Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Bijvoet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Bijvoet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2016

Opowieść o dwóch braciach

Aredeny (D'Ardennen)
Belgia 2015
reż. Robin Pront
gatunek: dramat

Belgia jest jednym z tych krajów, gdzie w ostatnich latach robi się najciekawsze kino europejskie. Ten dość niedoceniony kinematograficznie kraj wypromował kilku naprawdę zdolnych twórców i aktorów, zaś filmy takie jak De Behandeling, Dwa dni, jedna noc czy Hasta la vista! to różnogatunkowe produkcje, które naprawdę warto zobaczyć. Także bez większych obaw wybrałem się do kina na film Pronta, gdyż spodziewałem się dostać coś dobrego. I nie zawiodłem się.


Kenny (Kevin Janssens) wraz z bratem Davem (Jeroen Perceval) i swoją dziewczyną Sylvie (Veerle Baetens) organizują nieudany napad, w rezultacie którego Kenny zostaje złapany i ląduje z dość długim wyrokiem za kratkami. Mimo że nie wydał swych wspólników wychodzi po czterech latach na zwolnienie warunkowe. Nie wie jednak, że Sylvie w tym czasie związała się z jego bratem...


Oglądając filmy z Beneluksu można zauważyć, że choć kraje te są stawiane za symbol dostatku i zamożności to treści jakie porusza ich kinematografia są całkiem dalekie od idyllicznych rozterek krajów pierwszego świata. Prawie każdy film z tamtego rejonu pokazywał jednostki wykluczone, balansujące na granicy marginesu społecznego, gdzie bieda i niedostatek był wliczony w każdy element ich życia. W tematyce tej i sposobie jej ukazania blisko filmom z tego rejonu do produkcji skandynawskich. Porównując to do naszych filmów i seriali mainstreamowych, gdzie nie licząc wyjątków (kino Smarzowskiego np) akcja dzieje się wśród bogatych mieszczan, prawników, lekarzy i ich penthouse'ów można wyczuć drobny paradoks.
Film Pronta skupia się na ukazaniu losów dwóch braci - dresiarzy, którzy egzystują w dość specyficznych warunkach. Czeka ich rywalizacja o wiele rzeczy: pracę, pozycję, matczyne uczucia czy względy tej samej kobiety. Jednak prawdziwą moc tego filmu poznamy dopiero, gdy te społeczne tematy przejdą na drugi plan, a bracia udadzą się wspólnie w  pewnej sprawie do krainy dzieciństwa, w tytułowe Ardeny gdzie czekać będzie na nich sfiksowany kumpel spod celi Kenny'ego, niejaki Stef (świetny w tej roli Jan Bijvoet). 
Film jest naprawdę mocnym kinem, które ogląda się bardzo dobrze. Dzięki dość krótkiemu metrażowi dostajemy skondensowany produkt filmowy, który nie nudzi i w żadnym momencie nie daje wrażenia monotonii. Postaci wykreowane przez scenarzystę (który wcielił się przy okazji w postać Dave'a) są od siebie różne, a przy tym bardzo dobrze wykreowane. Mamy całą gamę bohaterów, od pieniacza i awanturnika, przez próbującego wrócić na dobrą drogę byłego złodzieja, przerysowanego transwestytę po dziwacznego producenta narkotyków. 
Nie jest to film, który przejdzie do klasyki kina jednak uważam, że warto udać się z braćmi w tą krótką podróż w Ardeny. Naprawdę mocne kino.


niedziela, 22 listopada 2015

Płynąc po zioło

W objęciach węża (El Abrazo de la Serpiente)
Kolumbia, Wenezuela, Argentyna 2015
reż. Ciro Guerra
gatunek: przygodowy

W dniu premiery w polskich kinach tego filmu udało mi się stawić do jednego z nich i zobaczyć dwugodzinną kolumbijską kandydatkę do Oscara. Od czasu, gdy przeczytałem o czym będzie opowiadała ta produkcja chciałem zobaczyć na własne oczy jak wyglądać będzie dzieło pana Guerry. Szkoda, że tak późno, bo miałem bilet na zeszłomiesięczny pokaz przedpremierowy ale najważniejsze, że wreszcie się udało.


Amazonia, początek XX wieku. Niemiecki naukowiec Theodor (Jan Bijvoet) przemierza dziką okolicę wraz ze swym pomocnikiem, Manducą (Yauenkü Migue) oraz młodym szamanem Karamakate (Nilbio Torres) w poszukiwaniu na wpół mitycznej leczniczej rośliny - yakruny. 40 lat po tych wydarzeniach inny podróżny naukowiec, Evan (Brionne Davis) podąża przez dżunglę w tym samym celu. Towarzyszy mu ten sam szaman, starszy Karamakate (Antonio Bolivar)...


Oglądając zapierające dech w piersiach widoki Amazonii uwiarygodniane przez nieustanne odgłosy natury dobiegające ze wszystkich stron przez dłuższy czas żałowałem, że film powstał w czarno - białych kolorach, przez co zatracono szansę na pokazanie prawdziwego piękna tego miejsca. Jednak po pewnym czasie naszła mnie refleksja, że może dobrze, że na taki zabieg zdecydowali się producenci tego filmu. Czerń i biel odciągają widza od ciągłego zachwycania się widoczną naturą i przykuwają wzrok na bohaterach dając czas na refleksję nad dziełem. Mogą także symbolizować dualnosć ludzkiej natury. 
Film Guerry obejmuje dwie podróże na przestrzeni czasu, pokazuje dwóch europejskich podróżników oraz ich spotkania z szamanem Karamakate, który symbolizuje odwieczną, odchodzącą kulturę i tradycję tego miejsca. Jest to też zderzenie dwóch odmiennych stylów życia, postrzegania własności, czasu i przestrzeni. Znamienna jest scena, gdy jeden z podróżników proponuje szamanowi za pomoc pieniądze (imponującą ilość 3 dolarów o ile dobrze pamiętam), a ten odpowiada mu mniej więcej: Pieniądze są dobre dla mrówek. Dla mnie nie są dobre w smaku. Oglądamy też ten umierający świat Indian, którzy muszą zmienić swoje życie przez działalność białego człowieka. Obserwujemy efekt wojen kauczukowych, do tego w jednej z najbardziej poruszających scen mamy przedstawiony zdeformowany kult chrześcijański, który uległ wypaczeniu w czasie przymusowej chrystianizacji Indianskich dzieci. Naprawdę jedna z mocniejszych scen i wizji w tegorocznym kinie.
Mamy tutaj film przygodowy, jednak jest to przygoda w całkiem innym stylu niż przygody Indiany Jonesa. Clue całości jest całkiem inne. Film ten trwa ponad dwie godziny i ma kilka dłużyzn, jednak po zastanowieniu czy coś bym wyciął odpowiedziałbym, że jednak nie. Wszystko jest na swoim miejscu, warto patrzeć choćby na monotonną podróż canue przez rzekę czy mozolne przedzieranie się przez las.
Aktorstwo jest tutaj na dobrym poziomie. W sumie patrząc na postać szamana nie widzimy tutaj aktora, widzimy prawdziwego indiańskiego szamana z Amazonii. To jest po prostu piękne, móc podglądać przez moment jego zwyczaje, kroczyć z kamerą wraz z nim przez lasy. Do tego jego śmiech jest chyba najnaturalniejszym śmiechem jaki słyszałem w filmach w ogóle. 
Nie jest to film dla każdego jednak uważam, że zasługuje on na nominację oscarową, o ile nie na samą statuetkę. Jest to podróż wgłąb jądra ciemności zgotowanego przez białych światowi Indian południowoamerykańskich. I może komuś ten obraz nie przypaść do gustu, ale jeśli tak to ta osoba zasługuje na miano wspomnianego w filmie chullachaqui. Do kin marsz!