekamy na jakiś lepszy finał. Jednak druga część produkcji mocno zjeżdża poziomem i rozczarowuje. Dobry film zamienia się w mdły moralitet o wartości każdej chwili życia, jak i ważności rodzinnych i międzyludzkich stosunków. A szkoda. 
Za to z przyjemnością przez cały czas patrzy się na Petera Dinklage'a i Milę Kunis (zwłaszcza na Milę Kunis!). Oraz oczywiście na Robina Williamsa. Po raz ten ostatni raz, niestety.





piątek, 19 czerwca 2015

Niemieckie perwersje

Wilgotne miejsca (Feuchtgebiete)
Niemcy 2013
reż. David Wnendt
gatunek: komediodramat


Nie tak dawno zastanawiałem się nad kondycją kina europejskiego. O klasie kinematografii w Wielkiej Brytanii nie trzeba przecież nikogo przekonywać, produkcja filmów nad Sekwaną idzie w setki dostarczając rocznie około 200 nowych filmów, z czego spora część jest naprawdę wysokiej klasy, Hiszpania rok rocznie dostarcza nam parę perełek, państwa skandynawskie także nie ustępują, Włosi może nie zawalają rynku filmowego swymi dziełami, jednak co jakiś czas zaskoczą czymś niezłym, kraje Beneluksu często potrafią wydać coś mocnego, nasze rodzime kino powoli podnosi się z kolan, co jakiś czas trafiają się też dobre rosyjskie produkcje. A pośrodku tego prężnego kontynentalnego przemysłu filmowego znajduje się czarna niemiecka dziura. Trochę już filmowy rynek europejski już śledzę, a niezłe niemieckie filmy mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. I to drwala. Tak wielkie państwo jak Niemcy nie dostarcza nam zbyt dużo produkcji. Oglądając opisywany właśnie film chce się powiedzieć wręcz : i bardzo dobrze. 


Bohaterką filmu jest nastoletnia Helen (Carla Juri). W pierwszych zdaniach filmu dowiadujemy się, że cierpi ona na obfite hemoroidy, jednak zaraz potem bez powiązania z tą dolegliwością trafia ona do szpitala na operację związaną z odbytem. Leżąc w klinice i czekając na wypisanie, które nastąpi dopiero po wypróżnieniu opowiada sobie różne perypetie ze swojego życia, czasem dzieląc się nimi z opiekującym się nią pielęgniarzem Robinem (Christoph Letkowski). Widz dowiaduje się z nich o rozwodzie jej rodziców (Meret Becker i Axel Milberg), który był impulsem do przełamywania wszelakiego tabu przez pogubioną życiowo córkę. Poznajemy też przyjaciółkę Helen, Corinnę (Marlen Kruse).


W wielu fragmentach film może wywołać obrzydzenie. Jeśli ktoś jest konserwatystą niech nawet nie próbuje włączać. Wiele scen w produkcji jest daleko poza granicą dobrego smaku. Widziałem kilka naprawdę mocnych i szokujących filmów i ten na pewno dołączy do grona tych (nie)sławnych pozycji. Mamy tutaj sceny wycierania się gołym ciałem po obskurnym sedesie w jeszcze obskurnym kiblu (toaletą tego nazwać nie można), masturbację połączoną z późniejszym smakowaniem spermy, główna bohaterka jest fanką wsadzania sobie palców w tytułowe wilgotne miejsca i zlizywanie później wydłubanego w ten sposób hmm płynu, do tego mamy tak subtelne sceny, jak pokazaną obrazowo ejakulację czterech kucharzy na pizzę, którą później spożywa jedna z bohaterek czy wymienianie się przez przyjaciółki swoimi zużytymi tamponami. Jest też osławiona ostatnimi czasy przez polskie modelki koprofilia. Po dialogu:
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też bardzo kocham.
- Możesz mi zrobić kupę na brzuch?
znajduje się scena, gdzie pokazane jest spełnienie tej niecodziennej miłosnej prośby. Może nie z ginekologicznym zacięciem typowym dla filmów porno ale jednak.
Wszystkie te sceny oczywiście nie muszą świadczyć, że film jest zły i jeśli zawierał wartościowe z punktu widzenia ogółu treści to wspomniane wcześniej rzeczy mogłyby być nawet mile widziane i podnosić walory produkcji. Niestety tak nie jest, i jest to przeważnie sztuka dla sztuki. Wciśnięte, aby szokować i zniesmaczać. Wcielająca się w główną bohaterkę Carla Juri ma niby być nastolatką. Patrząc jednak na jej metryczkę mamy pewien szok - dziewczyna ma 30 lat. Zamiast nastolatki chodzącej do szkoły dostajemy więc już niemal MILFa. Juri nie jest może ikoną piękna, ale jednak nie posiada też niemieckiego typu urody. W istocie nie jest Niemką, a Szwajcarką co wiele by wyjaśniało. Jak wspomniałem nie jest to typowa lala z żurnala, jednak wygląda dla mnie o wiele lepiej niż aktorka grająca główną rolę w Nimfomance (zarówno ta młoda, jak i stara). Ogólnie jednak oprócz obrazoburczego filmu wywołującego tanie kontrowersje w pewnym momencie mamy też do czynienia z trochę ckliwym filmem o zniszczonej rodzinie, gdzie córka próbuje połączyć na nowo związek rodziców. Nie jest to jednak zbyt przekonujące. Część dramatyczna nie ma dramaturgii, a w części komediowej brakuje komizmu. Subtelność humoru w filmie jest na typowym niemieckim poziomie. Reasumując: filmu specjalnie nie polecam, bo oprócz kilku raczej obleśnych scen nie ma w tym filmie nic ciekawego. Jeśli ktoś jest ich fanem to może sobie je oczywiście zobaczyć ale jeśli je wyciąć to pozostaje już tylko nuda. 





niedziela, 8 marca 2015

Człowiek z żelaznym prętem

Życie to jest to (La Chispa de la vida)
Hiszpania 2011
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: komediodramat 
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Joan Valent



Oglądając filmy de la Iglesii trzeba się spodziewać tego, że nie wiadomo czego można się spodziewać. Przeważnie mamy w nich do czynienia z pomieszaniem gatunków, masą absurdów i nadmiarem przerysowanych treści. Opisywany obecnie film jednak także posiada wypisane wyżej cechy, jednak nie aż w tak wielkim stopniu jak inne dzieła tego hiszpańskiego reżysera. Jest mniej hmm zakręcony i przez to inny. Jednak nie oznacza to wcale, że jest on przez to gorszy czy wybrakowany.


Akcja toczy się we współczesnej, ogarniętej kryzysem gospodarczym Hiszpanii. Poznajemy bezrobotnego Roberto Gomeza (José Mota) i jego żonę  Luisę (Salma Hayek). Roberto wspierany przez kochającą żonę od trzech lat szuka pracy, a trudna sytuacja zawodowa w której znalazła się jego żona powoduje, że posiadającej dwójkę nastoletnich dzieci zaczynają kończyć się fundusze na życie. Gomez od dłuższego czasu próbuje znaleźć pracę w swoim zawodzie, a jest specjalistą od reklamy, jednak mimo sukcesów w przeszłości nikt nie chce go przyjąć choćby na pół etatu. Jego koronny argument, czyli fakt, że wymyślił funkcjonujący od lat na całym hiszpańskojęzycznym rynku slogan reklamowy coca-coli nie robi już na nikim wrażenia. Kiedy dawny przyjaciel odmawia mu zatrudnienia w swej firmie załamany Roberto decyduje się jechać do Kartageny, aby wynająć miejsce w hotelu, gdzie przed laty spędził miesiąc miodowy z żoną. Jednak okazuje się, że w miejscu hotelu powstała rekonstrukcja znajdującego się tam przed wiekami teatru rzymskiego. Bohater przypadkowo dołącza do tłumu zwiedzających, a chcąc znaleźć wyjście z budynku trafia na dach czekającej na uroczyste otwarcie konstrukcji. Nakryty przez strażnika zaczyna uciekać i na skutek nieszczęśliwych zdarzeń spada na arenę pechowo nadziewając się głową na wystający tam żelazny pręt. Zaczyna się akcja ratunkowa, która przedłuża się, gdyż każde poruszenie głowy Roberto może spowodować jego śmierć. Mężczyzna widząc zainteresowanie mediów swą sprawą dochodzi do wniosku, że może na tym sporo zarobić ratując tym samym z opresji finansowej swą rodzinę. Zatrudnia nawet agenta (Fernando Tejero), by ten negocjował stawki za wywiad z telewizjami. 


Twórcy filmu pokazują w trochę przerysowany sposób kilka prawideł, na jakich opiera się współczesny świat. Już jedna z pierwszych scen, w których Roberto wchodzi trzymając pod ręką CV do wielkiego budynku, by aplikować do prężnie działającej międzynarodowej korporacji pokazuje sposób funkcjonowania świata Zachodu. Roberto przemierzając kolorowe, choć bezosobowe korytarze, mijając dziwnie wyglądających ludzi, którzy na jednym z najwyższych pięter wieżowca mijają go na rowerach lub hulajnogach, widok dawnego znajomego a obecnie wysoko postawionego pracownika, który nie może się z nim spotkać, bo jak twierdzi sekretarka jest strasznie zajęty, gdy w rzeczywistości pochłania go gra na nintendo Wii jest widokiem przytłaczającym i kompletnie niezrozumiałym do przywykłego do staroświeckich metod pracy Roberta. Ale także daje wyobrażenie obecnych zasad panujących w kapitalistycznym społeczeństwie, gdzie nie ważne jest kim jest człowiek, ale ile potrafił zarobić. 
Drugi bodziec do refleksji daje widzom dalsza część filmu, gdzie nieszczęsny Roberto leży na środku oświetlonej sceny - areny rzymskiego amfiteatru z żelaznym prętem wbitym w czaszkę. Otoczony przez nieporadnych i niewiedzących co czynić lekarzy, tłum gapiów, burmistrza miasta, który robi wszystko, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu a przy okazji jeśli się uda wypromować swe miasto oraz rosnące stado hien jakimi są żądni sensacji dziennikarze. W pewnym momencie za kilkuminutowy ekskluzywny wywiad z bliskim śmierci mężczyzną jest wyceniany na dwa miliony euro. Wszystkie telewizje przeprowadzające bezpośrednią relację na żywo z miejsca zdarzenia pokazują funkcjonowanie dzisiejszych mediów. Ale czy nie jest tak naprawdę? Wystarczy włączyć jedną z polskich telewizji informacyjnych, aby się przekonać jak potrafią one pasożytować wielodniowo na nieszczęściu innych. Tak samo tutaj - czy kogoś, oprócz rodziny obchodzi los Roberta, czy chodzi tylko o wzbudzenie sensacji, poprawienie sobie PRowych notowań, podstawienie pod kamerę swojego produktu? 
Samo parcie na szkło bohatera też jest tutaj dość przerysowane i trochę groteskowe. Mający świadomość wielce prawdopodobnej śmierci mężczyzna zamiast rozmawiać z dziećmi i żoną bardziej interesuje się tym, czy popularny talk show przeprowadzi z nim wywiad i czy aby 200 tysięcy euro to nie za mała stawka. W pewnym momencie cieszy się, że prawa do jego tragedii chce kupić Warner Bros, by nakręcić film na jej podstawie (Roberto zastanawia się wtedy, czy lepiej, by w jego roli zagrał Brad Pitt czy może George Clooney), a nawet powstać ma gra komputerowa (chociaż nikt nie wie jak to ma wyglądać). Postawa Roberta jest więc też bardzo nie na miejscu biorąc pod uwagę jego dość skomplikowaną sytuację. 
Nie jest to film wybitny, jednak polecam każdemu obejrzenie go. 90 minut jakie zajmuje nie spowoduje nikomu wielkiej straty czasu, a można się czasem uśmiechnąć, a czasem zastanowić nad kondycją współczesnej cywilizacji. A dodatkowo obejrzeć urokliwe oblicze dziennikarki, w którą wcieliła się Carolina Bang. Polecam. 





niedziela, 22 lutego 2015

Pożyteczny idiota

Głupich nie sieją (A Farewell to Fools)
Belgia, Francja, Niemcy, Rumunia 2013
reż. Bogdan Dumitrescu
gatunek: komediodramat, wojenny
zdjęcia: Marius Panduru
muzyka: Nicola Piovani

Gerard Depardieu przez kilkadziesiąt lat swej owocnej kariery aktorskiej zdążył zapracować sobie na status jednego z najlepszych europejskich aktorów w historii kina. Zdobywał nie tylko sympatię publiczności lecz także doceniały go kapitału najważniejszych nagród świata filmu. Ten rosyjski aktor francuskiego pochodzenia może pochwalić się przecież dwukrotnym zdobyciem Cezara oraz masą nominacji do niego, wygraniem Złotych Globów, zwycięstwem na festiwalach w Wenecji i Cannes a także nominacją do Oscara oraz kilkoma nominacjami do BAFTA. Wszyscy przyznają, że to całkiem solidny dorobek. Depardieu jednak w ostatnim czasie rozmienia swą karierę na drobne, czego przykładem niech będzie rola Rasputina czy występ w omawianym właśnie filmie.


Akcja opisywanego filmu dzieje się podczas drugiej wojny światowej. Podstarzały wioskowy głupek zwany Ipu (Gerard Depardieu), który od czasu odniesienia rany w głowę w czasach Wielkiej Wojny stał się ociężały umysłowo często bawi się z młodym Alexem (Bogdan Iancu) w wojny napoleońskie ganiając się po miejscowych terenach. Pewnego dnia Alex znajduje w polu zwłoki niemieckiego żołnierza z poderżniętym gardłem. Gdy niemiecka administracja dowiaduje się o zamordowaniu swojego człowieka daje obywatelom miasteczka ultimatum - albo do ranka znajdzie się winny mordu albo dziesięciu najbardziej wpływowych i szanowanych mieszkańców osady zginie. Dla wzmocnienia siły przekazu Niemcy ustawiają na rynku dziesięć krzeseł już czekających na przyszłych nieszczęśników. Zaniepokojeni obrotem spraw lokalny ksiądz (Harvey Keitel), burmistrz, lekarz i notariusz w trosce o własne życie szukają kogoś, kto przyjmie rolę kozła ofiarnego. Jednemu z nich wpada do głowy kandydatura lokalnego przygłupa Ipu. Zaczynają przekonywać go do oddania życia w imię wyższej sprawy...


Mamy tutaj do czynienia z historią w iście gogolewskim stylu. Przekonywanie głupka do tego, że warto umrzeć jako bohater w wielu miejscach wiąże z kilkoma absurdalnymi sytuacjami, jak na przykład próba generalna pogrzebu. Jednak szanowni obywatele mogą przekonać sami jaki sens może mieć próba rozmowy z idiotą. Wszystko to rozgrywa się w dość teatralnych okolicznościach. Długa scena z rozmową przy stole jest iście wyjęta ze sztuki teatralnej. Na szczęście pojawiają się też tutaj ujęcia w terenie, w urokliwych zakątkach Rumunii. Piękno krajobrazu jak i miasteczka daje tu mały plusik dla produkcji. Produkcji, która jednak nie jest najwyższych lotów. Wiele spraw jest dość przewidywalnych, nie wszystkie zabiegi reżyserskie wyszły tak jak wyjść powinny, a większość kostiumów z epoki wygląda dość słabo. Nie jest to film, który zapamięta się na długo. Jednak posiada kilka ciekawych scen. Myślę, że nie jest to kompletna strata czasu, jednak nie obejrzenie też nie skutkuje większymi konsekwencjami. Jednak jeśli nie ma się innego pomysłu na najbliższe 80 minut, a akurat w telewizji leci ten film, to można. Choć oczywiście nie trzeba.





sobota, 31 stycznia 2015

W oparach onirycznego absurdu

Grand Budapest Hotel
Niemcy, USA, Wlk. Brytania 2014
reż. Wes Anderson
gatunek: komediodramat
zdjęcia: Robert D. Yeoman
muzyka: Alexandre Desplat

Mam problem od czego zacząć. Opisywany w tym miejscu film jest filmem niezwykłym. Niezwykłym na tyle, że strasznie trudno jest dobrać słowa, które oddadzą tym czym jest lub czym na pewno nie jest. Reżyser i scenarzysta w jednym stworzył dzieło, które śmiało możemy nazwać Baśniami Andersona. Nie widziałem do tej pory tak nakręconej produkcji. Produkcji, w której występuje tak wiele różnych gatunków filmowych i nawiązań do wielu aspektów świata. Produkcji, gdzie groteska miesza się z makabrą, akcja z barokowym przepychem, a perwersyjna erotyka ze zwyczajną farsą. W tym filmie jest wszystko. A czy przypadkiem nie jest tak, że jak się jest od wszystkiego to jest się do niczego? Nie w tym wypadku.


Twórca Moonrise Kingdom prezentuje nam fabułę ulokowaną wielopoziomowo. Pierwszą i ostatnią sceną jest scena czasów obecnych, później przenosimy się do lat 80. gdzie znany pisarz snuje swoją historię zabierając nas dwadzieścia lat wstecz, do czasów swej młodości spędzonej w tytułowym hotelu leżącym w fikcyjnym wschodnioeuropejskim kraju Zubrowka. Z jego opowiadania dowiadujemy się, że poznał w tym miejscu historię właściciela hotelu, która znowu przenosi nas ponad trzydzieści lat wstecz, aż do lat 30. ubiegłego wieku, gdzie dzieje się zasadnicza akcja.
A trzeba powiedzieć, że akcja jest dość niezwykła. Poznajemy konsjerża hotelu - niejakiego Pana Gustave'a (Ralph Fiennes), który twardą ręką zarządza tym cieszącym się sławą przybytkiem. Ma także słabość do zadawania się z podstarzałymi arystokratkami bawiącymi w hotelu. Zadawanie nie ogranicza się tylko do konwencjonalnego spędzania czasu i często kończy się w łóżku. Gdy Gustave dowiaduje się od nowego boya hotelowego o wdzięcznym imeniu Zero (Tony Revolori) o śmierci jednej z arystokratek, obaj jadą na pogrzeb denatki. Tam dowiadują się, że zapisała mu w spadku cenny obraz. Z ostatnią wolą matki nie zgadza się jednak jej syn Dmitri (Adrien Brody), który wysługując się demonicznym Joplingiem (Willem Dafoe) będzie chciał zatrzymać za wszelką cenę obraz u siebie...


Sceneria miejsc, które przyjdzie śledzić widzowi w czasie trwania seansu jest mocno przerysowana, wszystko wydaje się odrealnione i wyjęte niczym ze snu. Lokacje przyciągają swym pięknem i tajemniczością lecz od początku mamy wrażenie, że są one z innej bajki. To w dodatku z absurdalnym sposobem zrealizowania wielu scen daje nam niemal surrealistyczne wrażenie przebywania w miejscu, które nie może istnieć. Ale przy całym swym przerysowaniu nieistniejące państwo Zubrowka to miejsce piękne. Piękne ale groźne, co obrazują równie przerysowane czarne charaktery. 
Producentom udało się zaciągnąć do gry naprawdę wielu znanych aktorów, bo do wypisanych wyżej trzeba doliczyć przecież Murraya Abrahama czy Jude Law'a. I wszyscy pokazali się z dobrej strony za co też duży plus. Dawno nie widziałem tak zwariowanego w pozytywnym tego słowa znaczeniu filmu, który przeczy wszystkim prawom logiki, aczkolwiek wchłania jak wir. Zdecydowanie polecam, bo tego opisać się nie da, to trzeba zobaczyć.