Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Á. de la Iglesia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Á. de la Iglesia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 października 2016

Just Five: Europejscy reżyserzy

Ponad dwa lata prowadzenia bloga to chyba wystarczający czas, aby ruszyć na nim z pierwszym własnym cyklem. W każdy wtorek będę więc tutaj wrzucać zestawienie pięciu nazwisk, tytułów lub scen z filmów, które lubię najbardziej. Będą to zestawienia tematyczne. Nie napiszę, że najlepsze, gdyż nie uważam, żebym miał zdolność do wskazywania tego, co jest w danym temacie najlepsze. Wielu rzeczy w filmach jeszcze nie widziałem, z każdym tygodniem mimo czasem obejrzenia 7-8 filmów lista do obejrzenia zamiast się kurczyć wciąż się poszerza. Dlatego też będą to zestawienia moich subiektywnych ulubionych na dzień dzisiejszy rzeczy/nazwisk. Na pierwszy ogień wkraczają moi ulubieni reżyserzy z Europy. Jako że wszystkich lubię nie będę wskazywać ich w kolejności od najlepszego do najgorszego. Będą po prostu wymienieni alfabetycznie. Ruszamy!

1. Luc Besson


Francuz przeplata filmy genialne z mocno słabymi. Darzę go estymą za wcześniejszy okres jego kariery, gdyż uważam, że Nikita, Piąty element czy przede wszystkim jeden z moich ulubionych filmów Leon zawodowiec. Za te produkcje na pewno i za sto lat będzie wymieniany wśród najbardziej zasłużonych reżyserów w historii kina. Dodać do tego szereg innych dobrych produkcji, jak Joanna D'Arc czy 13 dzielnica  i te tytuły tłumaczą się same. Świetnie potrafi(ł) połączyć sukces artystyczny z komercyjnym. Mam nadzieję, że po słabych filmach pokroju Lucy wróci na dobre tory. Przed nim, o ile nie wydarzy się nic złego jeszcze wiele lat kręcenia. 

2. Luis Buñuel


Nieżyjący od ponad trzydziestu lat Hiszpan tworzący głównie we Francji. Swoimi późniejszymi filmami wyprzedził swoje czasy. Jednak prawie dziewięćdziesiąt lat temu zmodernizował światowe kino po raz pierwszy współtworząc wraz z Salvadorem Dalim surrealistyczny majstersztyk Pies andaluzyjski. Także moim zdaniem najważniejsze jego dzieła to to pierwsze, oraz to ostatnie, czyli Mroczny przedmiot pożądania. Artysta kontrowersyjny, nie bojący się podjąć niepopularnych w kinie tamtych lat tematów, jak na przykład w Piękności dnia. Wciąż odkrywam jego filmy i mam jeszcze wiele do nadrobienia. I niezmiernie mnie to cieszy, że będę mógł zobaczyć dużo jego filmów po raz pierwszy.  

3. Álex de la Iglesia


Hiszpan jest chyba najbardziej oryginalnym, nieszablonowym i autorskim twórcom europejskim działającym obecnie na rynku filmowym. Jego filmy wymykają się jakimkolwiek ramom gatunkowym, nie da się ich bezpośrednio zaszufladkować do jakiejś poszczególnej kategorii. Transgatunowe kino de la Iglesii jest szalone, zwariowane i czasem wręcz pozbawione jakiemukolwiek sensowi. Choć produkcje Hiszpana nie są może ogólnie najwyższych lotów, to wnoszą wiele do europejskiego kina. Wystarczy obejrzeć Wredne jędze, Hiszpański cyrk czy Dzień bestii, by się o tym przekonać. Jednych może bardzo szybko zniechęcić, inni równie szybko go pokochają. Po średnio udanym anglojęzycznym filmie The Oxford Murders udanie wrócił do filowania w rodzimym kraju. Czekam na jego kolejne filmy.

4. Sergio Leone 


Włoski reżyser, któremu sławę przyniosły nakręcone w Europie anglojęzyczne westerny z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Przedwcześnie zmarły ponad ćwierć wieku temu nie pozostawił po sobie imponującej filmografii, jednak większość tego, co nakręcił oparło się próbie czasu i do dzisiaj pozostaje kanonem gatunku. Trylogia dolarowa czy Pewnego razu na Dzikim Zachodzie choć nakręcone jako antywesterny są do dzisiaj wymieniane jako najlepsze filmy gatunku wszech czasów. To mówi samo za siebie. 

5. Roman Polański 


Człowiek, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Mój ulubiony polski autor filmów, który nigdy nie zszedł poniżej pewnego przynajmniej dobrego poziomu. Abstrahując od jego dawnych problemów prawnych jest to jeden z najwybitniejszych twórców, jakich wyszkoliła polska ziemia. Nie ma co tu dużo pisać, każdy chyba doceni kunszt takich filmów, jak Pianista, Frantic, Lokator czy Chinatown. Bardzo czekam na jego najnowszy film. 


Zdaję sobie sprawę, że brak uznanych mistrzów zarówno współczesnych (Werner Herzog, Lars von Trier) czy dawnych (Andrzej Wajda, Ingmar Bergman czy Alfred Hitchcock) jednak założenia są takie, by wskazać tylko pięć nazwisk. Może kiedy w przyszłości będzie lista pięciu dawnych reżyserów lub pięciu współczesnych znajdą się na niej inne nazwiska. Nawet jeśli uważam, że któryś z ludzi, którzy nie znaleźli się w zestawieniu jest lub był lepszym twórcom to jak zaznaczyłem na początku nie wskazuję tutaj najlepszych, a tych których lubię najbardziej, a to pewna różnica. Zapraszam do komentowania!

niedziela, 26 lipca 2015

Ksiądz, satanista i wróżbita na tropie Szatana

Dzień bestii (El día de la bestia)
Hiszpania 1995
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: czarna komedia

Są filmy, które są tak nieprzewidywalne, ciężkie do opisania i dla niektórych trudne w odbiorze, produkcje które trudno zakwalifikować do jakiegoś gatunku, a ilość absurdów przewyższa ilość parafii w Polsce. Większość filmów, które zgadzają się z tym opisem i przy okazji miałem okazję je zobaczyć ma pewną cechę wspólną, którą jest reżyser. Álex de la Iglesia.


Pewien poważany teolog i badacz Biblii, Ojciec Angel Beriartua (Álex Angulo) studiując Apokalipsę św. Jana odkrywa zapisany w niej przekaz, który zdradza datę przyjścia na świat Antychrysta. Ksiądz dowiadując się, że ten wróg ludzkości przybędzie na Ziemię w Wigilię w Madrycie postanawia udać się do stolicy, by go zgładzić. Musi jednak najpierw odnaleźć diabła, by ten wskazał mu miejsce narodzin. Aby go spotkać postanawia grzeszyć na potęgę. W poszukiwaniach pomaga mu poznany w sklepie heavy metalowym fan death metalu, satanista Jose Maria (Santiago Segura). Postanawiają skontaktować się ze znanym na cały kraj specem od wydarzeń paranormalnych, prowadzącego ezoteryczny program telewizyjny profesora Cavana (Armando De Razza).


W Polsce film o czyniącym zło księdzu, który poluje poluje na krew dziewic, profanuje hostie, kradnie, zabija i przyzywa szatana miałby małe szanse na ukazanie. Co ciekawe wydawałoby się, że równie katolicka Hiszpania to też nie jest dobre miejsce na tego typu fabułę. Szczególnie przed dwoma dekadami. A jednak coś takiego się ukazało. Przed kamerą stanął początkujący wówczas de la Iglesia, którego trzeba zaakceptować z całym dobrodziejstwem jego inwentarza lub odrzucić, innej drogi nie ma. Gdy jednak przekonamy się do jego wizji twórczej (miejscami szalonej, brutalnej lub groteskowej) to możemy wynieść z seansu bardzo dużo. Mamy tu do czynienia tym razem z zabawą konwencją, parodią znanego i cenionego horroru Omen. Oczywiście wszystko w typowej dla reżysera oprawie. Poza tym autor wyśmiewa wiele współczesnych mód, jak na przykład postaci typu Wróżbity Macieja czy programy paranormalne. Jednym z bohaterów jest wszak zmiksowany zlepek Wróżbity Macieja z autorem popularnego swego czasu u nas programu Nie do wiary. Inna sprawa to sama egzystencja szatana, bo czy pozostający na psychotropach trzej szaleńcy to wiarygodne gremium?
Ogólnie widać, że producenci nie mieli zbyt dużego budżetu i wiele scen z efektami specjalnymi woła o pomstę do nieba, jednak trzeba też wziąć poprawkę, że mamy rok 1995 więc wtedy nawet najdroższe efekty wyglądały dość biednie. 
Myślę, że ciężko ocenić ten film, każdy inaczej do niego podejdzie jednak jak dla mnie to jest taka mała perełka, z kilkoma rażącymi błędami lecz mimo to warta obejrzenia. Solidne kontrowersyjne kino, jeśli myślało się, że widziało się już wszystko to ten obraz może to wyobrażenie zmienić. 


Mord doskonały?

The Oxford Murders
Wielka Brytania, Hiszpania 2008
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: thriller, kryminał


No i oto mamy historyczny dwusetny post na blogu. I to w niecały rok, tak więc uważam, że jest bardzo dobrze jeśli chodzi o częstotliwość :) Na tą wiekopomną chwilę przypada notka o filmie jednego z moich ulubionych reżyserów - Alexa de la Iglesii, nad którego dziełami zachwycałem się już wcześniej (Hiszpański cyrk, Życie to jest to Las Brujas de Zugarramurdi polecam wszystkie!). Tym razem Hiszpan nakręcił film anglojęzyczny w całkiem gwiazdorskiej obsadzie. Czy mu wyszło?


Młody Martin (Elijah Wood) przybywa z USA do Oxfordu, by tam studiować matematykę. Wynajmuje mieszkanie u pewnej staruszki (, która w przeszłości pomagała w odtajnianiu Enigmy, pani Eagleton (Anna Massey) oraz trzymanej przez nią krótko córki Beth (Julie Cox). Marzeniem Martina jest poznanie wybitnego profesora Arthura Seldoma (John Hurt), który jest starym znajomym staruszki. Chłopak chciałby pisać pracę pod kierunkiem Seldoma, ten jednak nikogo nie uważa za godnego takiego przywileju. W pewnym momencie jednak Martinowi sprzyja szczęście, gdyż Seldom udaje się odwiedzić panią Eagleton. Razem wchodzą do mieszkania, gdzie zastają staruszkę zamordowaną...


Film powstał w oparciu o powieść, której nie znam więc nie wypowiem się na temat zbieżności produkcji z tekstem. Ogólnie jednak oryginał został napisany przez matematyka, więc mogę założyć, że masa naukowego lub pseudonaukowego bełkotu, jaki pojawia się w treści jest wiarygodna. W książce pewnie jest jej jeszcze więcej, jednak dla mnie jako wielkiego adwersarza królowej nauk i tak każda dyskusja matematyczna była tak niezrozumiała, że szkoda gadać.
Sama intryga kryminalna jest poprowadzona poprawnie, a co najważniejsze logicznie pod koniec wyjaśnione. Postaci, które przewijają się w śledztwie przeplatają się z losami Martina i profesora, wszyscy wydają się być dziwnie uwikłani we wszystkie poczynania bohaterów. Taką ciekawą rolę pełni tu między innymi postać pielęgniarki Lorny (Leonor Watling), która ma do zaoferowania o wiele więcej niż dorodne piersi, które w pewnym momencie przytłoczą filigranowego Wooda oraz widzów. Bardzo ciekawe są też postaci poboczne, jak na przykład Podorow czy spotkany w szpitalu ojciec chorego dziecka. Naprawdę intrygują.
Niestety zbrodniczy ciąg morderstw nie wywołuje zbytnio emocji w widzu. Wszystko to dzieje się tak po prostu, ja przynajmniej nie czułem się porażony zbrodniami, które przyjąłem po prostu jako kolejną scenę filmu. W niektórych filmach, oraz wielu książkach scena zbrodni i osoba zamordowanych szokowała i skłaniała do refleksji. Tutaj tego zabrakło. Także cała ta matematyka była moim zdaniem wciśnięta na siłę. Ogólnie mamy do czynienia z całkiem poprawnym filmem, który można obejrzeć i się nie nudzić. Trochę rozczarowała mnie kreacja Wooda, który przez większość filmu zdaje się zagubiony i przytłoczony (nie tylko obfitymi piersiami Watling). Duża w tym rola Johna Hurta, który przebija swą aktorską charyzmą odtwórcę roli Froda kilka razy. Co się zaś tyczy samego reżysera to jest to postać kręcąca filmy pokręcone, często trudne w odbiorze, takie, które albo się pokocha albo znienawidzi już na początku sensu. Tutaj mamy zaś do czynienia z inną maską de la Iglesii, nie jest sobą w swej anglojęzycznej wyprawie. Dlatego wolę go, gdy produkuje filmy w Hiszpanii. To właśnie na nie (i oczywiście Carolinę Bang) czekam z niecierpliwością. A Oxford Murders zobaczyć można ale jednak jest to film co najwyżej prawie dobry. 


niedziela, 8 marca 2015

Człowiek z żelaznym prętem

Życie to jest to (La Chispa de la vida)
Hiszpania 2011
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: komediodramat 
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Joan Valent



Oglądając filmy de la Iglesii trzeba się spodziewać tego, że nie wiadomo czego można się spodziewać. Przeważnie mamy w nich do czynienia z pomieszaniem gatunków, masą absurdów i nadmiarem przerysowanych treści. Opisywany obecnie film jednak także posiada wypisane wyżej cechy, jednak nie aż w tak wielkim stopniu jak inne dzieła tego hiszpańskiego reżysera. Jest mniej hmm zakręcony i przez to inny. Jednak nie oznacza to wcale, że jest on przez to gorszy czy wybrakowany.


Akcja toczy się we współczesnej, ogarniętej kryzysem gospodarczym Hiszpanii. Poznajemy bezrobotnego Roberto Gomeza (José Mota) i jego żonę  Luisę (Salma Hayek). Roberto wspierany przez kochającą żonę od trzech lat szuka pracy, a trudna sytuacja zawodowa w której znalazła się jego żona powoduje, że posiadającej dwójkę nastoletnich dzieci zaczynają kończyć się fundusze na życie. Gomez od dłuższego czasu próbuje znaleźć pracę w swoim zawodzie, a jest specjalistą od reklamy, jednak mimo sukcesów w przeszłości nikt nie chce go przyjąć choćby na pół etatu. Jego koronny argument, czyli fakt, że wymyślił funkcjonujący od lat na całym hiszpańskojęzycznym rynku slogan reklamowy coca-coli nie robi już na nikim wrażenia. Kiedy dawny przyjaciel odmawia mu zatrudnienia w swej firmie załamany Roberto decyduje się jechać do Kartageny, aby wynająć miejsce w hotelu, gdzie przed laty spędził miesiąc miodowy z żoną. Jednak okazuje się, że w miejscu hotelu powstała rekonstrukcja znajdującego się tam przed wiekami teatru rzymskiego. Bohater przypadkowo dołącza do tłumu zwiedzających, a chcąc znaleźć wyjście z budynku trafia na dach czekającej na uroczyste otwarcie konstrukcji. Nakryty przez strażnika zaczyna uciekać i na skutek nieszczęśliwych zdarzeń spada na arenę pechowo nadziewając się głową na wystający tam żelazny pręt. Zaczyna się akcja ratunkowa, która przedłuża się, gdyż każde poruszenie głowy Roberto może spowodować jego śmierć. Mężczyzna widząc zainteresowanie mediów swą sprawą dochodzi do wniosku, że może na tym sporo zarobić ratując tym samym z opresji finansowej swą rodzinę. Zatrudnia nawet agenta (Fernando Tejero), by ten negocjował stawki za wywiad z telewizjami. 


Twórcy filmu pokazują w trochę przerysowany sposób kilka prawideł, na jakich opiera się współczesny świat. Już jedna z pierwszych scen, w których Roberto wchodzi trzymając pod ręką CV do wielkiego budynku, by aplikować do prężnie działającej międzynarodowej korporacji pokazuje sposób funkcjonowania świata Zachodu. Roberto przemierzając kolorowe, choć bezosobowe korytarze, mijając dziwnie wyglądających ludzi, którzy na jednym z najwyższych pięter wieżowca mijają go na rowerach lub hulajnogach, widok dawnego znajomego a obecnie wysoko postawionego pracownika, który nie może się z nim spotkać, bo jak twierdzi sekretarka jest strasznie zajęty, gdy w rzeczywistości pochłania go gra na nintendo Wii jest widokiem przytłaczającym i kompletnie niezrozumiałym do przywykłego do staroświeckich metod pracy Roberta. Ale także daje wyobrażenie obecnych zasad panujących w kapitalistycznym społeczeństwie, gdzie nie ważne jest kim jest człowiek, ale ile potrafił zarobić. 
Drugi bodziec do refleksji daje widzom dalsza część filmu, gdzie nieszczęsny Roberto leży na środku oświetlonej sceny - areny rzymskiego amfiteatru z żelaznym prętem wbitym w czaszkę. Otoczony przez nieporadnych i niewiedzących co czynić lekarzy, tłum gapiów, burmistrza miasta, który robi wszystko, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu a przy okazji jeśli się uda wypromować swe miasto oraz rosnące stado hien jakimi są żądni sensacji dziennikarze. W pewnym momencie za kilkuminutowy ekskluzywny wywiad z bliskim śmierci mężczyzną jest wyceniany na dwa miliony euro. Wszystkie telewizje przeprowadzające bezpośrednią relację na żywo z miejsca zdarzenia pokazują funkcjonowanie dzisiejszych mediów. Ale czy nie jest tak naprawdę? Wystarczy włączyć jedną z polskich telewizji informacyjnych, aby się przekonać jak potrafią one pasożytować wielodniowo na nieszczęściu innych. Tak samo tutaj - czy kogoś, oprócz rodziny obchodzi los Roberta, czy chodzi tylko o wzbudzenie sensacji, poprawienie sobie PRowych notowań, podstawienie pod kamerę swojego produktu? 
Samo parcie na szkło bohatera też jest tutaj dość przerysowane i trochę groteskowe. Mający świadomość wielce prawdopodobnej śmierci mężczyzna zamiast rozmawiać z dziećmi i żoną bardziej interesuje się tym, czy popularny talk show przeprowadzi z nim wywiad i czy aby 200 tysięcy euro to nie za mała stawka. W pewnym momencie cieszy się, że prawa do jego tragedii chce kupić Warner Bros, by nakręcić film na jej podstawie (Roberto zastanawia się wtedy, czy lepiej, by w jego roli zagrał Brad Pitt czy może George Clooney), a nawet powstać ma gra komputerowa (chociaż nikt nie wie jak to ma wyglądać). Postawa Roberta jest więc też bardzo nie na miejscu biorąc pod uwagę jego dość skomplikowaną sytuację. 
Nie jest to film wybitny, jednak polecam każdemu obejrzenie go. 90 minut jakie zajmuje nie spowoduje nikomu wielkiej straty czasu, a można się czasem uśmiechnąć, a czasem zastanowić nad kondycją współczesnej cywilizacji. A dodatkowo obejrzeć urokliwe oblicze dziennikarki, w którą wcieliła się Carolina Bang. Polecam. 





niedziela, 1 marca 2015

Zakochane clowny

Hiszpański cyrk (Balada triste de trompeta)
Hiszpania, Francja 2010
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: melodramat
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Roque Baños

Większość osób w dzieciństwie lubiła cyrk. Gdy tylko ta instytucja zjawia się w mieście niemal wszystkie chcą udać się w je skromne i płatne progi, by ujrzeć na własne oczy spacer po linie, żonglerów, wytresowane zwierzęta, kobietę z brodą, człowieka petardę i ich. Clownów. Clowny są w gronie stu rzeczy, które drażnią mnie najbardziej. Widok dorosłego pokracznego mężczyzny z pomalowaną mordą, ubranego w niedopasowany strój, robiącego za pieniądze dobrze dzieciom zawsze napawał mnie obrzydzeniem i niechęciom. Lęk pierwotny względem przedstawicieli tego niecnego zawodu odczuwam zresztą dziś. I tak się składa, że właśnie muszę opisać film, w którym rywalizuje dwóch z nich.


Pierwsze sceny filmu przenoszą nas do Madrytu roku 1937. Hiszpania jest ogarnięta wojną domową. W czasie trwającego przedstawienia cyrkowego do namiotu wdziera się armia republikańska siłą rekrutując cyrkowców do walki z faszystami zbuntowanego generała Franco. Wśród rekrutów jest clown będący ojcem Javiera. Po zwycięstwie wojsk generała Franco trafia on do więzienia. Później akcja rusza solidnie do przodu, rzucając widza do roku 1973 w końcowe lata panowania dyktatury Franco. Dorosły Javier (Carlos Areces) stara się o przyjęcie do cyrku na posadzie smutnego clowna. Ma tworzyć duet z agresywnym i terroryzującym innych cyrkowców Sergiem (Antonio de la Torre), który swą rolą śmiesznego clowna jest głównym atutem cyrku. Poznaje też piękną Natalię (Carolina Bang), która występuje jako akrobatka. Dziewczyna szybko wpada mu w oko, jednak jak się okazuje jest już zajęta przez Sergia, który jednak traktuje ją często jako worek treningowy. Javier jednak wchodzi w pewną relację z Natalią, co nie podoba się jej mężczyźnie. Między clownami dochodzi do coraz częstszych spięć. 


Ten doceniony na festiwalu filmowym w Wenecji film zaczyna się jako film wojenny, później szybko przechodzi w rasowy melodramat i w tej postaci trwa przez dłuższy czas, a następnie reżyser funduje nam kolejne zmiany. Mamy wtedy do czynienia z bezkompromisową mieszanką groteski, makabry i surrealizmu. Dla kogoś, kto jest już zapoznany z twórczością de la Iglesii częste zmiany gatunkowe nie powinny być niczym nowym, jednak w tej produkcji reżyser funduje widzowi istny kalejdoskop. I wydaje mi się, że jednak tych zmian mamy tutaj za dużo. Mamy zbyt wielką mieszaninę wszystkiego. Zapewne część widzów oglądając poczynania bohaterów poczuje się wyrolowana i nie dokończy seansu. Nie jest to jednak film dla każdego.
Poza tym pod tymi wszystkimi zmianami gatunkowymi kryje się coś jeszcze. Mamy tutaj po prostu zamotaną opowieść o miłości i o tym, co robi ona z człowiekiem. Poznajemy dwóch mężczyzn, których o wiele więcej dzieli niż łączy oraz kobietę, która jest rozdarta między nimi, nie wiedząc co ma poczynić. W rezultacie jej poczynania wykrzeszą z clownów szaleństwo, które pokazuje do czego zdolny jest zakochany człowiek. A choć miłość ta jest chora, skazana od początku na niefortunne zakończenie i tak będzie starał się osiągnąć swój cel.
Nie widziałem wcześniej podobnego filmu i chyba szybko nie zobaczę. Jest to produkcja inna niż jakakolwiek wcześniej. Wiem, że nie każdy dobrnie do końca seansu, jednak polecam każdemu żeby chociaż spróbował. Może się zawiedzie i poczuje obrzydzony. Ale może nie. Warto dać szansę de la Iglesii i historii o zakochanych clownach. 








środa, 11 lutego 2015

Z deszczu pod rynnę

Las Brujas de Zugarramurdi
Hiszpania 2013
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: komedia, horror
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Joan Valent

Nasz kraj omija wiele dobrych filmów. Mimo cotygodniowych premier kinowych wciąż nie licząc może ograniczonych studyjnych projekcji nie jest dane widzom zaznać prawdziwego wyboru. W każdej z sieci kinowych dominują komercyjne filmy amerykańskie, których poziom jest różny. Czasem doprawione jest to jakąś rodzimą produkcją niskich lotów. Dla fanów kina europejskiego nie licząc jakiegoś głośnego tytułu raz na jakiś czas kina nie mają za dużo do zaoferowania. A przecież na naszym kontynencie każdego miesiąca wychodzi wiele solidnych produkcji. Takich jak właśnie opisywany film. Na pewno nie doskonały, mający wiele braków, ale wciąż warty obejrzenia. Którego ani w kinach ani w telewizji raczej się nie doczekamy.


Kilku nieudaczników życiowych dokonuje w przebraniach napadu na sklep, który wydaje się być lombardem. Przebrany za Jezusa Jose (Hugo Silva) zabiera na włam swojego dziesięcioletniego syna Sergia (Gabriel Ángel Delgado), do którego opieki jest w ten dzień zobowiązany. Po udanej kradzieży wraz z innym nieschwytanym przez policję włamywaczem - Tonym (Mario Casas) wsiadają do taksówki Manuela (Jaime Ordóñez) nakazując mu jazdę w kierunku francuskiej granicy. Wraz z wcześniejszym pasażerem taksówki bohaterowie trafiają do cieszącego się złą sławą Zugarramurdi, gdzie akurat odbyć ma się sabat czarownic. Mężczyźni zauroczeni jedną z wiedźm - Evą (Carolina Bang) wplątują się w poważne kłopoty. Tymczasem na poszukiwania syna udaje się matka Sergia (Macarena Gómez), za którą to rusza policyjny ogon.


W tle wszystkich wydarzeń, którymi przeładowany jest film toczy się ciągle dyskusja na temat relacji damsko - męskich. Mamy tutaj wiedźmy, które dążą do podporządkowania sobie wszystkich mężczyzn na Ziemi oraz ekipę kilku nieudaczników, którzy co i rusz użalają się nad tym, jak traktowani są przez płeć piękną. I oglądając produkcję ciężko nie współczuć bohaterom patrząc na ich historię i zmagania z rojem wiedź (angielski tytuł filmu - Witching and Bitching wspaniale oddaje naturę kobiet, przynajmniej tych, które poznajemy w trakcie seansu). 
Ciężko zdefiniować gatunek do jakiego należy najnowszy film de la Iglesii. Mamy tu mieszaninę kina akcji, komedii, horroru, kina drogi czy nawet pewien element dramatu. Wszystko jednak chyba najbardziej zahacza o komedię z morałem uiszczoną w horrorowej konwencji.
Do połowy film trzyma bardzo dobry poziom, później dużo aspektów spada, jednak ogólnie niemal dwie godziny seansu mija bardzo szybko i ogląda się to bardzo przyjemnie. Niektóre aspekty zasługują na wysoką ocenę rzędu 8,5/10, inne są tylko ledwie przeciętne. Jednak całość wypada powyżej średniej i jeśli ktoś nie zrazi się do tematyki czy sposobu pokazania wydarzeń w filmie to na pewno spędzi przyjemnie czas przy tej hiszpańskiej produkcji. Warto obejrzeć też dla wielu trafnych spostrzeżeń zawartych w dialogach między bohaterami (nie raz zdarzy się usłyszeć takie zdania, jak np. Moja córka tak mnie kocha , że postawiła moje zdjęcie koło Justina Biebera) A przy okazji dowie się po co, prócz do latania wiedźmą  służą miotły.