Pokazywanie postów oznaczonych etykietą S. LaBeouf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą S. LaBeouf. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Wielka gra

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem (Borg/McEnroe)
Dania, Finlandia, Szwecja 2017
reż. Janus Metz
gatunek: biograficzny, sportowy, dramat
zdjęcia: Niels Thastum
muzyka: Vladislav Delay

Lubię sport. Obecnie bardziej oglądać niż w nim aktywnie uczestniczyć ale jednak. Czy to koszykówka (najczęściej na żywo), czy piłka nożna, MMA, boks na dobrym poziomie czy lekkoatletyka lub tenis. Kiedyś oglądałem wszystko jak leci, obecnie już jestem trochę bardziej wybredny jednak nie zmienia to faktu, że rytm roku to rytm wydarzeń sportowych. Paradoksalnie zaś w porównaniu do prawdziwego sportu i rywalizacji nie jestem fanem filmów o tematyce sportowej. A dzisiaj przychodzi mi opisać właśnie tego typu produkcję. 


W filmie śledzimy tenisowe rozgrywki na Wimbledonie roku 1980. Niekwestionowanym faworytem jest zwycięzca kilku poprzednich edycji turnieju, Szwed Björn Borg (Sverrir Gudnason), który najbardziej obawia się zmierzenia z nieobliczalnym Amerykaninem Johnem McEnroe (Shia LaBeouf). Jeśli oboje będą wygrywać swoje mecze nieuchronnie spotkają się w finale londyńskiego turnieju.


Moim zdaniem cały sens sportu to emocje generowane na żywo. Oglądając zmagania sportowców czy to z trybun, czy z poziomu telewizora w czasie rzeczywistym uczestniczymy w wydarzeniu tu i teraz. Znając wyniki śledzenie powtórek nie jest nawet w jednej dziesiątej tak emocjonujące. Tym bardziej wyprane z emocji wydaje mi się oglądanie aktorskich wersji wydarzeń sprzed lat. Inaczej wypadają wielkie kampanie wojenne, rozgrywki polityczne czy historycznych morderców, a inaczej odtworzony po latach mecz. Nie ta skala emocji. Jednak co jakiś czas twórcy decydują się na tego typu zagrywki, dużo osób w sumie chce je oglądać, a skoro część jest uczciwie przedstawionych, dobrze nakręconych i jeszcze lepiej nagranych, to nawet okej. W sumie warto przypominać trochę zapomnianych już herosów sportu. 

W opisywanym filmie podobało mi się to, jak pokazano postaci głównych antagonistów. Skandynawowie dobrze przeprowadzili casting, gdyż nie dość, że obaj sportowcy są dobrze odwzorowani pod względem fizycznym to jeszcze aktorzy odpowiadają im charakterologicznie (LaBeouf to przecież taka aktorska wersja McEnroe'a). Dodatkowo kilka drugoplanowych kreacji aktorskich wypada nieźle, szczególnie niezawodny Stellan Skarsgård. Cieszy fakt, że w filmie używa się wielu języków, Szwedzi mówią ze sobą po Szwedzku. ludzie z krajów anglojęzycznych po angielsku, Francuzi po francusku etc. W wielu filmach razi wszechobecne zangielszczenie całości. Trochę zaś wnerwia mnie samo tłumaczenie filmu. Po cholerę polscy dystrybutorzy dodawali zbędną końcówkę Między odwagą a szaleństwem? Inaczej ludzie nie wybraliby się do kina? Bez sensu. 

To co w filmie szczególnie mi się podoba to taka gra nerwów ukazana między dwoma całkiem odmiennymi postaciami. Także background sportowców został ciekawie przedstawiony, wraca się często do wspomnień z życia sportowców, które to ukazują dlaczego obaj są tacy, jacy są. Może zbyt często kamera cofa się do przeszłości pokazując drogę, jaką obaj przeszli no ale dzięki temu lepiej poznajemy motywacje bohaterów. 

Nie jest to może film aż tak dobry, jak niektórzy by chcieli, jednak jak na film sportowy stoi na całkiem niezłym poziomie. Twórcy przypominają jeden z najciekawszych pojedynków w historii tenisa i umiejętnie ukazują postacie, które w nim wystąpiły. To już dużo. 




piątek, 31 marca 2017

Amerykańskie cukiereczki

American Honey
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Andrea Arnold
gatunek: dramat
zdjęcia: Robbie Ryan

Na ten film czekałem od dość dawna. Dobrych kilka miesięcy temu, jak nie ponad pół roku wstecz nawet w jednym z multipleksów wyświetlili zwiastun, więc wtedy na pewno nie myślałem, że będzie trzeba tak długo czekać na wejście pierwszej amerykańskiej produkcji Arnold do polskiej dystrybucji. Jednak trochę wody w Wiśle musiało upłynąć nim obraz zagościł na naszych ekranach. Czy warto było czekać?


Nastoletnia Star (Sasha Lane) wiedzie ciężką egzystencję mieszkając w biedzie z problematycznym ojcem i dwójką młodszego rodzeństwa. Gdy pewnego dnia w sklepie zauważa grupę nierozgarniętych młodych ludzi zagaduje do niej jej najstarszy członek, Jake (Shia LaBeouf), który rekrutuje ją do grupy mówiąc, że jeżdżą oni po Ameryce proponując ludziom kupno prenumerat gazet. Po krótkich rozterkach Star postanawia dołączyć do Jake'a i prowodyrki grupy, apodyktycznej Krystal (Riley Keough).


Cóż, moje oczekiwania w stosunku do tego filmu były całkiem spore. Wiele nagród, w tym ważne statuetki na festiwalu w Cannes to jednak duża nobilitacja. Także wielotygodniowe oczekiwanie na produkcję wyolbrzymiało zainteresowanie i pewien hype, który sam sobie stworzyłem wokół filmu. Ale czy było warto było czekać? Na to pytanie mogę jednak odpowiedzieć rozgoryczony zgodnie ze Zbigniewem Stonogą. Obraz Arnold jest owszem wyjątkowy, inny niż to, co dominuje w filmowym mainstreamie, jednak mam nadzieję, że ta produkcja nie zredefiniuje kierunku, jaki ma obrać współczesna filmografia. Dostajemy całkiem klasyczny film drogi podzielony na etapy podróż -> wydarzenie -> podróż - wydarzenie, jednak całość jest zaserwowana w nieklasycznej formie. Zarówno sam obraz filmu (format sprzed ponad pół wieku, boki obcięte są nie poziomo, a pionowo, dobrze, że zrealizowano w kolorze), jak i wszędobylska muzyka, której nie trawię z rapem i Rihanną na czele były dla mnie ciężkim filmowym doświadczeniem. Sama fabuła owszem istnieje, jednak o ile jest jakiś wstęp, jak i zawiązanie akcji nie ma tam żadnego zakończenia. Tak jak bohaterom brakuje jakiegoś większego celu (oprócz picia, ćpania i zarabiania), tak również samej fabule. Po prostu film mimo niemal 3 godzin trwania w pewnym momencie się urywa. Zabrakło tu jakiegoś zwieńczenia. Bohaterowie, których oglądamy to też wykolejeńcy, rednecki i ogólnie obraz Ameryki Trumpa, a nie Obamy. Ciężko tutaj spotkać jakąś pozytywną postać. Całość jednak ma jakiś wyczuwalny, bliżej nieokreślony plus, dzięki czemu chce się oglądać poczynania bohaterów. Może to właśnie ta nieuchwytna magia kina w tym momencie działa, sprawiając, że mimo wielu argumentów na nie dalej z pewnym zaciekawieniem ogląda się film. Myślę, że jest to więc średnio udany eksperyment, jednak wart obejrzenia i doświadczenia na własne oczy tej podróży (bo ten film jest z gatunku właśnie takich, których się nie ogląda, a właśnie doświadcza), Prawdopodobnie są ludzie, którym całość się spodoba. 





niedziela, 13 grudnia 2015

Nietykalni bimbrownicy

Gangster (Lawless)
USA 2012
reż. John Hillcoat
gatunek: dramat, kryminał, gangsterski

Lata 1919 - 1931 to był bardzo dziwny okres w krótkiej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. W tym czasie za sprawą 18. poprawki do tamtejszej konstytucji trwała w USA prohibicja alkoholowa. W kraju słynącym ze swobód obywatelskich prawnie zakazano spożywania jakichkolwiek trunków alkoholowych. Jak się później okazało nie wyeliminowano chęci picia w narodzie, lecz pozwoliło przeróżnym mafią zdobywać fortuny dzięki przemytowi alkoholu. Byli też i zwykli leśni bimbrownicy, o których to opowiada ten film. 



Poznajemy rodzeństwo Bondurant, które gdzieś w wiejsko - leśnej scenerii południa USA zarabia na życie trudniąc się pędzeniem i sprzedawaniem detalicznym, jak i hurtowym bimbru. Mającym układ z lokalnymi stróżami porządku braciom Forrestowi (Tom Hardy), Howardowi (Jason Clarke) i Jackowi (Shia LaBeouf) wiedzie się dobrze do czasu, gdy z Chicago przyjeżdża bezwzględny policjant Charlie Rakes (Guy Pearce). 


Film korzysta z kilku cieszących się uznaną marką współczesnych gwiazd kina. Mamy tutaj Hardy'ego, Pearce'a, LaBeoufa (który jak prawie zawsze da sobą pomiatać) ale także Gary'ego Oldmana, Jessicę Chastain czy Mię Wasikowską. Szkoda, że rola Oldmana jest tak krótka, gdyż jego postać jest jedną z najlepiej wykreowanych osób w produkcji. Chętnie zobaczyłby go w większej ilości scen. Także obecność kobiet na ekranie jest zdawkowa i niezbyt dobrze wykorzystana. Panie Chastain i Wasikowska nie miały czasu się zbyt dobrze pokazać i w sumie są ale dodane na siłę, tak jakby ich nie było. Hardy przypomina mi tutaj samego siebie z Brudnego szmalu,a LaBeouf jest irytujący tak jak zwykle.
Fabuła nie toczy się jakimś zaskakującym, narwanym rytmem, jest stonowana, choć czasem w odpowiednim miejscu przyspiesza. Boli trochę rola Peare'a, którego bohater jest do bólu jednowymiarowy i przewidywalny. Szkoda, że twórcy nie obdarzyli go choć jednym ludzkim przymiotem. 
Natomiast naprawdę pasuje tutaj muzyka, dekoracje są bardzo starannie wykonane, także lokalizacja została wybrana wzorcowo. 
Nie oczekując filmu pokroju Nietyklanych można całkiem nieźle bawić się oglądając ten film. Szkoda tylko, że postaci zbytnio nie dają się lubić, są czarno - białe i w sumie mało obchodzi nas ich dalszy los. Obejrzeć można, jednak nie jest to film, który będzie pamiętało się przez długi okres czasu. 




sobota, 14 marca 2015

30 ton demokracji

Furia (Fury)
USA, Chiny, Wielka Brytania 2014
reż. David Ayer
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: Roman Vasyanov
muzyka: Steven Price

Pewnie nie będę mylił się z prawdą jeśli powiem, że w pewnym wieku każdy chłopiec (a teraz, w czasie diabelskiej ideologii gender także i dużo dziewczynek) chciał jeździć w czołgu. Jednych zainspirowały losy dzielnych bohaterów Czterech pancernych i psa, innych skusił ten fach dzięki graniu w gry pokroju Battlefielda lub Company of Heroes, jeszcze inni chcieli przeżyć przygody pokazane w grze na telefony komórkowe - Czołgistka Lidka: Walenie w terenie. Podstarzałego Brada Pitta natomiast przekonał do wejścia do czołgu czek opiewający na wiele milionów dolarów.


Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Mamy kwiecień 1945 roku, czyli kilka tygodni przed końcem wojny. Niemcy wycofują się wgłąb kraju szczuci z każdej strony przez armie aliantów. Hitler mobilizuje do wojska nawet dzieci, by te stawiały opór najeźdźcą. W takich realiach poznajemy załogę amerykańskiego czołgu dowodzoną przez Dona Colliera (Brad Pitt). Wraz z nim wewnątrz czołgu gotują się dość uznani aktorzy, tacy jak Shia LaBeouf, i Jon Bernthal, Towarzyszy im także Michael Peña. W początkowej scenie czołg opuszcza nogami do przodu niejaki Rick i dowództwo wyznacza na jego miejsce młodego Normana (Logan Lerman). Dupowaty Norman musi przyzwyczaić się do trudów wojny, jednak oczywiście nie przyjdzie mu to łatwo. Tymczasem dzielna załoga dalej nieustannie prze na wschód. 


Trzeba powiedzieć na początku, że film Ayera nie wnosi nic nowego. To wszystko już było. W amerykańskim postspilbergowym kinie drugowojennym ciągle kopiuje się pewne znane od wielu lat standardy. Także jeśli ktoś widział kilka filmów o tej tematyce made in USA to wie czego się spodziewać. Dla jednych to plus, dla innych pewnie największy minus. 
M4 Sherman z bohaterami w środku mknie przez błoto wprowadzać demokrację w III Rzeszy, mijając (lub tworząc) przeróżne zgliszcza. Cała scenografia jest jak najbardziej na plus, lokalizacja wygląda odpowiednio przygnębiająco, aż człowiek chce powiedzieć - tak! to musiało tak właśnie wyglądać. Niestety tylko do oddania pierwszego strzału. Wtedy na ekranie widzimy masę różnokolorowych pocisków-laserów, jakby żywcem wyjętych z Gwiezdnych Wojen. To burzy bardzo dobre odczucie odnośnie scenografii. 
Ogólnie bałem się, że w produkcji zobaczymy za dużo patosu i tak zwanej epickości. Oczywiście to jest film o wojnie. I co gorsze to amerykański film o wojnie. Amerykański film o wojnie wyprodukowany przez tzw. Hollywood (tylko co tam robią w produkcji Chińczycy?!). Tak więc tego patosu jest bardzo dużo i tak. Na szczęście są sceny, gdy on jest widoczny lub bardzo widoczny (jakaś ponad połowa filmu), i sceny gdzie jest widoczny dużo mniej. Pokazano też kilka scen, w których Jankesi nie jawią się tylko jako niosący bratnią pomoc wyzwoliciele, tylko banda niezbyt okrzesanych ludzi, którzy to jeńców nie biorą, a i mogą im strzelić w plecy. Nie mamy tu chyba nikogo specjalnie szlachetnego. Nawet Brad Pitt w wielu miejscach jest tutaj antybohaterem. Najbliżej do ucieleśnienia dobroci jest tutaj ciamajdowatemu Normanowi ale w trakcie filmu wojna zmienia i jego. Ogólnie aktor go grający - Logan Lerman ma u mnie ale widocznie i u producentów  pewną łatkę ciotowatego kolesia. Tutaj taki jest, w sumie w najnowszych Muszkieterach utrwalił to rolą D'artagnan. Jednak kogo by nie zagrał widzę w nim wciąż pedała Charliego z filmu o takim samym tytule. Ogólnie jednak główna obsada aktorska daje radę i to też jest plusem produkcji. 
Jakby nie patrzeć mamy do czynienia z filmem, który dobrze się ogląda. Mimo wielu denerwujących rzeczy, próby moralizowania etc. widz siedzi i czeka na to co będzie dalej. I byłoby do końca co najmniej dobrze, gdyby nie ostatnia scena, w której osamotniony czołg - tytułowa Furia, uziemiony pod wpływem usterek musi zmierzyć się z batalionem SS. taka jednostka liczy co najmniej 300 żołnierzy. Na pięciu dzielnych wojaków z USA. Ogólnie ta elitarna grupa niemieckiej armii oczywiście jest na tyle głupia, by stosować taktykę Indian rodem z amerykańskich westernów (kojarzycie pewnie sceny, gdzie przeważający liczebnie Indianie jeżdżą na swych koniach wokół mieszczącego dwóch kowboi i paniusie dyliżansu piszcząc coś i nieustannie pudłując, samemu dając się zwalić z konia każdym następnym strzałem pasażerów pojazdu). Także sama ostatnia bitwa jest dość dziwnie zrealizowana. Zaczyna się w dzień, by po kilku strzałach nastała ciemna, głęboka noc. 
Ogólnie nie jest to film, o którym będzie się pamiętało latami. Był potencjał, by wyszło z tego coś o wiele lepszego ale pewne błędy logiczne i historyczne (które przy Bękartach wojny mogły przejść) są strasznie rażące. Mimo tego mamy ciągle do czynienia z samo oglądającym się męskim kinem. Jest Brad Pitt, jest wojna, jest krew i okrucieństwo, jest czołg. Czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej.A że czasem nie ma sensu? Nie zawsze musi być on w filmach widocznie. Akceptując jego wady i niedociągnięcia (chociaż dla szukających heroicznego opowiadania to nie są żadne wady wtedy) można się na tej produkcji dobrze bawić.