Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




poniedziałek, 22 stycznia 2018

Mięsolubni

Mięso (Grave)
Belgia, Francja, Włochy 2016
reż. Julia Ducournau
gatunek: thriller, horror
zdjęcia: Ruben Impens
muzyka: Jim Williams


W ostatnich latach narodził się ponadnarodowy trend filmowy, który popycha do przodu nurt transgatunkowych filmów z pogranicza thrillera i horroru. W wielu krajach można zauważyć trend powstawania ambitniejszych hybryd gatunkowych, ich twórcy aspirują zaś wyżej niż horrory klasy B wyświetlane późną nocą w maratonach filmowych multipleksów. Do listy tych aspirujących autorów dopisała się też Francuzka Juli Ducournau. 


Należąca do rodziny ortodoksyjnych wegetarian Justine (Garance Marillier) udaje się szlakiem swojej starszej siostry Alexii (Ella Rumpf) na studia weterynaryjne. Tam jako pierwszoroczniaczka szybko wraz z rówieśnikami staje się ofiarą studenckiej fali. W pewnym momencie dziewczyna zostaje poddana inicjacyjnemu zadaniu w postaci zjedzenia surowego mięsa. Justine po raz pierwszy zasmakuje mięsnego pokarmu...


Podoba mi się odwrócenie priorytetów w tym filmie. Reżyserka świadomie porzuca stosowanie tanich horrorowych chwytów, jak na przykład stosowanie jump scarów na korzyść kreowania kina artystycznego. Oczywiście hardcore'owi fani horrorów z góry uznają, że nie tędy droga i odwrócą się od filmu, uznając go za nudny i co najważniejsze nie straszny. Jednak ścieżka obrana przez Docournau (podobna do tej, którą kroczyli twórcy Czarownicy) jest dużo bardziej wysublimowana, intryguje nie tanimi efektami, a klimatem, który powoli wchłania widza w świat wykreowanego obrazu. Film ten jest wykonany z dużym artystycznym zacięciem. Każdy kadr jest tutaj dopieszczony, wydaje się, że nie ma nic przypadkowego. Czy to scena podróży polną drogą, czy grzebanie w krowim odbycie - zdjęcia są perfekcyjne i po prostu piękne. Cieszy także gra aktorska. Młoda Marillier daje radę, często wręcz urzeka na ekranie, z ciekawością będę obserwował rozwój jej przygody z filmem (a może rozwinie się to do pełnoprawnej kariery?). Także partnerująca jej, nieco starsza Ella Rumpf dobrze wpasowała się w rolę i z przyjemnością obejrzę inne filmy z jej udziałem.
Film ma swoje wady, czasem wydaje się nielogiczny (skala uczelnianej fali jest przesadzona, także imprezy kampusowe bardziej przypominają głupią amerykańską komedię niż coś aspirującego do realizmu), a i sama tematyka i bezkompromisowe sceny gore mogą razić wiele osób (choć dla mnie są plusem). Na pewno trzeba oglądać to z nastawieniem, że bliżej temu do lekko niepokojącego slow cinema, niż pełnoprawnego horroru czy nawet thrillera. Inaczej można się rozczarować. 





piątek, 29 grudnia 2017

Ludzie niechciani

Niemiłość (Nielubow)
Rosja, Belgia, Francja, Niemcy 2017
reż. Andriej Zwiagincew
gatunek: dramat
zdjęcia: Michaił Krichman
muzyka: Jewgienij Galperin

Reżyser między innymi dobrze przyjętego, przejmującego Lewiatana i ciekawego debiutanckiego Powrotu powraca na ekran z nowym filmem osadzonym po raz kolejny w teraźniejszej, putinowskiej Rosji. I choć trochę ze Zwiagincewem jest jak z Irańczykiem Farhadim więc dobrze wiemy jakiego filmu należy się po nim spodziewać, to nie przeszkadza to w odbiorze samego dzieła. Bo Rosjanin, tak jak i Irańczyk robią po prostu dobre, trafiające w punkt kino.


Poznajemy historię rozwodzącej się pary, Żeni (Mariana Spiwak) i Borysa (Aleksiej Rozin). Oboje mimo że jeszcze ze sobą mieszkają zaczynają sobie układać życie po małżeństwie: Żenia spotyka się ze starszym od siebie ustatkowanym finansowo mężczyzną, Borys spodziewa się zaś dziecka z młodszą od siebie kobietą. Podczas upadku instytucji rodziny coraz mniej miejsca jest na jedyne dziecko pary, dwunastoletniego Alioszę (Matwiej Nowikow), o którym wszyscy przypominają sobie, gdy chłopiec nagle znika...


Najnowszy film Zwiagincewa został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków na całym świecie. Zdobycie Nagrody Jury i udział w konkursie głównym w Cannes, nominacja do Złotych Globów, gdzie nie jest pozbawiony szans na sukces, zapewne rychła oscarowa nominacja i kilka trofeów Europejskich Nagród Filmowych to tylko najważniejsze z zaszczytów, jakie spadły na tę produkcję. W Polsce do normalnej dystrybucji kinowej obraz wejdzie dopiero z początkiem lutego, jednak ja już teraz namawiam do tego, by odwiedzić sale kinowe. Bo najzwyczajniej w świecie warto. Dostajemy dobrze nakręconą wiwisekcję rozpadającej się rodziny, ulokowaną w teraźniejszości rosyjskiej jednak uniwersalną w swym przekazie. Autorzy świetnie pokazują do czego prowadzi brak poszanowania dla najbliższych nam ludzi, skupianiu się tylko na własnych przyjemnościach i doznaniach. Zwiagincew ukazuje pustkę życia niechcianego dziecka i jego niemy krzyk o pomoc, jeszcze zaś lepiej przedstawia całą genezę zachowań,które doprowadzają do tragedii. W filmie zawarta jest też jedna z najbardziej demonicznych filmowych teściowych w historii kina, a ta krótka scena z nią jednocześnie przeraża, jak i ironicznie bawi. 
Dostajemy kolejny mądry, roztropny film tego reżysera, w którym oprócz wartościowego tematu mamy dobre kadry i montaż oraz niezłą grę aktorską. Myślę, że tego typu filmy, które może nie są efektowne, lecz bardzo efektywne powinny stanowić pożywienie każdego kinomana. Zapewne w czasie seansu będziecie czuć dyskomfort psychiczny ale warto go poczuć. Choćby dlatego, żeby nie popełniać błędów bohaterów. 




  

czwartek, 14 grudnia 2017

Kto jest kim?

Podwójny kochanek (L'amant double)
Francja, Belgia 2017
reż. François Ozon
gatunek: thriller
zdjęcia: Manuel Dacosse
muzyka: Philippe Rombi

François Ozon wspólnie z Gasparem Noe robią chyba najbardziej kontrowersyjne współczesne kino francuskojęzyczne, które trafia do otwartego obiegu na całym świecie. Choć ich filmy są inne to jednak można znaleźć u Francuza i Argentyńczyka wiele podobieństw warsztatowych. Tym razem zabieram się za film Ozona, który miał okazję otworzyć tegoroczny festiwal w Cannes, gdzie zebrał mieszane uczucia. 


Chloé (Marine Vacth) cierpi na pewnego rodzaju zaburzenia psychiczne, dlatego też decyduje się na terapie z psychiatrą Paulem (Jérémie Renier). Szybko nawiązują ze sobą romans i Chloé wprowadza się do mężczyzny. Po jakimś czasie dziewczyna spotyka innego psychiatrę, Louisa (również Renier), który wygląda zupełnie jak jej kochanek, choć posiada całkiem inny charakter.


Ozon korzysta w swoim najnowszym filmie z aktorki, z którą zdążył już wcześniej pracować w swojej karierze reżyserskiej (Vacth wystąpiła u niego w opisywanej na blogu dawno temu Młodej i pięknej). Atrakcyjna wizualnie młoda aktorka jest jedną z silniejszych broni filmów, w których występuje. Oprócz niezaprzeczalnej urody (chociaż boję się chwalić jej wygląd, by nie zostać posądzony o molestowanie seksualne) Vacth jest kolejną zdolną aktorką z Francji. Tutaj oprócz dobrej gry aktorskiej zarówno jej, jak i duetu Renier - Renier (Jérémie Renier naprawdę udźwignął rolę dwóch podobnych, choć skrajnie różnych postaci) mamy jednak fajerwerki wizualne. Siłą filmu nie jest często niezrozumiała i koślawa fabuła (nie wiem na ile zgodna z książkowym oryginałem autorstwa Joyce Carol Oates), a właśnie zachwycające kadry i świetna praca kamery. Widać tutaj ambitny sznyt reżysera i dobrą współpracę zarówno z autorem zdjęć i muzyki, którzy dopasowali się do wizji reżysera. Chociaż dla niektórych może być kontrowersyjnie i ciężko (już pierwsza scena z gabinetu ginekologicznego, czy późniejszy fragment ze straponem, którego bohaterka używa do seksu analnego z partnerem) to nie sposób odmówić audiowizualnej maestrii twórców i spójności obrazu z muzyką. Szkoda tylko zmarnowanego potencjału fabularnego, który do pewnego momentu całkiem intrygujący i wciągający okazuje się ciężki do racjonalnego wytłumaczenia i moim zdaniem się nie broni. Jednak pozycja jest jak najbardziej warta zapoznania się dla ludzi szukających ambitnego kina. Nawet jeśli często forma przeważa nad treścią. 




niedziela, 5 lutego 2017

W niemym kinie

Artysta (The Artist)
Francja, Belgia, USA 2011
reż. Michel Hazanavicius
gatunek: dramat, romans
zdjęcia: Guillaume Schiffman
muzyka: Ludovic Bource

Od wynalezienia kinematografu przez braci Lumière w 1895 do końca lat dwudziestych XX wieku panowała era kina niemego. Czas ten wykształcił własne gwiazdy, które jednak w większości musiały ustąpić miejsca nowym ludziom nowych czasów, które nastąpiły wraz z nas
taniem udźwiękowienia filmów, które to zostało zapoczątkowane Śpiewakiem jazzbandu z 1927 roku. Opisywany film pokazuje losy jednego ze strąconych z piedestału gwiazdorów dawnego kina. 


George Valentin (Jean Dujardin) jest powszechnie uwielbianą gwiazdą kina niemego. Zadufany w sobie artysta zostaje jednak postawiony pod ścianą, gdy świat kina wchodzi w nową erę filmów z dźwiękiem. Nie chcąc się pogodzić z szybkim upadkiem kina, jakie znał Valentin zaczyna swój upadek. Tymczasem zapatrzona w Georga początkująca aktorka Peppy Miller (Bérénice Bejo) rozpoczyna karierę i szybko pnie się do góry.


Film ten jest hołdem dla kina, tym razem kina niemego oraz dawnego przemysłu filmowego i studyjnych początków Hollywood. A że współczesne Hollywood lubi filmy będące hołdem dla Hollywood film Hazanaviciusa został bardzo doceniony podczas ceremonii rozdania Oscarów zgarniając w swoim czasie aż pięć statuetek. Zapewne część z nich została przyznana słusznie, myślę jednak, że kilka z nich trafiło do filmu na wyrost. Ogólna idea przybliżenia współczesnemu widzowi ery filmów niemych oraz wprowadzania nowinki technicznej, jakiej jest dźwięk jest bardzo słuszna. Jeśli realizacja stoi na wysokim poziomie, tak jak w tym filmie to na pewno jest to miła odmiana i coś zaskakująco przewrotnie nowego. Szkoda tylko, że autorzy poszli przybliżając złote lata Hollywood na łatwiznę serwując nam prymitywnie naiwne motywy typowe właśnie dla fabularnie mało zawiłych dzieł kina międzywojennego. Wiadomo, że stworzono tu prosty, lekki film jednak moim zdaniem można było pokusić się o rozszerzenie tego świata, rozbudowanie charakterystyki bohaterów i zerwanie z jednowymiarowością całości. Można było wtedy otrzymać hołdujący przeszłości stary film zrobiony na nowo (udało się to zrobić Chazelle'owi w La La Landzie). Prostota jednak nie umniejsza nic świetnym kreacjom aktorskim pasującego do filmów lat 20. i 30. Dujardina oraz Bejo, a także dobrze wypadającemu na czarno - białym ekranie Johnowi Goodmanowi oraz towarzyszącemu głównej postaci psu (w którego wcielały się trzy psy). Myślę, że mimo pewnego przecenienia produkcji jest to obraz warty obejrzenia dla tego klimatu z lamusa, całej tej niedzisiejszości i banałowi. Nie chciałbym, by kino wróciło do czasów sprzed dźwięku, ale jeśli raz na jakiś czas nowa kinematografia zaserwuje nam coś takiego jestem jak najbardziej za.





poniedziałek, 16 stycznia 2017

Całkiem inne love story

Ostatni będą pierwszymi (Les premiers les derniers)
Belgia, Francja 2016
reż. Bouli Lanners
gatunek: dramat
zdjęcia: Jean-Paul de Zaetijd
muzyka: Pascal Humbert

Co jakiś czas oglądam film, który całkiem mnie zaskakuje. W takim stopniu, że po seansie nawet nie wiem zbytnio, co o nim napisać tak, by wyszło więcej niż dwa zdania. Udając się na niego oczekiwałem ciekawej czarniawej komedii (reklamuje się ten film jako komedię właśnie), zobaczyłem coś na kształt dramatu. Ale o tym poniżej.


Dwóch doświadczonych łowców nagród, Gilou (Bouli Lanners) i Cochise (Albert Dupontel) przemierza pustkowie w poszukiwaniu zaginionego telefonu należącego do swego mocodawcy. Tymczasem okolicę przemierza para upośledzonych umysłowo: Willy (David Murgia) i Esther (Aurore Broutin). Mężczyzna ma przy sobie nowoczesny telefon...


Może jest w tym filmie kilka nieznacznych elementów komediowych jednak ktoś, kto widzi w tym filmie stricte komediowy to coś jest z nim nie tak. Mamy tutaj do czynienia raczej z dramatem zawierającym w sobie klimat neowesternowy połączony z nowoczesną przypowieścią biblijną. Poza tym na drugim planie toczy się jedna z bardziej niecodziennych historii miłosnych, jakie zaproponowało nam kino. Całość, gdzie toczy się akcja najbardziej zaś przypomina mi świat, na którego obrzeżach mogła toczyć się akcja filmu Dystans. Wielkie, szare pustkowia, opuszczone fabryki, marne ludzkie siedliska zamieszkałe przez specyficznych ludzi. Świat przedstawiony w filmie trudno uznać za przyjazny. Jednak smętny, wolny rytm filmu, nieśpieszne rozwijanie akcji, skąpe dialogi jakoś nie przypadły mi do gustu. Oglądanie produkcji nie boli, jednak ciężko w moim wypadku było znaleźć wiele plusów. Przy takim wysypie premier można sobie ten film darować.





sobota, 10 grudnia 2016

Uwikłani

Egzamin (Bacalaureat)
Rumunia, Belgia, Francja 2016
reż. Cristian Mungiu
gatunek: dramat

W ostatnich latach rumuńskie kino wyrobiło sobie solidną markę w Europie. Wielu autorów tworzy silnie zakorzenione w rumuńskim klimacie dramaty społeczne, które są tym, co jury najważniejszych europejskich festiwali wydaje się lubić najbardziej. Tym tropem podąża też z tego co widzę reżyser tego filmu. Sam nie miałem jak dotąd zbyt dużej styczności z filmami z tego kraju, więc tym bardziej cieszę się, że przygodę z Rumunią mogę zacząć od tej produkcji. 


Eliza (Maria-Victoria Dragus), córka lekarza o imieniu Romeo (Adrian Titieni) zostaje napadnięta przez gwałciciela. Chociaż na szczęście dla niej bandyta przez brak erekcji nie robi jej krzywdy, to dziewczyna kończy złą przygodę ze złamaną ręką. Niestety dla niej jest to w przeddzień egzaminu maturalnego, którego dobre napisanie jest jej niezbędne do zdobycia stypendium w Wielkiej Brytanii. Zdesperowany ojciec prosi o pomoc zaprzyjaźnionego policjanta (Vlad Ivanov), by ten pomógł mu obejść prawo przy sprawdzaniu testu Elizy...


Reżyser pokazuje w filmie na przykładzie historii Romea i jego rodziny stopień skorumpowanej codzienności Rumunii - wydawać by się mogło, że kraju mającego coraz lepsze perspektywy, wszak należącego do Unii Europejskiej, która corocznie przekazuje do tego państwa gigantyczne kwoty. Mungiu pokzuje w filmie skalę kolesiostwa w kraju, coś czego nie da się praktycznie zmienić, gdyż te wszystkie przysługi są częścią krajobrazu kraju, rumuńskim DNA. Bohater, by wypchnąć na siłę córkę z kraju, by ta nie popełniła błędów jego młodości (nie pytając ją właściwie o zdanie) wikła się co chwilę w różne sprzeczne z prawem interesy realizowane na zasadzie wzajemnej pomocy z lokalną wierchuszką. Nawet nie chodzi tutaj o pieniądze, zadziwiająco mało osób chce tutaj przyjmować tradycyjne łapówki. Co i rusz słyszymy więc od kogoś, że X to dobry człowiek, może ci pomóc. I X pomaga, za pomoc wymagając co najwyżej odwdzięczenia się w przyszłości. W kraju działają tak wszyscy, jest to normalne, a ci, którzy wcześniej nie korzystali z tego typu mechanizmu (jak na przykład sam Romeo) mimo kompetencji klepią biedę. 
Przekaz filmu jest kompletny i dosadny, sama fabuła zaś w przystępny sposób pokazuje widzom na całym świecie stopień wzajemnych zależności i uwikłania w rumuńskim społeczeństwie. Film jest też całkiem dobrze zagrany, aktorzy wywiązują się wiarygodnie ze swych kreacji. To, co jednak mnie trochę zraziło to długość produkcji. Ponad dwie godziny to za długo, film dłużył się wielokrotnie. Sceny, gdzie bohater obiera jabłko, by je później zjeść, obiera pomarańcza, by go po chwili zjeść, obiera ziemniaki, a to znów obiera jabłko są może i przydatne, by odwzorować życie Romea, jednak wystarczyłoby pokazać jedną tego typu scenę, nie kilka. Metraż tego filmu o około 20 minut krótszy na pewno skondensowałby wszystko i wyszedł produkcji na dobre. Natomiast mamy do czynienia ze zbyt długim potworkiem, który przedstawia jednak ciekawe patologiczne zależności rumuńskiego światka i przekrój społeczny tego kraju. Myślę, że mimo tych dłużyzn warto.






wtorek, 4 października 2016

Polowanie

Marsylski łącznik (La French)
Francja, Belgia 2014
reż. Cédric Jimenez
gatunek: kryminał


W 1971 roku powstał film, który zrewolucjonizował i na zredefiniował ogląd na nowoczesne kino z pogranicza kryminału i akcji. Tym filmem był oparty na faktach Francuski łącznik w reżyserii Williama Friedkina. Ponad cztery dekady po hollywoodzkim hicie, który zebrał przed laty oscarowe żniwo (pięć statuetek) Francuzi postanowili ukazać całość wydarzeń widzianych z ich perspektywy. 


Marsylia, lata 70. ubiegłego wieku. Nowym sędziom zajmującym się sprawami handlowaniem narkotyków zostaje oddelegowany z wydziału ds. nieletnich młody Pierre Michel (Jean Dujardin). Jego najważniejszym zadaniem będzie udowodnienie zbrodniczego procederu gangsterowi podejrzewanemu o pełnienie wiodącej roli w handlu narkotykami, Gaëtanowi Zampie (Gilles Lellouche).


Wspomniany na początku legendarny już Francuski łącznik (którego muszę sobie swoją drogą odświeżyć) koncentrował się na przechwyceniu jednego ładunku narkotyków, film Jimeneza natomiast ukazuje wydarzenia dziejące się w Marsylii w znacznie szerszej perspektywie odsłaniając widzom próby walki z przestępczym procederem na przestrzeni lat. 
Świetnie pokazano Marsylię sprzed trzech - czterech dekad. Zarówno trochę vintage'owe kadry, kostiumy czy rekwizyty - wszystko wygląda tu świetnie. Do tego zatrudnienie świetnie pasujących do realiów tamtych czasów dwóch znanych francuskich aktorów, którzy swoim stylem i bez charakteryzacji pasują jak ulał do okresu, w którym toczy się akcja. Za to należą się brawa.
Film ten koncentruje się na dwóch przeciwstawnych osobowościach żyjących w przeszłości, których wbrew pozorom bardzo dużo do siebie upodabnia. Ich trwające latami starcie ogląda się trochę podobnie do rywalizacji Roberta de Niro z Alem Pacino w Gorączce Michaela Manna. Autorzy rezygnują tutaj z epatowania brutalnością i strzelaninami (które mają owszem miejsce, jednak nie są główną osią fabuły) na rzecz pokazanie antagonistów pod kątem psychologicznym oraz ukazanie ich codzienności. Wraz z Michelem od początku filmu znamy winnego, jednak z braku dowodów musimy czekać na otworzenie furtki umożliwiającej jego przyłapanie. 
Film z powodu swego raczej wątłego tempa i nastawienie na dialogi toczone w pomieszczeniach nie będzie zapewne stanowił pozycji obowiązkowej dla wszystkich, jednak ze względu na bardzo dobry klimat potęgowany też poprzez świetnie dobraną muzykę jest to pozycja warta obejrzenia. Ten film pokazuje, że może Francuzi doczekali się następców Melville'a. 





niedziela, 2 października 2016

Sensacje początku XX wieku

Dziewczyna z portretu (The Danish Girl)
 Belgia, Dania, Niemcy, USA, Wielka Brytania 2015
reż. Tom Hooper
gatunek: dramat, biograficzny

 Rok 2015 był udany zarówno dla Eddiego Redmayne'a, jak i Alicii Vikander. Brytyjczyk właśnie w tym roku otrzymał Oscara za Teorię wszystkiego, zaś Szwedka na swą przyszłoroczną statuetkę dopiero zapracowywała. Oboje spotkali się na planie tego filmu będąc więc w szczytowym momencie swych wciąż jeszcze niedługich karier. Oczekiwałem więc po tym filmie czegoś dużo. A ile otrzymałem w rzeczywistości? 


Przenosimy się do Danii lat 20. ubiegłego wieku. Einar Wegener (Eddie Redmayne) jest cieszącym się pewnym uznaniem malarzem. Jego żona, Gerda (Alicia Vikander) także próbuje malować jednak jej prace początkowo nie uchodzą za zbyt dobre. Wszystko zmienia się w chwili, gdy ubiera męża w damski strój i maluje go, jako kobietę. Jej nowe prace znajdują swoich fanów, jednak Einar zaczyna czuć się kobietą...


Nie kupił mnie ten film. Naprawdę nie znalazłem tutaj zbyt wiele mocnych lub chociaż średnich aspektów. Po historii jednej z pierwszych osób transpłciowych, która przy okazji była swego rodzaju ówczesnym (ą?) celebrytą (ką?) oczekiwałem o wiele bardziej poruszającej i złożonej historii. A fabularnie jest niestety źle i sztampowo. W ogóle nie przekonałem się do postaci bohaterka i nie obchodziły mnie jego (jej?) losy, nie ważne ile razy Redmayne patrzył na mnie z ekranu swymi cierpiącymi oczętami. 
Naprawdę jedynym zauważalnym plusem filmu były naprawdę dobrze ukazane kadry oraz solidnie wykonana scenografia. Pomieszczenia i pozy, w jakich łapała bohaterów kamera często kojarzyły mi się z dawnymi obrazami mistrzów pędzla z krajów Beneluksu i to zaliczam na plus. Także Vikander dobrze wykonała swoją pracę, czy aż tak dobrze, by zgarnąć najważniejszą statuetkę w branży? Nie wiem, jednak na pewno nie będzie wstydzić się tej roli. Nie przekonał mnie za to zmanierowany Redmayne, w którym wciąż widziałem trochę inaczej ucharakteryzowanego Stephena Hawkinga z poprzedniego filmowego wcielania aktora. 
Nie chcę tutaj opisywać i oceniać samej tematyki zmiany płci, bo nie od tego jest ta strona. Z punktu filmowego powiem po prostu, że widziałem wcześniej lepsze produkcje opisujący ten temat. A opisywany właśnie film moim zdaniem można sobie darować. 


niedziela, 19 czerwca 2016

Niebieskie zauroczenie

Życie Adeli (La vie d'Adèle)
Belgia, Francja 2013
reż. Abdellatif Kechiche
gatunek: dramat, erotyczny 

Tym razem będzie coś o filmie bardzo często nagradzanym i docenianym na przeróżnych festiwalach. Ta ponad trzygodzinna kobyła została doceniona przez Złote Globy, BAFTA, triumfowała w Cannes, zdobywała Cezary, zauważono go też w Polsce (nominacja do Orłów) czy wśród gremium Europejskich Nagród Filmowych. Nagród i nominacji zresztą jest tak dużo, że trudno wymienić choćby połowę z nich. Film odniósł więc sukces artystyczny i zyskał grupę fanów wśród zwykłych widzów, choć tylko w Europie, gdyż boxoffice w USA to tylko 2 miliony dolarów. Ja zaś odbiłem się od niego jak od ściany. 


Ciężko szeroko opisywać fabułę tego filmu. Jesteśmy jako widzowie świadkami kilku lat z życia tytułowej bohaterki, Adeli (Adèle Exarchopoulos), którą poznajemy, gdy ta jest w szkole średniej. Jej standardowe życie nastolatki zmienia się, gdy poznaje o kilka lat starszą, niebieskowłosą lesbijkę Emmę (Léa Seydoux), z którą wdaje się w płomienny romans, który jest zaczątkiem głębszego uczucia. 


Oglądając to czułem tutaj silne pokrewieństwo z tym, co kręci uwielbiany przez wielu Xavier Dolan. A jako że Dolan i jego produkcje skrajnie mnie odrzucają swoją nie tyle tematyką, co formą tak i ten film tunezyjskiego reżysera nie przypadł mi do gustu. Trzygodzinna epopeja opowiadająca o burzliwych losach Adeli i Emmy jest naszpikowana nijaką dłużyzną, w której nic się nie dzieje, bohaterki nie mówią nic albo gadają o dupie Maryny, zaś klamrami spinającymi całość są ocierające się o pornografię sceny lesbijskiego seksu. Dostajemy więc to co tygrysy lubią najbardziej, jednak otoczone dwuipółgodzinną mielizną mającą uchodzić za szczyt artyzmu kinowego. Jednak jak to jest już z pornosami z fabułą - fabuła nie stoi w nich na najwyższym poziomie. Niestety, gdy w filmach fikanych można ją przeklikać, by dojść do sedna, tutaj musimy męczyć się pseudoegzystencjalnymi problemami bohaterek przez ponad 150 minut. Masakra. 
Dziwi mnie metamorfoza ostatniej dziewczyny Bonda, która z babochłopa w tym filmie powróciła do swojego naturalnego wyglądu w Spectre. Dobrze na ekranie ogląda się za to Exarchopoulos (choć gorzej jeśli chodzi o napisanie jej nazwiska), którą chętnie zobaczę w innej produkcji. 
Generalnie jednak po tej trzygodzinnej przeprawie muszę powiedzieć, że mało który film w tym roku tak bardzo mnie wynudził jak właśnie ten, Film bardziej dolanowy niż u Dolana. 





wtorek, 15 marca 2016

Klasztorne tajemnice

Niewinne (Les Innocentes)
Francja, Belgia, Polska 2016
reż. Anne Fontaine
gatunek: dramat


Kiedy tylko przeczytałem o zbliżającej się produkcji będącej koprodukcją francusko - polską kręconą w naszym kraju przy dużym udziale polskich aktorek, a za reżyserię odpowiada w tym projekcie ciesząca się uznaniem na świecie urodzona w Luksemburgu Anne Fontaine to wiedziałem, że będę chciał zapoznać się z finalnym produktem. Choć tematy zakonnic nie należą do moich ulubionych to w tym wypadku postanowiłem zaryzykować. 


Akcja toczy się gdzieś na polskiej prowincji tuż po wojnie, pod koniec 1945 roku. Poznajemy losy francuskiej sanitariuszki Czerwonego Krzyża, młodej Mathilde (Lou de Laâge), która to zostaje wezwana do znajdującego się nieopodal żeńskiego klasztoru zarządzanego przez apodyktyczną przeorycę (Agata Kulesza). Władające francuskim zakonnica Maria (Agata Buzek) i matka przełożona zapoznają przybyłą kobietę z sytuacją. Okazuje się, że zakonnice zostały zgwałcone podczas wyzwalania tych ziem przez czerwonoarmistów, a teraz część z nich jest w ciąży. Mathilde zostaje poproszona o tajemną opiekę nad kobietami...


Wart uwagi jest fakt, że za taką historię, która ma miejsce na ziemiach polskich i jak podaje informacja na początku filmu wydarzyła się naprawdę (choć moim zdaniem opowieść ta jest co najwyżej inspirowana faktami, a nie autentyczna na 100%) wzięli się twórcy z dość odległej Francji, a nie autorzy z Polski. Może jednak to i lepiej, że opowieść jest pokazywana jakoby z zewnątrz - zarówno reżyserka jak i scenarzyści pochodzą z francuskojęzycznych krajów, wydarzenia w filmie obserwujemy zaś z perspektywy francuskiej lekarki. To powinno dawać bardziej obiektywne warunki niż nasi twórcy kręcący w imię hasła 'Bóg, Honor, Ojczyzna'. Temat ten zaś wymaga przełamania pewnego tabu. Fontaine natomiast pokazuje sytuację, z jaką muszą zmierzyć się zakonnice jako sytuację,z którą spotkała się swego czasu Antygona. Bohaterki będą musiały wybrać pomiędzy nazwijmy to zgodnie z historią spisaną przez Sofoklesa prawem boskim,a  prawem ludzkim. Pierwsze reprezentować będzie świetnie zagrana przez Agatę Kuleszę despotyczna matka przełożona, drugie to domena młodej lekarki, w którą wciela się śliczna Lea de Laâge (którą będę chciał obejrzeć w kilku innych produkcjach, bo zapowiada się dobrze).Fontaine skupia uwagę na hermetycznych, sztywnych od wieków prawach rządzących się w klasztorze. Mamy teokratyczną dyktaturę przeoryszy i anachroniczne prawa, jakimi rządzi się ta placówka. Oglądając jaki jest klasztorny porządek dnia i zasady, jakimi kierują się zakonnicę po prostu współczułem tym przeważnie młodym dziewczynom uwięzionym w tym ciężkim do życia miejscu. Sam pomysł zaś, by miejsce filmów umieszczać w klasztorach to strzał w dziesiątkę. Udowodniło to już świetne Imię róży na podstawie książki zmarłego niedawno Umberta Eco. Tak hermetyczne miejsce posiadające sztywne zasady to świetny plac dla przeróżnych kryminałów, thrillerów, dramatów czy nawet romansów. Inna rzecz, która bardzo mi się spodobała to dobrze zrealizowane zdjęcia, za które odpowiadała Caroline Champetier. Dobrze wykonana robota autorki zdjęć m.in. do Ludzi Boga. Fajną sprawą w filmie jest też umieszczenie w nim postaci żydowskiego francuskiego lekarza granego przez Vincent Macaigne, który wprowadza do filmu potrzebny aspekt humorystyczny.
Można tej produkcji trochę zarzucić. Na przykład skąd wśród prowincjonalnych zakonnic, gdzie przed wojną do zakonów w takich miejscach trafiały przeważnie niepiśmienne wręcz wiejskie dziewczyny aż trzy umieją bezbłędnie posługiwać się językiem Ludwika XIV? (oprócz dwóch wspomnianych jeszcze zakonnica grana przez Joannę Kulig). Także trochę razi mnie tendencyjne pojmowanie historii i ludzi w nich uczestniczących (jedni muszą być dobrzy, inni wszyscy bez wyjątku źli). Ale ogólnie nie żałuję kupna biletu do kina na ten film. Miło, że powstają kolejne koprodukcje europejskie z dużym udziałem naszych twórców. 




środa, 2 marca 2016

Meksykańska homotragedia

Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato)
Belgia, Holandia, Meksyk 2015
reż. Peter Greenaway
gatunek: biograficzny, romans

Siergiej Eisenstein choć dla wielu jest postacią anonimową to dla fanów kina jako sztuki powinien być więcej niż znany. Ten urodzony w 1898 roku radziecki reżyser i montażysta wyprzedził w sztuce filmotwórstwa swe czasy o dobre dwie dekady, a prawidła montażowe, według których nakręcił swe największe dzieła (Pancernik Potomkin, Stajk i Październik) są w dużym stopniu używane do dziś. W sumie studiując jego biografię można znaleźć wiele tematów na film. I właśnie w zeszłym roku powstało dzieło ukazujące pobyt reżysera w Meksyku. 


Opromieniony sukcesami w kraju, jak i rozpoznawalnością w USA reżyser Siergiej Eisenstein (Elmer Bäck) przybywa do Meksyku, by tu nakręcić swe największe dzieło filmowe. Jednak zaraz po przybyciu zaczyna zaniedbywać obowiązki twórcze wikłając się w znajomość ze swym meksykańskim przewodnikiem, Palominem (Luis Alberti), z którym wdaje się w romans. 


Film ten nie pokazuje wcale pracy reżysera nad filmem czy też ogólnie jego pracy jako takiej skupiając się nad homoseksualnym aspekcie jego życia. Greenaway w swym filmie poniekąd stawia tezę, że dzieło ¡Que Viva Mexico! okazało się wielką klapą pośrednio ze względu na homoseksualne zauroczenie reżysera, jakiemu poddał się będąc w Ameryce Środkowej. Co do homoseksualnych scen to niestety w filmie widok nagich męskich ciał z każdej perspektywy to norma i przez około 20 procent produkcji widzimy czyjeś genitalia lub przynajmniej pośladki. Dodając do tego sceny męsko - męskiego seksu, które ukazane są dość naturalistyczne to mamy do czynienia wydawać by się mogło z wysokobudżetowym filmem homopornograficznym z fabułą, a nie z pełnoprawną normalną produkcją. 
Pochwalić można ten film za to, że jest bardzo kolorowy, mnogi w detale kostiumowo - lokalizacyjne i naprawdę ciekawie nakręcony. Ciężko mi jednak ocenić pewne aspekty tego dzieła, jak na przykład częste pokazywanie fotografii osób, o których mowa w filmie czy podział ekranu na trzy identyczne części w niektórych scenach. To pierwsze rozwiązanie jest początkowo oryginalne i ciekawe, potem już jednak męczy, szczególnie, że postaci z czasem się powtarzają. Miało wyjść artystycznie, a wydaje mi się, że ponad 70 letni Greenaway zaczerpnął ten pomysł od poślednich youtuberów. 
Naprawdę podobać mogą się też niektóre sceny i dialogi z przemyśleniami postaci oraz zestawienie dwóch kontrastujących ze sobą światów i społeczności: rosyjskiej i meksykańskiej (w tle dochodzi jeszcze ta północnoameryańska). 
Reasumując ciężko jest ocenić ten film. Ma on oryginalnego bohatera, z którego twórcy wyciskają co najwyżej część jakości, bezpretensjonalną warstwę obyczajową, która czasem przekracza granicę dobrego smaku oraz materiał na dobry film, którym jednak w ostateczności nie staje się. Każdy jednak opinię na temat tej produkcji powinien wystawić już po obejrzeniu. I zainteresować się dziełami wybitnego reżysera z początków świetności kina. 




niedziela, 7 lutego 2016

Opowieść o dwóch braciach

Aredeny (D'Ardennen)
Belgia 2015
reż. Robin Pront
gatunek: dramat

Belgia jest jednym z tych krajów, gdzie w ostatnich latach robi się najciekawsze kino europejskie. Ten dość niedoceniony kinematograficznie kraj wypromował kilku naprawdę zdolnych twórców i aktorów, zaś filmy takie jak De Behandeling, Dwa dni, jedna noc czy Hasta la vista! to różnogatunkowe produkcje, które naprawdę warto zobaczyć. Także bez większych obaw wybrałem się do kina na film Pronta, gdyż spodziewałem się dostać coś dobrego. I nie zawiodłem się.


Kenny (Kevin Janssens) wraz z bratem Davem (Jeroen Perceval) i swoją dziewczyną Sylvie (Veerle Baetens) organizują nieudany napad, w rezultacie którego Kenny zostaje złapany i ląduje z dość długim wyrokiem za kratkami. Mimo że nie wydał swych wspólników wychodzi po czterech latach na zwolnienie warunkowe. Nie wie jednak, że Sylvie w tym czasie związała się z jego bratem...


Oglądając filmy z Beneluksu można zauważyć, że choć kraje te są stawiane za symbol dostatku i zamożności to treści jakie porusza ich kinematografia są całkiem dalekie od idyllicznych rozterek krajów pierwszego świata. Prawie każdy film z tamtego rejonu pokazywał jednostki wykluczone, balansujące na granicy marginesu społecznego, gdzie bieda i niedostatek był wliczony w każdy element ich życia. W tematyce tej i sposobie jej ukazania blisko filmom z tego rejonu do produkcji skandynawskich. Porównując to do naszych filmów i seriali mainstreamowych, gdzie nie licząc wyjątków (kino Smarzowskiego np) akcja dzieje się wśród bogatych mieszczan, prawników, lekarzy i ich penthouse'ów można wyczuć drobny paradoks.
Film Pronta skupia się na ukazaniu losów dwóch braci - dresiarzy, którzy egzystują w dość specyficznych warunkach. Czeka ich rywalizacja o wiele rzeczy: pracę, pozycję, matczyne uczucia czy względy tej samej kobiety. Jednak prawdziwą moc tego filmu poznamy dopiero, gdy te społeczne tematy przejdą na drugi plan, a bracia udadzą się wspólnie w  pewnej sprawie do krainy dzieciństwa, w tytułowe Ardeny gdzie czekać będzie na nich sfiksowany kumpel spod celi Kenny'ego, niejaki Stef (świetny w tej roli Jan Bijvoet). 
Film jest naprawdę mocnym kinem, które ogląda się bardzo dobrze. Dzięki dość krótkiemu metrażowi dostajemy skondensowany produkt filmowy, który nie nudzi i w żadnym momencie nie daje wrażenia monotonii. Postaci wykreowane przez scenarzystę (który wcielił się przy okazji w postać Dave'a) są od siebie różne, a przy tym bardzo dobrze wykreowane. Mamy całą gamę bohaterów, od pieniacza i awanturnika, przez próbującego wrócić na dobrą drogę byłego złodzieja, przerysowanego transwestytę po dziwacznego producenta narkotyków. 
Nie jest to film, który przejdzie do klasyki kina jednak uważam, że warto udać się z braćmi w tą krótką podróż w Ardeny. Naprawdę mocne kino.


niedziela, 10 stycznia 2016

Kiepski Bóg

Zupełnie Nowy Testament (Le tout nouveau testament)
Belgia, Francja, Luksemburg 2015
reż. Jaco Van Dormael
gatunek: komedia, dramat

Na ten film czekałem od wielu miesięcy, od czasu gdy pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać krótką notkę o nim w jednym z miesięczników. Pomysł filmu wydawał mi się trafiony, wszystko przedstawiało się ciekawie i dość kontrowersyjnie. Jednym słowem super temat, który mógłby zostać dobrze wykonany żeby powstał interesujący film. Niestety już zwiastun sugerował, że może być niezbyt dobrze z końcową jakością. I niestety ogólny efekt jest jaki jest.


We współczesnej Brukseli w jednym z bloków zamieszkuje Bóg (Benoît Poelvoorde)wraz z rodziną w postaci żony (Yolande Moreau) i dziesięcioletniej córki o imieniu Ea (Pili Groyne). Bóg całymi dniami zajmuje się terroryzowaniem swej rodziny, wymyślaniem złych rzeczy, które będą przydarzać się ludzkości i oglądaniu hokeja w telewizji. Zbulwersowana postawą ojca Ea postanawia uciec z domu żeby kontynuować dzieło swego brata, JC. Zanim ucieka wysyła z komputera Boga wszystkim ludziom informacje o dacie ich śmierci. Na Ziemi dziewczynka znajduje kloszarda (Marco Lorenzini), który pomoże spisać jej Zupełnie Nowy Testament i znaleźć nowych apostołów. Sfrustrowany Bóg wyrusza, by ją złapać.


Film ten miał wszystko co potrzebne, by się udać. Zarówno ciekawą wizję Świętej Rodziny, gdzie Bóg wyglądający na mieszkającego w spelunie nieogolonego lumpa w szlafroku i w sandałach zgodnie z modą polską w obowiązkowych skarpetkach, który bardziej pasuje do lokatorów kamienicy znanej ze Świata według Kiepskich niż kościelnych ksiąg, posiadający naprawdę dobrych w skali europejskiej aktorów z Perlvoordem czy Catherine Deneuve w rolach głównych i świetną młodą Groyne w roli Ei (dziewczynka zaliczyła wcześniej epizod w Dwa dni, jedna noc u boku Marion Cotillard). Niestety mimo tego dobrego, niesztampowego pomysłu i naprawdę niezłej postawie aktorów film nie zdaje egzaminu. Reklamowany jako komedia moim zdaniem specjalnie nią nie jest. Oprócz kilku żartów często średniej klasy mamy do czynienia z bardzo smutną w swej wymowie produkcją, która bardziej skłania do refleksji niż swobodnego śmiechu. Pomysł zaś na takie oryginalne przedstawienie Boga został koncertowo spieprzony i oprócz dobrze zapowiadającego się początku mamy mało ciekawą akcję. W sumie przez większość swego trwania w filmie tym wieje po prostu nudą i dawno będąc w kinie (co ciekawe po 13 w jednym z multipleksów niemal cała sala zajęta, nie licząc osób, które wyszły podczas trwania seansu) tak nie dłużył mi się czas i od pewnego momentu tylko czekałem, aż produkcja się skończy. W sumie najlepiej wypadają sceny z udziałem Poelvoordea i gdyby na nim się skupić film może jakoś by się obronił. Niestety większość to historie zbieranych niczym pokemony nowych apostołów, które nie są specjalnie absorbujące. Niestety bardzo rozczarowałem się tym tytułem. 





środa, 25 lutego 2015

Podróż życia

Hasta la vista
Belgia 2011
reż. Geoffrey Enthoven
gatunek: dramat
zdjęcia: Gerd Schelfhout
muzyka: Meuris

Złapałem się ostatnio na tym, że częściej i chętniej niż hollywoodzkie superprodukcje oglądam filmy z różnych stron świata, które u nas są strasznie trudno dostępne i wręcz nieznane. Boję się, że zaszufladkuje się mnie jako filmowego hipstera więc następne co muszę obejrzeć chyba musi być bardziej hmm hitowe. Tym razem wybór na belgijski film określany na filmwebie jako komedia, jednak z tego co zobaczyłem to miałem do czynienia z jednym z bardziej przygnębiających dramatów. A wszystko to bez polskich napisów, gdyż komu by się chciało tłumaczyć aż tak niszowy film.

Poznajemy trzech przyjaciół: Philipa (Robrecht Vanden Thoren), Larsa (Gilles De Schrijver) i Josepha (Tom Audenaert). Wszyscy mają po około trzydzieści lat i łączy ich fakt bycia niepełnosprawnym. Philip jest całkowicie sparaliżowany, poruszający się na wózku inwalidzkim Lars cierpi na nieuleczaną chorobę, natomiast Joseph jest niemal całkowicie ślepy. Każdy z nich jest jednak młody i napalony, lecz nigdy nie miał ze zrozumiałych względów obcowania z kobietą. Gdy Philip znajduje w sieci informację na temat burdelu w Hiszpanii, który obsługuje osoby niepełnosprawne przekonuje kolegów do wyjazdu, by skorzystać z oferowanych tam usług. Ich rodzice wyrażają zgodę na ich wyjazd, lecz gdy dowiadują się o szybko postępującej chorobie Larsa cofają decyzję. Przyjaciele postanawiają jednak wyjechać mimo to, bez pozwolenia swych opiekunów. Na miejsce przeznaczenia ma ich zawieźć rozpadającym się vanem gruba i nie mówiąca po flamandzku Claude (Isabelle de Hertogh). 


Amerykańskich filmów drogi, w których przyjaciele ruszali na seksturystykę przez pół znanego im świata mieliśmy masę. Przeważnie byli to przystojni nastolatkowie, którzy z powodów pewnych braków musieli sobie radzić w ten sposób. Lub co gorsza geeki, którzy nie mieli innej możliwości zaliczenia. Tutaj mamy całkowicie inną historię. Troje młodych ludzi, którzy mimo swych ułomności i ograniczeń okazuje się mieć podobne cele i pragnienia, jak ich pełnosprawni rówieśnicy. 
Po moim zdaniem błędnym skategoryzowaniu filmu na największym polskim serwisie filmowym przystąpiłem do projekcji, jak do komedii, która w lekki i zabawny sposób będzie poruszała trudne tematy. I choć było kilka czy nawet kilkanaście humorystycznych scen to ciężko mi sklasyfikować ten film do tego gatunku. Jest to pełnoprawny dramat, który ma widza poruszyć i doprowadzić do smutnej refleksji. Szczególnie widoczne jest to w końcówce, która nie zaskakuje i w sumie można byłoby to odegrać mniej sztampowo i ckliwie. W pewnym momencie nawet w tym wszystkim dochodzi atmosfera rodem z melodramatu. 
Filmy z krajów Beneluksu mówią często o rzeczach trudnych. Pokazują ciężką i niechcianą tematykę w sposób realistyczny, pełen detali i pozbawiony tabu. Tak jest też i w tym przypadku. Film warto obejrzeć, choć co wrażliwi powinni przygotować sobie solidną porcję chusteczek. 







wtorek, 24 lutego 2015

W poszukiwaniu swej orientacji

Les garçons et Guillaume, à table!
Francja, Belgia 2013
reż. Guillaume Gallienne
gatunek: komedia
zdjęcia: Glynn Speeckaert
muzyka: Marie-Jeanne Serero

Tym razem postanowiłem sprawdzić jak wygląda film, który mimo zdobycia wielu nagród i nominacji przez dwa lata od swej premiery nie miał i raczej już nie będzie miał okazji zaprezentować się w polskich kinach.
A wydawałoby się, że dwie statuetki w Cannes oraz pięć nagród i tyleż samo nominacji w prestiżowych Cezarach coś znaczy.


Śledzimy losy zniewieściałego Guillaume'a (Guillaume Gallienne), który pozostaje w ciągłym zachwycie w stosunku do swojej oschłej i autokratycznej matki (też Guillaume Gallienne). Jako nieudacznik sprowadza na siebie niechęć reszty rodziny, w postaci ojca i braci. Wszyscy traktują go jako zakałę rodziny, a matka wołając familię na obiad zawsze krzyczy przez okno tytułowe Chłopcy i Guillaume do stołu! Guillaume stara się upodobnić do matki, gdyż twierdzi, że sam też jest dziewczyną. Gdy nie mogący tego zaakceptować ojciec nakrywa go przebranego za cesarzową Sissi postanawia wysłać go do szkoły z internatem...


Wiele było filmów, w których bohater poszukując swojej tożsamości na końcu godzi się ze swoją homoseksualną orientacją. Tutaj mamy zupełne odwrócenie tego schematu. Poznajemy postać, której całe społeczeństwo wmawia wciąż odmienną orientację seksualną i musi on zaakceptować swoją heteroseksualność. I biedny Guillaume będzie musiał przejść długą i szokującą drogę. Najpierw wyzbywając się myśli, że jest heteroseksualną dziewczyną, później za namową ciotki sprawdzić czy jest homoseksualistą, by na końcu poznać prawdziwe ja. A wszystko to w lekkim, komediowym stylu znanym z francuskich filmów. 
Mimo, że wraz z bohaterem odwiedzimy prawie pół Europy od Francji przez Hiszpanię, Anglię i Niemcy mamy do czynienia z dość kameralną, bardzo osobistą produkcją. Nie wszystkie jej sceny prezentują wysoki poziom i jest trochę nudy, kilka scen jest naprawdę wspaniałych. Choćby historia opowiadana w Bawarii przez piękną Ingeborg o jej ojcu, który w przeszłości pracował w pięknym Paryżu, czy scena, w której biedny Guillaume trafia wprost z gej klubu do mieszkania gejów w roli suki do gangbangu. To trzeba zobaczyć. 
Najważniejsza jest jednak sama historia o poszukiwaniu własnej seksualności. Zrealizowana w swobodny, komediowy sposób, lecz trochę dający do myślenia. Jest to opowieść o inności, zaszufladkowaniu i próbach znalezienia własnego ja. I choć nie jest to film wybitny, posiadający swoje wady to jednak dziwię się, że w natłoku chłamu cotygodniowo okupującego część kinowych setów produkcja Guillaume'a nie zagościła choć przez tydzień na polskich ekranach. 





niedziela, 22 lutego 2015

Pożyteczny idiota

Głupich nie sieją (A Farewell to Fools)
Belgia, Francja, Niemcy, Rumunia 2013
reż. Bogdan Dumitrescu
gatunek: komediodramat, wojenny
zdjęcia: Marius Panduru
muzyka: Nicola Piovani

Gerard Depardieu przez kilkadziesiąt lat swej owocnej kariery aktorskiej zdążył zapracować sobie na status jednego z najlepszych europejskich aktorów w historii kina. Zdobywał nie tylko sympatię publiczności lecz także doceniały go kapitału najważniejszych nagród świata filmu. Ten rosyjski aktor francuskiego pochodzenia może pochwalić się przecież dwukrotnym zdobyciem Cezara oraz masą nominacji do niego, wygraniem Złotych Globów, zwycięstwem na festiwalach w Wenecji i Cannes a także nominacją do Oscara oraz kilkoma nominacjami do BAFTA. Wszyscy przyznają, że to całkiem solidny dorobek. Depardieu jednak w ostatnim czasie rozmienia swą karierę na drobne, czego przykładem niech będzie rola Rasputina czy występ w omawianym właśnie filmie.


Akcja opisywanego filmu dzieje się podczas drugiej wojny światowej. Podstarzały wioskowy głupek zwany Ipu (Gerard Depardieu), który od czasu odniesienia rany w głowę w czasach Wielkiej Wojny stał się ociężały umysłowo często bawi się z młodym Alexem (Bogdan Iancu) w wojny napoleońskie ganiając się po miejscowych terenach. Pewnego dnia Alex znajduje w polu zwłoki niemieckiego żołnierza z poderżniętym gardłem. Gdy niemiecka administracja dowiaduje się o zamordowaniu swojego człowieka daje obywatelom miasteczka ultimatum - albo do ranka znajdzie się winny mordu albo dziesięciu najbardziej wpływowych i szanowanych mieszkańców osady zginie. Dla wzmocnienia siły przekazu Niemcy ustawiają na rynku dziesięć krzeseł już czekających na przyszłych nieszczęśników. Zaniepokojeni obrotem spraw lokalny ksiądz (Harvey Keitel), burmistrz, lekarz i notariusz w trosce o własne życie szukają kogoś, kto przyjmie rolę kozła ofiarnego. Jednemu z nich wpada do głowy kandydatura lokalnego przygłupa Ipu. Zaczynają przekonywać go do oddania życia w imię wyższej sprawy...


Mamy tutaj do czynienia z historią w iście gogolewskim stylu. Przekonywanie głupka do tego, że warto umrzeć jako bohater w wielu miejscach wiąże z kilkoma absurdalnymi sytuacjami, jak na przykład próba generalna pogrzebu. Jednak szanowni obywatele mogą przekonać sami jaki sens może mieć próba rozmowy z idiotą. Wszystko to rozgrywa się w dość teatralnych okolicznościach. Długa scena z rozmową przy stole jest iście wyjęta ze sztuki teatralnej. Na szczęście pojawiają się też tutaj ujęcia w terenie, w urokliwych zakątkach Rumunii. Piękno krajobrazu jak i miasteczka daje tu mały plusik dla produkcji. Produkcji, która jednak nie jest najwyższych lotów. Wiele spraw jest dość przewidywalnych, nie wszystkie zabiegi reżyserskie wyszły tak jak wyjść powinny, a większość kostiumów z epoki wygląda dość słabo. Nie jest to film, który zapamięta się na długo. Jednak posiada kilka ciekawych scen. Myślę, że nie jest to kompletna strata czasu, jednak nie obejrzenie też nie skutkuje większymi konsekwencjami. Jednak jeśli nie ma się innego pomysłu na najbliższe 80 minut, a akurat w telewizji leci ten film, to można. Choć oczywiście nie trzeba.





niedziela, 15 lutego 2015

Dorwać Trolla

De Behandeling
Belgia 2014
reż. Hans Herbots
gatunek: thriller

Z czym kojarzy się Belgia? Dla wielu jest realną siedzibą Parlamentu Europejskiego, dla innych pierwszym skojarzeniem może być całkiem utytułowany klub piłkarski, jakim jest Anderlecht Bruksela. Pewnie ktoś powie o zbudowanym na potrzebę Expo 1958 Atomium. Kto inny wskaże natomiast brukselski posąg sikającego chłopca - Manneken pis. Chociaż jak dla mnie nie ma innego kraju na świecie, gdzie mógłby stanąć taki pomnik. A to dlatego, że pierwszą rzeczą jaka kojarzy mi się z tym krajem jest pedofilia. I gdy usłyszałem o nowym belgijskim thrillerze kinowym to pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy - pedofile. Bingo, właśnie o tym opowiada film. Choć co ciekawe jest to adaptacja książki znanej także w Polsce brytyjskiej pisarki Mo Hayder, tyle że adaptowana na potrzebę scenariusza do belgijskich realiów.


Głównym bohaterem jest tutaj policjant Nick Cafmeyer (przypominający Martina Lewandowskiego Geert Van Rampelberg). W młodości przeżył on traumę, gdy jako dziewięciolatek był świadkiem porwania swego młodszego brata Bjorna przez lokalnego pedofila. Chłopaka nigdy nie udało się odnaleźć. Po latach Nick zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie ataku na rodzinę Simonsów i porwania ich syna przez pedofila. Okaleczeni rodzice dziecka nie są rozmowni, a po pewnym czasie policja znajduje zwłoki ich dziecka. Nick wpada na trop całej siatki pedofilskiej, dowiadując się o najgroźniejszym zboczeńcu, którego w środowisku nazywają Trollem. Policjant oprócz rozwiązania bieżącej sprawy ma nadzieję dowiedzieć się czegoś o losie swego brata. Tymczasem Troll atakuje ponownie...


Nie czytałem oryginału książkowego autorstwa Hayder, który z tego co się orientuję nie ukazał się w Polsce dlatego nie mogę ocenić w ilu stopniach film może równać się ze swym pierwowzorem. Jednak Herbots dał widzom produkcję mroczną, trzymającą w napięciu i niepokojącą. Przez ponad dwie godziny trwania seansu nie mamy tutaj nawet jednego optymistycznego momentu. W tym świecie dominują tylko różne odcienie szarości, a błąkający się po omacku policjant z każdą kolejną sceną jest coraz bardziej sfrustrowany swą bezradnością. Seans filmu belgijskiego reżysera na pewno nikomu nie poprawi nastroju i wydawać się by mogło, że jest to znakomita produkcja na to, aby zepsuć sobie humor. Jednak tego typu filmy (jak i książki) muszą powstawać, by pokazać skalę problemu, jakim jest funkcjonowanie całych siatek pedofilskich. 
Sama akcja w produkcji toczy się dość niespiesznie, wręcz leniwie prowadząc widzów za rękę po zawiłych ścieżkach fabuły. Przez ponad dwie godziny są momenty, kiedy to czasem zawieje nudą, jednak ogólnie film trzyma w napięciu i powoduje włączenie myślenia. Myślenia o rzeczach strasznych, jednak jak najbardziej realnych. Dla fanów filmów takich jak Siedem czy Labirynt pozycja jak znalazł. 




wtorek, 10 lutego 2015

Uroki kapitalizmu

Dwa dni, jedna noc (Deux jours, une nuit)
Belgia, Francja, Włochy 2014
reż. Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne
gatunek: dramat
zdjęcia: Alain Marcoen

Patrząc na sam tytuł opisywanej właśnie produkcji można odnieść wrażenie, że będzie to film opisujący przelotny romans, gdzieś w sanatorium w Ciechocinku (lub belgijskim odpowiedniku Ciechocinka). Czytając krótki opis filmu braci Dardanne szybko można jednak wyjść z błędu. Ich najnowsza produkcja jest jedną z wielu realizowanych w ostatnich latach w europejskiej kinematografii prób diagnozy współczesnego Zachodu. Oglądając ten film autorzy zderzają widza z problemami i patologiami społeczeństwa kraju, który wydawać się może jednym z przykładów zachodnioeuropejskiego sukcesu. Ale pokazuje też, że za każdym sukcesem musi stać kilka porażek.


Śledzimy tu losy wracającej do zdrowia po walce z depresją Sandry (świetna Marion Cotillard), która zamierza wrócić do pracy po przerwie związanej z leczeniem. Jednak na przeszkodzie temu stoi słaba kondycja finansowa fabryki, w której to zatrudniona jest bohaterka. Kierownictwo daje pracownikom wybór między przyjęciem premii w wysokości 1000 euro, a pozostaniem Sandry w pracy. W pierwszym głosowaniu pracownicy zdecydowaną większością głosów wybierają otrzymanie premii, lecz Sandra z pomocą przyjaciółki z zakładu - Juliette przekonuje szefa, by powtórzono wybór po weekendzie. Od tego czasu bohaterka ma tytułowe dwa dni i jedną noc na przekonanie swoich znajomych z miejsca pracy do zrzeczenia się premii i tym samym zachowaniu przez niej niezbędnej do życia pracy. Wspomagana przez męża (Fabrizio Rongione) Sandra niechętnie rusza w weekendowe odwiedziny do każdego z ludzi zatrudnionych w zakładzie...


Wolna narracja i nieśpieszne tempo filmu ukazuje nam doskonale położenie borykającej się ze zdrowiem psychicznym bohaterki. Czującą się jak żebraczka, chodzącą po prośbie od domu do domu Sandrę śledzimy przy pomocy podążającej za nią nieustannie kamery. Kamery, która wręcz osacza zdesperowaną i pogrążającą się w marazmie i beznadziei bohaterki, tworząc jeszcze bardziej atmosferę zaszczucia. 
Główni bohaterowie są tutaj niezbyt atrakcyjni, może nie zniszczeni ale przytłoczeni życiem. Widać po nich autentyczny żal, smutek czy przygnębienie. Dodaje to wszystko autentyczności filmowi. Bo wyobraźmy sobie, że parę walczącą o przetrwanie zagraliby w hollywoodzkim stylu Angelina Jolie i Brad Pitt. Jakoś tego nie widzę. Za to swoją drogą normalnie bardzo jak na swój wiek atrakcyjna Cotillard w filmie naprawdę wygląda na przytłoczoną życiem. 
Głównym motywem filmu są postawy ludzkie. Wybór jakiego muszą dokonać pracownicy warsztatu jest prosty. 1000 euro dla mnie lub stała praca dla znajomej. Dla takiego kraju jak Belgia 1000 euro to załóżmy równowartość naszego tysiąca. Wartość pieniędzy w przeliczeniu na koszt życia jest podobna. Czy to naprawdę tak dużo, gdy w grę wchodzi przetrwanie drugiej, znanej nam osoby? Autorzy pokazują tutaj wiele sprzecznych ze sobą postaw ludzkich, by pokazać nam jak działa natura ludzka. Jak widać dla wielu pieniądze okazują się silniejszym magnesem niż dalsze życie drugiego człowieka. I wszystko to każe nam zadać pytanie samemu sobie: A co ja bym wybrał w tej sytuacji? 
Drugim ważnym aspektem produkcji belgijskich braci jest pokazanie sytuacji osoby zmagającej się z depresją. Już niby niemal wyleczonej, jednak przy negatywnych warunkach życiowych popadającej w nawracają chorobę. Oglądamy poczynania Sandry, jej zawody i załamania i świetnie potrafimy wczuć się w rolę tej kobiety. Bo w tym filmie wręcz czuć jej ból. Ból z którym snuje się niczym cień po ulicach. Ulicach, na których w tle jej tragedii toczy się normalne życie. Bo cierpienie jednej jednostki nie wpływa na zachowanie innych.
Film ten nie jest produkcją wybitną. Nie porazi akcją też akcją czy efektami. Jednak w swej ascetycznej formie zada wiele ważnych pytań, na które każdy sam będzie musiał sobie odpowiedzieć. Zapewne niedzielnego kinomana może od siebie produkcja braci Dardenne odrzucić, ale ja jednak polecam. Warto.