Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2018

W rybnym sklepie dziwne sprawy

Cold Fish (Tsumetai nettaigyo)
Japonia 2010
reż. Sion Sono
gatunek: thriller
zdjęcia: Shinya Kimura
muzyka: Tomohide Harada

Wielokrotnie spotykałem się gdzieś z nazwiskiem reżysera tego filmu, Sionem Sono. Uznawany jest on przez wielu za jedną z bardziej wyrazistych twarzy współczesnego kina na spółkę z Takeshim Kitano. Siono tak jak jego rodak robi specyficzne filmy, które trafiają do specjalnego grona odbiorców. Po kilku festiwalowych retroperspektywach twórczości Siono, które ominąłem postanowiłem obejrzeć jakiś jego film, by sprawdzić czy jest to twórca odpowiadający moim gustom. Wybór padł na Cold Fish.


Pokładany właściciel sklepu akwarystycznego Shamoto (Mitsuru Fukikoshi) zostaje zawiadomiony, że jego córkę Mitsuko (Hikari Kajiwara) przyłapano na kradzieży w sklepie. Czym prędzej jedzie wraz z młodą żoną Taeko (Megumi Kagurazaka) na miejsce zdarzenia, by dowiedzieć się o szczegółach. Tam spotyka pana Muratę (Denden) - właściciela sieci sklepów zoologicznych, który przyłapał Mitsuko na kradzieży. Murata proponuje zapomnieć o sprawie, w zamian zaś niedoszła złodziejka ma pracować w jednym z jego sklepów akwarystycznych. Jakby tego było mało mężczyzna proponuje Shamoto wejście w spółkę...


Siadając do seansu tego filmu nie wiedziałem zbytnio czego mogłem się spodziewać. Generalnie zaczęło się dość niestandardowym ujęciem i specyficzną sceną w domu bohaterów, kilkanaście późniejszych minut upłynęło zaś monotonnie żeby nie powiedzieć, że nudnie. Jednak niech nikt nie myśli w tych początkowych minutach filmu, by odejść od ekranu. Dalsza część projekcji solidnie wynagradza widzowi początkowe nudy. Kiedy Shamoto odkrywa prawdziwą naturę pana Muraty i jego żony Aiko (Asuka Kurosawa) zaczyna się jazda na maksa, która trwa do samego końca. Sion Siono łączy gatunki, by później pomieszać je między sobą nie dając widzowi moralnego spokoju. Dostajemy pełne absurdu gore pełne makabry i przy tym wisielczego humoru. Obserwujemy też powolną zamianę Shamoto z losera w człowieka na wzór swego prześladowcy. Plakat filmu może wytrawnym widzom przywodzić na myśl Davida, bohatera Nędznych psów. Shamoto przechodzi podobną do niego drogę. Na pewno nie jest to film, który spodoba się każdemu, raczej trafi tylko do nielicznych. Do mnie trafił więc polecam go zobaczyć i samemu wyrobić sobie zdanie.





środa, 27 grudnia 2017

Klasa pod specjalnym nadzorem

Wyznania (Kokuhaku)
Japonia 2010
reż. Tetsuya Nakashima
gatunek: dramat
zdjęcia: Masakazu Ato
muzyka: Toyohiko Kanahashi


Relatywnie często spotykam się z kinem azjatyckim i wielokrotnie na blogu staram się polecać filmy pochodzące z tego kontynentu, a szczególnie z Korei Południowej, Japonii czy Chin. Niestety specyfika filmowa tamtego regionu powoduje, że często można odbić się od nawet dobrze ocenianej produkcji. I tak właśnie jest w tym wypadku. 


W filmie poznajemy historię nauczycielki Yuko Moriguchi (Takako Matsu), której córka w niedalekiej przeszłości została zamordowana przez uczniów z klasy, którą uczy. Po czasie Yuko stara się wyjaśnić, co zaszło feralnego dla jej rodziny dnia szukając winnych zdarzenia wśród swoich podopiecznych.


Średnia tego filmu na Filmwebie to bardzo dobre 7,5 (przy ponad 5 tysiącach głosów), zaś na międzynarodowym IMDB przy niemal 30 tysiącach ocen to aż 7,8/10. Także trzeba powiedzieć, że film większości ludzi zdecydowanie się podobał. Niestety mi nie. O gustach się nie dyskutuje, ale jednak dziwię się tym, którzy zachwycali się tym japońskim filmem. Moim zdaniem każdy jego składowy element jest co najwyżej marny. Począwszy od sposobu narracji, w który wpleciono dziesiątki retrospekcji (często zaś jest to jedna retrospekcja pokazana po raz któryś z rzędu) przez pretekstową fabułę po aspekty techniczne (naprawdę sposób pracy kamery oraz nałożone na film filtry potrafiły mnie odrzucać). Może i to nauczycielskie śledztwo głównej bohaterki ma coś do zaoferowania widzowi jednak mnie to nie przekonuje. A wydumana końcówka przepełnia wręcz czarę goryczy. Może dla fanów literatury Paula Coelho będzie to dobra pozycja, ja jednak pasuję.






wtorek, 10 października 2017

Szaleniec z kataną

Miecz zagłady (Dai-bosatsu tôge)
Japonia 1966
reż. Kihachi Okamoto
gatunek: dramat, akcji
zdjęcia: Hiroshi Murai
muzyka: Masaru Satô

Filmy samurajskie były znakiem rozpoznawczym powojennego japońskiego kina lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Przede wszystkim kojarzone były one z reżyserką maestrią Akiry Kurosawy oraz dwóm genialnym aktorom: Tatsuya Nakadai i przede wszystkim Toshirô Mifune. W opisywanym filmie obaj się pojawiają, jednak reżyserii podjął się mniej sławny Kihachi Okamoto. 


Film opowiada historię samuraja Ryunosuke Tsukue (Tatsuya Nakadai), który to ponad wszystko inne stawia doskonalenie zawodowe, co w jego wypadku przekłada się na sztukę mordowania ludzi. Wszystko inne w jego życiu stacza się na dalszy plan. Po tym, gdy w szkole walki zabija swojego przeciwnika i wiąże się z jego żoną (Ichirô Nakatani) brat poległego (Yûzô Kayama) zapowiada zemstę za śmierć brata. W tym celu zaczyna pobierać lekcje szermierki od Toranosuke Shimada (Toshirô Mifune).


Film ten jest całkiem inny pod względem fabularnym od większości filmów o tematyce samurajskiej. Przeważnie główną postacią tego typu kina jest dobry bohater lub też ewentualnie neutralny moralnie, który jednak od niechcenia (dla pieniędzy, wpływów czy też kobiety) robi światu dobrze. Bohater tego filmu Okamoto jest zaś bohaterem negatywnym, który swym postępowaniem etycznym nie wzbudza w widzu (jak i w innych postaciach w filmie) pozytywnych emocji. Postać Ryunosuke to jedna z silnych stron tej produkcji. Druga zaś, to świetne zdjęcia. Mało który film sprzed ponad pół wieku jest tak dobrze nakręcony. Kadry tego filmu to absolutny majstersztyk, a niemal każdy nadaje się do wydruku i zawieszenia na ścianie jako dekoracyjny obraz. Chapeau bas!
Niestety film cierpi na ten sam mankament, co większość produkcji samurajskich. Tempo jest przeważnie ślemazarne, a postaci zbyt mocno teatralnie wypowiadają swe kwestie. Chociaż bardziej przemawiają za mną pozycje Kurosawy i Kobayashiego to produkcja Okamoto jest na tyle oryginalna to warto ją obejrzeć. 





niedziela, 2 kwietnia 2017

Duch w zbroi

Ghost in the Shell
Japonia 1995
reż. Mamoru Oshii
gatunek: sci-fi, akcja, chińska bajka
zdjęcia: Hisao Shirai
muzyka: Kenji Kawai

Od chińskich bajek odbijam się zazwyczaj jak od ściany. Ostatnie tego typu produkcje oglądałem w czasach Pokemonów, wcześniej zaś Muminków i Pszczółki Mai. Ostatnio zaś z racji tego, że przeczytałem Trylogię ciągu Gibsona, która to zapoczątkowała podgatunek fantastyki, jakim jest cyberpunk, zaś do kin zbliżała się aktorska wersja opisywanego filmu postanowiłem sięgnąć po oryginał. 


Czasy przyszłości. Świat jest oparty na nowych technologiach, a rządzą nim wielkie korporacje. Na Ziemi przyszłości jest miejsce dla robotów i cyborgów, zaś wielką rolę pełni cyberprzestrzeń. Poznajemy Major Motoko Kusanagi (Atsuko Tanaka) - cyborga posiadającego ludzki mózg, która to w Sekcji 9 walczy z cyberprzestępęczością. Wraz z kolegą z grupy, Batô (Akio Ôtsuka) ściga nieuchwytnego przestępcę zwanym Władcą Marionetek. 


Powiedzenie czegoś niepochlebnego na ten film w światku filmowym jest odbierane jako profanum, a wielu poważnych krytyków zachwyca się nim oceniając go na 9/10 lub wyżej. Ja zaś jako umiarkowany fan cyberpunka, zaś duży oponent chińskich bajek mam tutaj większe pretensje do samej treści, niż konwencji chińskiej bajki, która jaką jest każdy widzi. Postaci nie wypowiadają normalnych dialogów, a rzucają sloganami - słowa hasła dominują w rozmowach i przemyśleniach bohaterów. A przecież każdy z nich ma ludzki mózg, nawet jeśli jest cyborgiem. Niestety nie zachwyciłem się tymi rozważaniami nad naturą człowieczeństwa i uważam, że te wszystkie gadki są pseudo głębokie, coś jakby w konwencji cyberpunku wymyślił to wszystko Paulo Coelho. To,co zaś zachwyca to niesamowita muzyka. Tego chce się słuchać. Taki kontrast pomiędzy światem przyszłości, a tradycyjnymi,dawnymi japońskimi dźwiękami. Ścieżka dźwiękowa z tego filmu zostaje w pamięci na długo po seansie. Także bardzo przypadły mi do gustu długie ujęcia w tej produkcji. Kamera nieraz potrafi zawisnąć gdzieś i zastygnąć na chwilę, dzięki czemu można chłonąć ładnie przedstawione często statyczne kadry. Dlatego więc, mimo że nie zachwyciłem się samą warstwą fabularną, która była co najwyżej przyzwoita to znalazłem tu kilka innych mocnych punktów.






środa, 15 marca 2017

Złe kobiety

Kobieta-diabeł (Onibaba)
Japonia 1965
reż. Kaneto Shindô
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Kiyomi Kuroda
muzyka: Hikaru Hayashi

Wśród twórców filmów japońskich sprzed pół wieku w świadomości obecnego widza dominują dwa nazwiska, które zawłaszczyły tamtejsze poletko filmowe na kilka dekad: legendarny Akira Kurosawa oraz Masaki Kobayashi. W tamtym okresie w tym kraju działało jednak kilku innych utalentowanych reżyserów, a wśród nich zmarły w 2012 roku w wieku stu lat  Kaneto Shindô.


Japonia epoki Edo. Od lat trwają wyniszczające wojny klanów. By przeżyć i się wyżywić mieszkające na pustkowiu dwie kobiety: teściowa (Nobuko Otowa) i synowa (Jitsuko Yoshimura) utrzymują się z zabijania w zasadzkach przechodzących przez okolicę samurajów. Pewnego dnia z wojny wraca ich sąsiad, Hachi (Kei Satô). Mężczyzna przynosi wiadomość, że syn i mąż bohaterek zginął podczas wojennej zawieruchy...

Psychologiczny horror w realiach dawnej Japonii epoki niepokojów oparty na tamtejszych wierzeniach to był dla mnie całkiem obiecujący temat. Szczególnie, że obraz, który posiada bardzo dobrą średnią ocen na filmwebie (z którą to nie zawsze się jednak zgadzam) w połączeniu z czasem realizacji filmu,który przypadł na okres japońskiego prosperity filmowego. To musiało się udać i tym samym przypaść w moje gusta. Jednak po seansie mam pewne mieszane uczucia związane z tą produkcją.
Opowieść powstała na kanwie dawnej buddyjskiej opowieści ludowej i oparta jest na znalezionej przez bohaterkę pod koniec filmu masce. Niektórzy też dopatrują się powiązania tematyki i symboliki filmu z wydarzeniami z Hiroszimy i Nagasaki. Choć dopiero właśnie od czasu zobaczenia maski klimat robi się trochę z pogranicza kina grozy to samo jej wprowadzenie nie przysporzyło według mnie jakiegoś elementu strachu. Zwrócić uwagę zaś można do odważnej, jak na lata 60. w kinie (i to azjatyckim, dość konserwatywnym wówczas) pokazanie seksualności, potrzeb erotycznych i ogólnej golizny. Ten przekaz w połączeniu z klaustrofobicznym terenem działań bohaterów to główne plusy produkcji. Nieraz zastanawiałem się, jak ten film pięknie prezentowałby się w kolorze, jednak pod koniec filmu znałem, że dobrze jest tak, jak jest. Odcienie bieli i szarości produkują specyficzny, sugestywny klimat, przez co obraz prezentuje się świetnie. Także w sumie mimo zawiedzenia się na warstwie grozy (film reklamowany jako horror powinien ją posiadać) w kilku innych elementach mogę pochwalić produkcję. Więc najlepiej chyba obejrzeć i ocenić samemu.






wtorek, 21 lutego 2017

Męczennicy

Milczenia (Silence)
Japonia, Meksyk, USA, Włochy, Tajwan 2016
reż. Martin Scorsese
gatunek: dramat
zdjęcia: Rodrigo Prieto
muzyka: Kim Allen Kluge

Film, który właśnie opisuję to podobno najbardziej osobista historia opowiedziana przez Martina Scorsese, było nie było, jednego z najważniejszych reżyserów w historii kina. Mimo że sama opowiadana historia pochodzi z książki Shusaku Endo, która była już ekranizowana w rodzimej Japonii, a opowiada podobno prawdziwą historię. Scorsese zabierał się za ten projekt ponad ćwierć wieku, więc cieszy fakt, że w końcu udało mu się go zrealizować.


Do objętej izolacjonizmem Japonii pierwszej połowy XVII wieku przybywają dwaj jezuiccy księża z Portugalii: Sebastião Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garupe (Adam Driver), by odszukać przebywającego w tym kraju swego dawnego mentora, ojca Ferreirę (Liam Neeson), który podobno wyrzekł się wiary i prowadzi żywot buddysty. Docierając z pomocą szemranego przewodnika Kichijiro (Yôsuke Kubozuka) do obcego kraju młodzi księża muszą stawić czoła prześladowaniom ze strony lokalnych władz uosabianych w osobie naczelnika Inoue (Issei Ogata).


Dziwi mnie swoiste milczenie nad tym filmem, jakie zapanowało w Hollywood. Film został niemal całkiem przemilczany jeśli chodzi o oscarowe nominację, otrzymując tylko jedną: dla Prieto za zdjęcia. Zdjęcia, które oczywiście są siłą tego filmu, ale nie jedyną: żeby nie wnikać w samą po części mistyczną i na pewno bardzo refleksyjną fabułę, która zapewne ma na celu tylko przekonanie przekonanych trzeba obiektywnie spojrzeć na inne solidne aspekty produkcji: mamy tutaj świetne, naprawdę dobre scenografię oraz skrupulatnie dobrane kostiumy, jest także urzekająca lokalizacja. Do tego przyzwoita gra aktorska, gdzie spotyka się kilku będących na fali aktorów, którzy mogliby jednak dać od siebie trochę więcej. Partnerują im zaś bardziej lub mniej znani aktorzy japońscy (z co ciekawe uznanym reżyserem Shinya Tsukamoto na czele). Jak na film, który pokazuje zderzenie kultur szkoda, że postawiono tak silnie na język angielski, który jest w domyśle portugalskim. Rozumiem, że zakładany odbiorca amerykański (który i tak na film się zbyt licznie nie wybrał) nie lubi czytać napisów, jednak o wiele lepiej oglądałoby się film zrobiony w stylu Mela Gibsona, gdzie w jego Pasji czy Apocalypto aktorzy używali oryginalnych dla swych postaci języków, nawet jeśli te były już dawno wymarłe. A tutaj przez ten angielski, którego używają też w dużej mierze Japończycy klimat gdzieś ulatuje. 
Całość filmu zaś fabularnie oparta jest na rozważaniach teologicznych oraz zadumie nad ingerencją Boga w ludzkie życie. Księża, którzy trafiają na wrogą wyspę, gdzie wyznawanie innej religii niż buddyzm muszą wystawić swoją wiarę na próbę, wcześniej zaś nieść Słowo Boże dla ludzi, którzy nawet jeśli wierzą i za tą wiarę gotowi są umrzeć nie umieją zrozumieć obcej, europejskiej wiary i jej zasad. Całość zaś dość zgrabnie pokazuje dylematy, przed którymi musieli stawać ludzie tamtej epoki, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Na końcu zaś można postawić sobie pytanie, czy płynąc na obcą wyspę i działając wbrew jej gospodarzą sami nie sprowadzili na siebie takiego losu. 
Film ten jest po części filmem religijnym, który bardziej promuje wiarę katolicką, niż rodzimy dla Japonii buddyzm. Można więc go zaliczyć do grona filmów religijnych, co nawet było widać w strukturze widzów w czasie seansu w kinie: dominowali emeryci i ludzie w sutannach. Nie jest to jednak pokraczny film stawiający od początku do końca jedną tezę (typu: Bóg na pewno istnieje, zrozum to albo pójdziesz do piekła), a angażujący do myślenia i refleksji nad religią, sensem cierpienia za wiarę czy raczej bezsensem śmierci za coś, co może jest, a może niekoniecznie. Mam do produkcji kilka zastrzeżeń, ale generalnie jak najbardziej na plus. 


niedziela, 29 stycznia 2017

Eksportowa yakuza

Brother
Japonia, USA, Francja, Wielka Brytania 2000
reż. Takeshi Kitano 
gatunek: gangsterski, dramat
zdjęcia: Katsumi Yanagijima
muzyka: Joe Hisaishi

Kontynuując swoją przygodę z filmami świętującego niedawno 70. urodziny Takeshiego Kitano tym razem sięgnąłem po nietypową dla niego produkcję, którą to nakręcił nie w Japonii, a w Stanach Zjednoczonych w koprodukcji z USA. To już czwarty film w reżyserii tego autora (i aktora). Zostało jeszcze czternaście.


Członek japońskiej yakuzy, Yamamoto (Takeshi Kitano) jest zmuszony do opuszczenia rodzimego kraju. Udaje się do USA, gdzie mieszka jego brat. Na miejscu okazuje się, że Ken (Claude Maki) wraz z kilkoma czarnoskórymi wspólnikami zajmuje się handlem narkotykami dla lokalnej mafii. Yamamoto zaprzyjaźnia się z jednym z Afroamerykanów, Dennym (Omar Epps)...


Lubię kino gangsterskie. Nawet nie ważne czy chodzi o mafię włoską, amerykańską, rosyjską, triady czy yakuzę. Dobrze zrealizowany, ciekawy fabularnie film o mafii zawsze powoduje u mnie uśmiech. Niestety amerykański eksperyment Takeshiego Kitano nie spełnił moich kryteriów dobrego filmu, mimo ciekawie zapowiadającej się na papierze historii. W rzeczywistości dostajemy jednak płytki film z prostą (a nawet prostacką) historią, słabo zagrany, nudny i przesadnie brutalny. Takeshi Kitano gra tutaj jak zwykle Takeshiego Kitano, więc praktycznie się nie odzywa (zresztą jego bohater nie mówi po angielsku), chodzi i bije ludzi, by później ich zabijać. Zabitych w filmie postaci jest tak dużo,że nawet nie wiadomo w sumie kto kogo pozbawia życia, a dlaczego to już w ogóle nie interesuje autorów. Wiadomo, że chodzi o jakieś porachunki mafijne, ale większych szczegółów widzom się nie serwuje. Niekiedy brutalność jest jednak tutaj plusem, szczególnie, gdy Kitano przenosi zachowanie yakuzy na grunt amerykański. Mamy tutaj więc standardowe dla niego odcinanie palców, harakiri i tym podobne atrakcje, które wypadły stosunkowo dobrze.
 Ogólnie jednak jestem bardzo rozczarowany tym filmem, który oprócz przesadnej brutalności wlecz się bardzo wolno, a zerowemu tempu towarzyszą niemal zerowe dialogi i równie szczątkowa fabuła. Tak słabego Kitano jeszcze nie widziałem.





niedziela, 22 stycznia 2017

Groza nudy

Reinkarnacja (Rinne)
Japonia 2005
reż. Takashi Shimizu
gatunek: horror
zdjęcia: Takahide Shibanushi
muzyka: Kenji Kawai

Wędrując po meandrach kinematografii od czasu do czasu trafia mi się do obejrzenia japoński film grozy. Wielu uważa, że azjatyckie horrory to te najstraszniejsze i posiadające najlepszy klimat, zaś Japonia tworzy tego typu produkcje masowo i za sprawą choćby serii Ringu czy Ju-on wielu twórców może jeździć na rozpoznawalnej w świecie marce. Niestety jak się okazuje, że tak jak nie każdy czarny musi dobrze grać na basie, tak i nie każdy japoński reżyser potrafi solidnie przestraszyć.


Początkująca aktorka Nagisa Sugiura (Yûka) wierzy w reinkarnację i jest pewna, że w poprzednim życiu została zamordowana. Aby spróbować przypomnieć sobie to uczucie staruje w castingach na role postaci, które giną w czasie filmu. Pewnego razu zostaje zaangażowana do filmu, który opowiada prawdziwą historię masowego mordu w hotelu...


Filmów grozy, których akcja rozgrywa się w nawiedzonych hotelach było w historii kina już całkiem sporo. Do najsłynniejszych należą na pewno adaptacje prozy Stephena Kinga: Lśnienie i 1408, całkiem sporo było też filmów, gdzie głównym strachem były lalki: choćby seria Laleczka Chucky czy spin off Obecności, czyli Annabelle. Tutaj zaś twórcy zdecydowali się trochę połączyć nawiedzone hotele i równie nawiedzone lalki dodając do tego jeszcze kilka elementów. I co? I nic. Naprawdę nie ma w tym filmie moim zdaniem żadnego fragmentu, który w jakiś stopniu jest straszny czy chociaż w jakimś stopniu niepokojący. Niestety nic nie trzymało mnie przed ekranem - ani nieciekawi, nie dający się lubić bohaterowie czy wcielający się w nich postaci, niemrawa skacząca fabuła, brak jakiejś atmosfery tajemnicy czy napięcia,a już na pewno nie same strachy, które są oklepane i nudne. Jedyne co nie odstaje od normy to muzyka, która jest odpowiednia do gatunku, jednak nie jest też nic, czego wcześniej nie słyszeliśmy w filmach grozy.
 Także oczekiwałem czegoś lepszego, filmu będącego chociaż średniakiem. Niestety jest duże rozczarowanie i odradzam tym, którzy nie są fanatykami azjatyckich straszaków.






wtorek, 10 stycznia 2017

Fala zbrodni

Wściekłość (Outrage)
Japonia 2010
reż. Takeshi Kitano
gatunek: dramat, gangsterski
zdjęcia: Katsumi Yanagijima
muzyka: Keiichi Suzuki

W tym roku opisywałem już jeden z filmów Takeshiego Kitano, komedię Ryuzo i siedmiu najemników, zaś trochę wcześniej, bo we wrześniu zeszłego roku miałem okazję obejrzeć Zatoichiego. Jednak tego znanego aktora i reżysera świat najbardziej kojarzy dzięki brutalnym filmom o tematyce mafijnej. Także zdecydowałem się kontynuując oglądanie jego filmów na właśnie tego typu...rozrywkę.  


Szefowi klanu yakuzy, Kan'naiemu (Sôichirô Kitamura) nie podoba się  zdobywaniu większych wpływów bossów mniejszego szczebla, w tym Ikemoto (Jun Kunimura), Murase (Renji Ishibashi), Katô (Tomokazu Miura) czy Ôtomo (Takeshi Kitano). Postanawia więc wykorzystać swe wpływy na wzajemnym skłócaniu członków gangu.


W tym filmie Kitano niszczy mit gangstera, jaki często starają się pokazać niektórzy filmowcy. Nie ma tutaj szlachetnym mężów, którzy egzekwują swoje prawa opierając się na swoistych kodeksach honorowych i posiadających jakiekolwiek zasady. Reżyser nie pozostawia też złudzeń, czy bycie gangsterem się opłaca. Bohaterowie filmu wciąż żyją w strachu,a jedna chwila wystarczy, by z myśliwego zmienić się w zwierzynę. Z filmu można dowiedzieć się,tego, że mafia nie wybacza, chociaż to akurat znane jest od dawna. Dobrze w produkcji Kitano funkcjonuje klasyczny motyw sprawowania uzurpatorskiej władzy, jaką tu roztacza Kan'nai. Stosując metodę kija i marchewki z tylnego siedzenia za pomocą różnych podszeptów napuszcza przeciw sobie swych podwładnych, którzy eliminują się z dość wymyślnym i na pewno dużym okrucieństwem. Od połowy film zamienia się wręcz w prawdziwy festiwal przemocy, co bardziej wrażliwi kinomani mogą nie doczekać do napisów końcowych. Jednak nie jest to typowy film akcji. Fabuła rozwija się długo, a całość nakręcona jest w bardzo surowym anturażu. Kitano zamiast na fajerwerkach skupił się na pokazaniu całej mafijnej machiny, która wciąż mocno trzyma się w jego kraju (co pokazuje występująca w filmie bezradna lub nie chcąca reagować policja). Na pewno nie jest to film dla każdego, ogląda się go z duszą na kamieniu jednak choćby dla samego obrazu dość egzotycznych dla nas grup przestępczych można spędzić niemal dwie godziny przed ekranem. 




czwartek, 5 stycznia 2017

Ostatnia akcja

Ryuzo i siedmiu najemników (Ryûzô to 7 nin no Kobun Tachi)
Japonia 2015
reż. Takeshi Kitano
gatunek: komedia kryminalna

Takeshi Kitano uchodzi za jednego z bardziej znanych wciąż żyjących reżyserów i aktorów. Jego popularność wykracza poza Kraj Kwitnącej Wiśni czy cały kontynent docierając też z powodzeniem do Europy czy Ameryki. Jednak na Zachodzie bardziej popularne są jego dosadne, brutalne filmy o tematyce mafijnej lub własna adaptacja przygód Zatoichiego (opisywałem ją zresztą w tym miejscu). W rodzinnym kraju Kitano jednak słynie też z przypadającego do gustu Japończyków humoru i jest autorem kilku komediowych produkcji. O jednej z nich (prezentowanej nawet na Warszawskim Festiwalu Filmowym) właśnie będzie krótko ode mnie. 


Tytułowy Ryuzo (Tatsuya Fuji) jest dawnym członkiem yakuzy, Niegdysiejsza sława brutalnego gangstera z wieloma latami odsiadki na koncie na nikim nie robi już wrażenia, a mężczyzna jest już tylko pogardzanym przez rodzinę balastem. Gdy rodzina syn z rodziną opuszczają dom zostawiając Ryuzo na pewien czas samego ten kontaktuje się z dawnym znajomym, Masą (Masaomi Kondo). Gdy mężczyźni spotykają swego byłego kompana, Mokichiego (Akira Nakao) postanawiają skontaktować się z innymi pozostałymi przy życiu członkami swej grupy...


Jeśli ktoś kiedyś choćby przy pomocy youtube'a widział urywek japońskiego telewizyjnego show rozrywkowego, ten wie, że Japończycy mają bardzo hmm specyficzne, by nie powiedzieć głupie poczucie humoru, które nijak nie współgra ani z tym europejskim, ani nawet amerykańskim. Dlatego też choć inne filmy Kitano zyskały uznanie i na naszym kontynencie, to zapewne pełne slapsticku komedie nie miałyby wystarczająco dużej siły przebicia. 
I ten film właśnie poniekąd jest taką mieszaniną dość refleksyjnych tematów (w mniejszości) z japońską jazdą bez trzymanki w kierunku kloacznego humoru. Naprawdę gdyby film pokierować trochę inaczej mielibyśmy potencjał na naprawdę dobry, dający do myślenia lekki film o przemijaniu i zmianach zachodzących na świecie. Przecież historia ośmiu niegdyś wpływowych, złych mężczyzn, którzy z upływem czasu stali się już tylko marnymi odbiciami siebie sprzed lat, którzy są po części zapomniani i odrzucenie przez społeczeństwo miałaby szansę stać się czymś naprawdę dobrym. Także liczne sceny, gdzie próbuje się wykorzystywać staruszków znaną i w naszym kraju metodą na wnuczka (i w kilka innych sposobów) są naprawdę dobre. Tak jak i zestawienie dawnych opierających się na pewnych kodeksach bandziorów z zastępującymi ich po czasie przestępcach w krawatach i garniturach. Niestety czym dalej, tym gorzej i z każdą kolejną sceną (z nielicznymi wyjątkami) droga, którą obrał Kitano w tym filmie mnie dziwiła i często żenowała. Nie licząc z trzech naprawdę śmiesznych akcentów nie potrafiłem się utożsamić z tym humorem. Dlatego też ogólnie uważam, że nie jest źle, jednak niestety dobrze też nie. Średniak będący produkcją dla odważnych kinomaniaków.





niedziela, 1 stycznia 2017

Opowieść o czterech siostrach

Nasza młodsza siostra (Umimachi Diary)
Japonia 2015
reż. Hirokazu Koreeda
gatunek: dramat

Filmowy rok 2016 zakończyłem obejrzeniem najnowszego filmu wielokrotnie nagradzanego na całym świecie za swe dzieła Hirokazu Koreedy. Film ten zdominował tegoroczną edycję Japońskiej Akademii Filmowej, wziął udział w festiwalach w Cannes i San Sebastian. Także wkraczając rok po swej premierze do naszych kin zyskał pewne uznanie rodzimych krytyków. Także uznałem, że to dobra produkcja na zwieńczenie roku. 


Żyjące w jednym domu trzy siostry: Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho) dostają wiadomość o śmierci swojego ojca, który przed ponad dekadą opuścił rodzinę doprowadzając do załamania nerwowego ich matki. Kobiety wybierają się na uroczystość pogrzebową, gdzie poznają swoją przyrodnią siostrę, dużo młodszą od nich Suzu (Suzu Hirose). Jako że dziewczyna nie ma z kim się podziać postanawiają przygarnąć ją do siebie.


Widzę w tym filmie kilka pozytywów, które ciężko jest zakwestionować. Na pewno trzeba pochwalić piękne lokację, w których nakręcono produkcję. Autorzy wyszli z wielkiego miasta, przenosząc opowieść do małomiasteczkowej Japonii, gdzie życia jest całkiem inne, niż w często eksploatowanego filmowo Tokio (a pociągi tam jeżdżące o wiele bliższe tym naszym). Po drugie urokliwe miejsca zostały świetnie nakręcone. Praca kamery wyciska wszystko, co najlepsze z plenerów, a i nie odstaje w ciasnych pomieszczeniach, gdzie często towarzyszy bohaterkom. Na uwagę zasługuje też rola młodej Suzu Hirose. Dziewczyna bardzo dobrze wypadła w roli najmłodszej siostry - czekam na inne filmy z jej udziałem, jeśli dalej pójdzie filmową drogą świat doczeka się kolejnej porządnej azjatyckiej aktorki. 
Oczekiwałem po tym filmie niejako połączenia niedawnego Patersona z Mustangiem. Z tego pierwszego wyciągać miał afirmację prostego, zwyczajnego życia, z drugim zaś kojarzyć miał się ustanowieniem w centrum akcji kilku siostrzanych bohaterek stawiających czoła światu. I o ile trochę jest podobny do obu filmów, to jednak do każdego z nich sporo mu brakuje. Twórcy wspominanych tytułów przedstawiają nam sytuację w sposób, jaki Koreeda ledwie zarysowuje. Niestety codzienność pokazana przez Jarmuscha wypada na ekranie o wiele lepiej, niż ta uchwycona przez Koreedę. Fabularnie mamy więc pewnego rodzaju telenowelę, która niby zahacza o kilka ważnych tematów, jednak przeważnie snuje się po fabularnych bezdrożach w nigdzie nie zmierzającym kierunku. Wydaje się, że akcja skupia się tutaj przeważnie na wspominaniu zmarłych i ich czynów, oraz przygotowywaniu jedzenia. Trochę to wszystko takie nijakie. Jednak patrzy się na całość z nieskrywaną sympatią, zarówno do bohaterek, jak i ich zwykłych, codziennych czynności. Nie jestem pod aż tak wielkim wrażeniem tego tytułu, jednak też przyznaję, że daleko mu do łatki produkcji nieudanej. Solidne kino hmm egzystencjalne.





czwartek, 15 grudnia 2016

Ronin

Straż przyboczna (Yôjinbô)
Japonia 1961
reż. Akira Kurosawa
gatunek: dramat, akcja

W 1964 roku Sergio Leone nakręcił pierwszą część Dolarowej Trylogii z Clintem Eastwoodem, czyli Za garść dolarów. Wspominam o tym ze względu na to, że fabuła była niemal identycznym przeniesieniem do westernowego klimatu opowieści Kurosawy. Japoński reżyser zaskarżył producentów filmu Włocha o wykorzystanie pomysłu bez jego zgody i nawet zasłużenie wygrał proces. 


Japonia XIX wieku. Do miasta, w którym trwa walka między dwoma skonfliktowanymi klanami przybywa samotny samuraj, Sanjuro (Toshirô Mifune). Szybko daje się poznać jako przerastający wszystkich umiejętnościami mistrz miecza. Obaj lokalni watażkowie próbują przeciągnąć samuraja na swoją stronę, ten jednak woli przyglądać się ich zmaganiom przesiadując w oberży Gonjiego (Eijirô Tôno). Tymczasem do miasta powraca po długiej nieobecności brat z jednego z bossów - Unosuke (Tatsuya Nakadai). 


Pierwsze, co rzuca się w oczy (i myśli) to fantastyczny klimat, jaki towarzyszy miasteczku. Oglądając film faktycznie można się przenieść w czasie do Japonii czasu anarchii. Oprócz wiernie odwzorowanego miasta swoje robi tu także bardzo odpowiednia muzyka, ze świetnym motywem przewodnim na czele. Także gra aktorska stoi tu na wysokim poziomie - mamy przede wszystkim Toshirô Mifune, który swą obecnością dodaje zawsze co najmniej jeden punkt do filmu, w którym gra. Dodatkowo jego oponentem jest tutaj drugi gigant japońskiego aktorstwa - Tatsuya Nakadai. Choć ci aktorzy spotykali się na ekranie przez ponad ćwierć wieku (1954 do 1980) w aż czternastu wspólnych produkcjach, to oglądanie ich razem nigdy się nie znudzi. 
Jak kiedyś już wspominałem samurajskie filmy mają coś z westernów i śmiało można ten film nazwać easternem - zmienia się kultura i kontynent, colty są zastępowane przez katany (choć jeden z bohaterów posługuje się pistoletem), lecz wszystkie prawidła. jakimi rządzi się gatunek pozostają niezmienne (dlatego też Leone bez problemów mógł splagiatować film). 
Niestety ząb czasu też dosięgnął tę produkcję, co widać boleśnie przy scenach walki. Niestety po ponad pół wieku od premiery pojedynki na miecze prezentują się bardzo, ale to bardzo słabo z technicznego punktu widzenia. Wiadomo, że wówczas nie istniały efekty specjalne, jakie znamy dzisiaj i wszystko musiało być bardziej teatralne i umowne, jednak nie sposób nie odjąć co najmniej  punktu filmowi, gdyż po prostu walki bez krwi, ran, obrażeń wyglądają po prostu źle.
Jednak generalnie warto przenieść się do tego miasteczka, by poznać losy jego mieszkańców i samuraja znikąd. Choćby dla naprawdę dobrze nakręconych zdjęć, genialnemu aktorstwu i pasującej co całości muzyki. 




sobota, 10 grudnia 2016

Tokio w mroku

Bullet Ballet
Japonia 1998
reż. Shinya Tsukamoto
gatunek: dramat

W krajach Azji Wschodniej każdego roku powstaje multum różnorodnych filmów. Niestety dla polskiego widza zdecydowana większość z tych egzotycznych pozycji pozostaje niedostępna. W multipleksach praktycznie nie wyświetla się kina z Azji, kina studyjne od czasu do czasu pokażą jakąś orientalną produkcję, jednak oprócz tego pozostają albo nieliczne festiwale, albo licencja typu torrent. Dlatego bardzo ucieszyła mnie wieść o powstaniu wydawnictwa What Else Films!?, które zajmuje się dystrybucją azjatyckich filmów w Polsce. Sam na pierwszy ogień sięgnąłem po wydany przez nich wcześniej niemal niedostępny w naszym kraju film Tsukamoto, który właśnie opisuję.


Goda (w tej roli sam reżyser) dowiaduje się, że jego dziewczyna popełniła samobójstwo strzelając sobie w głowę z broni palnej. Pogrążony w rozpaczy mężczyzna przemierza ulice Tokio, by samemu zdobyć model pistoletu, z jakiego strzeliła do siebie jego ukochana. Wędrując po najbardziej obskurnych dzielnicach stolicy natrafia na młodociany gang dowodzony przez Ideiego (Tatsuya Nakamura). Tam spotyka Chisato (Kirina Mano). 


Shinya Tsukamoto działający w kinematografii od lat 90. ubiegłego wieku doczekał się w wielu kręgach statusu twórcy kultowego. W ostatnich miesiącach obejrzałem parę jego wyczynów, zarówno jako reżyser (Detektyw nocnych koszmarów), jak i aktor (Ichi zabójca) i szczerze mówiąc jego styl nie przypadł mi do gustu. Jednak biorąc pod uwagę jego obfitą filmografię (37 filmów jako aktor, 21 jako reżyser) wciąż próbuję dorwać się do filmów, które mogą mi się spodobać. Od jakiegoś roku chciałem obejrzeć wysoko oceniany Bullet Ballet, jednak ciężko było to zdobyć. Teraz jednak, gdy już się to udało i film obejrzałem czuję się bardzo rozczarowany. Po prostu styl, w jakim powstał zupełnie do mnie nie trafia. Rozumiem, że rwany montaż i niedbale prowadzona kamera z ręki to nie efekt niedouczenia reżysera, a element zamierzony, jednak nie przekonują mnie zupełnie tego rodzaju zabiegi. Także sama fabuła filmu jest strasznie płytka i zupełnie mnie nie absorbowała. Bohater miota się po melinach i zakazanych zaułkach, dostaje baty od młodocianych gangusów, później zaś gania się z nimi po mieście. Film jest krótki, jednak i tak zamiast pełnego metrażu można byłoby zrobić z niego krótką etiudę. Oczywiście niektórzy będą próbowali dopatrzyć się w filmie przedstawienia dwóch światów - tego zwykłych, porządnych ludzi i tego drugiego - brudnego, nocnego świata marginesu społecznego. Jednak żadne drugie dno nie przysłoni dla mnie faktu, że film jest po prostu słaby. Duży zawód. 





wtorek, 6 grudnia 2016

Stary człowiek i morze

Łuk (Hwal)
Korea Południowa, Japonia 2005
reż. Ki-duk Kim
gatunek: dramat


Reżyser Ki-duk Kim to wraz z Chan-wook Parkiem to najbardziej znany twórca filmowy pierwszej dekady XXI wieku. Sam w zeszłym miesiącu zachwycałem się jego filmem Wiosna, lato, jesień, zima...i wiosna dlatego też z chęcią zainteresowałem się innymi filmami tego reżysera. Na pierwszy ogień poszedł opisywany właśnie film.


Sześćdziesięciolatek (Seong-hwang Jeon) mieszka na dryfującej po morzu łodzi. Wraz z nim statek zamieszkuje szesnastoletnia dziewczyna (Yeo-reum Han), którą mężczyzna uratował i przygarnął dekadę wcześniej. Oboje czekają na 17. urodziny dziewczyny, kiedy to będzie ona mogła wyjść za starszego pana. Uczucie między tą dwójką mąci przybycie na łódź młodego chłopaka (Ji-seok Seo).


Nacechowane artyzmem filmy Ki-duk Kima na pewno nie są dziełami dla każdego. By było docenione ich piękno muszą one z pewnością trafić na odpowiednią niszę odbiorców. Jak mało który twórca Koreańczyk z minimum formy potrafi przekazać bardzo dużo treści. Taki też jest jego Łuk, film pełen wielu ukrytych symboli i niedopowiedzeń. Film, w którym dwójka bohaterów nie wypowiada ani jednego słyszalnego dla widza słowa, a swoje uczucia oddają za pomocą mimiki, gestów czy zachowania. Sam film można odczytywać na dwojaki sposób, dosłownie, jak i symbolicznie. Do tego dochodzi niespotykana, piękna muzyka, która dobrze dopełnia całość. Niestety film, choć bardzo podobny do wspomnianego wcześniej Wiosna, lato, jesień, zima...i wiosna nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. Jest to po prostu niezła produkcja oferująca widzowi 90 minut pięknych kadrów i zadumy. Tylko tyle i aż tyle.




czwartek, 3 listopada 2016

Narodziny Kręgu

The Ring - Krąg 0. Narodziny (Ringu 0: Bâsudei)
Japonia 2000
reż. Norio Tsuruta
gatunek: dramat, horror

Dla większości nawet niedzielnych miłośników filmu znana jest seria Ringu, zapewne dzięki hollywoodzkiemu remake'owi z Naomi Watts w roli głównej. Ringu jak i amerykański Ring są moim zdaniem jednymi z najlepszych horrorów, jakie powstały,ich kontynuacja także stoi na całkiem przyzwoitym (choć gorszym od podstawowej historii) poziomie, a Zachodnia wersja, co dziwne podobała mi się nawet chyba bardziej. Także do filmu będącego prequelem jedynki podchodziłem z pewnymi nadziejami, że znowu obejrzę przyzwoity film z tej serii. 


Sadako (Yukie Nakama) chodzi do szkoły średniej. Nieakceptowana przez rówieśników zapisuje się do kółka teatralnego, które przygotowuje aktualnie przedstawienie. Odtwórczyni głównej roli wkrótce potem ginie w dziwnych okolicznościach. Reżyser decyduje się przekazać jej rolę Sadako...


Totalnie zawiodłem się na tym filmie. Jeśli w oryginale po obejrzeniu kasety umierało się po siedmiu dni, to po obejrzeniu tego filmu trzeba będzie dochodzić przez siedem dni do siebie odzyskując powoli chęć na obejrzenie jakiegokolwiek filmu. To co zaserwował nam tutaj Tsuruta woła o pomstę do nieba. Nawet nie będę wypisywał minusów skupiając się tylko na plusach. A że plusów nie ma to i tę część pominę. Dostajemy niestraszny horror pozbawiony sensu i klimatu, doprawiony jakimś pseudodramatem głównej bohaterki, która zachowuje się jak prekursor emo. Zmuszałem się do oglądania kolejnych scen tej 100 minutowej produkcji, choć i tak zajęło mi to dwa dni. Niestety tym filmem producenci chcieli połasić się na łatwy pieniądz fundując widzom niesamowity bubel. Aż strach pomyśleć, jak wyglądaj kolejne filmy żerujące na naprawdę dobrym oryginalnym pomysłem zaczerpniętym z książki Suzukiego. Ale biorąc pod uwagę sam tytuł Jason vs Sadako czy Sadako vs Kayako musi to być bardzo wysublimowana rozrywka zarezerwowana tylko dla nielicznej elity intelektualnej...A co do opisywanego filmu - stanowczo odradzam! 





poniedziałek, 31 października 2016

Z miłości do złota

Ukryta forteca (Kakushi toride no san akunin)
Japonia 1958
reż. Akira Kurosawa
gatunek: przygodowy

Dla niektórych, gdy zobaczą datę powstania tego filmu może być to kolejny nieinteresujący stary ramol opisywany na blogu (w dodatku z Japonii). Jednak może część osób zmieni zdanie i zachęci do obejrzenia filmu fakt, że ta produkcja Kurosawy w pewnym stopniu wpłynęła na powstanie sagi Gwiezdnych wojen. W jaki sposób? O tym przeczytacie poniżej. 


Dwaj wieśniacy, Tahei (Minoru Chiaki) i Matakishi (Kamatari Fujiwara) przemierzają zniszczoną wojną domową średniowieczną Japonię. W pewnym momencie natrafiają na księżniczkę przegranego klanu, Yuki (Misa Uehara) i eskortującego ją generała Makabe (Toshirô Mifune). Pomagają mu odnaleźć przechowywane nieopodal niedostępnej fortecy złoto należące do klanu, a później ruszają razem przez terytorium wroga do granicy przyjaznego państwa...


Film ten, w Polsce znany również pod tytułem Trzej niegodziwcy w ukrytej twierdzy jest z jednym z mniej poważnych dzieł Kurosawy, który zasłynął przecież z dramatów historycznych, filmów psychologicznych czy cięższego gatunkowo dramatu samurajskiego. By móc jednak realizować swoje artystyczne dzieła musiał też tworzyć lżejsze, bardziej komercyjne produkcje, w tym właśnie tę. Był to też pierwszy film reżysera nakręcony w formacie obrazu 16:9. Choć pewne sceny filmu się zestarzały (jak na przykład momenty walk mieczem), a technika i sposób kręcenia obrazu poszedł przez te niemal 60 lat mocno do przodu, to fakt, iż Kurosawa był filmowym wizjonerem wpływa na lepsze starzenie się jego produkcji. Śmiało można powiedzieć, że Japończyk wyprzedził swą filmową epokę o dobrą dekadę, dzięki czemu film ten technicznie w swym czasie był dziełem pionierskim. 
Siłą produkcji nie jest może historia, która jest przeciętna, a jak na tego twórce to wręcz słaba, czy wówczas efektowny, a dzisiaj raczej nie wyróżniający się sposób montażu jest gra aktorska i sposób wykreowania postaci. Dwóch bufonowatych, mało rozgarniętych wieśniaków łasych na pieniądze to może dzisiaj już mało oryginalny temat, jednak wówczas coś nowego. To, jak zostali sportretowani to także klasa sama w sobie - takich dwóch zgryźliwych tetryków ze świecą szukać. Sekundują im świetny jak zawsze Mifune i urocza Uehara. Także do dzisiaj może podobać się muzyka, jaka powstała na potrzeby filmu.
Wracając do początkowego zagadnienia związanego z Gwiezdnymi wojnami to ich twórca, George Lucas nadał tworząc Nową nadzieję licznym postaciom nadał cechy podobne do bohaterów opisywanego filmu - R2-D2 i C3PO to przeniesieni w realia gwiezdnej sagi wieśniacy, Obi - Wan Kenobi to osoba o charakterze Makabe (Lucas chciał nawet, by w Gwiezdnych wojnach w rolę Obi - Wana wcielił się Mifune, ten jednak propozycji nie przyjął), księżniczka Yuki zaś to jak łatwo się domyślić Leia. Także sposób montażu i ścieżka muzyczna zostały zaczerpnięte z filmu Kurosawy.
Oczywiście dzisiaj zaliczyłbym ten film do produkcji, które powinny trafić raczej do koneserów kina niż do szerszej publiczności. Nie jest to także moim zdaniem jeden z topowych filmów Kurosawy. Jednak jeśli chce się poszerzyć horyzonty filmowe ten film jest jak najbardziej wart polecenia.





czwartek, 20 października 2016

Rebelia

Bunt (Jôi-uchi: Hairyô tsuma shimatsu)
Japonia 1967
reż. Masaki Kobayashi
gatunek: dramat


Wielu ludzi ekscytuje się okresem samurajskim w Japonii i tamtejszą epoką bakufu (czyli szogunatem). Jednak ten trwający przez siedem wieków okres feudalnej władzy władców wpływających na każdy aspekt życia swych poddanych doczekał się też wielu krytyków. I jak w przypadków filmów, które opiewały zdobywanie Dzikiego Zachodu i utrwalały pozytywny wizerunek kowbojów powstały też swoiste antywesterny (m.in. te Sergio Leone), tak oprócz japońskich filmów pokazujących czas szogunów, jako okres prosperity dla kraju powstały te, które pokazywały wszystkie wady tego systemu. Przykładem jest ten właśnie film.


Japonia, pierwsza połowa XVIII wieku. Do zajmującego wysokie stanowisko wśród współpracowników lokalnego władcy mistrza miecza Isoburo Sasahary (Toshirô Mifune) przybywa pałacowy urzędnik wysokiego szczebla przynosząc rozkazy władcy. Nakazuje on synowi Isobury, Yogoro (Takeshi Katô) poślubienie swej kochanki i matki jednego ze swych potomków, Ichi (Yôko Tsukasa). Sasahara z szacunku dla władcy zgadza się na to, choć niechętnie. Po pewnym czasie, kiedy następca tronu umiera i okazuje się, że syn Ichi staje się nowym dziedzicem władca wzywa Ichi ponownie do swojego zamku. Isoburo i Yogoro odmawiają wydania kobiety.


Obserwujemy losy walki z opresyjnym systemem Isobury, w którego po mistrzowsku (jak zawsze) wcielił się Toshirô Mifune. Postać ta wiedzie niezbyt udane życie osobiste, gdyż mimo posiadania synów, których darzy szacunkiem i miłością został wcześniej zmuszony do poślubienia zołzy, której nie tylko nie kocha, ale i nie lubi (wydaje się, że z wzajemnością). Chciałby więc, by jego synowie mieli bardziej szczęśliwe życie rodzinne niż on sam. Dlatego, gdy odkrywa, że jego syn jest zadowolony ze swej żony postanawia sprzeciwić się postanowieniu władcy, próbując walczyć o godność ludzką, choć z góry wie, jak ta walka jest beznadziejna. 
Film ukazuje okres szogunatu, jako całkowite podporządkowanie bezwolnych mas (nawet tych najwyższej klasy, jak rodzina Sasahara) w stosunku do woli władców. Ludzie zależą tu od woli cesarza nie tylko tej politycznej czy gospodarczej, a ingeruje się w ich najbardziej intymne i prywatne sprawy. Produkcja Kobayashiego jest więc polemiką z pozytywnym obrazem tej epoki, warto dodać, że polemiką bardzo celną i wymowną.
Jest to niewątpliwie brawurowo zagrana i świetnie nakręcona (co ciekawe reżyser sposób przedstawienia niektórych scen wzorował na...Matce Joannie od Aniołów Kawalerowicza) produkcja, które jak wiele innych japońskich filmów tamtych czasów jest zrealizowana nieco teatralnie. Większość filmu to toczone w domowym zaciszu rozmowy bohaterów, w których akcji jest tyle,co kot napłakał, jednak dla koneserów kina brak akcji będzie rekompensowany przez najwyższej klasy dialogi, świetnie zrealizowaną scenografię oraz wyrafinowaną grę aktorską. Ostatnie sceny przedstawiające właściwą walkę to zaś moim zdaniem najsłabszy element filmu, gdyż sceny walki mieczem w produkcjach sprzed pół wieku wyglądają dzisiaj bardzo archaicznie. 
Niemniej jednak film jest jak najbardziej wart polecenia i stanowi jedno z największych arcydzieł nie tylko japońskiej, ale i światowej kinematografii. Solidna filmowa uczta!



P.S. Moim zdaniem polskie okładki i plakaty starych filmów samurajskich są najlepsze w swym rodzaju. A świetny plakat do tego filmu to jest ścisły top topów pod tym względem. Jak to się ma do obecnych plakatów? 





niedziela, 9 października 2016

Zbrodnia nieoczywista

Rashomon
Japonia 1950
reż. Akira Kurosawa
gatunek: dramat

Akira Kurosawa uznawany za jednego z najlepszych reżyserów w historii kina pozostawił po sobie trzydzieści dwa wyreżyserowane filmy. Moim długofalowym celem jest obejrzenie jak najwięcej, o ile nie wszystkich z nich. Jestem wciąż dopiero na początku drogi do tego, a tym razem chcę w kilku zdaniach opisać jeden ze starszych filmów japońskiego mistrza.


Średniowieczna Japonia.W ruinach świątyni kilku wędrowców skrywa się przed deszczem. Dla zabicia czasu jeden z nich (Takashi Shimura) zaczyna snuć historię, która wydarzyła się w pobliskim lesie kilka dni wcześniej, gdy na podróżujące małżeństwo (Machiko Kyô i Masayuki Mori) napadł bandyta Tajômaru (Toshirô Mifune). 


Kurosawa w tym filmie sprzed 66 lat tworzy moralitet o ludzkiej naturze. Widzimy to samo wydarzenie opowiedziane z perspektywy czterech uczestników (bądź świadków) tego wydarzenia: bandyty, zhańbionej przez niego kobiety, jej martwego męża przemawiającego przez medium oraz drwala będącego świadkiem zdarzenia. Za każdym razem opowieść różni się od tych opowiadanych przez inne osoby, przedstawiając narratora konkretnej historii w jak najlepszym możliwym świetle i wybielając jego czyny w zdarzeniu. W rezultacie mamy więc fakty w postaci martwego mężczyzny, złapanego bandyty oraz zgwałconej przez niego żony nieboszczyka. Jednak dotarcie do prawdy jest niemożliwe, gdyż nie sposób dowieść, kto z opowiadających ma racje, i czy ktokolwiek z nich w ogóle nie kłamie. Szczególnie, że każdy ma powody, by prawdę zataić. 
Kurosawa stworzył film wyprzedzający swe czasy, gdyż nigdy wcześniej podobna narracja nie trafiła do kina, zaś i później podobne filmowe opowieści zdarzały się raczej rzadko. Dobrał kilku swoich ulubionych aktorów, ze świetnym Mifune w roli zdziczałego bandyty na czele, którego plastyczna twarz sprawia, że spisał się świetnie w każdej roli, w jakiej go dotychczas widziałem (moim subiektywnym zdaniem jest to jeden z najlepszych aktorów wszechczasów). Także warstwa realizacyjna zarówno od strony charakteryzacji, przez muzykę po nowatorskie metody kręcenia filmu w ciemnym lesie wyglądają dobrze do dzisiaj. 
Dla ludzi, dla których kino nie zaczęło się wraz z latami 90. ubiegłego wieku jest to pozycja warta uwagi. Uniwersalna wymowa filmu będzie równie zrozumiała dla współczesnego widza z Polski tak samo, jak dla potomków samurajów sprzed ponad 60 lat. Warto.





piątek, 16 września 2016

Rozpad

Ran 
Japonia 1985
reż. Akira Kurosawa
gatunek: dramat, kostiumowy


Są rzeczy trwale wpisane w genach człowieka rozumnego, które istniały w nim od początku pierwszych prymitywnych cywilizacji. Władza i walka o nią, zawiść, zazdrość czy zdrada były znane ludziom od praczasów i opieranie na nich historii towarzyszyć musiało już pierwszym historioopowiadaczom. Te zachowania, podobnie jak i miłość były czytelne w dramatach starożytnej Grecji czy Rzymu, w średniowieczu czy renesansie oraz we współczesności. I to niezależnie od długości geograficznej. Tymi ponadczasowymi cechami operował też William Shakespeare tworząc swe dramaty. A te zaś lubił w swej zjaponizowanej wersji przenosić na ekran legendarny Akira Kurosawa. Kiedyś opisywałem jego azjatycką wersję Makbeta, Tron we krwi, teraz zaś czas na opisanie japońskiej wersji Króla Leara.


XVI wiek, czasy feudalnej Japonii. Starzejący się krwawy władca Hidetora Ichimonji (Tatsuya Nakadai) postanawia przekazać władzę nad swoim małym imperium. Ogłasza swym dziedzicem najstarszego syna, Taro (Akira Terao), zaś pozostałym synom - Jiro (Jinpachi Nezu) i Saburo (Daisuke Ryû) powierza we władanie kluczowe dla państwa fortece. Jednak decyzja głowy rodu nie spotyka się z przychylnością wszystkich zainteresowanych. Wkrótce w kraju zapada chaos...


Monumentalny, w czasie powstania najdroższy w historii japoński film ogląda się jak perfekcyjnie zrealizowany teatr przeniesiony w plener. Każdy ruch czy kwestia jest żywcem wyjęta z teatralnych desek i biorąc pod uwagę fakt, że historia jest zaczerpnięta z jednego z najbardziej cenionych dzieł Szekspira to jest to decyzja akceptowalna. Oczywiście te teatralne maniery mogą niektórych razić, jednak niezaprzeczalnie trzeba oddać perfekcję w każdym zdaniu czy ruchu postaci. Chociaż oczywiście musi to rzutować pewną nienaturalnością pewnych sytuacji. Ale takie piękno teatru. Jest to jeden z najważniejszych filmów w bogatej filmografii japońskiego mistrza kina i dzieło, które zajęło mu najwięcej lat życia. W czasie premiery Kurosawa miał już 75 lat, jednak prace nad filmem trwały aż 10 lat, a samo uszycie kunsztownych strojów dla wszystkich bohaterów zajęło całe dwa lata. Jednak było warto, gdyż piękno strojów uderza w widza po ponad trzech dekadach. Do tego cała kolorystyka, scenografie i lokalizacje - wszystko to w połączeniu ze świetnymi kostiumami powoduje, że oglądający śmiało może osiągnąć orgazm przez oczy. Nie dziwią tym samym aż cztery nominacje do Oscara, kolejno za kostiumy, reżyserię, scenografię i montaż. Finalnie film zgarnął najcenniejszą filmową statuetkę za kostiumy - jak najbardziej zasłużenie. Nie dziwi fakt, że film nie doczekał się zaś nominacji na najlepszy film (przynajmniej nieanglojęzyczny), gdyż jako całość nie jest to może szczyt możliwości kinotwórczych Kurosawy i długi metraż czasami widza po prostu nuży, a i na zaznajomionych z angielskim oryginałem fabuła zbyt oglądającego nie zaskoczy. Dziwi natomiast brak nagród dla fenomenalnego Nakadaia, który swoją rolą popadającego w obłęd krwawego niegdyś Hidetory wzniósł się na wyżyny sztuki aktorskiej. Nie pomylę się zbytnio twierdząc, że kunszt aktorski w połączeniu ze świetnymi kostiumami i charakteryzacją tej postaci dały jedną z najlepszych kreacji aktorskich wszechczasów. Dla kogoś, kto uznaje się za miłośnika kina jest to produkcja obowiązkowa. Nawet jeśli będzie trzeba się męczyć oglądając ten film to naprawdę nie znać nie wypada. Polecam.




niedziela, 11 września 2016

Eastern

Zatoichi 
Japonia 2003
reż. Takeshi Kitano 
gatunek: dramat, przygodowy

Postać Zatoichiego choć w naszym kręgu kulturowym praktycznie nieznana jest w rodzimej Japonii kultowa. Ten niewidomy masażysta i hazardzista, a przy okazji mistrz miecza doczekał się w latach 1962 - 1989 serii 26 filmów o swoich przygodach oraz stu odcinkowego serialu. Niekiedy porównuje się go z jedną z największych ikon współczesnej popkultury, Jamesem Bondem. Bonda jednak grała masa postaci,a oryginalnego Zatoichiego tylko jedna. Aż przyszedł Takeshi Kitano i nakręcił swoją wersję, w której obsadził się też w głównej roli.


Tytułowy masażysta i hazardzista Zatoichi (Kitano) wędruje od osady do osady zarabiając na życie masażem i graniem w kości. Pewnego razu trafia do miasteczka, które jest opanowane przez zwalczające się gangi. Tymczasem do miejscowości przybywają dwie gejsze (m.in. Yuuko Daike), zaś utalentowany ronin Hattori (Tadanobu Asano) zaciąga się do pracy w obstawie jednego z gangsterów.



Japońskie filmy samurajskie mimo wielkiej odległości zarówno geograficznej, jak i kulturowej mają wiele wspólnego z największym (wraz z kinem noir) wkładem amerykańskim w filmografię, czyli westernem. Schemat klasycznego filmu samurajskiego jest niemal identyczny ze schematem klasycznych westernów. Dla potwierdzenia użyję przykładu kultowego filmu Akiry Kurosawy 7 samurajów (do którego od jakiegoś czasu się przymierzam, jednak te trzy i pół godziny seansu trochę mnie przeraża) i jego amerykańskiej wersji w stylu westernu Siedmiu wspaniałych, czyli późniejszego o sześć lat westernowego remake'u Johna Sturges'a. Film Kitano jest także archetypowo westernowy, mamy tutaj samotnego przybysza, który trafia do trapionej bandytami osady i będzie musiał wziąć sprawy w swoje ręce, by przywrócić spokój.
Film ten ma naprawdę dużo plusów, od bardzo dobrze skomponowanej muzyki, przez skrupulatnie wykonaną scenografię i charakteryzację czy naprawdę niezłe przedstawienie japońskiej wioski z okresu Edo (od prac w polu przez przesiadywanie w knajpie czy ówczesnym salonie gier). Niestety był też według mnie dużo mankamentów, które rzucały mi się w oczy zaniżając tym samym ocenę. Głównym z nich jest sama postać Zatoichiego. Już pomijając fakt, że jest on niewidomą odmianą Supermena, który poradzi sobie na raz z 20 uzbrojonymi i wyćwiczonymi przeciwnikami, którzy czasem atakują znienacka, ale też nic sobie nie robi z ataków na niego z broni palnej. Bohater jest po prosty niezniszczalny. I mogę to jakoś z bólem zrozumieć, bo taka konwencja i James Bond, Rambo czy nawet Janosik też byli tego typu kozakami ale problem leży zupełnie gdzie indziej. Postać głównego bohatera jest taka jakaś...nijaka. Naprawdę nie przekonałem się do niego w żadnej scenie, w jakiej pojawił się na ekranie. Na szczęście Zatoichi pojawiał się w sumie dość rzadko jak na postać tytułową. Druga sprawa, która nie przypadła mi do gustu to sceny walki. Naprawdę widziałem kilkanaście filmów, gdzie przedstawiono to lepiej. Już nawet nie wspominam o Kill Bill ale choćby 13 zabójców, a mowa tu o filmie, który aspirował przecież niżej. Także zawiódł mnie pojedynek bohatera z Hattorim. Oczekiwany przecież od samego początku, od czasu kiedy wprowadzono obie postaci. Wiadomo było, że obaj spotkają się na udeptanej ziemi. I przychodzi czas, kiedy stają przeciwko sobie i...i nic. Zamiast zapadającego w pamięć pojedynku mamy jego bardzo żałosny substytut, Szkoda. Także końcowe sceny tańca (murzyńskiego na dodatek) przywoływały raczej kiczowate Bollywood niż wyważone kino samurajskie. Generalnie więc zawód, a szkoda, bo film miał predyspozycje do bycia czymś więcej.