Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2018

Krótki film o przemijaniu

A Ghost Story 
USA 2017
reż. David Lowery
gatunek: dramat, fantasy
zdjęcia: Andrew Droz Palermo
muzyka: Daniel Hart

Kolejny w ostatnim czasie niezależny film amerykańskich, który pojawia się na łamach mojego bloga. A pojawia się tutaj, bo dość nieoczekiwanie zrobił on wiele zamieszania wśród widzów i krytyków zarówno Amerykańskich, jak i światowych. Obraz Lowery'ego, który dysponując budżetem za który nakręcono jeden odcinek Korony królów przekonał do siebie wiele osób więc postanowiłem co w nim takiego fascynującego. 


C (Casey Affleck) umiera. Jednak po śmierci przeistacza się w ducha i przybywa do swego domu, by przynieść pocieszenie swojej żonie M (Rooney Mara). Ku swemu zaskoczeniu odkrywa jednak, że kobieta go nie widzi. C jest więc zmuszony do samotniczego życia po życiu w swym dawnym domu w pobliżu ludzi, lecz poza zasięgiem ich wzroku...


Wciąż zastanawia mnie to, w jaki sposób Lowery dysponując kwotą około 100 tysięcy dolarów nakręcił w Amerykańskich warunkach pełnometrażowy film, do którego dodatkowo skaptował gwiazdy światowego formatu: zdobywcę Oscara i nominacji do niego Casey'a Afflecka i dwukrotnie doń nominowaną Rooney Marę. Szczególnie, że oboje przeżywają obecnie okres swojego aktorskiego prosperity i wydawać by się mogło, że cały budżet filmu mógłby być przeznaczony na jeden dzień zdjęciowy ich udziału. Cieszy jednak, że zdolni i rozpoznawalni aktorzy decydują się także na takie kameralne, niszowe kino, które jest skazane na komercyjną klapę. 
Szczególnie wyjątkowa jest rola Afflecka który pojawia się jako normalna osoba w kilku pierwszych scenach, później zaś przechadza się melancholijnie po świecie żywych w prześcieradle z wyciętymi otworami na uszy jako dziecięca personifikacja ducha. Przy okazji milczy przez cały swój duchowy żywot. Na pewno było to ciekawe doświadczenie w karierze aktora.
Trochę na pewno zniszczyli ten film ludzie, którzy próbowali początkowo przedstawić go jako horror. I niektórzy wybrali się do kina oczekując właśnie filmu grozy. Zamiast tego dostali slow cinema w konwencji melodramatu z pewnym baśniowym wręcz wątkiem egzystencjalnej podróży zmarłej osoby. Cóż, nie każdy mógłby być zachwycony. Szczególnie, że inne ostatnio wydane filmy typu slow cinema przy A Ghost Story to naładowane akcją sensacyjniaki. Opisywany film wlecze się w tempie sparaliżowanego ślimaka stawiając widzowi liczne wyzwania: choćby scena, gdy przy nieruchomej kamerze Rooney Mara je ciasto. Je, je i je. I tak przez dobre 10 minut. Wymaga to od widza dużej pokory oraz pewnego skupienia. To skupienie jest wynagrodzone w następnych fragmentach filmu, kiedy poznajemy dalsze losy podróży C. Daje to do myślenia i prowokuje do pewnego rozrachunku własnej osoby w kontekście całości egzystencji ludzkiej na przestrzeni dziejów. Także daleki jestem od gloryfikowania filmu, jednak uważam, że warto go zobaczyć i wyrobić sobie o nim samodzielnie własne zdanie. Choć będzie to przeprawa filmowo dość trudna. 




wtorek, 10 października 2017

Na poznanych wodach

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales)
Australia, USA 2017
reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg
gatunek: przygodowy, fantasy 
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Geoff Zanelli

Pierwsza część disneyowskiego hitu o piratach z Karaibów była niekwestionowanym sukcesem. Wykorzystała do tego zarówno oryginalną awanturniczą opowieść, gdzie film kostiumowy mieszał się z fantasy, do tego postawiła na świetną obsadę aktorską: Johnny Depp, który był wówczas w swej życiowej formie (niestety wykreowana wtedy postać towarzyszy mu do tego czasu niemal w każdej kolejnej produkcji), młody Orlando Bloom świeżo po życiowym sukcesie jako Legolas oraz urocza Keira Knightley i Geoffrey Rush. Wydana kilka lat później kontynuacja nie była już tak dobra, jednak oryginalna piracka trylogia doczekała się niezłego zwieńczenia w 2007. Najlepiej dla wszystkich piratów i ich fanów byłoby, gdyby twórcy na tym poprzestali, niestety żądza pieniądza w tym wypadku zmusiła ich do restartu serii w 2011 roku, już bez kilku głównych postaci ze starszych części. W dziesięć lat później Jack Sparrow powrócił ponownie...


Jack Sparrow (Johnny Depp) tuła się wraz ze swą załogą po Karaibach próbując wyżyć z piratowania. Jednak kolejne próby rozbojów niespecjalnie się układają, co negatywnie wpływa na jego pozycję w grupie. Tymczasem ze swego więzienia w Trójkącie Bermudzkim ucieka pewien upiór - hiszpański kapitan Salazar (Javier Bardem),  który za życia był pogromcą piratów. Teraz chce zemścić się na Sparrowie za to, że ten pokonał go przed laty, a przy okazji dokończyć swego dzieła anihilacji piratów. 


Już po samym krótkim opisie widać, że po raz piąty producenci i scenarzyści korzystają w tej serii z tego samego, mocno wyeksploatowanego pomysłu: upiory kontra piraci. Zmieniają się trochę upiorne mordy i ich właściwości, jednak generalnie kolejny raz widzimy na ekranie to samo. Oglądanie Deppa w poszczególnych częściach Piratów z Karaibów trochę przypomina oglądanie swojej ulubionej gwiazdy porno, która występuje w roli głównej każdego filmu, jednak zmieniają jej się jej partnerzy i konfiguracja scen. Wszystko jednak sprowadza się do jednego i mniej więcej wiemy przed seansem, co nas czeka. Tutaj też nie jesteśmy zaskakiwani przez twórców i w sumie już przed seansem na 95% możemy domyślać się wszystkiego, co zobaczymy. Oklepanie tematu to największy minus tej produkcji, bo świeżości tu tyle, co swego czasu w wędlinach z Constaru. 
Gdyby jednak cztery pierwsze części nigdy nie powstały i teraz patrzylibyśmy na oryginalny produkt to naprawdę można byłoby się zachwycić. Film jest dobrze nakręcony, posiada solidne i ładnie wyglądające efekty specjalne, lokacje są klimatyczne, a postaci całkiem dobrze napisane. Przede wszystkim całość jest wypełniona non stop akcją, ciągle coś się dzieje, a na nudę po prostu nie ma miejsca. Ciekawostką jest też fakt, że w dość pokraczny sposób, ale jednak domyka się historia znana z oryginalnej trylogii, a dzieje się to za sprawą m.in. nowych postaci, w które wcielają się Brenton Thwaites i Kaya Scodelario (znana z roli Effy w serialu Skins). Powraca także Geoffrey Rush jako Barbossa, który dla wielu jest najciekawszą postacią uniwersum. 
Całościowo nie jest więc źle, jednak biorąc pod uwagę odtwórczość filmu nie można być w pełni zadowolonym. Fani serii powinni się cieszyć, dla reszty (zaznajomionych już z tematem) będzie to pewien zawód. 

 

niedziela, 19 marca 2017

Wałkowanie Hollywood

Kong: Wyspa Czaszki (Kong: Skull Island)
USA, Wietnam 2017
reż. Jordan Vogt-Roberts
gatunek: przygodowy, fantasy
zdjęcia: Larry Fong
muzyka: Henry Jackman

I oto, chociaż jeszcze marzec i nawet nie dotarła do naszego kraju kalendarzowa (ani pogodowa) wiosna kino uraczyło nas pierwszym filmem z gatunku letnich blockbusterów. Hollywood mackami studia Warner Bros postanowiło ożywić ponownie historię King Konga, który po raz pierwszy na ekranach zawitał w 1933, by później wielokrotnie jeszcze zaznaczać swoją obecność w kolejnych filmach. Jak widać, wciąż jednak jeszcze nie przerośnięty potwór może być okazją do wyciśnięcia z widzów kolejnych milionów dolarów.


Lata 70. ubiegłego wieku. Kończy się wojna wietnamska,a gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej radary odkrywają ostatnie niezbadane przez ludzkość terytorium na Ziemi - Wyspę Czaszki. Bill Randa (John Goodman) uzyskuje możliwość wybrania się na wyspę, by ją zbadać. Towarzyszyć mu będą m. in. wojskowy Preston Packard (Samuel L. Jackson), traper James Conrad (Tom Hiddleston) i fotografka Mason Weaver (Brie Larson). Niespodziewanie na wyspie zostają przez goryla o wielkich rozmiarach. Wkrótce trafiają też na uwięzionego na wyspie od II Wojny Światowej Hanka Marlowa (John C. Reilly)...


Przed seansem tego typu produkcji z grubsza zawsze wiadomo, czego się spodziewać podczas oglądania. I tym razem obraz Vogta-Robertsa nie zaskakuje niczym i jest po prostu tym, czym ma być. Jest to kolejny przykład tego, że Hollywood dawno zjadło własny ogon - kolejny raz tamtejsi decydenci podążają drogą typu zjeść -> przetrawić -> wydalić -> zjeść ponownie. Szkoda, że w walce o widza rezygnuje się z tworzenia nowych historii, opowiadanych inaczej, kształtujących nowe trendy,a  wszystko opiera się na niemal świętej trójcy - PG13, green screen, znani i lubiani (super)bohaterowie. Niedzielni i niewymagający widzowie uderzą do sal kinowych, jednak wszystko to cofa kinematografię, zamiast ją rozwijać. 
O samym filmie ciężko napisać jakieś odkrywcze rzeczy - praktycznie wszystko to już widzieliśmy, teraz tylko dostajemy klimat lat 70., trochę zaczerpnięcia z Czasu apokalipsy, złożenie soundtracku z ówczesnej muzyki (fajnej, zapewne wydanie kompilacji na CD doda kolejny strumień dolarów dla twórców) i przeniesienie całości w 3D (które jest jakościowo nierówne, są skoki od naprawdę dobrze wyglądających scen do sztucznych i nieciekawych wizualnie). Mamy galerię postaci, które są jak na blockbuster przystało zarówno śmieszne, jak i bohaterskie, w zależności od swej roli. Show wszystkim znanym nazwiskom skradł tutaj wcielający się w rolę Marlowa Reilly - każda jego scena to mocny punkt filmu. Sam King Kong nie pojawia się zbyt często na ekranie, a gdy już jest prezentuje się nieźle. Dowiadujemy się też, że jego postać wciąż jeszcze rośnie. A na horyzoncie czeka już film Kong vs Godzilla. Nie mogę się już doczekać...





wtorek, 13 grudnia 2016

Blokowiska fantasy

Straż nocna (Nocznoj Dozor)
Rosja 2004
reż. Timur Biekmambietow
gatunek: fantasy, akcja 

Będąc w liceum uwielbiałem czytać książki Siergieja Łukjanienki, który to był wówczas jednym z moich ulubionych pisarzy. Jego powieści, w tym przede wszystkim cykl Patroli to naprawdę kawał dobrej roboty. Do dzisiaj dziwię się, że jedna z lepszych urban fantasy powstała właśnie w Rosji. Jako że niedawno dowiedziałem się, że autor wydał kolejną część swojej sztandarowej sagi postanowiłem obejrzeć ekranizację pierwszego tomu Patroli, czyli Nocnego patrolu (swoją drogą nie rozumiem, dlaczego pokracznie przetłumaczono tytuł filmu).


Od wieków siły ciemności i światła ścierają się miedzy sobą. Dawno temu doszło między nimi do wielkiej bitwy, jednak dowódca dobrej strony, Geser (Władimir Mieńszow) i przywódca ciemności, Zawulon (Wiktor Wierzbicki) zdając sobie sprawę z idealnej równowagi między siłami podpisują trwający do chwili obecnej rozejm, na mocy którego ustanowione zostały Dzienny oraz Nocny Patrol, których zadaniem jest strzec równowagi sił. We współczesnej Moskwie działa Anton Gorodecki (Konstantin Chabienski), który należy do Nocnego Patrolu kontrolującego siły ciemności. 


Od zawsze lubiłem podgatunek fantastyki nazywany urban fantasy, czyli po prostu fantastykę miejską. Siłą rzeczy dobrych książek z tego gatunku powstało raczej mało, filmów zaś jeszcze mniej, dlatego każdy znośnie zrealizowany czy napisany akt twórczy fani gatunku muszą przyjąć z radością. Cykl Łukjanienki (przynajmniej początek, dalszych części nie czytałem) był właśnie spełnieniem marzeń dla tych ludzi. Wampiry, czarownice, wiedźmy i potwory innych proweniencji mieszkające we współczesnym świecie, w wielkich i obskurnych blokowiskach, często obok siebie!? Dodać do tego znośną fabułę i materiał na dobre czytadło jest. Niestety przy ekranizacji wystarczyło tylko lub aż przenieść tą dobrą fabułę i w przyzwoity sposób to pokazać żeby było dobrze. Niestety reżyser zrobił to dość pokracznie. Film, owszem da się oglądać i czerpać pewną satysfakcję z tego, jednak w żadnym aspekcie nie umywa się on do swej książkowej wersji. W epoce Władycy Pierścieni zastosowano efekty, którym bliżej często do filmowego Wiedźmina, poprzez zwolnienie czasu (Zack Snyder musiał być dumny, gdy to widział) wydłużono film pewnie o jakiś kwadrans, jak nie dłużej, aż wreszcie średnio przeniesiona fabuła z licznymi brakami względem pierwowzoru i przede wszystkim nietrafiona obsada. Niestety dla mnie spory zawód. Polecam najpierw sięgnąć po książkę jeśli chce się oglądać ten film, aby później się nie zniechęcić. 






czwartek, 8 grudnia 2016

Pożegnanie z Hogwartem

Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część 1 i 2 (Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 1 and 2)
USA, Wielka Brytania 2010/2011
reż. David Yates
gatunek: przygodowy, fantasy 

Miałem to szczęście, że moje dzieciństwo przypadało na erę wielkiego boomu na Harry'ego Pottera w naszym kraju, a same książki wychodziły rok po roku, więc czytając miałem zawsze tyle lat, co główni bohaterowie. Tak samo, gdy zaczęły powstawać filmy wciąż byłem w wieku bohaterów, dzięki czemu mogłem najpełniej przeżywać akcję. Chociaż daleko mi do nazwania się kiedykolwiek potteromaniakim (lub jakimkolwiek maniakiem) to sentyment do serii pozostał, mimo że ostatniej części już ani nie przeczytałem, ani nie obejrzałem. To drugie niedopatrzenie postanowiłem właśnie nadrobić.


Po śmierci Dumbledore'a Voldemort (Ralph Fiennes) przejmuje władzę nad magicznym światem. Tymczasem ścigany przez swego wroga Harry Potter (Daniel Radcliffe) wraz z przyjaciółmi Ronem (Rupert Grint) i Hermioną (Emma Watson) szukają horkrusów, dzięki których zniszczeniom będzie możliwe pokonanie Voldemorta. 


Obejrzałem oba filmy (część pierwszą i drugą) jednak postanowiłem nie rozdzielać ich na dwie notki i opisać w kilku zdaniach to co widziałem w jednym poście. W sumie jest to podzielenie jednej książki, może dla mnie trochę niezrozumiałe i tyle. W rankingu umieszczę filmy osobno, na potrzeby teksty wystarczy tylko jeden.
Sam pozostaję największym fanem pierwszych trzech/czterech książek o Potterze, jak i ich adaptacji filmowych. Uważam, że najwięcej magii zarówno literackiej, jak filmowej było zawartych w tych częściach i to właśnie początkowe, baśniowe części stanowią o sukcesie całej serii, która z części na część szła według mnie w zbyt hmm mrocznym kierunku rezygnując z tego, co miała najlepsze - magii, magicznej szkoły i jej sekretów na rzecz sztampowego pojedynku dobra ze złem w wydaniu dla nastolatków.
Także ostatnia część przez brak magicznej nauki w równie magicznej szkole i zamienienie się w istne przeciwieństwo pierwszych części jest dla mnie rozczarowaniem. Chociaż przez te prawie pięć godzin nie zabraknie tutaj efektownych pojedynków na różdżki,przeróżnych efektów świetlnych przez to wywoływanych, przejażdżek na miotłach czy używania magicznych przedmiotów to całościowo nie czuć tu wcale magii, która niknie pod wpływem swojej częstotliwości sprowadzając się do kolorowych efektów...Niestety czuć w tym przesyt. 
Także film (czy też książka jeśli bym przeczytał) dla nastolatków obejrzany po latach, gdy jest się już w latach oddalony od targetu wiekowego produktu nie daje tyle satysfakcji, co kiedyś. Wiele rzeczy wydaje się nielogiczne, dodane na siłę, czy wręcz bezsensowne. Ale takie już prawidła opowieści dla młodszych widzów/czytelników. 
Niestety też jakoś nie mogłem się przekonać do bohaterów, których wcześniej uwielbiałem. Zarówno Harry, jak i jego przyjaciele są mdli i po prostu nudni. Postać Voldemorta nie jest już tak straszna jak kiedyś, a mnie najbardziej irytowało tak mało czasu poświęconego świetnie sportretowanemu przez Alana Rickmana Snape'owi. 
Gdybym oglądał ten film mając 16-17 lat na pewno uważałbym go za bardzo dobry, teraz jednak co najwyżej mogę powiedzieć, że jest średni z kilkoma niezłymi scenami. Niestety dla Pottera, a na szczęście dla innych filmów z wiekiem gust filmowy też podlega zmianie. Osobiście wieńczącą część uznaję nieznacznie lepszą niż pierwszy film z 2010 roku.


Pożegnanie ze Śródziemiem

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii (The Hobbit: The Battle of the Five Armies)
USA, Nowa Zelandia 2014
reż. Peter Jackson
gatunek: fantasy, przygodowy

Kiedy Peter Jackson zekranizował trylogię Władcy Pierścieni świat ogarnął wielki szał na Tolkiena, zarówno w jego książkowym, jak i filmowym wydaniu. Wreszcie powstało kompletne kinowe widowisko fantasy, wzorowane na prekursorskiej książce. Co ważne nareszcie efekty specjalne były w stanie oddać nam w pełni bogaty fantastyczny świat. Dlatego ludzie zakochali się w Śródziemiu, i zakochałem się i ja, oglądałem filmową trylogię wiele razy. Dlatego, gdy usłyszałem, że Jackson przymierza się do ekranizacji wcześniejszego Hobbita byłem zachwycony. Potem niestety przyszło do obejrzenia pierwszej części, i entuzjazm opadł...


Siejący spustoszenie smok Smaug zostaje pokonany przez Barda (Luke Evans), a krasnoludy pod wodzą Throina (Richard Armitage) zajmują górę. Bogactwa tam znalezione wpływają negatywnie na przywódcę krasnoludów, który zamyka się w ufortyfikowanej twierdzy. Jednak ludzie i elfy też chcą część pozostałej po smoku fortuny. Co gorsza, do miejsca konfliktu zbliża się też armia orków...


Pierwszym, i być może największym błędem producentów było to, że niczym Smaug owładnięci rządzą pieniądza zdecydowali się zrobić z krótkiej dwustu stronicowej książki dla dzieci trzy filmy, które razem trwają koło siedmiu godzin. Zamiast skondensowanej historii, którą można opowiedzieć w sprawny sposób w trochę ponad dwie godziny dostajemy trzy wleczące się, sztucznie wydłużone opowieści będące wariacją połączenia adaptowanej książki, kilku innych opowieści zaczerpniętych z Tolkiena i nadpisanie całości postaciami znanymi z Władcy Pierścieni (jak na przykład Orlando Bloom powracający jako Legolas). Dopisane zostały też przygody Gandalfa, który w książce po prostu znikał, tutaj zaś musimy oglądać poczynania postaci, w którą wciela się Ian McKellen. W tej mnogości wątków i postaci ucieka gdzieś wątek tytułowego hobbita Bilba Bagginsa, granego przez Martina Freemana. W trzeciej części jest już on tylko tłem do tej papki wszystkiego. 
Niestety oprócz kulejącej fabuły niedomagają też efekty specjalne. Nie wiem czemu, ale te z Władcy Pierścieni stały moim zdaniem na wiele lepszym poziomie. Tutaj mamy zaś jakiś marny erzac i tyle. Naprawdę chciałem przenieść się jeszcze raz do pięknego, magicznego świata Śródziemia, sądząc, że lżejszy tematycznie Hobbit pozwoli przeżyć kolejną niezapomnianą przygodę. Niestety tak się nie stało. Zaczęło się średnio, a każda kolejna część przygód krasnoludów i Bilba była już tylko gorsza. Szkoda.





wtorek, 6 września 2016

Japońska incepcja

Detektyw nocnych koszmarów (Akumu tantei)
Japonia 2006
reż. Shinya Tsukamoto
gatunek: thriller, fantasy

Parafrazując Forresta Gumpa mogę powiedzieć, że azjatyckie kino przypomina pudełko czekoladek - nigdy nie wie się na jaki film się trafi. Specyfika regionu przynosi nam ogrom równie specyficznych pozycji o różnej jakości, a ich oceny wśród społeczności filmowej wahają się diametralnie - czasem dobry film może mieć niską średnią ocenę, innym razem zaś słaby zostanie obejrzany tylko przez ludzi, którym przypadnie on do gustu sztucznie zawyżając tym samym ocenę. I dlatego też lubię tamtejsze kino - to zawsze podróż w nieznane i żeby zacząć oglądać jakiś azjatycki film potrzeba odważyć się zrobić pierwszy krok. I czasem, tak jak i tym razem będzie to krok prosto w przepaść. 


Młoda policjantka Keiko (Hitomi) prowadzi śledztwo w sprawie kilku zaskakująco brutalnych samobójstw. Nie jest przekonana, że denaci sami odebrali sobie życie. Szczególnie, że wszyscy przed śmiercią kontaktowali się telefonicznie  z osobą zapisaną jako 0. Aby ruszyć sprawę z miejsca bohaterka zamierza poprosić o pomoc Kyoichiego (Ryûhei Matsuda), który potrafi wkraczać do cudzych snów...


Podobno o wiele lepiej jest pisać o filmach słabych, niż tych dobrych, gdyż po prostu jest możliwość łatwego rozpisania się, analizując wady omawianej produkcji. Jednak czasami film jest tak beznadziejny, że szkoda czasu żeby rozwodzić się szczegółowo nad tym, jak każdy z detali jest słaby. Chociaż po opisie fabuły wydawać mogłoby się, że jest ona interesująca oglądając film widać jej płytkość i wszystkie braki logiczne. Nic się tam nie trzyma kupy i jakichś związków przyczynowo-skutkowych. Także montaż filmu jest dramatyczny, efekty wołają o pomstę do nieba (np. szyba tłukąca się zanim bohaterka w nią uderzy), gra aktorska kuleje, a całość nie trzyma w napięciu ani przez chwilę. To nie jest tak, że jestem uprzedzony do tego typu filmów owianych aurą godną Strefy 11, gdyż w sumie bardzo podobny film koreański, Psycho-metry podobał mi się i oceniłem go pozytywnie. Natomiast opisywanego właśnie dzieła nie polecam i radzę się trzymać od niego z daleka. A że jest jeszcze druga część, ponoć ta słabsza - cóż, to chyba tylko dla wybitnych masochistów.






niedziela, 15 maja 2016

Alicja w Krainie Greenscreenu

Alicja w Krainie Czarów (Alice in Wonderland)
USA 2010
reż. Tim Burton
gatunek: fantasy, przygodowy

Po trochę przedłużonym długim weekendzie wracam do półświatka polskiej blogosfery. Nie wiem czy ktoś czekał czy nie (pewnie co najwyżej ktoś mnie przez ten czas odlajkował) ale oto jestem z pierwszym wpisem z zaległego od dwóch tygodni contentu. Na pierwszy majowy ogień idzie Tim Barton i jego wizja świata z klasycznej powieści Lewisa Carrolla.


Nastoletnia Alicja (Mia Wasikowska) z nudnego XIX wiecznego przyjęcia, które okazuje się być jej imprezą zaręczynową trafia w dziwny sposób do magicznej krainy, gdzie panuje groteskowa Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Dziewczyna dowiaduje się, że trafiła do tego świata, by zdetronizować ją i osadzić na tronie jej siostrę (Anne Hathaway). Alicji pomóc w tym ma Szalony Kapelusznik (Johnny Depp).


Książkę będącą oryginałem czytałem dawno, dawno temu (chyba jeszcze w zeszłym tysiącleciu) więc w sumie jeśli chodzi o kanoniczną wersję to wiem, że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Jeśli zaś chodzi o film to pierwsze na co zwróciłem uwagę to wybór reżysera. Chyba nikt inny nie pasowałby lepiej do tego szalonego filmu, jak właśnie Tim Burton. Także kadra aktorska z często pojawiającym się na ekranie duetem Depp - Bonham Carter pasuje jak nic do tego ekscentrycznego uniwersum. Świat wykreowany przez Bartona jest odpowiednio odjechany, dziwaczny i pokręcony. Wszystko jest kolorowe i sugestywne. Jednak jak dla mnie całość wyglądała dość sztucznie i mimo dbałości jakoś mało wiarygodnie. Do tego nie jestem fanem filmów kręconych w większości na green screenach. Także sama fabuła oparta na kanwie ponad stuletniej książki mnie nie porwała. Może gdybym miał z 12 lat mniej wsiąknąłbym w tę historię jednak w wieku ponad dwukrotnie większym całość mnie nie porwała. Wszystko było tu zbyt proste, szablonowe i czarno - białe. Raczej nuda i sztampa. Ale raczej całość robiona była z myślą o zapełniającym sale kinowe od dobrych kilku lat tak zwanym widzu familijnym i takiemu pewnie się podobał. Dla niego też niebawem wyjdzie kolejna część serii, jednak ja raczej szybko kontynuacji nie obejrzę. 




niedziela, 17 kwietnia 2016

Wielka mistyfikacja

Iluzjonista (The Illusionist )
USA, Czechy 2006
reż. Neil Burger
gatunek: dramat, romans, fantasy

Istniejące przez pół wieku w latach 1867 - 1918 państwo znane jako Austro - Węgry mimo dość krótkiego czasu występowania dość znacząco zaznaczyło się w historii (III Rzesza zaznaczyła się znacznie bardziej mimo 12 lat swego trwania). Ten kuriozalny twór państwowy będący mieszaniną różnych nacji i grup kulturowych jednak dość słabo zaznaczył się w kinematografii. W sumie oprócz naszych C.K. Dezerterów  i klasycznych opowieści o cesarzowej Sisi nie przychodzi mi nic do głowy. Dlatego z radością przyjąłem wiadomość, że opisywany właśnie film dzieje się w tym kraju. 


Poznajemy historię robiącego furorę w stołecznym Wiedniu iluzjonisty znanego jako Eisenheim (Edward Norton). W czasie jednego z występów spotyka swą znajomą z dzieciństwa, księżną von Teschen (Jessica Biel), w której jest z wzajemnością zakochany. Księżna jest jednak narzeczoną następcy tronu, okrutnego księcia Leopolda (Rufus Sewell), który nakazuje inspektorowi policji (Paul Giamatti) aresztowanie magika.


Film ten posiada wszędzie bardzo wysoką średnią ocen. Nawet przeglądając liczne oceny moich znajomych widzę, że nikt nie dał tej produkcji mniej niż siedem na dziesięć gwiazdek na filmwebie. Cóż, jak dla mnie to jednak oceny mocno zawyżone, gdy uważam ten film Burgera za mocno średni. Owszem, dbałość o detale, scenografia i ogólny klimat tamtych czasów stoi na bardzo dobrym poziomie. Także gra aktorska (w szczególności Norton), jak i praca kamery - tutaj ciężko mieć jakieś zarzuty. Jednak cała reszta jest naprawdę mocno przeciętna. Historia jest bardzo banalna,prosta i nieskomplikowana. Same pokazy iluzjonistyczne nie zostały jak dla mnie zrobione zbyt dobrze, a niektóre pokazy są mocno nielogiczne i bardziej pasują do świata Harry'ego Pottera niż naszego smutnego padołu łez. Dlatego też zakwalifikowałem ten film jako w pewnym sensie fantastyczny. Także sama historia miłosna głównej pary jest moim zdaniem niewiarygodna. Nie czuć też między tymi postaciami jakiejś szczególnej chemii. Reasumując - na mnie wielkiego wrażenia ten film nie zrobił, jednak zapewne patrząc na oceny znajdzie on masę fanów. Dlatego warto przekonać się samemu.




czwartek, 3 marca 2016

Dziwny film o dziwnym tytule

Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (Loong Boonmee raleuk chat)
Tajlandia 2010
reż. Apichatpong Weerasethakul
gatunek: dramat, fantasy 


W zeszłym roku opisując dość solidny horror Shutter - Widmo wspomniałem na wstępie, że jest to moje pierwsze spotkanie z tajskim kinem. Było to dokładnie rok temu, 3 marca i tak się przypadkowo złożyło, że teraz nadszedł czas na kolejny mój kontakt z filmem z tego orientalnego kraju. Tym razem wybór padł na film wydawać by się mogło nie byle jaki, gdyż dzieło reżysera którego nazwiska nawet nie spróbuję wymawiać otrzymało w 2010 roku Złotą Palmę w czasie festiwalu w Cannes (przez 70 lat tylko dwóch Polaków odebrało tę statuetkę: Wajda i Polański). 


Na tajską wieś przybywają Jen (Jenjira Pongpas) i Roong (Kanokporn Tongaram), by spotkać się z ciężko chorym na ostrą niewydolność nerek wujka Boonmee (Thanapat Saisaymar). Mężczyzna przeczuwający bliskość swej śmierci toczy egzystencjalne rozmowy z członkami rodziny. W czasie wieczornego posiłku materializuje się duch żony gospodarza, zmarła przez 19 laty Huay (Natthakarn Aphaiwonk), a z lasu przybywa zaginiony syn bohatera, który zamienił się w małopoluda. 


Jest to film bardzo silnie zakorzeniony w kulturze, religii i obyczajowości tajskiej, czy szerzej dalekowschodniej, która to u nas jest niemal zupełnie nieznana. Nawet znając założenia buddyzmu ale nie praktykując tego wyznania ciężko jest wczuć się w tę historię i sposób, w jaki myślą o życiu i śmierci bohaterowie. Dlatego też taki film okazuje się niezrozumiały dla większości europejskich widzów. Mamy tu więc do czynienia z wierzeniami w reinkarnację, pewnością działania karmy czy bezapelacyjne przyjmowanie pojawienia się duchów czy potworów. Światopogląd tajski jest zupełnie inny niż nasz, więc wiele rzeczy w filmie może okazać się dziwna. 
Urzeka w filmie sposób przedstawienia świata. Choć same statyczne kadry nie są najlepsze to przedstawiają bardzo bogatą przyrodę Tajlandii. Mamy świetne łąki, lasy, jeziora czy dżungle. Do tego, tak jak w bardzo dobrym W objęciach węża mamy tu do czynienia z wciąż słyszalnymi w tle odgłosami. Ciągle jakieś zwierzęta piszczą, terkoczą czy też wydają inne właściwe swemu gatunkowi odgłosy. Ta świadomość czyjejś obecności gdzieś tam z boku jest bardzo ciekawym doświadczeniem. 
Dziwi mnie scena pokazana mniej więcej w połowie filmu. Przenosimy się w czasie do historii brzydkiej księżniczki, która to zabawia się w jeziorze z sumem. Dziwne to, kontrowersyjne i zadowolić może zwolenników rybiej zoofilii. 
Film mnie ten nie porwał, ale jak już pisałem nie jestem w stanie na 100% zrozumieć wszystkiego tego, co zobaczyłem na ekranie. Mądrzejsi ode mnie ludzie, którzy obejrzeli tysiące filmów dojrzeli w nim coś genialnego, skoro postanowili wyróżnić go w Cannes. Więc mimo to polecam obejrzeć, jednak na pewno nie jest to film dla zwykłego zjadacza kinowego popcornu.


środa, 7 października 2015

Stara baśń

Pentameron (Il racconto dei racconti)
Francja, Wielka Brytania, Włochy 2015
reż. Matteo Garrone
gatunek: fantasy

Nie licząc Szekspira ilu jest XVI/XVII wiecznych autorów, którymi zainteresowali się światowi filmowcy w wieku XXI? Sądzę, że bardzo mało. A opisywany właśnie film bazuje na baśniach neapolitańskiego poety Giambattisty Basila. I co ciekawe jest to europejska koprodukcja, która doczekała się udziału w tegorocznym konkursie o Złotą Palmę w Cannes. Więc ze wszelkich miar film zapowiadał się ciekawie. 


W filmie przeplatają się nawzajem trzy baśniowe historie z udziałem trzech różnych królestw i ich władców. Poznajemy losy królowej Longtrellis (Salma Hayek) i jej długo oczekiwanego syna Eliasza (Christian Lees), chutliwego króla Strongcliffa (Vincent Cassel) i historię jego zakochania w głosie staruchy (Shirley Henderson) oraz wychowującego olbrzymią pchłę króla Highhillsa (Toby Jones) i jego pragnącej wyjść za mąż córki Violet (Bebe Cave).


Film jest zrealizowany w iście baśniowym stylu. Mamy trzech władców, którzy poruszają się przeważnie w swych ceremonialnych strojach, władają w wielkich zamkach, które otaczają pustkowia lub inne mało ciekawe warunki klimatyczne. Wszystkie postaci królewskie są zarysowane dość krucho, a ich zagranie nie było specjalnym wyzwaniem. Co ciekawe w mniejszej roli pojawia się z roli młodej Nimfomanki Stacy Martin, tym razem przeważnie ubrana. Mamy też bardzo czarno biało zarysowany świat, w którym dzieje się akcja. Fabuła też jest iście baśniowa, mamy nadgorliwą matkę, która poświęca wiele, by za sprawą magii spłodzić dziecko, króla - jebakę, który zakochuje się w głosie jednej z dwóch starych bab nie wychodzących ze swego domu oraz historię dziewczyny wychowanej na eposach rycerskich pragnącej wyjść za mąż za księcia z bajki. Mimo tego, że bohaterów spotyka wiele niecodziennych przygód, jak pojedynek z bestią morską, przemienienie ciała czy porwanie przez ogra akcję ogląda się bez większego zaangażowania. Niestety narracja jest poprowadzona na bardzo nudnym poziomie co przy ponad 130 minutowym filmie nie jest najlepszą cechą. 
Osobny punkt należy się za to samej oprawie wizualnej. Kraina, w której żyją bohaterowie (których losy w kilku scenach się zetkną) to wizualny majstersztyk, baśniowy świat z kart książki Basile'a został odwzorowany naprawdę pięknie. Tak samo jak i stroje i ogólna charakteryzacja postaci, wszystko jak najbardziej pasuje do bajkowego klimatu opowieści. 
Myślę, że dla fanów ambitnego kina, którzy oprócz nudnej jak flaki z olejem narracji wychwycą wysublimowane zalety tej produkcji jest to pozycja do polecenia, dla innych raczej niezbyt.





sobota, 27 czerwca 2015

Ręka prawdy

Psycho-metry (Saikometeuri)
Korea Południowa 2013
reż. Ho-young Kwon
gatunek: thriller, fantasy

Psychometrią w psychologii nazywa się jej dział zajmujący się pomiarem zjawisk i procesów psychicznych, a także opracowywaniem i stosowaniem testów psychologicznych. Tytułowa psychometria jednak wiąże się z drugim znaczeniem tego słowa, a mianowicie z parapsychologiczną dziedziną, w której określa się losy i cechy charakteru osób nieobecnych za pomocą przedmiotów, z którymi te miały kontakt. Jak te zdolności sprawdzają się w koreańskim filmie kryminalnym? 


Poznajemy nieporadnego i pechowego seulskiego policjanta Yanga (Kang-woo Kim), który prowadzi sprawę zaginionego dziecka. Gdy policja znajduje wyrzucone do śmieci zwłoki zaginionej dziewczynki Yang zostaje zawieszony. Jednak scena zbrodni przypomina mu o graffiti, które widział poprzedniej nocy. Yang zaczyna więc własne śledztwo, którego pierwszym krokiem będzie odszukanie tajemniczego autora muralu. Gdy go już odnajduje okazuje się, że Joon Kim (Bum Kim) posiada paranormalne zdolności.


Mamy do czynienia z pewną mieszaniną gatunkową. Film w pierwszej części zapowiada się niemal komediowo ukazując nam komiczne sceny z życia Yanga. W pewnym momencie komedię zastępuje pełnokrwisty thriller, który z kolei zamienia się film na pograniczu fantastyki żeby pod koniec znów wyewoluować w dreszczowiec. Wszystko to jest doprawione scenami sztuk walki, typowymi dla Azjatyckich filmów, czyli łubudu przez kilka minut, pełno obrażeń z rozbitymi na głowie dechami czy butelkami, spadkami z wysokości czy innym poturbowaniem kończącym się drobnymi obrażeniami. Ot, taka konwencja. W wielu filmach z Dalekiego Wschodu mamy do czynienia z tego typu przedstawieniem walki i po prostu trzeba do tego przywyknąć: albo się to zaakceptuje albo nie. Ja zdecydowałem się przyjąć zasadę "taki mamy klimat" rozumiejąc, że takie są azjatyckie standardy.
Fabularnie film jest trochę taką sinusoidą, przeplata bardzo dobre fragmenty z kilkoma po prostu słabymi scenami. Na szczęście tych bardzo dobrych bądź dobrych scen jest więcej. Egzotyczna dla nas lokalizacja także działa na plus. Poznajemy różne części dalekiego Seulu co daje widzowi jakieś pojęcie o tej części świata. Fabularnie nie umiem pojęć za to dlaczego kilkuletnie dzieci chodzą same do przedszkola? U nas to jest niepojęte, na początku podstawówki jeszcze często są odprowadzane przez kogoś z rodziny, a tam chadzają sobie same gdzie tylko chcą i kiedy tylko chcą. Patologiczny ojciec wysyła nawet pięciolatkę do sklepy po wódkę! Co kraj to obyczaj. 
Podobała mi się za to gra aktorska głównych bohaterów filmu. Kang-woo Kim w roli Yanga był bardzo przekonujący, chętnie zobaczę jakiś inny film z jego udziałem. Także drugoplanowe role oddane były całkiem w porządku. Niespecjalnie przekonałem się do Bum Kima w roli psychometry, ale ogólnie nigdy nie lubiłem typu postaci, w którą aktor wcielał się w tym filmie. 
Reasumując Koreańczycy wydali ciekawy film, warty obejrzenia zarówno przez fanów azjatyckiego kina, współczesnych thrillerów, jak i parapsychologii. Elementy nadprzyrodzone nie czynią z bohatera nadczłowieka, a w wielu momentach wręcz piętnują go. Wyważenie między elementami nierealnymi, a rzeczywistym śledztwem jest na dobrym poziomie. Nic tylko oglądać! 






sobota, 20 czerwca 2015

Człowiek w lustrzanej masce

Vidocq
Francja 2001
reż. Pitof
gatunek: kryminał, fantasy

Francja jako ojczyzna kina od zawsze wydawała dobre filmowe produkty. Przez wiele lat konkurowała z hollywoodzkim przemysłem wyprzedzając go często na polu różnych gatunków filmowych. Jednak pod koniec XX wieku Amerykanie prześcignęli wszystkich pod względem zastosowania efektów specjalnych. Opisywany właśnie film miał być właśnie francuską odpowiedzią na hollywoodzką technikę. Czy się udało?


W filmie przenosimy się do Paryża roku 1830. W mieście czasu kolejnego przewrotu systemowego detektyw Vidocq (Gérard Depardieu) prowadzi śledztwo w sprawie dziwnych zgonów wpływowych ludzi, którzy giną po spaleniu od uderzenia piorunem. Detektywa poznajemy w dość niefortunnych okolicznościach, gdyż właśnie ginie w walce z tajemniczym zamaskowanym przeciwnikiem. Chwilę później młody dziennikarz Etienne (Guillaume Canet) pod pretekstem zbierania materiałów na temat biografii Vidocq pojawia się w jego biurze pytając o szczegóły śledztwa jego wspólnika, Nimiera (Moussa Maaskri). Dowiaduje się, że trop zbrodni wiedzie do pięknej tancerki o imieniu Preah (Inés Sastre).


Film w większości składa się z wygenerowanych komputerowo lokacji i elementów garderoby. Pewne miejsca wyglądają naprawdę wspaniale, niektóre niestety są strasznie słabe. Mimo nierówności ciężko odmówić braku klimatu wygenerowanego tak Paryża dawno minionych lat. Pamiętajmy, że mamy rok 2001, czyli okres w którym w naszym kraju powstawał Wiedźmin, którego animacja komputerowa smoka wołała już wtedy o pomstę do nieba, jednak to też rok świetnie wykonanej trylogii Władcy Pierścieni. Tutaj oczywiście bliżej do produkcji Petera Jacksona niż nieudolnej adaptacji prozy Sapkowskiego. Filmowy Paryż jest ekscytujący i niebezpieczny zarazem. Tajemniczość fabuły, jak i steampunkowa charakteryzacja potrafi wywrzeć niezapomniane wrażenie. Szkoda, że fabuła trochę kuleje, a sam główny twist fabularny jest podobny do tego, jaki użyli w pewnym momencie autorzy gry Heavy Rain. Fabuła ogólnie jest mocno pokręcona, ciężko czasem się zorientować o co właściwie chodzi i czy mamy do czynienia z opowieścią w czasie rzeczywistym, czy aktualnie śledzimy retrospekcję. Także mam pewne zastrzeżenia do montażu. Niektóre sceny zostały niechlujnie, źle zmontowane, widać przeskoczenia. Coś takiego w wysokobudżetowym europejskim kinie, który miał wyznaczać standardy w wizażu drażni. Także obsadzenie Depardieu w roli detektywa jest dziwne. Komicznie wyglądają zmagania jakby nie było grubasa nie pierwszej daty z groźnym czarnym charakterem zwanym Alchemikiem. Na dobrą sprawę taki Vidocq powinien oberwać już przy pierwszym spotkaniu z rywalem. Ogólnie jednak nie skupiając się zbytnio na głębi fabularnej i kilku montażowych wpadkach dostajemy film z bardzo mocno zarysowanym klimatem i ciekawą budową groźnego, fascynującego świata. Jeśli chce się zobaczyć coś, czego w kinie próżno szukać to warto obejrzeć ten film.