Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2018

Egipt noir

Morderstwo w hotelu Hilton (The Nile Hilton Incident)
Dania, Niemcy, Francja, Szwecja 2017
reż. Tarik Saleh
gatunek: thriller, kryminał
zdjęcia: Pierre Aïm
muzyka: Krister Linder

Odkąd dowiedziałem się o tym filmie chciałem go obejrzeć. Niestety zajęło mi całkiem sporo czasu, aby wreszcie dobrać się do ekranu, na którym wyświetlana była ta dziejąca się w Egipcie koprodukcja (co ciekawe bez udziału Egiptu oraz nawet planu filmowego w tym kraju). Całe szczęście, że film okazał się wart czekania na  seans. 


Egipt chwilę przed rewolucją. Młoda kobieta zostaje znaleziona martwa w egipskiej franczyzie tytułowego hotelu Hilton. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić skorumpowany policjant Noredin (Fares Fares). Wielu osobom byłoby na rękę przekonać go, by ukręcił łeb sprawie...


Przed seansem spodziewałem się obejrzeć film bardziej zbliżony w swej tonacji do kryminału noir. I choć noir w tej produkcji jest bardzo obecny to aspekty gatunkowe należące do stricte kryminałów są tylko ledwie zaznaczone. Wszystko przez to, że w stereotypowym, czystym gatunkowo filmie kryminalnym ważne są pytania kto i dlaczego zabił (lub porwał, szantażował, ukradł etc). W filmie urodzonego w Szwecji Saleha pytania te (i odpowiedzi na nie) schodzą na dalszy plan. Autorzy filmu pokazują pewien upadek moralny i degrengoladę społeczną Egiptu i Egipcjan, która widoczna jest  niemal w każdym elemencie filmu. Przeżarty korupcją system na ekranie zostanie zmieciony przez rewolucję, jednak czy rewolucja ta zmieni upadłe społeczeństwo?
Ciekawi dobrze zagrana przez Faresa Faresa postać śledczego Noredina - jest to swoista reinkarnacja postaci zapoczątkowanej przez Philippa Marlowa, z tym zastrzeżeniem, że przydarzyło mu się urodzić i działać w Egipcie. Z ciekawością zwiedzamy wraz z nim Kair - od pełnych blichtru hoteli i klubów, po slumsy i meliny. Poznajemy z nim inny, ten skrajnie nieturystyczny fragment kraju (nawet jeśli Egipt jest symulowany przez Maroko). Choć nie jest to film idealny, często gubi kryminalne wątki to i tak warto spędzić z nim niespełna dwie godziny trafiając w niezbyt eksploatowane rejony światowego kina. 




środa, 21 lutego 2018

Kaznodzieja z karabinem

Wandeta (Brimstone)
Belgia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja, USA, Wielka Brytania 2016
reż. Martin Koolhoven
gatunek: western, thriller
zdjęcia: Rogier Stoffers
muzyka: Junkie XL

Od dziecka lubię westerny. Jakiś czas temu wydawało się, że jest to mocno skostniały gatunek, który wymarł gdzieś ostatecznie na początku lat 90. ubiegłego wieku, a swoje złote czasy zakończył wraz z latami 60. zeszłego stulecia jednak w ostatnich czasach filmy tego gatunku zanotowały pewien renesans. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej lecz cieszę się, że westerny powoli wracają na ekrany kin. Kolejnym przedstawicielem tego gatunku jest opisywany właśnie film. 


Do małego miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, które to  zamieszkałe jest przez społeczność imigrantów z terenów Holandii przybywa nowy kaznodzieja (Guy Pearce), który ma objąć tutejszą świątynię. Jego przyjazd wprawia w przerażenie mieszkającą wraz z rodziną w okolicy niemą położną Liz (Dakota Fanning)...


Chociaż film wpisuje się w ramy gatunkowe westernu poprzez osadzenie fabuły na XIX wiecznym Dzikim Zachodzie, przedstawia kilka klisz gatunkowych tego rodzaju filmowego (strzelaniny, kowboje, saloony etc) to jednak sztafaż gatunkowy, który jest swoistym tłem dla opowieści, której bliżej jest do thrillera (z elementami gore) niż do klasycznych westernów. Patrząc na listę państw kolaborujących z twórcami tego filmu dojdziemy do wniosku, że w jego produkcję zaangażowała się połowa zachodniego świata. Jednak nijak nie przełożyło się to na ogólną jakość filmu. Naprawdę jedyne co można pochwalić to ładne zdjęcia oraz gra aktorska kilku postaci ze szczególnym uwzględnieniem Guya Pearce'a. Film jest niezbyt logicznym krwawym festiwalem brutalności i robienia bliźniemu co sobie nie miłe. Mamy tu morderstwa dzieci, powieszenie delikwenta na wcześniej wyprutych mu flakach, podpalenia, okaleczenia, duszenie oraz inne tego typu atrakcje pokazane w dość naturalistyczny sposób. Niestety jest to krwawa sztuka dla sztuki, bo całościowo większość działań bohaterów jest niezbyt angażujących a samo odkrywanie historii bohaterów jest mocno nieangażujące. Film jest dość długi (około dwie i pół godziny) i mimo wielu krwawych atrakcji wielokrotnie wieje w nim nudą. Producentom udało się zgromadzić ciekawych aktorów (na przykład znanych z Gry o tron Kita Harington i Carice van Houten) jednak nie dano im zbyt dużo możliwości do pokazania talentu. Zawiodłem się tym filmem. 




wtorek, 9 stycznia 2018

Wielka gra

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem (Borg/McEnroe)
Dania, Finlandia, Szwecja 2017
reż. Janus Metz
gatunek: biograficzny, sportowy, dramat
zdjęcia: Niels Thastum
muzyka: Vladislav Delay

Lubię sport. Obecnie bardziej oglądać niż w nim aktywnie uczestniczyć ale jednak. Czy to koszykówka (najczęściej na żywo), czy piłka nożna, MMA, boks na dobrym poziomie czy lekkoatletyka lub tenis. Kiedyś oglądałem wszystko jak leci, obecnie już jestem trochę bardziej wybredny jednak nie zmienia to faktu, że rytm roku to rytm wydarzeń sportowych. Paradoksalnie zaś w porównaniu do prawdziwego sportu i rywalizacji nie jestem fanem filmów o tematyce sportowej. A dzisiaj przychodzi mi opisać właśnie tego typu produkcję. 


W filmie śledzimy tenisowe rozgrywki na Wimbledonie roku 1980. Niekwestionowanym faworytem jest zwycięzca kilku poprzednich edycji turnieju, Szwed Björn Borg (Sverrir Gudnason), który najbardziej obawia się zmierzenia z nieobliczalnym Amerykaninem Johnem McEnroe (Shia LaBeouf). Jeśli oboje będą wygrywać swoje mecze nieuchronnie spotkają się w finale londyńskiego turnieju.


Moim zdaniem cały sens sportu to emocje generowane na żywo. Oglądając zmagania sportowców czy to z trybun, czy z poziomu telewizora w czasie rzeczywistym uczestniczymy w wydarzeniu tu i teraz. Znając wyniki śledzenie powtórek nie jest nawet w jednej dziesiątej tak emocjonujące. Tym bardziej wyprane z emocji wydaje mi się oglądanie aktorskich wersji wydarzeń sprzed lat. Inaczej wypadają wielkie kampanie wojenne, rozgrywki polityczne czy historycznych morderców, a inaczej odtworzony po latach mecz. Nie ta skala emocji. Jednak co jakiś czas twórcy decydują się na tego typu zagrywki, dużo osób w sumie chce je oglądać, a skoro część jest uczciwie przedstawionych, dobrze nakręconych i jeszcze lepiej nagranych, to nawet okej. W sumie warto przypominać trochę zapomnianych już herosów sportu. 

W opisywanym filmie podobało mi się to, jak pokazano postaci głównych antagonistów. Skandynawowie dobrze przeprowadzili casting, gdyż nie dość, że obaj sportowcy są dobrze odwzorowani pod względem fizycznym to jeszcze aktorzy odpowiadają im charakterologicznie (LaBeouf to przecież taka aktorska wersja McEnroe'a). Dodatkowo kilka drugoplanowych kreacji aktorskich wypada nieźle, szczególnie niezawodny Stellan Skarsgård. Cieszy fakt, że w filmie używa się wielu języków, Szwedzi mówią ze sobą po Szwedzku. ludzie z krajów anglojęzycznych po angielsku, Francuzi po francusku etc. W wielu filmach razi wszechobecne zangielszczenie całości. Trochę zaś wnerwia mnie samo tłumaczenie filmu. Po cholerę polscy dystrybutorzy dodawali zbędną końcówkę Między odwagą a szaleństwem? Inaczej ludzie nie wybraliby się do kina? Bez sensu. 

To co w filmie szczególnie mi się podoba to taka gra nerwów ukazana między dwoma całkiem odmiennymi postaciami. Także background sportowców został ciekawie przedstawiony, wraca się często do wspomnień z życia sportowców, które to ukazują dlaczego obaj są tacy, jacy są. Może zbyt często kamera cofa się do przeszłości pokazując drogę, jaką obaj przeszli no ale dzięki temu lepiej poznajemy motywacje bohaterów. 

Nie jest to może film aż tak dobry, jak niektórzy by chcieli, jednak jak na film sportowy stoi na całkiem niezłym poziomie. Twórcy przypominają jeden z najciekawszych pojedynków w historii tenisa i umiejętnie ukazują postacie, które w nim wystąpiły. To już dużo. 




niedziela, 31 grudnia 2017

Odwilż

Pierwszy śnieg (The Snowman)
Szwecja, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Tomas Alfredson
gatunek: kryminał
zdjęcia: Dion Beebe
muzyka: Marco Beltrami

Skandynawskie powieści kryminalne w poprzedniej dekadzie podbiły świat. Popularność na nie zapoczątkowała w dużej mierze twórczość Stiega Larssona i Henninga Mankella jednak moim (i nie tylko moim) zdaniem największe piętno odcisnął na nich norweski pisarz Jo Nesbo i przygody wykreowanego przez niego policjanta Harry'ego Hole. Wreszcie jedna z nich trafiła na duży ekran. Ale czy jest się z czego cieszyć?


W Norwegii wraz z pierwszymi opadami śniegu ginie kobieta. Prowadzący śledztwo policjant Harry Hole (Michael Fassbender) wraz z nową współpracownicą Katrin Bratt (Rebecca Ferguson) odnajdują koneksje między tym przestępstwem, a zbrodniami z przeszłości. Tymczasem Harry musi uporać się ze swoimi kłopotami, wśród których jest też skomplikowana relacja z dawną partnerką, Rakel (Charlotte Gainsbourg).


Parafrazując klasyka dziennikarstwa można powiedzieć, że obsada w tym filmie była dobra i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia też były dobre. Niestety wszystko inne leży i kwiczy niszcząc dobre imię świetnego literackiego pierwowzoru. O ile zakontraktowanie kilku gwiazd światowego formatu (oprócz wymienionych wcześniej pojawia się też J.K. Simmons czy zniszczony życiem Val Kilmer), chociaż akurat trafność wyboru aktora do roli postaci znanej z książki nie zawsze była według mnie akceptowalna (Gainsbourg moim zdaniem nijak nie pasuje do roli Rakel). Do zdjęć i pracy kamery nie można się doczepić. Wespół z zimowymi lokacjami tworzą ciekawy klimat, który jednak jest przetrącony przez sposób prezentowania fabuły. Nie wiem jak można aż tak bardzo spieprzyć gotową całość! Przecież mieli gotową, idealnie wręcz napisaną książkę. Przy tym budżecie wystarczyło tylko przepisać dialogi i odpowiednio skroić oryginał na potrzeby ekranizacji. Generalnie też nie wiem czemu wybrano siódmą z jedenastu dotychczasowych części na start projektu. Może uważano, że jest to jedna z lepszych części (generalnie książkowo jest) aczkolwiek wrzucenie widza w połowie cyklu, nie tłumacząc wcześniej skomplikowanego życia Harry'ego stawia postać głównego protagonisty filmu jako półprodukt - ktoś, kto nie czytał wcześniej książek (a pewnie większość widzów nie czytała) nie ma niemal żadnego prawidłowego oglądu na życie i osobowość bohatera. Jasne, nie trzeba przecież robić ekranizacji w skali 1:1, jednak jeśli nie chce się przedstawić oryginału to może lepiej stworzyć zupełnie inną historię? Cała intryga, w książce perfekcyjnie zarysowana i rozwinięta (Nesbo jest w tym mistrzem) tutaj sprowadza się do kilku mało logicznych działań zarówno bohatera, jak i antagonisty. Z wyjaśnień, z których w książce dowiadujemy się o motywach złego tutaj praktycznie nie dowiadujemy się nic. Wpleciono za to długi i w sumie w oryginale mało ważny wątek polityka granego przez Simmonsa. Generalnie nie polecam tego filmu. Jeśli ktoś chce zapoznać się z Harry'm Hole to odsyłam do książek. Na dobrą ekranizację będziemy musieli jeszcze poczekać. Niestety. 




sobota, 8 kwietnia 2017

Parafilia

Amok
Polska, Niemcy, Szwecja 2017
reż. Kasia Adamik
gatunek: kryminał
zdjęcia: Tomasz Naumiuk
muzyka: Antoni Łazarkiewicz


Zbrodnia (a jeszcze bardziej zbrodniarz), o której opowiada film swego czasu zyskała rozgłos nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. O ile w wielu wypadkach zastanawiam się dlaczego jeden mord media stawiają na piedestale i informują o nim i jego konsekwencjach przez bardzo długi czas, a inny, bardzo podobny przybiera formę jednodniowego zdania na pasku telewizji informacyjnej, tak tutaj cała otoczka zbrodni była taka, że zainteresowanie dziwić nie mogło. A po kilku latach na podstawie tego wychodzi nie film, a filmy. 


Z rzeki wyłowione zostają zwłoki pewnego mężczyzny. Po dość długim czasie na policyjną infolinię dzwoni anonimowy telefon, w którym mężczyzna mówi, że klucz do zagadki zbrodni znajduje się w świeżo wydanej książce Amok. Prowadzący śledztwo policjant Jacek (Łukasz Simlat) w treści grafomańskiej książki znajduje wiele powiązań z przestępstwem sprzed lat. Postanawia spotkać się z autorem powieści, Krystianem Balą (Mateusz Kościukiewicz)...
\

To że historia jest iście filmowa i zainteresowała filmowców do stworzenia filmu nie dziwi. Natomiast dziwi fakt, że dwa filmy powstały praktycznie w tym samym czasie. Oprócz polsko - niemiecko - szwedzkiej koprodukcji Adamik nakręcono polsko - amerykański thriller Prawdziwe zbrodnie Greka Avranasa z m.in. Jimem Carrey'em, Charlotte Gainsbourg i kilkoma znanymi krajowym aktorami. Produkcja ta to jednak trochę film widmo. Pokazano ją na festiwalu w Warszawie, zebrał on krytycznie niskie noty i ...słuch o nim zaginął. Jakakolwiek szersza dystrybucja kinowa czy na DVD jest obecnie nieznana. Tak więc pozostaje widzom obecnie tylko film Adamik. 
Film, który ogląda się stosunkowo dobrze. Może dlatego, że jest wystarczająco treściwy, a nudne, nieistotne elementy zdarzają się, ale na szczęście tylko co jakiś czas. A może dlatego, że jak na polski film jest zaskakująco dobrze wyprodukowany jeśli chodzi o dźwięk (widać czy też słychać, że koprodukcja). Także wreszcie słyszymy, co nasi aktorzy mówią do siebie i widzów. Tylko tyle, a aż tyle. Także sama historia jest opowiedziana dobrze, chociaż nie jest to odzwierciedlenie prawdziwych zdarzeń w skali 1:1, a raczej autorska interpretacja czy też wizja scenarzystów. Dziwi fakt, że nazwiska lub imiona zostały zmienione, lecz sam Krystian Bala pozostał Krystianem Balą. Ciekawe czy dostał za to do więzienia jakiś przelew? W sumie jego próżna natura cieszy się zapewne z samego zainteresowania jego osobą więc może nie.
Film nie jest typowym kryminałem. Mamy co prawda trupa, jest też podejrzany, śledztwo itp. jednak ciężko to nazwać pełnoprawnym, klasycznym przykładem filmu z tego gatunku. Obejrzycie, to sami się o tym przekonacie. Jednak z braku laku niech będzie, że kryminał. Szkoda, że bohaterowie zostali zbudowani z pewnych klisz. Klisze, jeśli to nie western, noir czy opowieść biblijna/mitologiczna to coś, co nie jest dobre w kinie. A tutaj mamy takie przykłady, jak policjant, który oczywiście jest po traumie w życiu prywatnym, samotny, pijący, który musi się sfokusować na pracy, bo inaczej zapije się na śmierć etc. Także źle wpływają na obraz całości różne retrospekcje, czy też wizje bohaterów - niby miało to być artystyczne, awangardowe, pokazujące jakieś odjazdy ale...według mnie nie wyszło. Na końcu aktorzy. O ile złego słowa nie mogę powiedzieć o Simlacie, który przyzwyczaił już do wysokiego, równego poziomu, to mam pewien problem z Kościukiewiczem. Czasem wydaje mi się, że to po prostu niezbyt dobry aktor, a może zwyczajnie źle obsadzony do roli. Ale ma też kilka scen, gdzie jest całkiem dobry i wczuwa się w postać. Natomiast nic dobrego nie mogę powiedzieć o wcielającej się w rolę (byłej) żony Bali Zofii Wichłacz. Dziewczyna jest ładna, jednak niezbyt nadaje na topową aktorkę (może niedługo zagra dobrze i zmienię o niej zdanie). Tu jednak ma solidną rolę drugoplanową, a nie jakiś ogon więc wypadałoby wstawić kogoś lepszego aktorsko. Chociaż może to wina samej roli, bo postać pani Bali jest dość kiepska. 
Ogólnie mamy więc do czynienia z kolejnym w ostatnich miesiącach polskim filmem kręcącym się wokół zbrodni, zbrodniarza i ludzi, którzy tą zbrodnię odkrywają. O ile wciąż niekwestionowanym liderem wśród tych kilku filmów jest Jestem mordercą, tak opisywany film podobał mi się bardziej od Czerwonego pająka. Także wydaje mi się, że film można spokojnie zobaczyć nie czując przy tym bólu istnienia. 




niedziela, 5 marca 2017

Polowanie

Pokot
Polska, Czechy, Szwecja, Czechy 2016
reż. Agnieszka Holland
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Jolanta Dylewska
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

Na ten film nagrodzony między innymi na festiwalu filmowym w Berlinie czekałem od czasu, gdy tylko dowiedziałem się, że trwa jego ekranizacja. Chociaż nie jestem wielkim fanem twórczości filmowej Agnieszki Holland, to fakt, że zekranizuje ona kontrowersyjną książkę Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych zapowiadał, że nikt nie przejdzie obok tej produkcji obojętnie. 


Akcja filmu przenosi nas w Sudety, gdzie w chatce na pustkowiu wraz ze swymi psami egzystuje emerytowana inżynier, a obecnie dorabiająca jako anglistka w miejscowej podstawówce Janina Duszejko (Agnieszka Mandat). W pewnym momencie w okolicy dochodzi do tajemniczych morderstw, których ofiarami są lokalni myśliwi. Duszejko twierdzi, że za ich śmiercią stoją mszczące się na swych prześladowcach leśne zwierzęta...


Film ten rozpętał w naszym kraju małą burzę. Wszystko oczywiście przez nasz spolaryzowany politycznie naród - a to za sprawą tego, że znana ze swych politycznych poglądów reżyserka nakręciła adaptację książki autorki, która też jest znana ze swych wyraźnych poglądów, zaś i książka i adaptacja jasno pokazuje, kto jest według aktorek tym dobrym,a kto złym. Ja się w konflikty polityczne mieszać nie zamierzam i politycznie na ten film patrzeć nie będę, oglądając oceniałem po prostu jakość produkcji, zdjęć, aktorstwa, ogólnej fabuły i całej filmowej reszty. Aktorstwo można ocenić w filmie jak najbardziej na plus. W filmie oprócz odkrytej dla kina w dość późnym wieku Mandat mamy tuzy polskiego ekranu: jest Tomasz Kot, Andrzej Grabowski, Wiktor Zborowski, a udanie sekundują im Borys Szyc, Marcin Bosak, Jakub Gierszał oraz Andrzej Konopka i córka Jacka Kaczmarskiego - Patrycja Volny. Nikt tu wyraźnie nie odstaje i nawet Szyc w ostatnim czasie wychodzi na aktorską prostą biorąc udział w ambitnych produkcjach. Także na plus można zapisać urzekające, odludne plenery Sudetów oraz bardzo klimatyczne zdjęcia dzikiej przyrody i natury. Niestety zawiodłem się na samej intrydze. Mamy tu niby kryminał, jednak przez 90% filmu nikogo specjalnie nie rusza to, że zagadkowo giną ludzie. Ludzie z pewnego kręgu i znający się nawzajem. Mimo to nikt specjalnie się ich losem nie przejmuje. Także osoba pani Duszejko nie zaskarbiła sobie sympatii - dostajemy taką sfrustrowaną, zdziwaczałą starą pannę, z którą na stopie moralnej często bym się zgodził to jej zachowanie jest irytujące i ciężko czasem wytrzymać jej występy. Co gorsze sam trwający ponad dwie godziny film często jest nudny, nie dzieje się nic, a akcja wlecze się tempem ślimaka. Także ogólnie kładąc na szali plusy i minusy wychodzi mniej więcej po równo. Film średni, który nie jest ani jakimś gniotem, ale też nie aspiruje (choć w zamyśle zapewne aspirować chciał) do czegoś więcej niż przyzwoite kino. 





wtorek, 28 lutego 2017

List w butelce

Flaskepost fra P
Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja 2016
reż. Hans Petter Moland
gatunek: kryminał, thriller
zdjęcia: John Andreas Andersen
muzyka: Nicklas Schmidt
Po Kobiecie w klatce i Zabójcach bażantów w zeszłym roku do skandynawskich kin wkroczyła kolejna część ekranizacji serii książek Jussiego Adlera-Olsena. Jako że poprzednie części były bardzo solidnie zrealizowanymi kryminałami to z pewnym oczekiwaniem zasiadłem do tej koprodukcji. 


Tym razem do ekipy zasiadającej w Departamencie Q trafia tajemniczy list w butelce sprzed lat. Carl Mørck (Nikolaj Lie Kaas) i Assad (Fares Fares) będą musieli działać w nieprzychylnym środowisku sekty religijnej oraz zmierzyć się z mordercą, który od lat porywa i morduje dzieci (Pål Sverre Hagen). 


W poprzednich częściach główną rolę w duecie Carl - Assad odgrywał bohater grany przez Lie Kassa. Tym razem środek ciężkości nieznacznie przesuwa się w stronę odtwarzanej przez Faresa Faresa postaci Assada. Lubię obu bohaterów, tak jak i obu aktorów jednak wydaje mi się, że wcześniej Assad świetnie dopełniał Carla pozostając przy tym jednak na drugim planie. Sądzę jednak, że zmiana ta ma swoją podstawę w oryginale książkowym, więc ciężko traktować to jako minus w kontekście filmu. 
Niestety oprócz tego szczegółu jest też wiele innych spraw, które niezbyt mi się spodobały i choć zapewne także wynikają z treści książki to trzeba przez nie obniżyć ocenę adaptacji. W porównaniu do poprzednich filmów (i zapewne książek, których nie miałem okazji przeczytać) fabuła jest tutaj mało lotna i w ogólnym rozrachunku niezbyt ciekawa. Cały wątek mordercy niezbyt angażuje i ogląda się to bez większych emocji. Czarny charakter jest zwyczajnie nudny, sztampowy, a jego historia nie przykuwa do ekranu. Dobrze, że został chociaż odegrany przez Hagena, który jest takim typowym skandynawskim aktorem typu Babyface killer. Ogólnie z całości filmu mogę właśnie pochwalić tylko trójkę aktorską, dzięki czemu jako tako chce się oglądać całość. Niestety najsłabsza część serii. Pozostaje nadzieja, że kolejna odsłona wypadnie lepiej. 






wtorek, 12 lipca 2016

Wesołe jest życie staruszka

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann)
Szwecja 2013
reż. Felix Herngren
gatunek: czarna komedia, przygodowy

Tego typu filmów brakuje mi we współczesnym kinie. Lekki, zabawny, zwariowany i pełen groteskowych sytuacji, gdzie stężenie absurdu na metr kwadratowy wykracza przewidziane normy. Film powstały na podstawie książki popularnego skandynawskiego pisarza Jonasa Jonassona ogląda się naprawdę o wiele lepiej niż czyta jego oryginalną nazwę.


W dniu swoich setnych urodzin Allan Karlsson (Robert Gustafsson) ucieka przez okno domu starości i udaje się na dworzec autobusowy. Tam otrzymuje od gangstera do popilnowania walizkę, z którą jednak wsiada do autobusu jadącego na pustkowie. Tam w jedynym domu zamieszkałym przez Juliusa (Iwar Wiklander) okazuje się, że walizka wypełniona jest pieniędzmi. Swoją gotówkę chce odebrać gang motocyklowy pod dowództwem Szczupak (Jens Hultén). Uciekinierom zaczynają pomagać Benny (David Wiberg) i Gunilla (Mia Skäringer).


Myślę, że to jeden z tych filmów, które każdy powinien chociaż raz zobaczyć. Jest to jedna z niewielu produkcji, do których wróciłem chętnie po raz kolejny. Oprócz naprawdę dobrej, nieprzewidywalnej oraz kompletnie absurdalnej fabuły przez bardzo przyzwoite aktorstwo po niesamowitą charakteryzację, która doczekała się nominacji do Oscara lecz dopiero kilka lat po premierze światowej. Akcja filmu toczy się co ważne dwutorowo, oprócz właściwej intrygi kryminalnej mamy też sceny z przeszłości, w czasie których oglądamy historię całego życia tytułowego stulatka. Ciężko tutaj jest napisać jakiś minus tej produkcji, gdyż oglądając to można zanurzyć się zupełnie w oglądaną na ekranie historię nie zwracając na nic uwagi. Patrząc na same tytuły innych książek Jonassona muszę stwierdzić, że ich fabuły może być tak samo zwariowane, jak opisywany właśnie film. Trzymam więc kciuku za ekranizację kolejnych książek tego autora. A do tego filmu, będącego szwedzką odpowiedzią na Forresta Gumpa zachęcam bez zbędnych słów. 







piątek, 4 marca 2016

Ziemia obiecana

Obce niebo
Polska, Szwecja 2015
reż. Dariusz Gajewski
gatunek: dramat

Już ponad sto lat temu Kazimierz Przerwa - Tetmajer pisał Wolę polskie gówno w polu,
Niż fijołki w Neapolu. Jeśli zamienimy włoski Neapol na mroźną Szwecję to chyba będziemy mieli najlepiej wyrażone ogólne przesłanie filmu Gajewskiego. Kolejnego, po solidnym i nagradzanym zarówno w Polsce jak i w Skandynawii Intruzie tworu filmowej koprodukcji polsko - szwedzkiej w 2015 roku. 


Film ukazuje losy pary polskich emigrantów żyjących od kilku lat w Szwecji. Basia (Agnieszka Grochowska) i Marek (Bartłomiej Topa) próbują wiązać koniec z końcem żyjąc w baraku wraz z przybyszami z innych stron świata, którzy to przybyli ubogacać kulturowo ten skandynawski kraj. Lepsze chwile przeplatają tymi gorszymi, a wydaje się, że głównym spoiwem ich związku pozostaje córka Ula (Barbara Kubiak). Dziewczynką zaczyna się jednak interesować miejscowa opieka społeczna w osobie bezdusznej Anity (Ewa Fröling), która doprowadza do zabrania dziecka rodzicom i oddania jej do szwedzkiej rodziny zastępczej...


Pierwsze co chcę napisać to to, że mamy do czynienia z bardzo dobrym filmem celnie uderzającym w problematykę społeczną. Film ten dołącza do wielu społeczyzujących kryminałów skandynawskich literatów, którzy w swych dziełach ukazują wszystkie bolączki tamtego systemu, które sprawiają, że Skandynawia nie jest dla wszystkich ziemią obiecaną. Gajewski w swym filmie uderza w bezduszność systemu, który w sumie zgodnie z prawem może zabrać każdemu dziecko bez większych dowodów winy rodziców i przekazać je na długie lata komuś innemu nie bacząc na dobro i wolę dziecka. Oglądając postępowanie tamtejszego urzędu społecznego aż włosy mogą stanąć na głowie. Drażliwa tematyka filmu sprawia, że sądzę, iż jeśli byłaby to produkcja amerykańska to mogłaby się doczekać nawet nominacji oscarowej, gdyż tamtejsza akademia lubi tego typu sprawy. Film podobny jest swą konstrukcją do co lepszych produkcji społecznych z Francji czy właśnie ze Skandynawii. Widać, że właśnie potomkowie wikingów dokładali tu rękę do jego powstania. Bardzo w mieszkańcach Skandynawii podoba mi się to, że oni w swej literaturze i kinematografii nie boją się rozliczyć z bolesnymi fragmentami historii czy jasno powiedzieć, co jest złego w obecnym ich systemie. U nas takie próby spotykają się przeważnie z ostrą krytyką środowisk hmm patriotycznych i łatka antypolskości. A moim zdaniem sztuki jest także rozliczanie się z mniej chwalebnymi rzeczami w dziejach własnego narodu. 
Kilka słów należy się grze aktorskiej. Mamy tu naprawdę dobrze wyglądających Grochowską i Topę, którzy pokazują w dodatku to, że nieźle władają mową Szekspira. Młoda Kubiak jak na swój wiek to chyba top 3 ostatnich lat w kategorii dziecięcych aktorów w polskich produkcjach. Do tego szereg wiarygodnych szwedzkich aktorów ze sławną z roli u Borgmana Ewą Fröling. Cieszy, że tak rozpoznawalna dla kinomanów postać pojawia się w polskim filmie. 
Mógłbym się doczepiać do kilku nieudanych czy niezrozumiałych scen w filmie, jak choćby dziwnej końcówki ale te elementy, które nie stoją na dobrym poziomie to w sumie tylko kilka procent całości. Dostajemy naprawdę mocny, poruszający film na ważny temat i cieszy, że jest to polska produkcja. Po raz kolejny mogę z radością powiedzieć, że nasza kinematografia wkracza na dobrą drogę. 



niedziela, 31 stycznia 2016

Skutki szkolnego gnębienia

Zjazd absolwentów (Återträffen)
Szwecja 2013
reż. Anna Odell
gatunek: dramat

Każdy kto chodził do szkoły spotkał się ze szkolną przemocą i szykanami. Czy to jako prześladowany czy też prześladujący. Jest to w sumie może niezbyt miłe ale jednak spotykane pod każdą szerokością geograficzną. Oczywiście szkolna fala nie powinna mieć miejsca, jednak jest to chyba normalna reakcja wśród każdej grupy kulturowej. Film ten zaś pokazuje skutki szkolnego tępienia.


20 lat po zakończeniu szkoły odbywa się zjazd absolwentów jednej z klas. Dobrą atmosferę wciąż psuje Anna Odell (w tej roli...Anna Odell), która bez przerwy wypomina szkolnym kolegom fakt, że w czasie szkolnym była przez nich często prześladowana.


Opisana pokrótce fabuła to tylko początek. Później okazuje się, że sama Anna Odell nie została zaproszona na zjazd absolwentów swojej klasy więc zatrudniła aktorów, którzy wcielili się w rolę jej dawnych znajomych i sama w roli siebie zrobiła symulację tego, jak zachowywałaby się, gdyby ją zaproszono - czyli wypominała innym to, jacy byli mając te 10-14 lat i zraziłaby znów innych do siebie. Druga część filmu to zaś próba rozmów z kolegami szkolnymi i pokazywanie im tego nakręconego wcześniej filmu (który widzimy w części pierwszej). Jak się okazuję wcielający się w prawdziwych dawnych znajomych Odell to też aktorzy, gdyż prawdziwi nie zgodzili się na swój udział w projekcie.
Film jest ogólnie strasznie głupi, gdyż twórczyni przeżywa to, że była nielubiana w szkole i robi z tego powodu wielką aferę. Choćby z faktu, że nie została zaproszona na spotkanie. Moim zdaniem to naturalne, że jeśli się kogoś nie lubi z wzajemnością to się go nie zaprasza. Jak widać ludzie, którzy w dzieciństwie prześladowali Annę dobrze zrobili gdy jej nie zaprosili, gdyż jak widać na jej filmiku czekałby ich tylko zwyzywanie ze strony przewrażliwionej kobiety. 
Sam film pokazywany ze strony Anny Odell jest ogólnie dziwny i niezbyt ciekawy. Autorka ma chyba jakieś traumy i problemy z racji tego, że przed 20-30 laty była nielubiana i powinna się zgłosić do psychiatry a nie kręcić o tym filmy,


niedziela, 11 października 2015

Persona non grata

Intruz (Efterskalv )
Szwecja, Polska 2015
reż. Magnus von Horn
gatunek: dramat

Łódzka szkoła filmowa uważana była swego czasu, jeszcze za minionego ustroju za jedną z najlepszych, a może i przez pewien czas za najlepszą filmówkę na świecie. Określenie polska szkoła filmowa odnośnie reżyserów czy innych filmowców było traktowane jako coś bardzo wysokiej klasy. Mimo upływu lat i pewnej podupadłości wciąż jednak cieszy się dość dużą renomą nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Tego przykładem jest szwedzki reżyser Magnus von Horn, który to ukończył rzeczoną placówkę i właśnie w swoim rodzinnym kraju nakręcił swój pierwszy pełnometrażowy film.


Przenosimy się na szwedzką prowincję, gdzie mimo pewnych odległości od siebie każdy zna każdego. Bliski uzyskania pełnoletności John (Ulrik Munther) po kilku latach spędzonych w poprawczaku opuszcza miejsce swego zesłania i wraca wraz z ojcem (Mats Blomgren) do domu. Tam zarówno głowa rodziny, jak i młodszy brat (Alexander Nordgren) niezbyt wiedzą jak zachować się w jego obecności. Najgorszy jednak dla Johna będzie powrót do szkoły, gdzie wszyscy pamiętają jego czyny z przeszłości. Przyjazną rękę wyciąga do niego tylko dziewczyna, która wprowadziła się niedawno do miasta, Malin (Loa Ek).


Zaserwowano nam typowo skandynawski film z właściwą dla filmografii tego kręgu kulturowego atmosferą. Podczas projekcji przypomniał mi się świetny duński film Polowanie z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. Oś fabularna jest trochę inna ale jako dramat społeczny sprowadza się do bardzo podobnych wzorców zachowań wśród ludzi otaczających bohatera. 
Fabuła stopniowo wprowadza nas w czyn popełniony w przeszłości przez Johna (czyt. Jon nie Dżon), tak że z początku wiemy tylko to, że chłopak wychodzi z poprawczaka za bliżej nieokreślony czyn, by dopiero w jednej z ostatnich scen wiedzieć już wszystko na temat jego postępku.
Duszna atmosfera jaka wyłania się z obrazu jest naprawdę ciężka, dialogi jakie toczą ze sobą postaci przeważnie też nie wprowadzają nic dobrego. Naprawdę widać w tej produkcji świetną atmosferę zaszczucia i niechęci międzyludzkiej. Sam reżyser natomiast stara się pokazać wszystko neutralnie, stoi z boku nie faworyzując nikogo na linii John kontra świat. Jako koprodukcja szwedzko - polska mamy tu do czynienia z polskim montażem, zdjęciami (nominowany do Oscara za Idę Łukasz Żal) oraz aktorem, Wiesławem Komasą w roli dziadka. 
Ogólnie mamy do czynienia z naprawdę ciężką produkcją, której nie ogląda się w celu poprawy humoru. Jest to film nierówny, którego jednak wartość rośnie z czasem upływu jego trwania. Sądzę, że warto jest poświęcić trochę ponad 90 minut żeby poznać tę historię. Chociaż zarówno senne tempo jak i szczątkowe dialogi mogą w pierwszym momencie nie przekonywać.







niedziela, 13 września 2015

Przygody Lisbeth

Dziewczyna, która igrała z ogniem (Flickan som lekte med elden)
Szwecja, Dania 2009
reż. Daniel Alfredson
gatunek: kryminał, thriller

W zeszłym tygodniu opisywałem pierwszą część filmowej adaptacji sagi Millennium, teraz zaś nadszedł czas na jej bezpośrednią kontynuację. Jako że książkowy pierwowzór uważam za jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałem (a przeczytałem całkiem sporo jak na polskie warunki) to oczekiwania względem filmu miałem duże. A jak wyszło? 


Hakerka Lisbeth Salander (Noomi Rapace) po podwędzeniu wielomilionowego majątku szemranego biznesmena wypoczywa sobie w tropikach, by później kupić drogi apartament w Sztokholmie i tam zamieszkać. Tymczasem Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) przyjmuje do zespołu redakcyjnego swego magazynu dwoje młodych ludzi, którzy zajmują się pisaniem o międzynarodowym handlu ludźmi, nielegalną prostytucją oraz jej klientami. Gdy para ta zostaje zamordowana podejrzenia spadają na Lisbeth. Tymczasem Mikael odkrywa, że za mordem może stać tajemniczy Zala wyręczający się osiłkiem Ronaldem (Micke Spreitz)...


Filmu nie oglądało się szczególnie źle ale jednak nie potrafił on wciągnąć tak, żeby bez przerwy zainteresować widza przez te 130 minut, jakie trwa. Czytając 800 stronowy pierwowzór potrafiło wciągnąć człowieka tak, że przewertował cegłę Larssona w dwa dni, tutaj natomiast ogląda się bo ogląda, jednak gdzieś zabrakło tych wypieków na twarzy, wyprano ten film niemal całkowicie z emocji. Dobrą robotę robi tutaj Noomi Rapace w tytułowej roli, natomiast Nyqvist zepchnięty jest tutaj na aktorski margines przytłoczony rolą swej partnerki (choć trzeba przyznać, że w książce też jest raczej na drugim planie).
Ogólnie dziwi mnie, że zrezygnowano z trwającego dobre 20-25% książki wątku toczącego się na drugiej półkuli. Jeśli już tworzy się cykl wzorowany na powieściach to niech to będzie wiernie przeniesione. Tak jak mówiłem jednak nie jest to film zły, ma swoje momenty, ktoś kto nie czytał książki będzie wiedział o co chodzi, a przy okazji może się wciągnąć. Jednak brakuje tego czegoś, co decyduje o tym, że kryminał/thriller dobrze się ogląda. Wyszła więc trochę bezpłciowa produkcja z kilkoma fajnymi momentami. Niestety nie dorównuje książce, która jest o co najmniej dwie klasy lepsza. 





poniedziałek, 7 września 2015

Dziewczyna z tatuażem

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Män som hatar kvinnor)
Szwecja, Dania 2009
reż. Niels Arden Oplev
gatunek: kryminał

W 11 lat po śmierci Stiega Larrsona i trochę mniej dawnym sukcesie finansowym jego pośmiertnie wydanej trylogii Millennium właśnie ukazała się w naszym kraju czwarta część serii kontynuowanej przez innego autora (który popełnił między innymi biografię Zlatana Ibrahimovicia). Jako że sam po dość długiej przerwie zabrałem się dopiero za trzecią część klasycznej serii postanowiłem sobie odświeżyć wydarzenia z dwóch pierwszych części korzystając z filmów, jakie powstały w Skandynawii. 


Znany dziennikarz śledczy Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) zostaje zatrudnione przez podstarzałego magnata finansowego Henrika (Sven-Bertil Taube), by spróbować rozwikłać tajemnicze zaginięcie, a prawdopodobnie też śmierć jego bratanicy Harriet, które to wydarzyło się przed prawie 40 laty. Mikaelowi pomaga w tej sprawie uzdolniona hakerka, aspołeczna Lisbeth Salander (Noomi Rapace). Śledztwo ujawni brutalną prawdę o członkach rodziny Henrika...


Film jest całkiem wiernym odwzorowaniem powieści (która to do najkrótszych nie należy, co też przekłada się na ponad dwie i pół godzinną produkcję). Oglądając go miałem przed oczami nieustanne porównania z filmem Finchera Dziewczyna z tatuażem z udziałem Daniela Craiga i Rooney Mary. W sumie przyzwyczajając się wcześniej do udziału w filmie w roli Mikaela obecnego Bonda wolałem bardziej oglądać go na ekranie (chociaż w sumie Nyqvist daje radę, a i jest trochę podobny do Craiga). Natomiast Naomi Rapace nie ustępuje Marze i obie w roli Salander wyglądają przekonująco. Książki Larssona otworzyły drogę skandynawskim kryminałom drogę ogólnoświatowego sukcesu, który trwa do dzisiaj (wystarczy zobaczyć kryminalne półki z książkami w Empiku), a film ten utorował drogę filmowym produkcją z północy Europy do większego zainteresowania i kolejnych ekranizacji. Bo film Opleva jest sprawnie nakręconym kryminałem. Szkoda tylko, że gatunek ma to do siebie, że najlepiej smakuje, gdy czytelnik lub widz nie zna zakończenia. Trzeci raz ta sama historia nie smakuje już tak dobrze. Chociaż jeśli nie czytało się (i nie chce czytać) pierwowzoru, a także ominął kogoś film z Craigiem to na pewno każdy doceni kunszt tego filmu.





piątek, 28 sierpnia 2015

Sztuka nudzenia

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu (En Duva satt på en gren och funderade på tillvaron)
Szwecja 2014
reż. Roy Andersson
gatunek: dramat, komedia


Gdy po raz pierwszy natknąłem się przed rokiem na sam tytuł tego szwedzkiego filmu (którego oryginalnej nazwy nawet nie próbuje powtórzyć) wiedziałem, że kiedyś będę chciał sobie go obejrzeć. Jako że w Polsce premiera, jak to często bywa z nieblockbusterowymi produkcjami trochę trzeba było poczekać. Jednak zaraz po oficjalnej premierze pełen oczekiwań skierowałem kroki ku kinu. 


Ciężko mówić w tym filmie o jakiejś szczególnej fabule. Andersson pokazuje cykl kadrów z różnych miejsc, w których przewijają się różni ludzie. Najczęściej jednak obserwujemy losy dwojga biznesmenów działających ewidentnie na poziomie 'small business'. Akwizytorzy Jonathan (Holger Andersson) i Sam (Nils Westblom) wędrują po mieście starając się 'dać ludziom trochę radochy' wciskając im zabawne gadżety.


W filmach cenię sobie najbardziej fabułę, lokalizację, charakteryzację, grę aktorską i muzykę. Tutaj jesteśmy pozbawieni praktycznie wszystkiego z tych wyżej wymienionych punktów. Statyczne tła do wydarzeń są tak nudne, że trzeba pilnować się, by nie usnąć, rozmowy bohaterów brzmią drętwo i sztucznie, na ekranie w sumie nic się nie dzieje. Strona komediowa jest tak toporna, że szkoda gadać. W sumie opiera się na dwóch nudziarzach wciskających innym pseudorozrywkowe gadżety z minionej epoki. W domyśle film miał pokazywać ludzką egzystencję i kondycję moralną człowieka, jako gatunku. Jednak ciężko to zaobserwować. Niestety mocno zawiodłem się na tym filmie i ciężko mi go polecić komukolwiek. Kino tak ambitne, że nawet reżyser chyba nie wie o co chodzi i co dokładnie chciał przekazać.


wtorek, 21 lipca 2015

Miłość po szwedzku

Fucking Amal
Szwecja 1998
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat, romans

Jakiś czas temu przy opisywaniu filmu, który mi się bardzo spodobał i wygrał nawet w rankingu na film miesiąca, We are the best! obiecałem (i to publicznie) sobie, że zabiorę się za obejrzenie wielokrotnie nagradzanego, najbardziej znanego filmu Moodyssona, czyli właśnie Fucking Amal. Nie minęło dużo czasu i właśnie nadeszła chwila, by w kilku zdaniach napisać o wcześniejszym dokonaniu Szweda.  


Fabuła przenosi nas do zapadniętej mieściny gdzieś w Szwecji, czyli tytułowego Amal. Poznajemy tam nastoletnią Ages (Rebecka Liljeberg), która po ponad roku od przeprowadzki z rodzicami do miasta nie potrafi znaleźć tu dla siebie miejsca. Skromna, wyciszona i wywalienowana dziewczyna zajmuje się głównie pisaniem komputerowego pamiętnika, w którym opisuje swe uczucie do ładnej, trochę starszej znajomej ze szkoły, która jest obiektem zainteresowania wielu szkolnych amantów - Elin (Alexandra Dahlström). W dniu urodzin Ages Elin przychodzi z Jessicą (Erica Carlson) na imprezę do domu dziewczyny, by wypić wino i szybko się zmyć. jednak gdy odkrywają komputerowe wyznania Agnes postanawiają się założyć o to, czy Elin pocałuje solenizantkę. Tak zaczyna się dziwna relacja łącząca obie dziewczyny.


Film ten ogląda się prawie jak dokument. Kamera towarzyszy postaciom z tak bliskiej, niemal intymnej perspektywy, że młode aktorki musiały chyba czuć się zaszczute jej namacalną wręcz obecnością. Produkcja ta w Polsce miała odbiór całkowicie inny niż w rodzimej Szwecji. Gdy u nas uwagę wzbudzała rodząca się wydawać by się mogła wręcz zakazana lesbijska miłość w Szwecji zwracano uwagę na relację pomiędzy pokoleniami, nieporozumienia na linii dzieci - rodzice. Niby Polskę i Szwecję dzieli tylko wąskie morze, ale przekaz kulturowy i społeczny odbiór jest całkiem inny. Co do samej produkcji mamy tutaj dość prostą opowieść o życiu młodych ludzi, czasie, gdzie pojawiają się pierwsze problemy życiowe i fundamentalne pytania, gdzie kształtuje się osobowość. Jednak sam film nie był dla mnie specjalnie dobry, opisywana wcześniej produkcja o młodych punkach, chociaż momentami podobnie zrealizowany wzbudził we mnie o wiele więcej emocji i entuzjazmu. Fucking Amal zaś mimo wielu nagród to takie typowe obejrzeć i zapomnieć.  




niedziela, 28 czerwca 2015

Punk's not dead?

We are the best! (Vi är bäst!)
Szwecja, Dania 2013
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat

Rok 1982 zaznaczył się w muzyce kilkoma wydarzeniami. W Polsce Kazik Staszewski założył Kult (choć jeszcze trochę musiało minąć, by stał się rozpoznawalny i kultowy), a  z powodu stanu wojennego nie odbył się tradycyjny Festiwal w Opolu. Na świecie miała miejsce premiera przełomowej płyty Michaela Jacksona Thriller, Queen wydaje album Hot Space, Szwedzi z ABBA zaś zawieszają działalność. Ogólnie jednak w świecie dominuje disko i pop, walczyć z tym trendem próbuje rock. A gdzie jest wtedy punk? Mówi się, że punk umiera. Czyżby?


Wspomniany rok 1982, stolica Szwecji. Poznajemy obdarzoną androgenicznym typem urody 13 letnią Bobo (Mira Barkhammar), której jedyną znajomą jest inna outsiderka, posiadaczka stylowego irokeza Klara (Mira Grosin). Obie dziewczyny wkraczają w etap dojrzewania i fazę bunty, a przy okazji nie są takie jak inne dzieci w ich wieku. Nie idąc za trendami postanawiają założyć zespół punkowy. Problemem jest fakt, że obie nie potrafią grać na żadnym instrumencie. Postanawiają się zwrócić o pomoc do rok starszej posiadaczki gitary klasycznej, pochodzącej z dobrej, chrześcijańskiej rodziny Hedvig (Liv LeMoyne).


Reżyser Fucking Amal przenosi nas w świat schyłkowego dzieciństwa, z właściwym dla tego okresu życia problemami i marzeniami. Jak nigdzie indziej w tak prostej historii udaje mu się pokazać radości i smutki bycia początkującym nastolatkiem. Chociaż mamy tutaj również dorosłych, to kamera skupia się na świecie dzieci, pokazując historię z ich perspektywy. Moodysson w wyśmienity sposób prowadzi widza przez kolejne sceny przyjmujące niemal formę quasidokumentlaną, pokazując pierwszy alkohol, pierwsze miłości czy nieszablonowe dziecięce pomysły. Myślałem, że więcej w filmie będzie muzyki i wątku poświęconego zespołowi, jaki tworzą dziewczyny, jednak to wszystko jest na drugim planie, jakby w tle życia. Wszak gra i zespół to dla dziewczyn marzenie, słuchając ich wiadomo, że niewykonalne, jednak jest to cel, który napędza ich działania. Do tego w tle zawodzą nam szwedzkie punki z epoki, co brzmi bardzo stosownie do filmu, w którym przenosimy się do czasów pierwszych discmanów, winyli i telefonii stacjonarnej (która w Polsce będzie jedynym rozwiązaniem jeszcze przez 20 lat). Świetne role zagrały trzy debiutantki wcielające się w tworzące zespół dziewczyny. Takie naturalne, acz perfekcyjnie oddające postaci aktorstwo, o lata świetlne wyprzedzające polskie dziecięce i młodzieżowe role. Jestem pod wrażeniem bezpretensjonalnego sposobu gry młodych aktorek, które potrafiły poprzez całkowitą immersję wsiąknąć w ten świat, pozwalając też wsiąknąć do niego widzowi. Majstersztyk. Każda z nich jest przy tym inna, z innymi problemami w domu, z innym typem zachowań i wartości. Ta inność jednak zamiast je odrzucać - przyciąga. Tak jak i mnie przyciągnął sam film. Polecam z całego serca dla kogoś, kto chce zobaczyć dobre kino europejskie, które zamiast na akcji i wybuchach skupia się na psychologicznych rysach postaci. Warto powrócić do świata dziecięcego!




niedziela, 29 marca 2015

Narkotykowe historie




Spun 
USA, Szwecja 2002
reż. Jonas Åkerlund
gatunek: dramat, komedia

O narkotykach i narkomanach powstał już szereg filmów. Jako że jest to temat - rzeka to mamy do czynienia z całym spektrum gatunkowym. Ćpunów i ich życie przedstawiano w różnej formie, zaczynając od ciężkich dramatów przez filmy akcji, na komediach kończąc. Mieliśmy do czynienia z tak różnymi produkcjami, jak Trainspotting, Requiem dla snu, Wkraczając w pustkę czy Las Vegas Parano. Wszystkie te filmy mimo pewnych, czasem dość znacznych różnic mają jeden motyw przewodni - narkotyki. Co natomiast wnosi do tematu narkomanów w kinematografii wydany w 2002 Spun? O tym trochę poniżej.


Ciężko opisać fabułę tej produkcji, gdyż nie jest to jedna spójna historia, mająca swój wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Obserwujemy kilka dni z życia paru osob, których życie wiąże się z narkotykami. Mamy więc uzależnionego od nich młodego Rossa (Jason Schwartzman), dilera u którego chłopak się zaopatrza - niejakiego Spider - Mike'a (John Leguizamo) oraz producenta owych narkotyków - groźnego kolesia o pseudonimi Cook (Mickey Rourke). Ross szukając dostępu do kolejnych narkotykowych porcji będzie musiał zapoznać się z porywczym Cookiem oraz jego ekstrewagandzką dziewczyną Nikki (Brittany Murphy)...


Miejsca egzystencji narkomanów przedstawiono w filmie dość patologicznie. Bohaterowie żyją w ruderach, wegetują w warunkach mocno niehigienicznych. Nigdy nie miałem przyjemności gościć w domu narkomana, jednak sądzę, że to co zastałbym przekraczając progi tego domostwa mogłoby przypominać 'mieszkanie' Spider - Mike'a. 
Scenarzyści nadali związanym z ćpaniem postacią drugą cechę szczególną - oprócz samego narkotyzowania się bohaterowie mają też inne główne hobby - wszyscy są niewyżyci seksualnie. Stąd też więżenie tancerki erotycznej przykłótej do łóżka, częste wizyty w sexshopach w celu kupna pornola (lub obejrzenia go na miejscu w specjalnej kabinie wątpliwej rozkoszy), rozmowy przez sex telefon (z dość ciekawą osobą) czy dziwne dewiacje seksualne (np. w scenie z nalotem policji).
Temat potraktowany jest tu bardzo luźno. Nie ma moralizatorstwa ani tego typu pouczania, co jest złe a co dobre. Mamy za to do czynienia z ośmieszaniem głównych bohaterów, gdzie pokazane są one w sposób mocno przerysowany i groteskowy. Całość to szereg luźnych historii, dziejących się chronologicznie lecz często niezwiązanych między sobą. Przez ten brak spójności przyczynowo - skutokowej czasem niestety ciężko ustalić o co aktualnie w filmie chodzi. 
Sposób w jaki zobrazowano samą czynność narkotyzwoania się w dużej mierze został skopiowany z dwa lata wcześniejszego Requiem dla snu, lecz w Spunie jest on według mnie zbyt nadużywany. 
Ciężko mi ocenić ten film, Z jednej strony oferuje kilka ciekawych scen, zabawnych sytuacji i grono wyrazistych postaci, z drugiej strony brak tu jednak jakiejś poważnej fabuły, wszystko dzieje się od przypadku do przypadku, ciężko się zaangażować w to, co dzieje się na ekranie. Jednym film na pewno się spodoba, innym raczej nie, a ja natomiast nie należę ani do jednych ani drugich. Taki typowy średniak z kilkoma niezłymi momentami, jednak to za mało, żeby zapamiętać na lata, a tym bardziej wracać do niego po czasie. 




środa, 21 stycznia 2015

Honor rasisty

Serce lwa (Leijonasydän)
Finlandia, Szwecja 2013
reż. Dome Karukoski
gatunek: dramat
zdjęcia: Henri Blomberg
muzyka: Jean-Paul Wall

W ostatnich latach w Europie rozprzestrzeniły się różne skrajne ruchy. W filmie Karukoskiego autor przedstawia widzom problem neonazizmu, jaki występuje w Skandynawii, a za sprawą coraz większej migracji przybyszów z poza Europy skala tego problemu nabiera na sile.


Główny bohater - Teppo (Peter Franzén) jest neonazistą. I to nie jednym z wielu, a nieformalnym liderem miejscowej organizacji nazistowskiej w fińskim miasteczku. Jako, że z racji poglądów nie może znaleźć stałej pracy tuła się po okolicy w poszukiwaniu wrogów rasy. Wraz z kolegami głównym hobby Teppa jest gonienie i bicie czarnoskórych mających nieszczęście mieszkać w okolicy.
Katalizatorem zmian w życiu Teppa będzie poznanie kelnerki Sari (Laura Birn). Sari oglądając faszystowskie tatuaże na ciele Teppa odrzuca go, jednak gdy ten stara się o jej względy daje mu szansę. Przyznaje jednak, że posiada syna, który na nieszczęście Teppa jest czarny (w roli Rhamadhaniego Yusufa Sidibeh). Koegzystencja nazisty z małym czarnoskórym początkowo jest ciężka, jednak wszystko po pewnym czasie zaczyna się zmieniać...


Film ten jest bardzo przewidywalny, gdyż wiele podobnych treści już było i w sumie każdy może domyślić się na podstawie jakiego schematu budowana będzie fabuła. Ileż to razy widzieliśmy złego bohatera, który pod wpływem zmian odnajduje drogę dążącą ku odkupieniu? No właśnie. Ale dzięki tematyce neonazistowskiej mamy tu do czynienia z trochę innym schematem fabularnym.
Możemy widzieć poczynania Teppa w dwóch odmiennych światach. Bohater jest zupełnie innym człowiekiem przebywając w domu wraz z ukochaną, a gdy spotyka się ze swoimi kolegami - rasistami zaczyna dominować w nim agresja i skrajność. Dopiero po czasie Teppo zaczyna sobie uświadamiać co jest dobre, a co złe.
Mimo całej przewidywalności film ogląda się bardzo dobrze. Może nie jako walkę dobra ze złem, gdyż nie ma tu jasnego podziału na te dwie kategorie, ale jako film o tematyce społecznej. Reżyser pokazuje, że nie tylko neonaziści są złymi rasistami. Potrafi nim być także czarnoskóry ojciec Rhamadhaniego, co udowadnia, że wartość i kultura człowieka nie zależy od płci, kultury w jakiej się wychował czy kolru skóry. 
Polecam wszystkim ten niszowy film, który raczej nie będzie miał możliwości często gościć na ekranach polskich telewizorów.