Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Depp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Depp. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 października 2017

Na poznanych wodach

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales)
Australia, USA 2017
reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg
gatunek: przygodowy, fantasy 
zdjęcia: Paul Cameron
muzyka: Geoff Zanelli

Pierwsza część disneyowskiego hitu o piratach z Karaibów była niekwestionowanym sukcesem. Wykorzystała do tego zarówno oryginalną awanturniczą opowieść, gdzie film kostiumowy mieszał się z fantasy, do tego postawiła na świetną obsadę aktorską: Johnny Depp, który był wówczas w swej życiowej formie (niestety wykreowana wtedy postać towarzyszy mu do tego czasu niemal w każdej kolejnej produkcji), młody Orlando Bloom świeżo po życiowym sukcesie jako Legolas oraz urocza Keira Knightley i Geoffrey Rush. Wydana kilka lat później kontynuacja nie była już tak dobra, jednak oryginalna piracka trylogia doczekała się niezłego zwieńczenia w 2007. Najlepiej dla wszystkich piratów i ich fanów byłoby, gdyby twórcy na tym poprzestali, niestety żądza pieniądza w tym wypadku zmusiła ich do restartu serii w 2011 roku, już bez kilku głównych postaci ze starszych części. W dziesięć lat później Jack Sparrow powrócił ponownie...


Jack Sparrow (Johnny Depp) tuła się wraz ze swą załogą po Karaibach próbując wyżyć z piratowania. Jednak kolejne próby rozbojów niespecjalnie się układają, co negatywnie wpływa na jego pozycję w grupie. Tymczasem ze swego więzienia w Trójkącie Bermudzkim ucieka pewien upiór - hiszpański kapitan Salazar (Javier Bardem),  który za życia był pogromcą piratów. Teraz chce zemścić się na Sparrowie za to, że ten pokonał go przed laty, a przy okazji dokończyć swego dzieła anihilacji piratów. 


Już po samym krótkim opisie widać, że po raz piąty producenci i scenarzyści korzystają w tej serii z tego samego, mocno wyeksploatowanego pomysłu: upiory kontra piraci. Zmieniają się trochę upiorne mordy i ich właściwości, jednak generalnie kolejny raz widzimy na ekranie to samo. Oglądanie Deppa w poszczególnych częściach Piratów z Karaibów trochę przypomina oglądanie swojej ulubionej gwiazdy porno, która występuje w roli głównej każdego filmu, jednak zmieniają jej się jej partnerzy i konfiguracja scen. Wszystko jednak sprowadza się do jednego i mniej więcej wiemy przed seansem, co nas czeka. Tutaj też nie jesteśmy zaskakiwani przez twórców i w sumie już przed seansem na 95% możemy domyślać się wszystkiego, co zobaczymy. Oklepanie tematu to największy minus tej produkcji, bo świeżości tu tyle, co swego czasu w wędlinach z Constaru. 
Gdyby jednak cztery pierwsze części nigdy nie powstały i teraz patrzylibyśmy na oryginalny produkt to naprawdę można byłoby się zachwycić. Film jest dobrze nakręcony, posiada solidne i ładnie wyglądające efekty specjalne, lokacje są klimatyczne, a postaci całkiem dobrze napisane. Przede wszystkim całość jest wypełniona non stop akcją, ciągle coś się dzieje, a na nudę po prostu nie ma miejsca. Ciekawostką jest też fakt, że w dość pokraczny sposób, ale jednak domyka się historia znana z oryginalnej trylogii, a dzieje się to za sprawą m.in. nowych postaci, w które wcielają się Brenton Thwaites i Kaya Scodelario (znana z roli Effy w serialu Skins). Powraca także Geoffrey Rush jako Barbossa, który dla wielu jest najciekawszą postacią uniwersum. 
Całościowo nie jest więc źle, jednak biorąc pod uwagę odtwórczość filmu nie można być w pełni zadowolonym. Fani serii powinni się cieszyć, dla reszty (zaznajomionych już z tematem) będzie to pewien zawód. 

 

niedziela, 15 maja 2016

Alicja w Krainie Greenscreenu

Alicja w Krainie Czarów (Alice in Wonderland)
USA 2010
reż. Tim Burton
gatunek: fantasy, przygodowy

Po trochę przedłużonym długim weekendzie wracam do półświatka polskiej blogosfery. Nie wiem czy ktoś czekał czy nie (pewnie co najwyżej ktoś mnie przez ten czas odlajkował) ale oto jestem z pierwszym wpisem z zaległego od dwóch tygodni contentu. Na pierwszy majowy ogień idzie Tim Barton i jego wizja świata z klasycznej powieści Lewisa Carrolla.


Nastoletnia Alicja (Mia Wasikowska) z nudnego XIX wiecznego przyjęcia, które okazuje się być jej imprezą zaręczynową trafia w dziwny sposób do magicznej krainy, gdzie panuje groteskowa Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Dziewczyna dowiaduje się, że trafiła do tego świata, by zdetronizować ją i osadzić na tronie jej siostrę (Anne Hathaway). Alicji pomóc w tym ma Szalony Kapelusznik (Johnny Depp).


Książkę będącą oryginałem czytałem dawno, dawno temu (chyba jeszcze w zeszłym tysiącleciu) więc w sumie jeśli chodzi o kanoniczną wersję to wiem, że dzwoni ale nie wiem w którym kościele. Jeśli zaś chodzi o film to pierwsze na co zwróciłem uwagę to wybór reżysera. Chyba nikt inny nie pasowałby lepiej do tego szalonego filmu, jak właśnie Tim Burton. Także kadra aktorska z często pojawiającym się na ekranie duetem Depp - Bonham Carter pasuje jak nic do tego ekscentrycznego uniwersum. Świat wykreowany przez Bartona jest odpowiednio odjechany, dziwaczny i pokręcony. Wszystko jest kolorowe i sugestywne. Jednak jak dla mnie całość wyglądała dość sztucznie i mimo dbałości jakoś mało wiarygodnie. Do tego nie jestem fanem filmów kręconych w większości na green screenach. Także sama fabuła oparta na kanwie ponad stuletniej książki mnie nie porwała. Może gdybym miał z 12 lat mniej wsiąknąłbym w tę historię jednak w wieku ponad dwukrotnie większym całość mnie nie porwała. Wszystko było tu zbyt proste, szablonowe i czarno - białe. Raczej nuda i sztampa. Ale raczej całość robiona była z myślą o zapełniającym sale kinowe od dobrych kilku lat tak zwanym widzu familijnym i takiemu pewnie się podobał. Dla niego też niebawem wyjdzie kolejna część serii, jednak ja raczej szybko kontynuacji nie obejrzę. 




niedziela, 8 listopada 2015

Londyńska rozpusta

Rozpustnik (The Libertine) 
Australia, Wielka Brytania 2004
reż. Laurence Dunmore
gatunek: dramat, historyczny 

Tytułowym rozpustnikiem jest postać historyczna żyjąca w XVII wieku, hrabia John Wilmot. Był to żyjący w okolicy dworu króla Karola II poeta i awanturnik nie stroniący od używek oraz rozwiązłego trybu życia. W ponad 320 lat po śmierci arystokraty jego postać przybliżył większemu gronu reżyser Laurence Dunmore w swoim jedynym pełnometrażowym filmie.


Hrabia John Wilmot (Johnny Depp) na życzenie króla Karola II (John Malkovich) powraca z banicji na prowincji do Londynu, by na polecenie króla skomponować utwór będący ukoronowaniem panowania władcy. Hrabia mimo mieszkania z atrakcyjną, młodą żoną Elizabeth (Rosamund Pike) woli spędzać czas włócząc się z przyjaciółmi po karczmach i burdelach. Postanawia też uwieźć początkującą aktorką Elizabeth Barry (Samantha Morton).


Film ten, którego znaczna część akcji dzieje się w teatrze został też bardzo teatralnie zrobiony. Mamy tutaj wiele scen w zamkniętych pomieszczeniach, teatralne kostiumy i peruki (jakie nosiło się chętnie w tamtej epoce), do tego sama gra aktorska jest potraktowana z lekko teatralną manierą. Mamy tutaj plejadę gwiazd aktorskich z Deppem i Malkovichem na czele jednak nie są oni tutaj jakoś specjalnie przekonujący i wiarygodni. Do tego kamera, jaką nagrano film jest dość dziwna i sposób realizacji nie przypadł mi do gustu. Dobrze za to wykreowano londyńskie ulice z tamtego okresu, które wyglądają całkiem wiarygodnie i niezachęcająco.
Najgorsze jest to, że film ten jest strasznie niespójny i wybrakowany,oglądając go mam wrażenie, że został nieukończony lub decydenci wycięli z 20% ważnych dla fabuły fragmentów filmu pozostawiając widzów z wieloma lukami. W rezultacie akcja przerzuca nas z miejsca w miejsce i w różny czas przez co traci się ogólną orientację co, gdzie, kiedy. Trochę to niezrozumiałe i na pewno dopowiadanie sobie co chwilę co mogło się stać w tym pominiętym i nigdzie nie wytłumaczonym czasie jest irytujące. 
Ogólnie zawiodłem się na tym filmie i nie polecam specjalnie tej produkcji, no chyba że jest się psychofanem głównego aktora. Ale na własną odpowiedzialność.






niedziela, 14 czerwca 2015

Zagraj to jeszcze raz, Johnny

Bezwstydny Mortdecai (Mortdecai)
USA 2015
reż. David Koepp
gatunek: komedia, akcja


Scenarzysta pierwszego Parku Jurajskiego, Aniołów i demonów czy ostatnich przygód Indiany Jonesa od jakiegoś czasu postanowił wziąć się za reżyserkę. Nie wyszło z tego jak na razie zbyt wiele dobrego, gdyż raczej filmy, które kręcił nie zawojowały świata. Ani Bez Hamulców, ani Miasto Duchów nie zdobyło wielkiej sławy. Filmowiec postanowił wrócić więc do aktora, z którym przed dziesięcioma laty odniósł swój największy reżyserski sukces w Sekretnym oknie i zaproponował tytułową rolę w swej najnowszej produkcji Johnny'emu Deppowi. Czy i tym razem się udało?


Depp wciela się tu w tytułowego marszanda, którego poznajemy, gdy wystawia swój lordowski majątek na skraj bankructwa. Wraz ze swym ochroniarzem Jockiem (Paul Bettany) próbuje zyskać trochę pieniędzy na szemranych transakcjach z chińskimi gangsterami. Po tym, gdy te kończą się fiaskiem, a bohaterowie ledwie uchodzą z życiem w posiadłości Mortdecaia, w której mieszka on z żoną Johanną (Gwyneth Paltrow) zjawia się agent brytyjskiego wywiadu Martland (Ewan McGregor), który pod groźbą więzienia za długi zmusza marszanda do współpracy w sprawie kradzieży dzieła Goi, które to skrywa w sobie cenną wiadomość. Obraz ten jednak chce pozyskać między innymi terrorysta Emil (Jonny Pasvolsky).


Film ten, będący ekranizacją książki Kyrila Bonfiglioliego w zamierzeniu jest komedią. Jednak realnie śmiesznych scen w czasie tych stu minut seansu jest jak na lekarstwo. Poziom humoru, jaki serwują autorzy bardziej bliski jest American Pie czy innej Zemście frajerów niż czegokolwiek na w miarę dobrym poziomie. A gorsza od nieśmiesznej komedii dla mnie jest żenująca komedia, którą przez długi czas jest ten film. Także sceny akcji, w jakie zaopatrzona została produkcja są typową mieszanką raczej żałosnych i oklepanych chwytów, jakie widzieliśmy w masie komediowo-sensacyjnej papki. Główną osią humoru są tu rzygi, pierdy i jaja. Czasem jeszcze jakieś aluzje do cycków i cyklistów. Niebezpiecznie blisko dna jak dla mnie.
Kolejnym minusem jest sam Depp, który gra tutaj typowego Deppa, jakiego znamy od ponad dekady. Pierdołowaty niemota, któremu niby nic nie wychodzi, ale wciąż ze względu na szczęście lub czyjąś pomoc jednak się udaje. Kolejny klon Jacka Sparrow'a (który niebawem bawić nas będzie już po raz piąty), połączonego z Tont z Jeźdźca znikąd podlany pewną dawką Barnabasy Collinsa z Mrocznych cieni. Wysyp niemal identycznych ról, w jakie wciela się w ostatnich latach Depp jest masakryczny. Lepiej lub gorzej oddane klony roztrzepanego pirata przejadły się chyba wszystkim, oprócz najwierniejszych fanów talentu aktora. W sumie ostatnia dobra rola, z jakiej pamiętam go, która przy okazji nie jest produktem Sparrowopodobnym to John Dillinger z  Wrogów publicznych z 2009. Przez ten czas zagrał w masie filmów, przeważnie bardzo podobne do siebie kreacje. 
Na plus natomiast można dać asystujących mu Gwyneth Paltrow i Ewana McGregora. Rola żony Mortdecaia została zagrana z dużą klasą i przyjemnie patrzy się na aktorkę, która towarzyszy na ekranie raz Depp'owi, a raz McGregorowi, który w roli agenta MI też wypada całkiem znośnie.
Dobrze robi filmowi znana z serii o Jamesie Bondzie częsta zmiana lokacji, w jakich dzieje się akcja. Bohaterowie podróżują od Szanghaju, po Londyn przez Moskwę do Los Angeles przez co w sumie widz nie ma poczucia nudy, wciąż coś się dzieje. Choć to coś często jest na niespecjalnie wysokim poziomie. 
Ogólnie oczekiwałem jednak czegoś lepszego, a dostałem typowego przeciętniaka z dobrą obsadą. Chociaż sam Depp podnosi prestiż filmu samym nazwiskiem bardziej niż swą grą, która przynajmniej dla mnie już się opatrzyła. Czekam na jego rolę w Black Mass, oby ten film naprowadził jego karierę po raz kolejny na dobre tory. 





niedziela, 2 listopada 2014

Transhumanizm

Transcendencja (Transcendence)
USA 2014
reż. Wally Pfister
gatunek: S-F, dramat
zdjęcia: Jess Hall
muzyka: Mychael Danna


Transcendencja to film o potędze nauki i miłości w jednym. Doktor Will Caster (Johnny Depp) jest naukowcem, a  jego praca opiera się na stworzeniu sztucznej inteligencji, która posiadałaby świadomość. Lecz czym tak naprawdę jest owa świadomość? I czy urządzenie komputerowe może je posiadać? Po latach pracy okazuje się, że najwidoczniej może. Jednak powstający projekt budzi kontrowersje szczególnie wśród grupy terrorystycznej, która sprzeciwia się badaniom nad sztuczną inteligencją, w obawie, że projekt badawczy może przynieść więcej strat niż korzyści dla społeczeństwa.



  Po jednym z wystąpień na którym wygłasza swój wykład główny bohater zostaje zaatakowany, na skutek którego wydarzenia umiera.  Jego ukochana i wierna żona nie może się pogodzić z odejściem męża, dlatego postanawia wykorzystać jego maszynę, by umieścić w niej umysł swojej wielkiej miłości. Mimo że Will umiera, jego umysł i świadomość zostaje w komputerze, co daje możliwość na komunikowanie się ze swoją żoną.
Po podłączeniu umysłu bohatera do sieci internetowej, małżeństwo pełne wiary w lepszy świat, postanawia go zmienić i naprawić, w czym ciągle przeszkadza im grupa terrorystyczna, która chce unicestwić szybki postęp dokonań naukowców. Jak toczą się losy głównych bohaterów, czy zmienią świat na lepsze, czy ktoś im przeszkodzi i czy komputer może mieć swoją świadomość? To pozostawiam dla oglądających, by cierpliwie doczekali końca. 


Film nie tylko opowiada o miłości dójki ludzi do siebie i ich bezgranicznemu zaufaniu i oddaniu, ale także zmusza do głębszej refleksji. Po obejrzeniu projekcji, widz powinien zadać sobie serię pytań. Po pierwsze: dokąd zmierza era Internetu? Czy ingerencja maszyn w życie człowieka jest dobra? Gdzie jest granica moralna i etyczna między życiem człowieka, a wbudowaniem naszego umysłu i świadomości do komputera? Czy szybko postępujący rozwój technologiczny nie wyprzedza myślenia człowieka, przez co przejmuje nad nim kontrolę? Te i inne pytania zostawiam dla oglądających!