Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ł. Simlat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ł. Simlat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 kwietnia 2017

Parafilia

Amok
Polska, Niemcy, Szwecja 2017
reż. Kasia Adamik
gatunek: kryminał
zdjęcia: Tomasz Naumiuk
muzyka: Antoni Łazarkiewicz


Zbrodnia (a jeszcze bardziej zbrodniarz), o której opowiada film swego czasu zyskała rozgłos nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. O ile w wielu wypadkach zastanawiam się dlaczego jeden mord media stawiają na piedestale i informują o nim i jego konsekwencjach przez bardzo długi czas, a inny, bardzo podobny przybiera formę jednodniowego zdania na pasku telewizji informacyjnej, tak tutaj cała otoczka zbrodni była taka, że zainteresowanie dziwić nie mogło. A po kilku latach na podstawie tego wychodzi nie film, a filmy. 


Z rzeki wyłowione zostają zwłoki pewnego mężczyzny. Po dość długim czasie na policyjną infolinię dzwoni anonimowy telefon, w którym mężczyzna mówi, że klucz do zagadki zbrodni znajduje się w świeżo wydanej książce Amok. Prowadzący śledztwo policjant Jacek (Łukasz Simlat) w treści grafomańskiej książki znajduje wiele powiązań z przestępstwem sprzed lat. Postanawia spotkać się z autorem powieści, Krystianem Balą (Mateusz Kościukiewicz)...
\

To że historia jest iście filmowa i zainteresowała filmowców do stworzenia filmu nie dziwi. Natomiast dziwi fakt, że dwa filmy powstały praktycznie w tym samym czasie. Oprócz polsko - niemiecko - szwedzkiej koprodukcji Adamik nakręcono polsko - amerykański thriller Prawdziwe zbrodnie Greka Avranasa z m.in. Jimem Carrey'em, Charlotte Gainsbourg i kilkoma znanymi krajowym aktorami. Produkcja ta to jednak trochę film widmo. Pokazano ją na festiwalu w Warszawie, zebrał on krytycznie niskie noty i ...słuch o nim zaginął. Jakakolwiek szersza dystrybucja kinowa czy na DVD jest obecnie nieznana. Tak więc pozostaje widzom obecnie tylko film Adamik. 
Film, który ogląda się stosunkowo dobrze. Może dlatego, że jest wystarczająco treściwy, a nudne, nieistotne elementy zdarzają się, ale na szczęście tylko co jakiś czas. A może dlatego, że jak na polski film jest zaskakująco dobrze wyprodukowany jeśli chodzi o dźwięk (widać czy też słychać, że koprodukcja). Także wreszcie słyszymy, co nasi aktorzy mówią do siebie i widzów. Tylko tyle, a aż tyle. Także sama historia jest opowiedziana dobrze, chociaż nie jest to odzwierciedlenie prawdziwych zdarzeń w skali 1:1, a raczej autorska interpretacja czy też wizja scenarzystów. Dziwi fakt, że nazwiska lub imiona zostały zmienione, lecz sam Krystian Bala pozostał Krystianem Balą. Ciekawe czy dostał za to do więzienia jakiś przelew? W sumie jego próżna natura cieszy się zapewne z samego zainteresowania jego osobą więc może nie.
Film nie jest typowym kryminałem. Mamy co prawda trupa, jest też podejrzany, śledztwo itp. jednak ciężko to nazwać pełnoprawnym, klasycznym przykładem filmu z tego gatunku. Obejrzycie, to sami się o tym przekonacie. Jednak z braku laku niech będzie, że kryminał. Szkoda, że bohaterowie zostali zbudowani z pewnych klisz. Klisze, jeśli to nie western, noir czy opowieść biblijna/mitologiczna to coś, co nie jest dobre w kinie. A tutaj mamy takie przykłady, jak policjant, który oczywiście jest po traumie w życiu prywatnym, samotny, pijący, który musi się sfokusować na pracy, bo inaczej zapije się na śmierć etc. Także źle wpływają na obraz całości różne retrospekcje, czy też wizje bohaterów - niby miało to być artystyczne, awangardowe, pokazujące jakieś odjazdy ale...według mnie nie wyszło. Na końcu aktorzy. O ile złego słowa nie mogę powiedzieć o Simlacie, który przyzwyczaił już do wysokiego, równego poziomu, to mam pewien problem z Kościukiewiczem. Czasem wydaje mi się, że to po prostu niezbyt dobry aktor, a może zwyczajnie źle obsadzony do roli. Ale ma też kilka scen, gdzie jest całkiem dobry i wczuwa się w postać. Natomiast nic dobrego nie mogę powiedzieć o wcielającej się w rolę (byłej) żony Bali Zofii Wichłacz. Dziewczyna jest ładna, jednak niezbyt nadaje na topową aktorkę (może niedługo zagra dobrze i zmienię o niej zdanie). Tu jednak ma solidną rolę drugoplanową, a nie jakiś ogon więc wypadałoby wstawić kogoś lepszego aktorsko. Chociaż może to wina samej roli, bo postać pani Bali jest dość kiepska. 
Ogólnie mamy więc do czynienia z kolejnym w ostatnich miesiącach polskim filmem kręcącym się wokół zbrodni, zbrodniarza i ludzi, którzy tą zbrodnię odkrywają. O ile wciąż niekwestionowanym liderem wśród tych kilku filmów jest Jestem mordercą, tak opisywany film podobał mi się bardziej od Czerwonego pająka. Także wydaje mi się, że film można spokojnie zobaczyć nie czując przy tym bólu istnienia. 




piątek, 13 stycznia 2017

Droga, z której się nie wraca

Konwój
Polska 2016
reż. Maciej Żak
gatunek: thriller
zdjęcia: Michał Sobociński
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

Od obejrzenia dwóch zeszłorocznych filmów Patryka Vegi, czyli dwóch części Pitbulla:: Nowych porządków i Niebezpiecznych kobiet miałem ochotę odreagować jakimś polskim filmem, gdzie twardzi faceci w mundurach zostaną pokazani w całkiem innej konwencji, niż w głupkowato-prymitywnych obrazach Vegi. Jak się okazało nie trzeba było zbyt długo czekać, gdyż z początkiem roku wyszedł film budzący nadzieję. Tak więc kilka słów o nim.


Z więzienia, którego dyrektorem jest Nowacki (Janusz Gajos) do szpitala w innej części kraju ma zostać przetransportowany niebezpieczny więzień (Ireneusz Czop). W Polskę rusza konwój, którego dowódcą zostaje sierżant Zawada (Robert Więckiewicz), który do pomocy ma Berga (Przemysław Bluszcz), antyterrorystę Maciąga (Łukasz Simlat) oraz młodego zięcia Nowackiego, Feliksa (Tomasz Ziętek). 


Pomysł zamknięcia w pędzącej po kraju metalowej puszce kilku czołowych polskich aktorów różnych pokoleń i skonfliktowania ich ze sobą był o równie dobry, co prosty i niewykorzystany. Jednak wreszcie przybył niszowy reżyser Maciej Żak i zdecydował się coś takiego nakręcić. Pierwsze, co rzuca się w oczy to naprawdę niezła, duszna i gęsta atmosfera, która zaczyna się tworzyć od początku podróży. Dzięki temu, że film jest dość krótki, a akcja zostaje zawiązana bardzo szybko niemal od razu jesteśmy wraz z bohaterami wrzuceni do furgonetki Służby Więziennej. Zamknięci w niej bohaterowie, choć nie wiemy od nich zbyt dużo wypadają przekonująco (może z wyjątkiem idealistycznego Feliksa, który pasuje do reszty ekipy, jak pięść do nosa), co jest zasługą naprawdę dobrze wypadających aktorów. Klaustrofobię całości świetnie oddają zdjęcia najmłodszego z klanu Sobocińskich. Zarówno klimat panujący w podróży, jak i zdjęcia śmiało mogłyby pasować do kolejnego filmu Tarantino, gdyby ten chciał zrealizować podobny temat. 
Niestety bardzo dobry początek, równie dobra atmosfera i gra aktorska znajdują swoją przeciwwagę  w miałkim scenariuszu i niezbyt wiarygodnych postawach bohaterów (szczególnie pod koniec filmu). Akcja filmu początkowo prowadzona niemal wzorowo w drugiej części filmu po prostu się sypie, a pod koniec nawet nie udaje, że jeszcze stoi na nogach. Niestety, fabularnie w pewnym momencie robi się nieprzekonująco, nielogicznie i po prostu głupio. Cały ciężki klimat (mimo dość mocnej akcji w końcówce) leci na łeb, na szyje. A szkoda. Jednak mimo tych braków fabularnych jest to wciąż niezły, mocny polski film, gdzie przez półtorej godziny oglądamy rzucających mięsem spoconych facetów z naładowaną bronią. Przyzwoite męskie kino made in Poland. Można,




środa, 17 sierpnia 2016

Rozliczenie z nostalgią

Zjednoczone stany miłości
Polska 2015
reż. Tomasz Wasilewski
gatunek: dramat

Kiedy niemal rok temu przeczytałem o powstałym właśnie nowym filmie Wasilewskiego (twórcy między innymi kontrowersyjnych Płynących wieżowców), gdzie autor w samych superlatywach opisywał produkcję wyliczając po przecinku zalety filmu wiedziałem już, że kiedy tylko trafi on do kinowej dystrybucji należy go jak najszybciej obejrzeć. Jak sobie obiecałem, tak też zrobiłem i poniżej kilka zdań przemyśleń po seansie. 


Film przenosi nas do początków lat 90. ubiegłego stulecia, czasów, kiedy w Polsce zaczęły się zmiany systemowo - gospodarcze związane z wprowadzeniem tzw. wolności. Jako widzowie oglądamy losy kilku kobiet, które starają się odnaleźć w życiu w nowej rzeczywistości. Śledzimy poczynania Agaty (Julia Kijowska), Izy (Magdalena Cielecka), Renaty (Dorota Kolak) oraz Marzeny (Marta Nieradkiewicz). 


Wielu z zaglądających na mojego bloga (w tym ja sam) z pewną rzewną ckliwością. Nasza wczesna młodość czy też dzieciństwo przypadała na ten okres, przez co siłą rzeczy jawi się on jako wyidealizowany czas szczęścia i radości. Film Wasilewski może jednak szybko zburzyć ten zachowany przez nas obraz. Widzimy lata 90. brudne, szare, pełne zagubionych życiowo ludzi, którzy nijak nie cieszą się rzeczami, którymi sami cieszyliśmy się w tamtym okresie (a przynajmniej okresie podobnym, gdyż film toczy się nie w drugiej połowie lat 90. a w ich początku, także nawet Disco Relax wtedy jeszcze nie funkcjonował). Jednak jakby nie było Wasilewski obalił pewien pomnik.
Film ten podzielony jest tak jakby na wyraźnie od siebie oddzielone segmenty. Bohaterki, mimo że znają się i czasem nawet wchodzą w pewną interakcji są przez reżysera pokazywane oddzielnie. Mamy wiec trzy - cztery osobne historie o problemach polskich kobiet sprzed ćwierć wieku. W problemach tych często uczestniczą mężczyźni (m.in. Andrzej Chyra i Łukasz Simlat).
Produkcja ta uzyskała spory sukces festiwalowy ze Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie za reżyserię. Nagroda bardzo zachęcająca więc oczekiwałem czegoś naprawdę specjalnego w pokazanej historii i sposobie jej narracji. Niestety po raz kolejny sprawdziło się to, że wyroki wielkich festiwali są niezbadane. Historia jest naprawdę płytka i nie zdziwiłbym się, że coś na podobnym poziomie bez trudu na długiej przerwie wyskrobałby co drugi licealista. Fabularnie szału żadnego nie ma, a często jest po prostu nudno i przewidywalnie. Do tego zupełny brak muzyki i mocno statyczne kadry nie nadają żadnej głębi i dynamiki w tym obrazie. 
Całość więc traktuję jako dość spore rozczarowanie, gdyż naprawdę oczekiwałem relatywnie dużo po tym filmie, a dostałem średni film o rzeczach uniwersalnych, a tak w zasadzie to o niczym, jakich wiele na rynku filmowego półświatka. Przeciętniak.






niedziela, 25 października 2015

Zawód: ksiądz

W imię...
Polska 2013
reż. Małgorzata Szumowska
gatunek: dramat

Jak pisałem niedawno przy okazji najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej, Body/Ciała oglądałem jakiś czas temu opisywaną właśnie produkcję, jednak z pewnych względów nie obejrzałem jej do końca. Teraz jednak udało mi się obejrzeć ten kontrowersyjny film od początku do końca i mogę się wreszcie trochę szerzej wypowiedzieć na jego temat. 


W prowincjonalnej polskiej wsi lokalnym księdzem jest przybyły z Warszawy Adam (Andrzej Chyra). Oprócz posługi kapłańskiej prowadzi on wraz z nauczycielem Michałem (Łukasz Simlat) ośrodek dla tak zwanej trudnej młodzieży. Przebywają tam przeważnie osoby mające sporą część życia w poprawaczaku (jak np. grany przez Tomasza Schuchardta Blondyn) czy osoby o małym ilorazie inteligencji wrodzonej. Księdza Adama zaczyna łączyć pewna zażyłość z przedstawicielem tej drugiej grupy, niejakim Dynią (Mateusz Kościukiewicz).


To kolejny po niedawno opisywanym El Club czy wspinanym w styczniu Calvary film, w którym głównymi bohaterami są księżą. Przeważnie wiąże się to z tematyką trudniejszą, niż żywot księdza z serialowej Plebanii, gdyż w filmach tych dużo mówi się o pedofilii czy innych niecnych zagrywkach ze strony stanu duchownego. Wymienione wyżej produkcje, choć trudne i kontrowersyjne jednak podobały mi się i mogę polecić je z czystym sercem. W filmie Szumowskiej o księdzu homoseksualiście jednak nie znajduję zbyt wiele rzeczy, które mi się podobały. 
Może wszystko rozbija się w sposobie narracji i montażu poszczególnych scen. Raz widzimy księdza odprawiającego mszę, za chwilę grupę dzieci w wieku wczesnogimnazjalnym przerzucających się kurwami, później poranny bieg księdza, kolejna dawka przemocy werbalnej lub niewerbalnej ze strony wykolejonych dzieci, później znowu Maje Ostaszewską, która chce wskoczyć księdzu do łóżka. Kamera chce pokazać życie na zapomnianej przez cywilizację prowincji, jednak robi to zbyt niespójnie, widz męczy się oglądając poszczególne, dość losowe sceny. Zresztą sama fabuła, w której mogący wybierać wśród wielu młodych ludzi ksiądz zakochuje się w opóźnionym, ledwo potrafiącym składać podrzędne zdania chłopaku jest trochę dziwny. Tak samo, jak dziwne jest to, że niemal wszyscy przebywający w ośrodku chłopcy mają doświadczenia homoseksualne. Masakra. 
Jedyne do czego ciężko się w filmie przyczepić jest w sumie gra aktorska. Chyra w postaci homoksiędza alkoholika jest naprawdę przekonujący. Dobrze wypada też Ostaszewska, Simlat czy Olgierd Łukasiewicz, w trzecioplanowej, choć wyrazistej roli. Ogólnie jednak sam film jest niespójny, źle zmontowany i po prostu nudny oraz mało logiczny. Kiepsko. 





sobota, 18 kwietnia 2015

Skandynawia w Polsce B

Jeziorak
Polska 2014
reż. Michał Otłowski
gatunek: kryminał

Jeszcze nie tak dawno kryminał zarówno w filmie jak i w literaturze był traktowany mocno po macoszemu. Książki kryminalne przedstawiano jako powieści klasy B, tak samo było w filmach tego gatunku. Często też słusznie, gdyż dzieła te nie należały przeważnie do zbyt wybitnych ni ambitnych. Jednak w ostatniej dekadzie trend ten się zmienił i dzisiaj kryminały nie są już dziedziną, z której oglądania lub czytania wstyd się przyznać. Wielka w tym rola twórców ze Skandynawii, którzy to w XXI wieku redefiniują cały gatunek. Przeważnie filmy kryminalne, które ostatnio możemy oglądać na ekranie są ekranizacją książki. Tak też było ostatnio i u nas, gdzie na ekran przeniesiono Ziarno Prawdy Miłoszewskiego. Ale oprócz tego filmu chwilę wcześniej w naszym kraju ukazał się film kryminalny, który nie jest interpretacją książki. I właśnie o nim teraz będzie.


Bohaterką filmu rozgrywanego na peryferiach Polski B jest policjantka, niejaka podkomisarz Iza Dereń (Jowita Budnik). Pani podkomisarz nie ma łatwego życia. Jest właśnie w zaawansowanej ciąży mnogiej, gdy okazuje się, że przyszły ojciec jej dzieci, także policjant znika w tajemniczych okolicznościach wraz ze swym zawodowym partnerem. Oprócz tego lokalni policjanci muszą się zmierzyć ze sprawą leśnego bimbrownika (Łukasz Simlat) oraz wyłowionymi z tytułowego jeziora zwłok pochodzącej z Ukrainy dziwki przybyłej z Olsztyna. Wkrótce trzeba też zacząć poszukiwania drugiej Ukrainki, uznanej za zaginioną. Wszystkie sprawy, które trapią podkomisarz jak się szybko okaże są ze sobą powiązane. Dereń dostaje do pomocy aspiranta Marca (Sebastian Fabijański) i zaczyna śledztwo, które doprowadzi ją do wielu zaskakujących faktów...


Ulokowanie filmu w ponurych ostępach podiławskiego jeziora oraz przylegających nań zapadłych wioch tworzy specyficzny klimat, który szybko skojarzy się z podobnymi produkcjami rodem ze Skandynawii. Także dużo wzorów reżyser i scenarzysta w jednym czerpie ze świetnego serialu The Killing (który jest swoją drogą remakem serialu ze Skandynawii). Klimat Jezioraka przypomina w tym filmie mroczne Seattle z serialu. Także para bohaterów - policjantów jest jakby wyjęta z tamtego serialu Dereń i Marzec to takie polskie odpowiedniki Sary Linden oraz Stephana Holdera. Z tym wyjątkiem, że Dereń nosi zaawansowany brzuch. To akurat jest ukradzione ze świetnego Fargo braci Coen. Ale w sumie jak już się wzorować to na najlepszych, szczególnie, że to raczej nie plagiat a nawiązanie. 
Swoją drogą irytuje mnie fakt, że pani policjant zawsze biega z wielką odznaką przewieszoną na łańcuchu niczym jakiś Kanye West z równie wielkim złotym dolarem na równie złotym łańcuchu. Dereń nie zdejmuje tego chyba nawet jak śpi. Poza tym męczy mnie fakt, że wszędzie przedstawia się jako Iza. Czy przesłuchując świadków czy dokonując aresztowania wypada używać skróconej, zdrobnionej wersji imienia. Wyobraźmy sobie, że to jednak jest facet, dajmy na to Jacek Dereń. Idzie z przewieszoną odznaką przesłuchać świadka i przedstawia mu się - 'Tu podkomisarz Jacuś Dereń'. No nie na miejscu...
Także na minus zaliczyłbym nagromadzenie przeróżnych spraw i wątków do rozwiązania. Tego wszystkiego jest za dużo, czuć przesyt, przez który widz nawet uważnie oglądając może się pogubić. Mamy tyle tematów, które czekają na wyjaśnienie, że można z tego zrobić dziesięcioodcinkowy serial, a tutaj autor chce zmieścić wszystko w 90 minut. Udaje mu się to...średnio. Jakby zostawić połowę spraw i nimi się zająć w pełni byłoby o wiele lepiej.
Jednak mimo tych braków mamy film, jakiego w Polsce dawno nie było. Kryminał (z wątkiem kryminalnym dość słabo poprowadzonym) z wyśmienitym klimatem, naprawdę dobrze dobranymi lokacjami i mocno przyzwoitą obsadą aktorską, wśród której brak oklepanych twarzy (ojej, jednak da się w Polsce zrobić film bez Szyca, Karolaka, Więckiewicza i Adamczyka) to coś co powinno się obejrzeć. Szczególnie, że to tylko półtorej godziny. Cieszy, że wolno bo wolno ale coraz bardziej coś się w polskiej kinematografii rusza do przodu. Film prawie dobry, wart obejrzenia.