Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Hurt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Hurt. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 marca 2017

Klasyka po latach

Obcy - 8. pasażer 'Nostromo' (Alien)
USA, Wielka Brytania 1979
reż. Ridley Scott
gatunek: horror, sci-fi
zdjęcia: Derek Vanlint
muzyka: Jerry Goldsmith

W maju do polskich i światowych kin zawita film Obcy: Przymierze, który będzie przybliżał nam uniwersum ksenomorfów. Co ciekawe 80. letni reżyser zapowiedział, że nie będzie to jednorazowy powrót, a planuje w sumie jeszcze pięć filmów o Obcym. Czy będą to zapowiedzi typu opowiadania Camerona o powstaniu Avatara 2,3,4, czy bajdurzenia Axla Rose'a o Chinese Democracy 2 i 3 ciężko stwierdzić, jednak zapowiedź tych filmów skłoniła mnie do odświeżenia sobie serii, z której w sumie nie wszystkie filmy widziałem.


Daleka przyszłość. Międzygalaktyczny statek handlowy 'Nostromo' powraca na Ziemię wraz z ładunkiem zabranym w innym punkcie Wszechświata. Załoga statku w pewnym momencie odbiera sygnał, po czym ląduje na planetoidzie, z której dochodził. Podczas rekonesansu jednego z członków załogi atakuje obca forma życia. Gdy na statku pojawia się ósmy pasażer regularna załoga musi stawić mu zagrożeniu. 


Pamiętam, gdy lata temu kilkukrotnie oglądałem późną porą film na emitującym go Polsacie. To było uczucie, jakiego chyba żaden inny film u mnie nie powodował. Może to zasługa młodego wówczas wieku, może fakt, że ogląda się coś zakazanego (bo przecież z ikonką 18+), możliwe, że przez klaustrofobiczną ciasnotę całości i samą osobę Obcego. Nie wiem czemu, ale jednak fakt jest taki, że wiele razy towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki przy seansie przerywanym męczącymi reklamami. Od tego czasu jednak zdążyłem dorosnąć, obejrzeć ponad tysiąc filmów i inaczej odbierać medium filmowe. Dodatkowo po niemal 40 latach, jakie minęły od premiery filmu widać też, że pod pewnymi aspektami czas odcisnął swe bezlitosne piętno na produkcji Scotta. Przeważnie widać to w warstwie nie aktorskiej czy fiction, ale samej science. Statek kosmiczny wygląda dzisiaj bardzo przedpotopowo, a mamy przecież do czynienia z zaawansowaną technologią setki lat po czasach nam współczesnych. Jednak mimo że ta niedziesiejszość odbiera pewną przyjemność to i tak nie powoduje, że da się to oglądać po latach. Już oczywiście nie z taką samą satysfakcją grozy i klaustrofobicznego zaszczucia, jak przed laty ale jednak wciąż dobrze. Aż zazdroszczę tym poszczególnym okazom człowieka, które to jeszcze nie widziały tego filmu - może nie każdy go polubi, ale znać trzeba. A w przyszłości zamierzam kontynuować rendez-vous z Obcym. 


wtorek, 8 listopada 2016

Wsiąść do pociągu

Snowpiercer: Arka przyszłości (Snowpiercer)
Francja, USA, Korea Południowa 2013
reż. Joon-ho Bong
gatunek: sci-fi

Od dłuższego czasu chciałem sobie w wolnej chwili obejrzeć dobrą, dość nową produkcję science - fiction. Przeglądając dostępne filmy wybór mój padł na opisywany właśnie film - adaptację francuskiego komiksu Le Transperceneige zrealizowaną po angielsku przez jednego z lepszych reżyserów koreańskich, Joon-ho Bonga. Zapowiadało się więc całkiem nieźle.


Po nastaniu kolejnej epoki lodowcowej ostatnimi żyjącymi ludźmi są tylko pasażerowie okrążającego glob pociągu, tytułowego lodołamacza. Egzystujący na skraju przetrwania najbiedniejsi uczestnicy podróży ulokowani w ogonie pociągu zamierzają zbuntować się i przekazać przywództwo nad składem jednemu ze swoich, Gilliamowi (John Hurt). Powstanie rozpoczyna Curtis (Chris Evans). By operacja się udała będzie zmuszony do pomocy Namgoong Minsoo (Kang-ho Song), który jako jedyny może otworzyć drzwi do kokpitu twórcy pociągu, Wilforda (Ed Harris)...


Jako że mamy do czynienia z przeniesieniem treści komiksu, by czerpać satysfakcję z oglądania całości trzeba zaakceptować najpierw wiele umowności towarzyszącej realiom, w jakim przyszło żyć bohaterom. Realizm nie jest tutaj w skali 1:1 i pewne rzeczy po prostu należy przyjąć bo tak.
Jeśli w taki sposób podejdziemy do tematu to dostaniemy solidne kino fantastyczne dające widzowi zarówno ciekawy kontekst społeczny, jak i zróżnicowane miejsca akcji oraz same sceny sensacyjne, które wypadają przeważnie dobrze (choć oczywiście logika tu iście komiksowa).
Najwięcej przyjemności czerpałem z oglądania każdego kolejnego przedziału pociągu, który przeważnie zasadniczo różnił się tutaj od poprzedniego. Mamy tu więc szklarnie, akwaria, solaria, szkołę, dyskotekę czy zwykłe miejsca mieszkalne. Choć jak dla mnie i tak nie pokazano wystarczająco dużo przedziałów, by w sposób normalny dać miejsce zamieszkania wszystkim podróżnym. 
Film to klasyczny przykład dystopii połączonej z kinem drogi. Oglądaliśmy to wszystko już kilka razy, jednak dzięki oryginalnemu przeniesieniu akcji do pędzącego pociągu zanika uczucie deja vu. 
To, co szwankuje zaś najbardziej to słabe. budżetowe efekty specjalne, szczególnie obraz z góry ukazujący jadący przez skuty lodem świat pociąg.  Mogło to wyglądać znacznie lepiej.
Jednak jako całość mamy do czynienia z ciekawym i poprawnie zrealizowanym pomysłem - nie jest to film z najwyższej półki, jednak mający mimo wad przewagę plusów, która w rezultacie klasyfikuje film powyżej średniej. Warto obejrzeć.





niedziela, 26 lipca 2015

Mord doskonały?

The Oxford Murders
Wielka Brytania, Hiszpania 2008
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: thriller, kryminał


No i oto mamy historyczny dwusetny post na blogu. I to w niecały rok, tak więc uważam, że jest bardzo dobrze jeśli chodzi o częstotliwość :) Na tą wiekopomną chwilę przypada notka o filmie jednego z moich ulubionych reżyserów - Alexa de la Iglesii, nad którego dziełami zachwycałem się już wcześniej (Hiszpański cyrk, Życie to jest to Las Brujas de Zugarramurdi polecam wszystkie!). Tym razem Hiszpan nakręcił film anglojęzyczny w całkiem gwiazdorskiej obsadzie. Czy mu wyszło?


Młody Martin (Elijah Wood) przybywa z USA do Oxfordu, by tam studiować matematykę. Wynajmuje mieszkanie u pewnej staruszki (, która w przeszłości pomagała w odtajnianiu Enigmy, pani Eagleton (Anna Massey) oraz trzymanej przez nią krótko córki Beth (Julie Cox). Marzeniem Martina jest poznanie wybitnego profesora Arthura Seldoma (John Hurt), który jest starym znajomym staruszki. Chłopak chciałby pisać pracę pod kierunkiem Seldoma, ten jednak nikogo nie uważa za godnego takiego przywileju. W pewnym momencie jednak Martinowi sprzyja szczęście, gdyż Seldom udaje się odwiedzić panią Eagleton. Razem wchodzą do mieszkania, gdzie zastają staruszkę zamordowaną...


Film powstał w oparciu o powieść, której nie znam więc nie wypowiem się na temat zbieżności produkcji z tekstem. Ogólnie jednak oryginał został napisany przez matematyka, więc mogę założyć, że masa naukowego lub pseudonaukowego bełkotu, jaki pojawia się w treści jest wiarygodna. W książce pewnie jest jej jeszcze więcej, jednak dla mnie jako wielkiego adwersarza królowej nauk i tak każda dyskusja matematyczna była tak niezrozumiała, że szkoda gadać.
Sama intryga kryminalna jest poprowadzona poprawnie, a co najważniejsze logicznie pod koniec wyjaśnione. Postaci, które przewijają się w śledztwie przeplatają się z losami Martina i profesora, wszyscy wydają się być dziwnie uwikłani we wszystkie poczynania bohaterów. Taką ciekawą rolę pełni tu między innymi postać pielęgniarki Lorny (Leonor Watling), która ma do zaoferowania o wiele więcej niż dorodne piersi, które w pewnym momencie przytłoczą filigranowego Wooda oraz widzów. Bardzo ciekawe są też postaci poboczne, jak na przykład Podorow czy spotkany w szpitalu ojciec chorego dziecka. Naprawdę intrygują.
Niestety zbrodniczy ciąg morderstw nie wywołuje zbytnio emocji w widzu. Wszystko to dzieje się tak po prostu, ja przynajmniej nie czułem się porażony zbrodniami, które przyjąłem po prostu jako kolejną scenę filmu. W niektórych filmach, oraz wielu książkach scena zbrodni i osoba zamordowanych szokowała i skłaniała do refleksji. Tutaj tego zabrakło. Także cała ta matematyka była moim zdaniem wciśnięta na siłę. Ogólnie mamy do czynienia z całkiem poprawnym filmem, który można obejrzeć i się nie nudzić. Trochę rozczarowała mnie kreacja Wooda, który przez większość filmu zdaje się zagubiony i przytłoczony (nie tylko obfitymi piersiami Watling). Duża w tym rola Johna Hurta, który przebija swą aktorską charyzmą odtwórcę roli Froda kilka razy. Co się zaś tyczy samego reżysera to jest to postać kręcąca filmy pokręcone, często trudne w odbiorze, takie, które albo się pokocha albo znienawidzi już na początku sensu. Tutaj mamy zaś do czynienia z inną maską de la Iglesii, nie jest sobą w swej anglojęzycznej wyprawie. Dlatego wolę go, gdy produkuje filmy w Hiszpanii. To właśnie na nie (i oczywiście Carolinę Bang) czekam z niecierpliwością. A Oxford Murders zobaczyć można ale jednak jest to film co najwyżej prawie dobry. 


niedziela, 3 maja 2015

Herkules: Reaktywacja

Hercules
USA 2014
reż. Brett Ratner
gatunek: przygodowy 

Filmowy Herkules dla mnie ma wciąż twarz Kevina Sorbo. Serial Herkules powstawał w latach 1995-99 i obejmował sześć sezonów. W latach dziewięćdziesiątych był on dla mnie codziennym obowiązkiem serwowanym przez Polsat. Po latach obejrzenie choć jednego odcinka tej produkcji boli, a efekty specjalne doprowadzają do ataku spazmatycznego śmiechu. Jednak pomimo wielu Herkulesów w różnych filmach (i grach - wszak nawet w God of War 3 zmagaliśmy się z Herkulesem, nomen omen o głosie Kevina Sorbo) to wciąż jedynym, kanonicznym Herkulesem jest dla mnie ten serialowy. A jak w takim razie radzi sobie z tą postacią Dwayne Johnson?


Poznajemy Herkulesa (Dwayne Johnson), który po wykonaniu 12 prac zleconych przez bogów jako najemnik podróżuje po świecie wraz z ekipą składającą się z Amfiaraosa (Ian McShane), Autolykosa (Rufus Sewell), Tydeusa (Aksel Hennie), Atalanty (Ingrid Bolsø Berdal) oraz swego siostrzeńca Jolaosa (Reece Ritchie) oferując swe usługi władcą różnych krain. Los wiedzie ich do Tracji, gdazie Herkules decyduje się pomóc tamtejszemu watażce, Kotysowi (John Hurt) w wyszkoleniu armii i pokonaniu zagrażającego jego miastu Resosa. 


Oglądając tę produkcję reżysera m.in. Czerwonego smoka należy zadać sobie pytanie 'Ile jest Herkulesa w Herkulesie?'. I odpowiedź będzie taka, że mało. Oprócz historii jego narodzin i wielokrotnie powtarzanej frazy o 12 pracach mamy raczej dość niekanoniczną wersję mitologicznego Heraklesa (bo w greckiej mitologii to przecież Herakles, Herkulesem stał się dopiero u Rzymian). Równie dobrze mógłby to być jakikolwiek inny heros mitologiczny lub wymyślona od nowa postać. W sumie nawet znany z PlayStation Kratos. Sam Johnosn aktorsko jest dość drewniany ale nie od dzisiaj wiadomo, że aktorską furtkę otwiera sobie przed wszystkim gabarytami. Sama historia nie jest zbyt porywająca i w sumie ogranicza się do tego, co widzieliśmy już wiele razy, z wyróżniającym scenariusz jednym, dość ważnym twistem fabularnym. 
Na plus można zaliczyć natomiast bardzo ładne widoki. Film kręcono wszak w urokliwej Chorwacji, i częściowo na Węgrzech. Stroje całkiem nieźle wyglądają (chociaż oczywiście pomijając ich hmm historyczność czy też mitologiczność), lokacje miast także wyszły twórcom nieźle. 
Mamy do czynienia w dużej mierze z filmową sieczką, gdzie superbohaterzy wyrżną w pień tabuny wrogów przy okazji nawet nie odnosząc skaleczenia. A że w gronie najemników będzie feministyczna półnaga Amazonka jest czasem na co popatrzeć. Co do walki trochę nie rozumiem dlaczego przyszło im stoczyć bitwę z wytatuowanymi dzikusami uzbrojonymi w sierpy no ale widocznie taki był zamysł twórców. Bitwa ogólnie przedstawiona jest całkiem dobrze, jednak za mało tu brudu, kurzu, krwi i innych nieodłącznych dla tego wydarzenia detali. 
Nie jest to zbyt ambitne kino. Posiada wiele niedoróbek i błędów, także aktorstwo nie wybija się na większe wyżyny. Dostajemy jednak całkiem sprawnie zrealizowany film klasy B, na poziomie nowego Conana. Oglądanie nie boli, jest kilka fajnych scen, a przecież nigdy ten film na aspirował do czegoś więcej, Solidny średniak, który można obejrzeć w wolnym czasie.