Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna komedia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2016

Zboczeńcy

Spiskowcy rozkoszy (Spiklenci slasti)
Czechy, Szwajcaria, Wielka Brytania 1996
reż. Jan Švankmajer
gatunek: czarna komedia

Nie tak dawno temu obejrzałem inny film czeskiego reżysera Jana Švankmajera, noszący tytuł Mały Otik. Produkcja ta zapowiadała, że i inne filmy tego twórcy mogą być bardzo...specyficzne. Słowem - nie każdemu przypadnie do gustu to, co w swych dziełach pokazuje autor. I o ile Otika jakoś kupiłem, nie mogę tego powiedzieć zupełnie o tym filmie. 


Obserwujemy życie tak zwanych zwykłych ludzi (między innymi Pavel Nový, Anna Wetlinská, Barbora Hrzánová, Gabriela Wilhelmová, Petr Meissel), którzy oddają się swoim wstydliwym pasją, gdy akurat nikt nie patrzy. 


Przez niemal półtorej godziny obserwujemy małe i duże dziwactwa grupy ludzi, i aż dziw bierze, że nie ma wśród nich tytułowych Guzikowców z filmu Petra Zelenki. Bohaterowie bez słów wikłają się w realizację swoich najskrytszych grzesznych przyjemności. Niestety całość jest dla mnie całkowitym nieporozumieniem. Do tego w pewnym momencie na domiar złego dochodzą pokraczne, siermiężne animacje (reżyser swego czasu tworzył wiele animowanych filmów), których nie mogłem oglądać. Patrząc na zatrważająco wysoką średnią ocen filmu na filmwebie jestem zdumiony, że aż tak wiele osób mogło to oglądać. Mnie reżyser tym filmem nie tylko nie przekonał, ale i zraził, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Dobrze więc radzę - trzymać się od tego czegoś z daleka.




sobota, 5 listopada 2016

Unikalni przeciętniacy

Guzikowcy (Knoflíkáři)
Czechy 1997
reż. Petr Zelenka
gatunek: czarna komedia

Raz na jakiś czas trafi się film, na który nawet mimo chęci nie jestem w stanie za dużo napisać czy też powiedzieć. Po prostu oglądam go,przetwarzam w mózgu to, co widziałem i potem nie znajduję słów, by w dobry sposób opisać to co widziałem. I ten film Petra Zelenki jest właśnie jednym z takich filmów. 


Oglądamy sześć luźno powiązanych ze sobą historii, których bohaterami są zwykli ludzie żyjący przeważnie w Pradze końca XX wieku, ale nie tylko gdyż poznajemy też kilkoro Japończyków i Amerykanów w opowieści z 1945. Wszystkie te opowieści łączą dziwactwa bohaterów oraz ich ogólne zmagania z egzystencją...


Jak już wspomniałem nie mamy tu do czynienia z jedną spójną historią lecz przyglądamy się  sześciu nowelom filmowym, które opowiadają odmienne od siebie historie, jednak ogólnie pokazują problemy zwykłych ludzi. Wszystko to ujęte w typowo czeski komediodramat, gdzie elementy wisielczego humoru przeplatają się z realnym tragizmem. Oparte na dialogach i absurdalnych dziwactwach i osobliwościach bohaterów niestety stoją na nierównym poziomie. Część z nich jest względnie dobra, niektóre niestety strasznie drętwe, nijakie i przedłużane na siłę. Na uwagę zasługuje na pewno pierwsza sekwencja z Japonii, gdzie Japończycy uczą się przeklinać, jednak im dalej w las tym wartych uwagi segmentów jest mniej, ostatni zaś jest naprawdę bardzo słaby. 
Ogólnie ludzie oceniają ten film dużo lepiej niż ja, więc niewątpliwie warto go obejrzeć i ocenić samemu, jak dla mnie jest to niestety tylko co najwyżej przeciętniak, choć gdyby wszystkie epizody miały siłę pierwszego byłoby o wiele lepiej.





sobota, 29 października 2016

Czeski Pinokio

Mały Otik (Otesánek)
Czechy 2000
reż. Jan Švankmajer
gatunek: surrealistyczny, czarna komedia

Wszyscy chyba znamy opowieść o wystruganym przez Gepetta z drewna pajacu Pinokiu, który nagle ożywa stając się drewnianym chłopcem. Choć początkowo jest krnąbrny i nieznośny to w końcu po przebytej przemianie duchowej staje się prawdziwym człowiekiem. Czesi jednak mają swoją ludową baśń, trochę podobną do historii o Pinokiu - tam jednak prym wiedzie niejaki Ociosanek. 


Małżeństwo Karel (Jan Hartl) i Bożena (Veronika Žilková) nie mogą mieć dzieci, przez co kobieta nieustannie rozpacza. Pewnego dnia Karel wykopuje na działce znajduje pień przypominający niemowlę. Po obrobieniu go pokazuje go swej żonie. Ta uznaje pień za swoje dziecko i pragnie go wychować. Po dziewięciu miesiącach ociosanek ożywa i ciągle jest głodny. Bardzo głodny...


Jeśli miałbym porównać klimatem film Švankmajera do czegoś innego to chyba najbliżej będzie twórczość Jeana-Pierrea Jeuneta i Marca Caro. W sumie zamieszkujący kamienicę w Małym Otiku ludzie mogliby bez problemu przenieść się do kamienicy znanej z Delicatessen Francuzów. Ogólnie jednak historia żarłocznego pnia jest tak oryginalna i dziwaczna, że zaręczam, że czegoś takiego nikt wcześniej nie widział i raczej nie zobaczy. 
Mamy tu trochę dramatu, gdyż historia zrozpaczonej Bożeny i sekundującego jej Karela naprawdę jest pełna smutku. Ludzie ci sami nie mogący mieć dzieci widzą na każdym kroku maluchy, wózki pełne dzieci,a w jednej z początkowych scen nawet dzieci pakowane na straganie jak ryby - wyławiane i owijane w gazety. Naprawdę mimo wyższego poziomu absurdu może chwycić to za serce - tak samo, jak sceny pielęgnowania małego Otika przez jego matkę obcinającego mu palce - konary - bardzo to sugestywne. 
Niestety trochę kuleje pokazywanie Otika w ruchu - wygląda to po prostu słabo, rodem z niskobudżetowych filmów krótkometrażowych, z których swoją drogą reżyser się wywodzi. Animacje ociosanka w dniu premiery wyglądały już staro, a po 16 latach od premiery sytuacja jeszcze tylko się pogorszyła. Także trzeba uwierzyć w pewną baśniową umowność tej opowieści i uznać na słowo honoru zero jedynkowe postępowanie bohaterów, którzy wszystko przyjmują od razu i na serio. Ta pewna naiwność jest wpisana jednak w klimat każdej baśni. Także sposób montażu nie przypadł mi do gustu i czasem mnie te ujęcia irytowały.
Mamy do czynienia z filmem bardzo oryginalnym, stworzonym w niepowtarzalnym stylu. Zapewne wielu ludzi zrazi się bardzo szybko, dla innych będzie to ciekawa filmowa przygoda. Można zaryzykować i obejrzeć.  






wtorek, 25 października 2016

Iluzja

Jabłka Adama (Adams æbler)
Dania 2005
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: dramat, czarna komedia

Są filmy, które od wielu miesięcy zalegają na liście tych do obejrzenia, a nigdy nie ma się okazji, by w końcu rozpocząć ich seans. Tak było tym właśnie opisywanym filmem Andersa Thomasa Jensena. Mimo że pochodzi on z cenionego przeze mnie kinematograficznie kraju, występują w nim aktorzy, których lubię, a sam film jest oceniany bardzo wysoko przez społeczność kinomaniaków jakoś ciągle coś mnie blokowało i film musiał czekać bardzo długo na chwilę mojego seansu. Aż do teraz.


Neonazista Adam (Ulrich Thomsen) przybywa na resocjalizację do wiejskiej parafii zarządzanej przez pastora Ivana (Mads Mikkelsen). Spotyka tam arabskiego bandytę Khalida (Ali Kazim) i przestępce z nadwagą, Gunnara (Nicolas Bro), który przebywają tam z tego samego powodu co on. Adam dostaje od Ivana zadanie, by w czasie pobytu doglądał jabłek rosnącym na przykościelnym drzewie, z których później ma upiec ciasto. 


Sam opis początkowej fabuły, jaki pokrótce przedstawiłem wyżej jest dopiero punktem startowym do dalszej opowieści i sam w sobie jest też dość mało logiczny. Bo neonazista resocjalizowany przez nakaz pieczenia ciasta? Nie brzmi to zbyt poważnie. Jednak tego typu mocno niepoważne zadanie to dopiero jeden z wielu surrealistycznych pomysłów pastora Ivana. Przez cały film poznajemy jego ogląd na otaczający go świat, który później (lub wcześniej) jest konfrontowany z rzeczywistością, mocno odbiegającą od punktu widzenia duchownego. Właśnie to wypieranie rzeczywistości przez postać Mikkelsena to główna oś filmu, przyczynek zarówno do dramatycznych sytuacji, jak i uśmiechu, gdyż niektóre sytuacje są naprawdę mocno kuriozalne (tak samo jak ich wytłumaczenie przez Ivana). 
Film dość jasno i bez jakiegoś krycia bazuje na biblijnej historii Hioba i w swój sposób ukazuje walkę dobra ze złem. Te chrześcijańskie wątki są tutaj na miejscu.pasują do opowieści (wszak bohater jest dodatkowo chrześcijańskim duchownym) i nie jest to w żaden sposób moralizowanie na siłę. Po prostu wszystko jest zgrabnie wplecione w narrację. 
Sądzę, że tego filmu nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach, a napisanie czegoś więcej zniszczy wszystkie smaczki do samodzielnego odkrywania w czasie seansu. Napiszę więc, że warto poświęcić 90 minut na obejrzenie przygód Ivana i Adama. Film prezentuje mocno specyficzny humor, czasem dość wisielczy, jednak wyłaniający się z niego przekaz jest w gruncie rzeczy optymistyczny. Nie jest to film, który wyląduje na liście ścisłego topu ulubionych produkcji, jednak na pewno nie rozczaruje swoim poziomem. Szkoda tylko tak małej roli Nikolaja Lie Kaasa.




wtorek, 23 sierpnia 2016

Kamienica kanibali

Delicatessen 
Francja 1991
reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro
gatunek: czarna komedia

Chyba nie trzeba nikogo przekonywać do tego, że Francuzi robią z dużą częstotliwością całkiem oryginalne filmy. Z ich poziomem jest czasem lepiej. a czasem gorzej jednak nie wolno odmówić takim nietypowym produkcją, jak Vidocq specyficznego, innego niż wszystkie klimatu. Opisywany właśnie film wyszedł zaś za sprawą autorów takich filmów, jak wielokrotnie nagradzana Amelia i czekającego wciąż na to, aż go zobaczę, jednak jak to wynika z zapowiedzi bardzo klimatycznego Miasta zaginionych dzieci


Akcja filmu dzieje się w niedalekiej przyszłości (od bazowego roku 1991) w zmienionym przez niejasną katastrofę świecie. Wszechobecny głód zmusza mieszkańców mocno zdewastowanej kamienicy do żywienia się nowowprowadzającymi się lokatorami. Przyrządzaniem mięsa zajmuje się nieformalny przywódca kamienicy, rzeźnik Clapet (Jean-Claude Dreyfus). Tymczasem do budynku wprowadza się cyrkowiec Louison (Dominique Pinon), w którym zakochuje się córka rzeźnika, Julie (Marie-Laure Dougnac). 


Najciekawszym elementem filmu jest dla mnie zagadkowa aura tajemniczego i groźnego świata po nieokreślonej apokaliptycznej katastrofie. Klimat tego niebezpiecznego i intrygującego miejsca jest naprawdę świetny jednak czuć tu wielki niedosyt. Wszystko to za sprawą tego, że jest aż nazbyt tajemniczo. Nie dość, że nie wiemy nic dlaczego doszło do tej sytuacji upadku cywilizacji, tak i nie wyściubiamy nosa (ani kamery) poza kamienicę i jej najbliższe otoczenie. Czasem ktoś przyjedzie, czasem zajrzymy do kanałów jednak nic więcej. A chciałoby się dowiedzieć i zobaczyć o tym świecie naprawdę dużo. Szkoda.
Kamienicę, w której toczy się akcja zamieszkuje stado prawdziwych osobliwości. Mocno zróżnicowani lokatorzy są ciekawi i ich perypetie i zachowania przyciągają widza do ekranu. Szczególnie uwagę przykuwa paradująca w skąpych strojach atrakcyjnie wyglądająca Karin Viard grająca kochankę rzeźnika. Także perypetie próbującej popełnić samobójstwo Aurory ogląda się nieźle. Przy tej galerii barwnych postaci drugoplanowych nieco słabo prezentuje się główna historia Louisona i mocno nijakiej Julie. Ich perypetie oglądałem z pewną dozą rezerwy i częstym znudzeniem. Ogólnie wątek główny jest najsłabszą moim zdaniem częścią opowiedzianej przez autorów historii. Zabrakło tu też właściwego dla specyficznego gatunku, jakim jest czarna komedia pazura. Dlatego też film uważam za średni i wart obejrzenia dla fanów oryginalnych klimatów w kinematografii. Bo czegoś zbliżonego stylistycznie do tej produkcji próżno szukać.





wtorek, 12 lipca 2016

Wesołe jest życie staruszka

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął (Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann)
Szwecja 2013
reż. Felix Herngren
gatunek: czarna komedia, przygodowy

Tego typu filmów brakuje mi we współczesnym kinie. Lekki, zabawny, zwariowany i pełen groteskowych sytuacji, gdzie stężenie absurdu na metr kwadratowy wykracza przewidziane normy. Film powstały na podstawie książki popularnego skandynawskiego pisarza Jonasa Jonassona ogląda się naprawdę o wiele lepiej niż czyta jego oryginalną nazwę.


W dniu swoich setnych urodzin Allan Karlsson (Robert Gustafsson) ucieka przez okno domu starości i udaje się na dworzec autobusowy. Tam otrzymuje od gangstera do popilnowania walizkę, z którą jednak wsiada do autobusu jadącego na pustkowie. Tam w jedynym domu zamieszkałym przez Juliusa (Iwar Wiklander) okazuje się, że walizka wypełniona jest pieniędzmi. Swoją gotówkę chce odebrać gang motocyklowy pod dowództwem Szczupak (Jens Hultén). Uciekinierom zaczynają pomagać Benny (David Wiberg) i Gunilla (Mia Skäringer).


Myślę, że to jeden z tych filmów, które każdy powinien chociaż raz zobaczyć. Jest to jedna z niewielu produkcji, do których wróciłem chętnie po raz kolejny. Oprócz naprawdę dobrej, nieprzewidywalnej oraz kompletnie absurdalnej fabuły przez bardzo przyzwoite aktorstwo po niesamowitą charakteryzację, która doczekała się nominacji do Oscara lecz dopiero kilka lat po premierze światowej. Akcja filmu toczy się co ważne dwutorowo, oprócz właściwej intrygi kryminalnej mamy też sceny z przeszłości, w czasie których oglądamy historię całego życia tytułowego stulatka. Ciężko tutaj jest napisać jakiś minus tej produkcji, gdyż oglądając to można zanurzyć się zupełnie w oglądaną na ekranie historię nie zwracając na nic uwagi. Patrząc na same tytuły innych książek Jonassona muszę stwierdzić, że ich fabuły może być tak samo zwariowane, jak opisywany właśnie film. Trzymam więc kciuku za ekranizację kolejnych książek tego autora. A do tego filmu, będącego szwedzką odpowiedzią na Forresta Gumpa zachęcam bez zbędnych słów. 







wtorek, 22 marca 2016

Mściwy skrzat

Karzeł (Leprechaun)
USA 1993
reż. Mark Jones
gatunek: horror, czarna komedia


Leprechaun to znany z irlandzkich legend skrzat, którego ludzie spotykają niezwykle rzadko. Z wyglądu przypomina on pomarszczonego starca i przeważnie trudni się produkcją butów. Według podań jest on niezwykle mały (nie przekracza metra wzrostu), nosi się na zielono, a jego nieodłącznym atrybutem jest fajka i przeważnie ruda broda. Leprechauny znają lokalizację skarbów, jednak mity podają, że bardzo ciężko rozstają się ze swoim złotem. Karła, który za wszelką cenę będzie chciał odzyskać swoje monety spotkamy właśnie w tym filmie. 


Do niezamieszkanego od dziesięciu lat domu na pustkowiu wprowadza się wraz z ojcem młoda Tory (Jennifer Aniston). Zatrudniają oni ekipę do odmalowania budynku, w skład której wchodzą przystojniak Nathan (Ken Olandt), młody Alex (Robert Hy Gorman) i głupkowaty Ozzie (Mark Holton). Ten ostatni doprowadza do uwolnienia zamkniętego w piwnicznej skrzyni leprechauna (Warwick Davis), który chce odzyskać skradzione mu dekadę wcześniej złoto...


Cóż, film jest generalnie bardzo słaby i ciężko z tym dyskutować. Spodziewałem się tego od początku i było to rozsądne, gdyż czego spodziewać się można od komediowego horroru klasy nawet nie B, a C sprzed prawie ćwierć wieku? Nie wiem też czy to komedia zamierzona przez twórców, czy też nie. Jednak nawet obejrzany wcześniej tragiczny zwiastun nie wyprowadził mnie z próby obejrzenia filmu z Jennifer Aniston sprzed epoki Przyjaciół. Mamy tutaj wszystko co najgorsze w niskobudżetowych produkcjach sprzed dwóch dekad. Słabe efekty specjalne, idiotyczną i przewidywalną fabułę, drewnianie napisane i zagrane postaci i masę innych negatywów. W sumie oprócz wspomnianej Aniston, która wyglądała w tamtych czasach dość zachęcająco (choć aktorsko to wciąż poziom co najwyżej bardzo średni) i znanego z roli w sadze o Harrym Potterze Davisa reszta ekipy to zdecydowanie ludzie nieznani, a patrząc na ich warsztat aktorski to całkiem nie dziwne. Film mimo całej gamy uchybień ma jakiś taki swój specyficzny klimat, który sprawia, że da się go obejrzeć bez większych myśli samobójczych. Nadal to lepsze niż seans 50 twarzy Graya czy Zombie SS. Zresztą ten film jest z gatunku tych aż tak słabych, że aż w pewnym sensie dobrych (dobrze oglądających się). 
Z wielkim zdziwieniem zobaczyłem, że powstało kilka sequeli tego filmu. Mamy więc później Karła w kosmosie, czy Karła w Kapturze (z opisu wynika, że będzie prześladował w tej części hiphopowców). Więc każdy amator tanich horrorów z lat 90. pewnie znajdzie zajęcie na cały tydzień, by raczyć się tymi produkcjami. Ja raczej jednak sobie daruje kolejne przygody leprechauna.


sobota, 23 stycznia 2016

Problemy formalne

Klincz (Gridlock'd)
USA 1997
reż. Vondie Curtis - Hall
gatunek: komedia kryminalna 

Tupac Shakur dla fanów rapu i hip - hopowej subkultury to postać legendarna, niczym Herakles dla starożytnych Greków. Jego twórczość muzyczna, duża społeczna siła oddziaływania, awanturniczy tryb życia oraz tajemnicza śmierć w gangstersko - rapowym konflikcie sprawiła, że ten utalentowany młody człowiek stał się osobą kultową. Wielu jednak w natłoku jego działalności umyka, że 2Pac był także nieźle zapowiadający się utalentowanym aktorem, W opisywanym właśnie filmie gra pierwsze skrzypce. 


Dwaj niszowi muzycy, Stretch (Tim Roth) i Spoon (Tupac Shakur) są uzależnieni od narkotyków. Gdy w czasie sylwestrowej zabawy dają spróbować towar swej zespołowej wokalistce, Cookie (Thandie Newton) ta zapada w śpiączkę i wymaga hospitalizacji. Gdy dziewczyna leży w szpitalu koledzy dochodzą do wniosku, że ich tryb życia jest bardzo ryzykowny i należy rzucić narkotyki i udać się na odwyk. Jak się jednak okazuje urzędowe formalności sprawiają, że wcale nie będzie to takie łatwe.


Ciekawe gdzie byłaby aktorska kariera 2Paca, gdyby nie jego przedwczesna śmierć. W filmie tym pokazał się z bardzo dobrej strony. Jednak w 1997 roku, gdy ukazała się produkcja 2Pac już nie żył. Partnerujący mu w tym filmie Tim Roth jest dla mnie jednak aktorem niespełnionym. Świetnie odgrywający swą rolę w tym filmie Roth naprawdę urzeka zdolnościami mimicznymi i ogólną postawą. Całe szczęście, że czasem wykorzystuje go Quentin Tarantino, gdyż poza tym mało kiedy występuje on w głośnych produkcjach. Jednak brawo za to, że facet występuje w mniejszych, niezależnych filmach.
Sam film fabularnie prochu nie odkrywa, bazuje na wielu znanych wcześniej zabiegach znanych z innych czarnych komedii jednak ogląda się to całkiem przyjemnie. 
Temat urzędniczy i kłopoty z trafieniem głównych bohaterów na ratujący im życie odwyk to coś, co każdy Polak powinien znać z autopsji. Przecież to u nas uzyskanie czegokolwiek drogą urzędową to niemal mission impossible, jednak jak się okazuje i w USA mieli (i pewnie mają) podobne kłopoty.
Do tego obserwujemy zmagania bohaterów z narkogangserami, co jest i straszne i śmieszne. 
Filmy lat 90. często posługiwały się tematem narkotyków. Także jeśli ktoś już znudziło się oglądanie Trainspotting  a późniejszy Spun nie spełnił oczekiwań można obejrzeć ten film. Szału nie ma ale oglądanie nie boli.


niedziela, 9 sierpnia 2015

Japońskie gore

Ichi Zabójca (Koroshiya 1)
Japonia 2001
reż. Takashi Miike
gatunek: gangsterski, czarna komedia, gore

W Polsce za klasykę gangsterskiej komedii od kilku dobrych lat uchodzi zrealizowany w 2000 roku film Olafa Lubaszenki Chłopaki nie płaczą. Mimo kilku rzuconych w tej produkcji kurew czy gróźb karalnych mamy w tym filmie jednak bardziej niemal familijną komedię niż brutalne porachunki gangów. W rok po filmie Lubaszenki Japończycy nakręcili swoją komedię gangsterską, która dziś uchodzi w Kraju Kwitnącej Wiśni za kultową. Jednak jest to już zupełnie inna historia niż dzieje naszych swojskich Freda i Gruchy.


Jeden z bossów miejscowej yakuzy ginie. Wraz z nim ginie też spora suma pieniędzy. Jego podwładny, sadomasochistyczny Kakihara (Tadanobu Asano) stara się odnaleźć swojego szefa oraz pieniądze gangu. Przeprowadza brutalne śledztwo, w czasie którego wychodzi na jaw, że szef został zabity przez psychopatycznego mordercę, Ichiego (Nao Ômori), który ponoć wkrótce ma zapolować również na Kakiharę...



Włączając film miałem nadzieję na obejrzenie fajnego filmu gangsterskiego toczącego się w realiach brutalnej azjatyckiej yakuzy, Niestety w czasie seansu przypomniałem sobie, że to jest Japonia, a Japonia to jednak stan umysłu i nic nie jest tu normalne. I owszem brutalna yakuza tutaj jest (szczególnie w osobie samokaleczącego się i marzącego o swej krwawej śmierci Kakiharze), jednak te wszystkie sceny gore przykryły całą resztę fabuły. Jeśli jest się więc fanem podwieszania na hakach, wbijania długich szpil w skórę, przypiekania ludzi, odcinania sobie języków czy innych często groteskowych scen gore to pewnie film może się spodobać. Jednak przy Ichim nawet najostrzejsze sceny z Ludzkiej stonogi mogą ujść za artystyczne. Do tego na kanwie fabularnej film całkowicie kuleje. Początkowe wyobrażenie Ichiego, jako mrocznego mściciela pryska, gdy pierwszy raz go widzimy. Mazgajowaty chłopak w dziwnym wdzianku superherosa z napisem 1. Nie wiem nawet jak to nazwać, ale Japończycy odpłynęli. Do tego jakieś ostrza w butach, którymi Ichi sieje spustoszenie kąpiąc się w krwi swoich wrogów (przy okazji płacząc). Oczywiście bywa też przy tym nieśmiertelny i cierpi na niezaspokojoną ciągle erekcję. Masakra. Film ma kilka dobrych momentów, postać Kakahiry jest całkiem sprawnie zrealizowana, ale jednak całościowo rozczarowuje. Liczyłem na o wiele więcej. 




niedziela, 26 lipca 2015

Ksiądz, satanista i wróżbita na tropie Szatana

Dzień bestii (El día de la bestia)
Hiszpania 1995
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: czarna komedia

Są filmy, które są tak nieprzewidywalne, ciężkie do opisania i dla niektórych trudne w odbiorze, produkcje które trudno zakwalifikować do jakiegoś gatunku, a ilość absurdów przewyższa ilość parafii w Polsce. Większość filmów, które zgadzają się z tym opisem i przy okazji miałem okazję je zobaczyć ma pewną cechę wspólną, którą jest reżyser. Álex de la Iglesia.


Pewien poważany teolog i badacz Biblii, Ojciec Angel Beriartua (Álex Angulo) studiując Apokalipsę św. Jana odkrywa zapisany w niej przekaz, który zdradza datę przyjścia na świat Antychrysta. Ksiądz dowiadując się, że ten wróg ludzkości przybędzie na Ziemię w Wigilię w Madrycie postanawia udać się do stolicy, by go zgładzić. Musi jednak najpierw odnaleźć diabła, by ten wskazał mu miejsce narodzin. Aby go spotkać postanawia grzeszyć na potęgę. W poszukiwaniach pomaga mu poznany w sklepie heavy metalowym fan death metalu, satanista Jose Maria (Santiago Segura). Postanawiają skontaktować się ze znanym na cały kraj specem od wydarzeń paranormalnych, prowadzącego ezoteryczny program telewizyjny profesora Cavana (Armando De Razza).


W Polsce film o czyniącym zło księdzu, który poluje poluje na krew dziewic, profanuje hostie, kradnie, zabija i przyzywa szatana miałby małe szanse na ukazanie. Co ciekawe wydawałoby się, że równie katolicka Hiszpania to też nie jest dobre miejsce na tego typu fabułę. Szczególnie przed dwoma dekadami. A jednak coś takiego się ukazało. Przed kamerą stanął początkujący wówczas de la Iglesia, którego trzeba zaakceptować z całym dobrodziejstwem jego inwentarza lub odrzucić, innej drogi nie ma. Gdy jednak przekonamy się do jego wizji twórczej (miejscami szalonej, brutalnej lub groteskowej) to możemy wynieść z seansu bardzo dużo. Mamy tu do czynienia tym razem z zabawą konwencją, parodią znanego i cenionego horroru Omen. Oczywiście wszystko w typowej dla reżysera oprawie. Poza tym autor wyśmiewa wiele współczesnych mód, jak na przykład postaci typu Wróżbity Macieja czy programy paranormalne. Jednym z bohaterów jest wszak zmiksowany zlepek Wróżbity Macieja z autorem popularnego swego czasu u nas programu Nie do wiary. Inna sprawa to sama egzystencja szatana, bo czy pozostający na psychotropach trzej szaleńcy to wiarygodne gremium?
Ogólnie widać, że producenci nie mieli zbyt dużego budżetu i wiele scen z efektami specjalnymi woła o pomstę do nieba, jednak trzeba też wziąć poprawkę, że mamy rok 1995 więc wtedy nawet najdroższe efekty wyglądały dość biednie. 
Myślę, że ciężko ocenić ten film, każdy inaczej do niego podejdzie jednak jak dla mnie to jest taka mała perełka, z kilkoma rażącymi błędami lecz mimo to warta obejrzenia. Solidne kontrowersyjne kino, jeśli myślało się, że widziało się już wszystko to ten obraz może to wyobrażenie zmienić. 


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sztywna podróż

Ciało
Polska 2003
reż.  Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz
gatunek: komedia, czarna komedia

  Są filmy, które chce się obejrzeć od czasu ich premiery i nie ma się zbytnio nigdy okazji żeby to zrobić. Tak było u mnie z tą produkcją, którą teraz bardzo krótko opiszę. Od obejrzenia zwiastuna, przed około dwunastoma laty wiedziałem, że chcę zobaczyć ten film i ciągle nie było mi z nim po drodze. Na szczęście przyszły mi z pomocą nudne święta u babci oraz Kino Polska, gdzie w świąteczną noc uraczono widzów tym odgrzewanym kotletem. Ku mojej wielkiej uciesze.


Drobny złodziejaszek Goldi (Tomasz Karolak) wracając pociągiem do zleceniodawcy ze średnio udanego włamu siada do przedziału, w którym podróżuje sztywny mężczyzna - Wolter (Rafał Królikowski). Przy gwałtownym zahamowaniu pociągu walizka Goldiego spada uderzając Woltera. Złodziej bojąc się, że jest odpowiedzialny za śmierć współpasażera zabiera go do meliny, gdzie już czeka jego zleceniodawca - bliźniaki syjamskie. Mocodawca nakazuje pozbyć się ciała, co jak przekonają się Goldi z Dizlem (Zbigniew Zamachowski) okaże się trudnym zadaniem. Chwilę później dowiemy się w jaki sposób Wolter opuścił ziemski padół oraz trafił do pociągu. Duża w tym zasługa niejakich Julka (Robert Więckiewicz) oraz Cezara (Cezary Kosiński).


Film ten posiada jedną dużą wadę. Cierpi na przesyt. Spory przesyt wszystkiego. Jak na trochę ponad 90 minutową produkcję mamy tutaj za dużo wątków, za dużo postaci, za dużo zwrotów akcji. Często wiele wątków jest pociętych i nielogiczne momenty znikają z ekranu pozostając w sferze domysłu. A jak tutaj tą misterną intrygę brać na poważnie i realnie, skoro tak wiele rzeczy kuleje? Naprawdę w kilku wypadkach wiele rzeczy za bardzo nie trzymało się kupy.
Gdyby nie to zbytnie nagromadzenie wątków oraz braki logiczno-fabularne to dałoby się to oglądać z dużą satysfakcja. Mamy tu galerię ciekawych postaci, część intrygi układa się w sensowną całość (szkoda, że druga część już nie) a przy tym obserwujemy kilka dość zabawnych sytuacji. 
Dlatego jeśli ktoś nie oglądał może zmierzyć się śmiało z tym filmem. Myślę, że jeśli przymknie się oko na wiele nieścisłości to albo zobaczy się, zależnie od oceny własnej film bardzo dobry lub straszny gniot. Ja uważam, że raczej ani to, ani to, jednak mamy do czynienia z taką produkcją, że trzeba to naprawdę zobaczyć samemu żeby wystawić cenzurkę. 


poniedziałek, 9 marca 2015

Jaka piękna katastrofa!

Dzikie historie (Relatos salvajes)
Argentyna, Hiszpania 2014
reż. Damián Szifrón
gatunek: czarna komedia
zdjęcia: Javier Julia
muzyka: Gustavo Santaolalla

Chyba wszyscy widzieli kultowy obecnie komediodramat Marka Koterskiego Dzień świra. Tytułowy świr, czyli grany przez Marka Kondrata Adam Miauczyński nie był nim przez całe życie, ani nie stał się też świrem nagle. Był to proces długotrwały, motywowana przeróżnymi przesłankami frustracja rosła nim z dnia na dzień aż do osiągnięcia apogeum. Tak samo tutaj sześciu bohaterów jest doprowadzanych do ostateczności poprzez szereg różnych nieprzychylnych czynników. A widz patrząc na sytuacje jakie ich spotykają nie wie czy ma się z tego śmiać czy raczej płakać.


Tytułowe dzikie historie to podzielone na segmenty, niepołączone ze sobą opowiadania o losie sześciu osób. Ciężko tutaj opisywać fabułę poszczególnych scen, jednak wszystkie mają wspólny mianownik. W każdej z sytuacji coś idzie nie tak, a bohaterowie, który nie może znieść niepowodzeń puszczają nerwy. Wszystko to przedstawione jest w około kilkunastominutowej sekwencji. I tak chronologicznie mamy historię wzgardzonego muzyka Pasternaka (którego nawet z ważnych przyczyn nie widzimy), pewnej kelnerki z ciężka przeszłością (Julieta Zylberberg), jadącego do Buenos Aires biznesmena (Leonardo Sbaraglia), walczącego z biurokracją specjalistę od wybuchów (Ricardo Darín), próbującego uratować przed więzieniem syna milionera (Oscar Martínez) oraz pannę młodą, która na weselu dowiaduje się o pewnej nieprzyjemnej sprawie (Erica Rivas). Każdy z bohaterów zostaje inaczej doświadczony przez los co nie pozwala widzowi na ani chwilę nudy.


Firmowany przez samego Pedro Almodóvara film nie jest ani czystą komedią, ani dramatem. W produkcji Szifróna mamy dużą łatwość do identyfikowania się z postaciami, z jakimi zapoznajemy się na ekranie. Można wtedy zadać sobie pytanie - a co ja bym zrobił w jego/jej miejscu? Czy nie postąpiłbym podobnie? Przypadek każdego z bohaterów jest inny. U jednego frustracja musiała wzbierać przez długi czas, inny po prostu jest bezsilny w walce z niewrażliwymi na błędy proceduralne urzędnikami, innemu zaś w spokojnej podróży przeszkadza bezimienny psychopata. Tragizm każdej z sytuacji wynika z innych pobudek. Ogólnie mamy do czynienia z festiwalem absurdu i często też groteski i przesady. A wszystko to przyciąga widza i nie pozwala oderwać się od ekranu. Poza tym mamy tutaj pokazane boskie Buenos Aires i tereny przylegające. Lokalizacje zostały bardzo dobrze wybrane i zachęcają widza do wybrania się w te tereny. Gra aktorska także nie pozostawia wiele do życzenia. 
Ciężko jest dużo pisać o tym filmie. Trudno zdradzić fabułę, gdyż jest to sześć kilkunastominutowych segmentów. Opisać resztę można w kilku zdaniach. To po prostu trzeba obejrzeć samemu. Zapewne dobrze się przy tym bawiąc. Jest to bardzo dobry przykład zacnego filmu, który wychodzi spoza Ameryki Północnej. Filmu, który pokazuje, że istnieje też życie filmowe poza Hollywood i ma się ono bardzo dobrze. 
Z produkcji nominowanych do tegorocznego Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego nie widziałem jeszcze tylko Timbuktu, jednak z tego co obejrzałem do tej pory twierdzę, że statuetkę otrzymał najsłabszy z dotychczas przeze mnie obserwowanych.
Nie przedłużając - zachęcam gorąco do zapoznania się z Dzikimi historiami. Bez zbędnego gadania - naprawdę warto!  


czwartek, 26 lutego 2015

Stadium szaleństwa

Głosy (The Voices)
USA, Niemcy 2014
reż. Marjane Satrapi
gatunek: thriller, czarna komedia
zdjęcia: Maxime Alexandre
muzyka: Olivier Bernet

Temat szaleństwa i psychopatii jest od dawna chętnie używany przez filmowców. Pierwszym, klasycznym filmem pokazującym popadanie w obłęd był jeden z najbardziej znanych obrazów Alfreda Hitchcocka - znana chyba wszystkim przynajmniej ze słyszenia Psychoza. W 1960 roku ten wybitny angielski reżyser pokazał żywot niejakiego Normana przy okazji dając kinu jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen zbrodni. Każdy kto oglądał film na pewno pamięta morderstwo pod prysznicem. Innymi filmami dokumentującymi różne fazy szaleństwa były Lśnienie Stanleya Kubricka na podstawie książki Stephena Kinga z fantastyczną rolą demonicznego Jacka Nicholsona, a także wcześniejszy Wstręt dobrze nam znanego Romana Polańskiego (chociaż w jego twórczości wiele jest odniesień do rozmaitego obłędu, wystarczy przypomnieć też choćby Lokatora). Opisywany właśnie film raczej nie dorówna do wspomnianych wcześniej i nie będzie się o nim dyskutować po wielu latach, jednak też ma w sobie wiele elementów.


Poznajemy historię Jerry'ego (Ryan Reynolds). Cierpiący na schizofrenię mężczyzna zaczyna pracę w firmie produkującej armaturę łazienkową. Życie dzieli między pracą, wizytami u psychoterapeutki oraz pobyty w domu, w którym rozmawia ze swym psem i kotem (głosy podkłada im również Ryan Reynolds, szczególnie dobrze wyszedł mu kot). Na spotkaniu w sprawie organizacji firmowego grilla Jerry poznaje piękną Angielkę Fionę (Gemma Arterton). Kobieta wpada mu w oko jednak próby wyjścia na randkę spełzają na niczym. Jednak zbieg okoliczności sprawia, że Fiona w końcu trafia do jego auta i godzi się na wspólny wypad. Niestety w trakcie podróży Jerry przypadkowo zabija dziewczynę. Wracając do domu konsultuje się ze zwierzakami, co należy zrobić w tej sprawie. Dobroduszny pies nakazuje mu zgłosić się na policję, jednak Jerry słucha rady demonicznego kota, który podpowiada mu pozbycie się ciała ofiary. Jerry przywozi zwłoki do swojego mieszczącego się w opuszczonej kręgielni mieszkania i ćwiartuje je rozmaitymi narzędziami. Wszystko co zostało z Fiony upycha do pudeł, a głowę ukrywa w lodówce. Po pewnym czasie głowa Fiony domaga się od niego kolejnego zabójstwa...


Jak łatwo się domyślić pies jest dobrą stroną umysłu Jerry'ego, natomiast kot to ucieleśnienie najmroczniejszych zakątków jego duszy. Mężczyzna, który stara się być miły i dobroduszny dla ludzi szybko jednak zaczyna znajdować się pod wpływem swej złej strony. Jerry słyszy tytułowe głosy dopiero wtedy, gdy odstawi leki, które przepisuje mu jego lekarka. Mamy tu wtedy świetnie pokazany kontrast świata, jaki widzi główny bohater. Nie poddając się medykamentom Jerry widzi świat wesoły i pełen barw. Może rozmawiać z energicznymi zwierzętami, a wszystko jawi się jako piękne i wspaniałe. Jednak gdy zażyje leki wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Prawdziwy obraz świata, w którym żyje Jerry jest depresyjny. Ładny dom zmienia się w rozpadającą się ruderę, pełne życia zwierzaki tak naprawdę okazują się zmizerniałymi i ledwie żywymi istotami, a rozgadana głowa Fiony zmienia się w zakrwawiony i cuchnący kawałek martwego ciała. Jerry wybierając między światami wybiera ten kolorowy i wesoły zapadając się w swym szaleństwie. 
Nie każdy aspekt filmu jest zrealizowany dobrze, jednak całość trzyma się pewnego poziomu i poniżej pewnego stopnia nie schodzi. Chociaż ostatnie sceny są trochę naciągane to całość filmu ogląda się szybko i przyjemnie. Mamy tutaj pewien aspekt komediowy, jednak nie należy traktować tego jako tylko komedię. 
I warto oglądać cały film, choćby żeby zobaczyć ostatnią scenę. Polecam na długie zimowe wieczory.