Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 stycznia 2018

Mumia żyje

Mumia (The Mummy)
USA 1932
reż. Karl Freund
gatunek: horror, romans
zdjęcia: Charles J. Stumar
muzyka: James Dietrich


Myślę, że wszyscy kojarzą serię Mumia. W latach 1999 i 2001 powstały dwa całkiem fajne filmy łączące kino przygodowe z horrorem z Brendanem Fraserem i Rachel Weisz w rolach głównych. Po latach bardzo miło wspominam te filmy (choć oglądając je dzisiaj zapewne okazałoby się, że aż tak mi się nie podoba). Niedawno zaś powstał reboot tej serii z Tomem Cruisem w głównej roli. Ja jednak będąc filmowym hipsterem nie zdecydowałem się na seans słabo ocenianego filmu z hollywoodzkim aktorem, tylko wróciłem do korzeni i obejrzałem inny film opowiadający tę samą historię. 


Rok 1921. Brytyjscy archeologowie kierowani przez sir Josepha Whemple'a (Arthur Byron) odkrywają mumię kapłana Imhotepa (Boris Karloff). Jeden z archeologów odczytuje teksty zwoju znalezionego przy sarkofagu co powoduje, że mumia ożywa. Po latach Whemple przybywa ponownie do Egiptu z synem Frankiem (David Manners), który na miejscu zakochuje się w przebywającej tam Helen Grosveno (Zita Johann). Poznają oni też tajemniczego Egipcjanina Ardatha Beya.


W kinowo zamierzchłych latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku Universal Pictures miało swój oddział nazywany Universal Monsters, który zajmował się produkcją filmów grozy. Generalnie franczyza ta działała aż do lat 60. ubiegłego wieku, jednak chyba to co najciekawsze dla kinomanów powstało w latach trzydziestych. Oprócz opisywanego tu filmu nakręcono wówczas między innymi Draculę czy Frankensteina). Na owe czasy były to naprawdę spore przedsięwzięcia filmowe, które pozostały w pamięci widzów aż do dzisiaj (dla zainteresowanych tematem polecam link do strony na wikipedii, gdzie znajdziecie między innymi listę wszystkich filmów nakręconych przez tę wytwórnię, wystarczy kliknąć TUTAJ).
Oczywiście ciężko jest opisać wrażenia płynące z seansu tego filmu po osiemdziesięciu pięciu latach od jego nakręcenia. W sumie nie wolno nawet porównywać tego, co się widzi na ekranie śledząc przygody ikony ówczesnych Monster movies czyli Borisa Karlffa do tego, co oglądamy współcześnie. Inne kino, inne czasy, inni ludzie. Jednak jako miłośnik kina uważam, że po prostu warto oglądać klasykę, taką jak ta, by przekonać się o tym, jak wyglądało kino w początkowej erze nieniemej. Jest to nie tylko podróż kinowa, ale i socjologiczno-antropologiczno-hisstoryczna. Historia jest dość naiwna, jednak sama gra Karloffa czy realizacja (biorąc pod uwagę wiek filmu) stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Myślę, że seans nie będzie dla nikogo czasem straconym. 




piątek, 15 grudnia 2017

Dzikość w sercu

Dzikość serca (Wild at Heart)
USA 1990
reż. David Lynch
gatunek: kryminał, romans
zdjęcia: Frederick Elmes
muzyka: Angelo Badalamenti


David Lynch nakręcił do tej pory czterdzieści pięć filmów kinowych, jak i przeznaczonych do telewizji oraz na wideo, a także trochę krótkometrażówek i seriali (z Twin Peaks) na czele. Od jakiegoś czasu staram się oglądać sporadycznie kolejne produkcje wychodzące spod jego ręki i teraz czas opisać wrażenia z jednego takiego seansu. 


W filmie poznajemy losy Sailora (Nicolas Cage), który po odbyciu wyroku za zabójstwo wychodzi z więzienia i od razu wraca w ramiona dawnej partnerki, Luli (Laura Dern). Związek z mężczyzną nie podoba się matce Luli (Diane Ladd), która nasyła tropem niepokornej pary detektywa (Harry Dean Stanton), który ma pozbyć się problemu Sailora raz na zawsze. 


David Lynch ma swój niepowtarzalny styl, który należy zaakceptować, by czerpać przyjemność z serwowanego przez Amerykanina kontentu. O ile nie miałem z tym problemu w przypadku Mulholland Drive czy Zagubionej autostradzie to jeśli chodzi o opisywany właśnie wcześniejszy film z jego dorobku mam poważne problemy z inwersją do świata przedstawionego i zaakceptowania jego reguł. Może po prostu nie trafiła do mnie historia mężczyzny o dzikim sercu i jego partnerki, może to sprawa postaci wcielających się w główne role, bo nigdy nie przepadałem specjalnie za Nicolasem Cage'em ani nie trafia do mnie Laura Dern? Może zaś to sprawa założeń świata wykreowanego na potrzeby całości? Nie wiem. Wiem jednak, że męczyłem się na tym filmie i mimo że nie jest to jakaś wielowątkowa przydługa fabuła to ciężko mi było doczekać do końca. Z samych plusów można wymienić na pewno dobrą muzykę i naprawdę ciekawą, zapadającą w pamięci Willema Dafoe, który brawurowo wciela się w postać Bobby'ego Peru.  Wszystko inne niestety jest milczeniem. A przynajmniej takie jest moje zdanie. 





niedziela, 5 lutego 2017

W niemym kinie

Artysta (The Artist)
Francja, Belgia, USA 2011
reż. Michel Hazanavicius
gatunek: dramat, romans
zdjęcia: Guillaume Schiffman
muzyka: Ludovic Bource

Od wynalezienia kinematografu przez braci Lumière w 1895 do końca lat dwudziestych XX wieku panowała era kina niemego. Czas ten wykształcił własne gwiazdy, które jednak w większości musiały ustąpić miejsca nowym ludziom nowych czasów, które nastąpiły wraz z nas
taniem udźwiękowienia filmów, które to zostało zapoczątkowane Śpiewakiem jazzbandu z 1927 roku. Opisywany film pokazuje losy jednego ze strąconych z piedestału gwiazdorów dawnego kina. 


George Valentin (Jean Dujardin) jest powszechnie uwielbianą gwiazdą kina niemego. Zadufany w sobie artysta zostaje jednak postawiony pod ścianą, gdy świat kina wchodzi w nową erę filmów z dźwiękiem. Nie chcąc się pogodzić z szybkim upadkiem kina, jakie znał Valentin zaczyna swój upadek. Tymczasem zapatrzona w Georga początkująca aktorka Peppy Miller (Bérénice Bejo) rozpoczyna karierę i szybko pnie się do góry.


Film ten jest hołdem dla kina, tym razem kina niemego oraz dawnego przemysłu filmowego i studyjnych początków Hollywood. A że współczesne Hollywood lubi filmy będące hołdem dla Hollywood film Hazanaviciusa został bardzo doceniony podczas ceremonii rozdania Oscarów zgarniając w swoim czasie aż pięć statuetek. Zapewne część z nich została przyznana słusznie, myślę jednak, że kilka z nich trafiło do filmu na wyrost. Ogólna idea przybliżenia współczesnemu widzowi ery filmów niemych oraz wprowadzania nowinki technicznej, jakiej jest dźwięk jest bardzo słuszna. Jeśli realizacja stoi na wysokim poziomie, tak jak w tym filmie to na pewno jest to miła odmiana i coś zaskakująco przewrotnie nowego. Szkoda tylko, że autorzy poszli przybliżając złote lata Hollywood na łatwiznę serwując nam prymitywnie naiwne motywy typowe właśnie dla fabularnie mało zawiłych dzieł kina międzywojennego. Wiadomo, że stworzono tu prosty, lekki film jednak moim zdaniem można było pokusić się o rozszerzenie tego świata, rozbudowanie charakterystyki bohaterów i zerwanie z jednowymiarowością całości. Można było wtedy otrzymać hołdujący przeszłości stary film zrobiony na nowo (udało się to zrobić Chazelle'owi w La La Landzie). Prostota jednak nie umniejsza nic świetnym kreacjom aktorskim pasującego do filmów lat 20. i 30. Dujardina oraz Bejo, a także dobrze wypadającemu na czarno - białym ekranie Johnowi Goodmanowi oraz towarzyszącemu głównej postaci psu (w którego wcielały się trzy psy). Myślę, że mimo pewnego przecenienia produkcji jest to obraz warty obejrzenia dla tego klimatu z lamusa, całej tej niedzisiejszości i banałowi. Nie chciałbym, by kino wróciło do czasów sprzed dźwięku, ale jeśli raz na jakiś czas nowa kinematografia zaserwuje nam coś takiego jestem jak najbardziej za.





środa, 18 stycznia 2017

Klasyka na nowo

La La Land 
USA 2016
reż. Damien Chazelle
gatunek: musical, romans
zdjęcia: Linus Sandgren
muzyka: Justin Hurwitz
 
O swoim stosunku do gatunku, jakim jest musical informowałem na blogu już niejednokrotnie. Może i pasujący do kiczowatego Bollywood, ale przez swą głupotę nie nadający się do poważanego kina. Zawsze mówiłem, że prędzej wybiorę się do kina na ostre porno niż musical, jednak tak wyszło, że półtora roku temu pojawiłem się na  Love, gdzie przyszło mi zobaczyć m. in. wytrysk w 3D więc teraz mogłem spokojnie udać się na musical - szczególnie, że film Chazelle'a zmasakrował konkurencję wygrywając do tej pory chyba wszystkie nagrody, o jakie się starał.  


We współczesnym Los Angeles splatają się losy dwóch niepoprawnych marzycieli, chcących poprawić swój los: przybyłej do Hollywood z prowincji pracującej w kawiarni Mii (Emma Stone), która od dłuższego czas bez powodzenia chodzi na wszelkie organizowane w Fabryce Snów castingi aktorskie oraz zwolnionego właśnie z pracy niespełnionego pianisty jazzowego, Sebastiana (Ryan Gosling) - myślącego o założeniu jazzowego klubu w starym, dobrym stylu.


Początek to koszmar każdego antyfana musicali. Zakorkowana podmiejska autostrada, jednak zamiast kumulującej się frustracji uczestniczących kierowców i pasażerów zaczyna się radosny śpiew. Najpierw pojedynczy, później już grupowy. Bohaterowie śpiewem się nie zadowalają, więc wychodzą ze swych aut, niczym Michael Douglas w Upadku, lecz zamiast wyładowywać napięcie zaczynają tańczyć w skomplikowanej choreografii. Oczywiście zewsząd dobiega muzyka z off. Do tego murzyński kwartet uzbrojonych po zęby w muzyczne instrumenty pojawiający się wewnątrz jakiejś furgonetki, który zaraz po swym ujawnieniu zaczyna na maksa grać jakąś melodię. No głupie to i bezsensowne. Nigdy tego typu scen nie rozumiałem. A jest ich w filmie więcej (choć pierwsza jest chyba najdobitniejsza). Jednak to, co zaraz po marudzeniu do mnie dotarło to fakt, że przecież wyprodukowanie tak skomplikowanego układu na środku ulicy i to w jednym (!) ujęciu to naprawdę kupa pracy - nakręcone, odtańczone zostało to świetnie, wizualnie 10/10. Także mimo niestety głupoty jaką wymusza wręcz standardowa konwencja musicalu, gdzie zawsze wszyscy bezbłędnie tańczą i śpiewają szybko byłem w stanie to zaakceptować ze względu na całą resztę (mniej więcej w połowie filmu śpiewania jest mniej, a przez dużą część trwania i tak dominują przyjemne jazzowe kawałki). Do tego pełen pastelowych barw świat, w którym toczy się opowieść wygląda po prostu obłędnie i cokolwiek by nie śpiewano dałoby się to zaakceptować dzięki temu orgazmowi przez oczy.
Chociaż historia jest stosunkowo prosta to miłosno-zawodowe rozterki pary bohaterów jak ulał pasują do filmu, który próbuje może nie zredefiniować klasykę, ale nadać jej pewien powiew świeżości - jak najbardziej. Jednak ta prosta, typowa historia pary bohaterów jest wyjątkowo dobrze przyswajalna dzięki odtwórcą ról - trzeba powiedzieć, że zarówno Gosling, jak i Stone naprawdę wykonali kawał dobrej pracy, dodając do tego naprawdę dobrej jakości śpiew i taniec. Odnośnie muzyki to coś czuję, że płytę z soundtrackiem do filmu nie raz będę w najbliższym czasie włączał od początku - choć część piosenek jest moim zdaniem średnich, to całość muzycznie prezentuje się naprawdę wspaniale. Co do samej banalnej historii to kolejnym jej plusem jest moim zdaniem jedno z lepszych zakończeń w historii - naprawdę ciężko było skończyć opowieść lepiej.
I choć mógłbym po przecinku w nieskończoność wymieniać niedorzeczności zawarte w tej produkcji nie zrobię tego. Bo ten film kupił mnie całym sobą. Jest w nim zawarta cała gromadzona od ponad stu lat magia kina. Nie wiem czy przesadzam, ale Chazelle umiejętnie połączył gatunki - zarówno muzyczne, jak i filmowe oraz przeszłość ze współczesnością. Dodając do tego świetną pracę aktorską, scenografię i dbałość o każdy szczegół mamy tutaj do czynienia z filmem kompletnym. Takim, który zostaje w widzu po seansie jeszcze na długo. Szedłem na pokaz bardzo sceptycznie nastawiony, dziwiąc się trwającemu od dawna hype'owi na tę produkcję. Jednak teraz wiem, że festiwalowi i konkursowi decydenci nie zwariowali - ten film faktycznie jest wielki i zasługuje na większość przyznanych mu nagród! Każdy powinien to zobaczyć - i to nie w domu,a na dużym ekranie!


niedziela, 17 kwietnia 2016

Wielka mistyfikacja

Iluzjonista (The Illusionist )
USA, Czechy 2006
reż. Neil Burger
gatunek: dramat, romans, fantasy

Istniejące przez pół wieku w latach 1867 - 1918 państwo znane jako Austro - Węgry mimo dość krótkiego czasu występowania dość znacząco zaznaczyło się w historii (III Rzesza zaznaczyła się znacznie bardziej mimo 12 lat swego trwania). Ten kuriozalny twór państwowy będący mieszaniną różnych nacji i grup kulturowych jednak dość słabo zaznaczył się w kinematografii. W sumie oprócz naszych C.K. Dezerterów  i klasycznych opowieści o cesarzowej Sisi nie przychodzi mi nic do głowy. Dlatego z radością przyjąłem wiadomość, że opisywany właśnie film dzieje się w tym kraju. 


Poznajemy historię robiącego furorę w stołecznym Wiedniu iluzjonisty znanego jako Eisenheim (Edward Norton). W czasie jednego z występów spotyka swą znajomą z dzieciństwa, księżną von Teschen (Jessica Biel), w której jest z wzajemnością zakochany. Księżna jest jednak narzeczoną następcy tronu, okrutnego księcia Leopolda (Rufus Sewell), który nakazuje inspektorowi policji (Paul Giamatti) aresztowanie magika.


Film ten posiada wszędzie bardzo wysoką średnią ocen. Nawet przeglądając liczne oceny moich znajomych widzę, że nikt nie dał tej produkcji mniej niż siedem na dziesięć gwiazdek na filmwebie. Cóż, jak dla mnie to jednak oceny mocno zawyżone, gdy uważam ten film Burgera za mocno średni. Owszem, dbałość o detale, scenografia i ogólny klimat tamtych czasów stoi na bardzo dobrym poziomie. Także gra aktorska (w szczególności Norton), jak i praca kamery - tutaj ciężko mieć jakieś zarzuty. Jednak cała reszta jest naprawdę mocno przeciętna. Historia jest bardzo banalna,prosta i nieskomplikowana. Same pokazy iluzjonistyczne nie zostały jak dla mnie zrobione zbyt dobrze, a niektóre pokazy są mocno nielogiczne i bardziej pasują do świata Harry'ego Pottera niż naszego smutnego padołu łez. Dlatego też zakwalifikowałem ten film jako w pewnym sensie fantastyczny. Także sama historia miłosna głównej pary jest moim zdaniem niewiarygodna. Nie czuć też między tymi postaciami jakiejś szczególnej chemii. Reasumując - na mnie wielkiego wrażenia ten film nie zrobił, jednak zapewne patrząc na oceny znajdzie on masę fanów. Dlatego warto przekonać się samemu.




środa, 2 marca 2016

Meksykańska homotragedia

Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato)
Belgia, Holandia, Meksyk 2015
reż. Peter Greenaway
gatunek: biograficzny, romans

Siergiej Eisenstein choć dla wielu jest postacią anonimową to dla fanów kina jako sztuki powinien być więcej niż znany. Ten urodzony w 1898 roku radziecki reżyser i montażysta wyprzedził w sztuce filmotwórstwa swe czasy o dobre dwie dekady, a prawidła montażowe, według których nakręcił swe największe dzieła (Pancernik Potomkin, Stajk i Październik) są w dużym stopniu używane do dziś. W sumie studiując jego biografię można znaleźć wiele tematów na film. I właśnie w zeszłym roku powstało dzieło ukazujące pobyt reżysera w Meksyku. 


Opromieniony sukcesami w kraju, jak i rozpoznawalnością w USA reżyser Siergiej Eisenstein (Elmer Bäck) przybywa do Meksyku, by tu nakręcić swe największe dzieło filmowe. Jednak zaraz po przybyciu zaczyna zaniedbywać obowiązki twórcze wikłając się w znajomość ze swym meksykańskim przewodnikiem, Palominem (Luis Alberti), z którym wdaje się w romans. 


Film ten nie pokazuje wcale pracy reżysera nad filmem czy też ogólnie jego pracy jako takiej skupiając się nad homoseksualnym aspekcie jego życia. Greenaway w swym filmie poniekąd stawia tezę, że dzieło ¡Que Viva Mexico! okazało się wielką klapą pośrednio ze względu na homoseksualne zauroczenie reżysera, jakiemu poddał się będąc w Ameryce Środkowej. Co do homoseksualnych scen to niestety w filmie widok nagich męskich ciał z każdej perspektywy to norma i przez około 20 procent produkcji widzimy czyjeś genitalia lub przynajmniej pośladki. Dodając do tego sceny męsko - męskiego seksu, które ukazane są dość naturalistyczne to mamy do czynienia wydawać by się mogło z wysokobudżetowym filmem homopornograficznym z fabułą, a nie z pełnoprawną normalną produkcją. 
Pochwalić można ten film za to, że jest bardzo kolorowy, mnogi w detale kostiumowo - lokalizacyjne i naprawdę ciekawie nakręcony. Ciężko mi jednak ocenić pewne aspekty tego dzieła, jak na przykład częste pokazywanie fotografii osób, o których mowa w filmie czy podział ekranu na trzy identyczne części w niektórych scenach. To pierwsze rozwiązanie jest początkowo oryginalne i ciekawe, potem już jednak męczy, szczególnie, że postaci z czasem się powtarzają. Miało wyjść artystycznie, a wydaje mi się, że ponad 70 letni Greenaway zaczerpnął ten pomysł od poślednich youtuberów. 
Naprawdę podobać mogą się też niektóre sceny i dialogi z przemyśleniami postaci oraz zestawienie dwóch kontrastujących ze sobą światów i społeczności: rosyjskiej i meksykańskiej (w tle dochodzi jeszcze ta północnoameryańska). 
Reasumując ciężko jest ocenić ten film. Ma on oryginalnego bohatera, z którego twórcy wyciskają co najwyżej część jakości, bezpretensjonalną warstwę obyczajową, która czasem przekracza granicę dobrego smaku oraz materiał na dobry film, którym jednak w ostateczności nie staje się. Każdy jednak opinię na temat tej produkcji powinien wystawić już po obejrzeniu. I zainteresować się dziełami wybitnego reżysera z początków świetności kina. 




piątek, 26 lutego 2016

50 twarzy samotności

Jak to robią single (How to Be a Single)
USA 2016
reż. Christian Ditter
gatunek: komedia, romans 


W ostatnim czasie zaroiło się w kinach od filmów z singlami w tytule. Oprócz tego, amerykańskiego czegoś mamy wszak też polską komedię romantyczną (najmniej logiczny gatunek filmowy) Planeta singli. Sam wybrałem się (z pewnym oporem) na pierwszy z tych filmów, który jest firmowany uroczym obliczem gwiazdki 50 twarzy Graya, Dakoty Johnson. Oczekiwałem czegoś tak żałosnego jak wspomniane coś, jednak z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że jednak nie było aż tak źle.


Główna bohaterka, Alice (Dakota Johnson) zostawia swego wieloletniego partnera, by być singlem i robić różne fajne rzeczy. W nowej pracy poznaje utuczoną jak brojler Robin (Rebel Wilson), która pokazuje jej jak wygląda życie nowojorskiego singla - kobiety. Poza tym poznajemy siostrę Alice, Meg (Leslie Mann) oraz spotykającą się w barze Toma (Anders Holm) z poznanymi drogą internetową mężczyznami Lucy (Alison Brie). Każda z postaci ma inne perypetie wynikające ze swej samotności. 


Zacznę od tego co mi się bardzo w tym filmie spodobało. Brak jakiegoś wyśnionego happy endu, księcia na białym koniu porywającego główną bohaterkę do swego złotego zamku czy czegoś podobnego, do czego przyzwyczaiło nas kino i do czego widownia dawno zdążyła się opatrzyć. Tu tego nie ma i to jest fajne. Miło też ogląda się Dakotę Johnson, która powinna jednak zacząć grywać w nieco ambitniejszych produkcjach, gdyż sądzę, że stać ją na to. Szkoda, że cykliczne spotkania z Greyem i jego pejczem zaszufladkują ją do tej roli do późnej aktorskiej (dla kobiet) starości czyli gdzieś do czterdziestki. 
To co jest w filmie zaś głupie i niedorzeczne to osoba Robin, która wyrywa facetów z prędkością światła. Rozumiem, że byłoby to wiarygodne, gdyby w jej rolę wcieliła się chociażby Kate Upton, ale na litość boską, obsadzono do tej roli 200 kilową Rebel Wilson! Okej, to jest jednak komedia, ale serio, w USA największe powodzenia ma taki tucznik!? Brakuje tylko jej seks scen z kilkoma napalonymi Murzynami dla uwiarygodnienia roli...
Sam film jakby nie patrzeć nie jest specjalnie rozbudowany fabularnie i nie zmusza do wysiłku intelektualnego, jednak chyba nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się, że będzie inaczej. Dostajemy całkiem przyzwoity filmik z gatunku tych jako tako krzepiących i podanych w stylu raczej dość głupkowatym. Obejrzeć można, zapewne zaraz potem zapomnieć jednak raczej nic więcej z tego powstać nie miało.


wtorek, 21 lipca 2015

Miłość po szwedzku

Fucking Amal
Szwecja 1998
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat, romans

Jakiś czas temu przy opisywaniu filmu, który mi się bardzo spodobał i wygrał nawet w rankingu na film miesiąca, We are the best! obiecałem (i to publicznie) sobie, że zabiorę się za obejrzenie wielokrotnie nagradzanego, najbardziej znanego filmu Moodyssona, czyli właśnie Fucking Amal. Nie minęło dużo czasu i właśnie nadeszła chwila, by w kilku zdaniach napisać o wcześniejszym dokonaniu Szweda.  


Fabuła przenosi nas do zapadniętej mieściny gdzieś w Szwecji, czyli tytułowego Amal. Poznajemy tam nastoletnią Ages (Rebecka Liljeberg), która po ponad roku od przeprowadzki z rodzicami do miasta nie potrafi znaleźć tu dla siebie miejsca. Skromna, wyciszona i wywalienowana dziewczyna zajmuje się głównie pisaniem komputerowego pamiętnika, w którym opisuje swe uczucie do ładnej, trochę starszej znajomej ze szkoły, która jest obiektem zainteresowania wielu szkolnych amantów - Elin (Alexandra Dahlström). W dniu urodzin Ages Elin przychodzi z Jessicą (Erica Carlson) na imprezę do domu dziewczyny, by wypić wino i szybko się zmyć. jednak gdy odkrywają komputerowe wyznania Agnes postanawiają się założyć o to, czy Elin pocałuje solenizantkę. Tak zaczyna się dziwna relacja łącząca obie dziewczyny.


Film ten ogląda się prawie jak dokument. Kamera towarzyszy postaciom z tak bliskiej, niemal intymnej perspektywy, że młode aktorki musiały chyba czuć się zaszczute jej namacalną wręcz obecnością. Produkcja ta w Polsce miała odbiór całkowicie inny niż w rodzimej Szwecji. Gdy u nas uwagę wzbudzała rodząca się wydawać by się mogła wręcz zakazana lesbijska miłość w Szwecji zwracano uwagę na relację pomiędzy pokoleniami, nieporozumienia na linii dzieci - rodzice. Niby Polskę i Szwecję dzieli tylko wąskie morze, ale przekaz kulturowy i społeczny odbiór jest całkiem inny. Co do samej produkcji mamy tutaj dość prostą opowieść o życiu młodych ludzi, czasie, gdzie pojawiają się pierwsze problemy życiowe i fundamentalne pytania, gdzie kształtuje się osobowość. Jednak sam film nie był dla mnie specjalnie dobry, opisywana wcześniej produkcja o młodych punkach, chociaż momentami podobnie zrealizowany wzbudził we mnie o wiele więcej emocji i entuzjazmu. Fucking Amal zaś mimo wielu nagród to takie typowe obejrzeć i zapomnieć.