Popularne posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Beltrami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Beltrami. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Odwilż

Pierwszy śnieg (The Snowman)
Szwecja, USA, Wielka Brytania 2017
reż. Tomas Alfredson
gatunek: kryminał
zdjęcia: Dion Beebe
muzyka: Marco Beltrami

Skandynawskie powieści kryminalne w poprzedniej dekadzie podbiły świat. Popularność na nie zapoczątkowała w dużej mierze twórczość Stiega Larssona i Henninga Mankella jednak moim (i nie tylko moim) zdaniem największe piętno odcisnął na nich norweski pisarz Jo Nesbo i przygody wykreowanego przez niego policjanta Harry'ego Hole. Wreszcie jedna z nich trafiła na duży ekran. Ale czy jest się z czego cieszyć?


W Norwegii wraz z pierwszymi opadami śniegu ginie kobieta. Prowadzący śledztwo policjant Harry Hole (Michael Fassbender) wraz z nową współpracownicą Katrin Bratt (Rebecca Ferguson) odnajdują koneksje między tym przestępstwem, a zbrodniami z przeszłości. Tymczasem Harry musi uporać się ze swoimi kłopotami, wśród których jest też skomplikowana relacja z dawną partnerką, Rakel (Charlotte Gainsbourg).


Parafrazując klasyka dziennikarstwa można powiedzieć, że obsada w tym filmie była dobra i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia też były dobre. Niestety wszystko inne leży i kwiczy niszcząc dobre imię świetnego literackiego pierwowzoru. O ile zakontraktowanie kilku gwiazd światowego formatu (oprócz wymienionych wcześniej pojawia się też J.K. Simmons czy zniszczony życiem Val Kilmer), chociaż akurat trafność wyboru aktora do roli postaci znanej z książki nie zawsze była według mnie akceptowalna (Gainsbourg moim zdaniem nijak nie pasuje do roli Rakel). Do zdjęć i pracy kamery nie można się doczepić. Wespół z zimowymi lokacjami tworzą ciekawy klimat, który jednak jest przetrącony przez sposób prezentowania fabuły. Nie wiem jak można aż tak bardzo spieprzyć gotową całość! Przecież mieli gotową, idealnie wręcz napisaną książkę. Przy tym budżecie wystarczyło tylko przepisać dialogi i odpowiednio skroić oryginał na potrzeby ekranizacji. Generalnie też nie wiem czemu wybrano siódmą z jedenastu dotychczasowych części na start projektu. Może uważano, że jest to jedna z lepszych części (generalnie książkowo jest) aczkolwiek wrzucenie widza w połowie cyklu, nie tłumacząc wcześniej skomplikowanego życia Harry'ego stawia postać głównego protagonisty filmu jako półprodukt - ktoś, kto nie czytał wcześniej książek (a pewnie większość widzów nie czytała) nie ma niemal żadnego prawidłowego oglądu na życie i osobowość bohatera. Jasne, nie trzeba przecież robić ekranizacji w skali 1:1, jednak jeśli nie chce się przedstawić oryginału to może lepiej stworzyć zupełnie inną historię? Cała intryga, w książce perfekcyjnie zarysowana i rozwinięta (Nesbo jest w tym mistrzem) tutaj sprowadza się do kilku mało logicznych działań zarówno bohatera, jak i antagonisty. Z wyjaśnień, z których w książce dowiadujemy się o motywach złego tutaj praktycznie nie dowiadujemy się nic. Wpleciono za to długi i w sumie w oryginale mało ważny wątek polityka granego przez Simmonsa. Generalnie nie polecam tego filmu. Jeśli ktoś chce zapoznać się z Harry'm Hole to odsyłam do książek. Na dobrą ekranizację będziemy musieli jeszcze poczekać. Niestety. 




niedziela, 2 kwietnia 2017

Między nami, mutantami

Logan: Wolverine (Logan)
USA 2017
reż. James Mangold
gatunek: dramat, akcja, sci-fi
zdjęcia: John Mathieson
muzyka: Marco Beltrami

Jak już wiele razy podkreślałem dość łagodnie mówiąc nie jestem fanem filmów o superbohaterach, które w ostatniej dekadzie ku mojemu rozczarowaniu opanowały świat multipleksów i serwisów branżowych. Jako tako lubię Batmana i jego uniwersum, jednak wszystko inne jest mi obce i ogólnie dawno uważam, że jestem za stary na pastelowe przygody facetów w kolorowych rajtuzach. Także przed tym filmem nie znałem postaci Wolverine'a ani jego świata. Jednak kategoria wiekowa inna niż PG13, którą otrzymał Logan skłoniła mnie, by jednak iść i zobaczyć co w trawie piszczy. 


Niedaleka przyszłość. Superbohaterskie mutanty niemal zniknęły z powierzchni Ziemi. Logan (Hugh Jackman) jest podstarzałym, zgorzkniałym facetem, który staje się coraz słabszy. W hangarze na pustkowiu przetrzymuje bliskiego śmierci Charlesa (Patrick Stewart). Nagle w ich życiu pojawia się młoda dziewczyna, Laura (Dafne Keen), która ma w sobie supermoce uderzająco podobne do tych Logana. Dziecko poszukiwane jest przez niejakiego Pierce'a (Boyd Holbrook).


Ciężko jest wskoczyć do filmowego uniwersum, które trwa od lat na ostatni film serii (przed pewnym rebootem za kilka lat). Ja jako osoba całkiem zielona w tym świecie zostałem rzucony na głęboką wodę nie wiedząc często o co chodzi, kim są osoby na ekranie etc. W sumie słusznie, że w setnej części przygód x menów nie tłumaczy się łopatologicznie kto jest kim i czym się zajmuje oraz jakie ma właściwości, a zainteresowani powinni zacząć przygodę z uniwersum od wcześniejszych części. 
Sam film jest dość brutalny, co z jednej strony w porównaniu do innych tego typu produkcji jest plusem, bo przecież gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, jednak same sceny przemocy wywołały u mnie mieszane uczucia. Takie to wszystko nieekskluzywne. 
Mamy do czynienia z konwencją kina drogi pomieszanego ze współczesnym westernem oraz oczywiście kinem superbohaterskim. Gdyby nie było tych wszystkich superwłaściwości, jakimi dysponują bohaterowie uważam, że wyszedłby lepszy film. Także przesadzona (super)końcówka była czymś, co nie przypadło mi do gustu. Opisywany film jest na pierwszym miejscu pierwszego kwartału na liście najlepszych filmów roku według użytkowników filmwebu. Zapewne pozostanie wysoko, dając się wyprzedzić ewentualnie jakiejś animacji czy innemu przedstawicielowi swojego gatunku - tak już wygląda współczesne kino i jego fani. Mnie to nie przekonało - do obejrzenia i zapomnienia. 





wtorek, 24 stycznia 2017

Zombie: początek

Resident Evil 
USA, Francja, Niemcy, Wielka Brytania 2002
reż. Paul W.S. Anderson
gatunek: horror, akcja
zdjęcia: David Johnson
muzyka: Marco Beltrami

Od czasu zagrania w przed niemal dwoma dekadami w drugą część Residenta jestem umiarkowanym fanem serii gier japońskiego Capomu. Z okazji wypadającej właśnie premiery siódmej numerowanej części gry oraz nadchodzącej, podobno ostatniej części filmowych przygód granej przez Jovovich Alice postanowiłem sięgnąć po pierwszy film z logo RE.


W znajdującym się głęboko pod ziemią tajnym ośrodku badawczym zwanym Ulem dochodzi do zakażenia biologicznego. Zarządzająca jednostką sztuczna inteligencja postanawia wybić pracowników znajdujących się na miejscu, by nie doprowadzić do przedostania się skażenia. Po pewnym czasie na miejsce przybywa oddział sił specjalnych, a w raz z nim Alice (Milla Jovovich)...


Do tego filmu jako entuzjasta serii gier podchodziłem cyklicznie już kilka razy w ostatniej dekadzie. Nigdy jednak nie udało mi się go obejrzeć w całości. Do dzisiaj, gdyż postanowiłem w oczekiwaniu na kolejną część gry wreszcie zapoznać się z serią filmową uznając, że może następne części wypadną dla mnie lepiej. I tym razem udało mi się wytrwać te 100 minut przed ekranem i poznać całą historię, jaką ma do zaoferowania Anderson. Obraz ten tylko utrzymał mnie, że język gier jest praktycznie nieprzetłumaczalny na język filmu - po prostu coś, co nawet wypadałoby dobrze na ekranie gracza nijak nie prezentuje się zachęcająco w aktorskiej obróbce dla widza (nawet lubiącego gry). Niestety film Andersona choć operuje kilkoma zbieżnymi z grami nazwami i tematami wydaje mi się, że nijak ma się do tej atmosfery, jaką mamy w cyklu Conami (porównując pierwszą część gry z pierwszą częścią filmu dostajemy przecież całkiem coś rozbieżnego). Do tego zupełnego braku klimatu i atmosfery survivalu dochodzą fatalnie wykonane zombie, wymyślona na kolanie fabuła, tragiczna gra aktorska (kiedyś myślałem, że Jovovich będzie stać na więcej, jednak zaszufladkowała się w tandecie) oraz archaiczne (nawet jak na tamte czasy) efekty specjalne. Dostajemy zatem potworka, który aspirował pewnie do bycia czymś zupełnie innym niż w rezultacie jest. Dziwią mnie więc te całkiem optymistyczne oceny ludzi, ja nie widzę w tym filmie nic zapadającego w pamięć. Jednak zamierzam już niebawem katować się kolejnymi częściami serii - może będzie lepiej?





niedziela, 11 stycznia 2015

Pieskie życie

Brudny szmal (The Drop)
USA 2014
reż. Michael Roskam
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Nicolas Karakatsanis
muzyka: Marco Beltrami

Film ten, który miał wyjść w polskich kinach, a finalnie nie doczekał się dystrybucji w naszym kraju na poziomie dużego ekranu jest nietypowym filmem z założenia sensacyjnym. Akcji tutaj wszak niewiele, a wszystko rozkręca się dość powoli aż do nieoczekiwanego finału. I za to można produkcji Roskama odhaczyć pierwszy plus.


Fabuła produkcji w znacznej części toczy się wokół pewnego małego psa. Grany przez znanego z m.in. Incepcji Toma Hardy'ego Bob Saginowski (jeśli to miało być polskie nazwisko to nie lepiej brzmiałoby Saganowski?) jest barmanem w barze swego kuzyna Marva (ostatnia rola pamiętnego James'a Gandolfiniego szerzej znanego z roli Tony'ego Soprano z kultowego serialu). Wracając z baru do domu znajduje w śmietniku pod domem należącym do Nadii (Noomi Rapace, czyli m.in. Lisbeth Salander ze skandynawskiej ekranizacji trylogii Millenium) skatowanego szczeniaka, którym po namowach Nadii zaczyna się opiekować. Wkrótce jednak pojawia się właściciel psa, dawny chłopak Nadii, Eric (Matthias Schoenaerts)...
Oryginalny tytuł filmu, czyli The Drop w slangu przestępczym oznacza miejsce, w którym to o ustalonej porze spływa z różnych źródeł haracz pobierany dla mafiozów. Bar Marva jest właśnie takim miejscem. Jak się szybko okazuje de facto jest to były bar Marva, gdyż stracił go kosztem czeczeńskich przestępców. 
Fabuła ogólnie jest całkiem niezła i mimo swego niespiesznego rytmu powinna trzymać widza w gotowości. Istnieje jednak kilka nielogiczności, które każdy oglądający szybko powinien wykryć, jednak nie jest to film aspirujący do bycia czymś więcej niż rozrywką na dobrym poziomie, więc można to (po odjęciu oczywiście trochę punktów za ogólną ocenę) mu wybaczyć. 



Film Roskama należy za to bardzo pochwalić za ekipę aktorską. Zarówno występujący w głównej roli Hardy wypada przekonująco w roli niezbyt błyskotliwego, dobrodusznego i stojącego na uboczu Boba, przedwcześnie zmarły Gandolfini pokazuje po raz ostatni swą klasę grając Marva, a szwedzka aktorka Noomi Rapace też bardzo dobrze wywiązuje się ze swego zadania. Tak samo inne role, takie jak gangsterzy, policjant czy Eric. Wszyscy wywiązali się ze swego zadania na piątkę. 
Produkcja ta przeszła w Polsce bez większego echa (co nie dziwi, z braku jej emisji w kinach) lecz mimo kilku dość znacznych nieścisłości fabularnych i pewnego infantylizmu logicznego jest warta obejrzenia, choćby dla zobaczenia Jamesa Gandofiniego po raz ostatni.