Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E. Norton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E. Norton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 kwietnia 2017

Ukryta logika

Ukryte piękno (Collateral Beauty)
USA 2016
reż. David Frankel
gatunek: dramat
zdjęcia: Maryse Alberti
muzyka: Theodore Shapiro

Czasami, gdy ogląda się rocznie nie dziesiątki, a setki filmów podczas niektórych seansów człowiek zastanawia się po co ogląda akurat ten właśnie film. Z filmami przecież jest jak z Hydrą - po obejrzeniu jednego z nich od razu okazuje się, że na obejrzenie czeka kilka kolejnych produkcji. Wszystkiego więc nie da się obejrzeć, dlatego też przecież szkoda czasu na słabe filmy. Dlatego też siedząc w kinie na seansie opisywanego filmu pytałem sam siebie Co ja tu robię?



Howard (Will Smith) był swego czasu czołowym nowojorskim specem od reklamy. Jednak po zdecydowanie przedwczesnej śmierci córki mężczyzna staje się cieniem samego siebie snując się tylko bez życia z miejsca, w miejsce. Zaniepokojeni współpracownicy (Edward Norton, Kate Winslet, Michael Peña) nie mogąc decydować w firmie bez pomocy Howarda, który wciąż posiada większość akcji postanawiają go skompromitować, by sądownie podważyć później jego poczytalność. Wynajmują w tym celu detektywa, który odkrywa, że Howard wysyła listy do Czasu, Miłości i Śmierci. Współudziałowcy postanawiają zatrudnić troje aktorów (Helen Mirren, Keira Knightley, Jacob Latimore), by ci wcielili się w ucieleśnienie owych trzech abstraktów i złożyli wizytę Howardowi...


Mamy tutaj do czynienia ze zlaicyzowaną wersją  pochodnej z Opowieści wigilijnej i niedawnej Chaty. W klasycznym dziele Dickensa skąpego i nieczułego na magię świąt Bożego Narodzenia bohatera nawiedzał  abstrakcyjny Duch Świąt. W bestsellerze z ostatnich miesięcy zdruzgotany ojciec zmarłego dziecka dostał list od samego Boga. W filmie tym zaś mamy do czynienia z abstrakcyjnymi pojęciami, jakimi jest Czas, Śmierć i Miłość. Chociaż akcja dzieje się w Boże Narodzenie nikt nie nazywa tego inaczej, jak po prostu nieokreślone święta. Wszak określenie Boże Narodzenie mogłoby kogoś urazić (czy na takiej zasadzie  gdzieniegdzie obchodzony Dzień Truskawki obraża tych, którzy truskawek nie jedzą?). Nie sprawdzałem, ale jeśli Kultura Dobra opisywała ten film to znając ich sekciarskie zapędy nie zostawili tam filmowi zbyt pochlebnej opinii. I dobrze! Nie odnosząc się do wątku świąt religijnych jako takich, bo nie o tym jest też film ani o zasadniczej roli abstraktów zamiast jakiejś bardziej osobowej wersji jakiegokolwiek Boga czy też boga (lub jego zauszników) film jest po prostu słaby i dziwi mnie wysoka ocena społeczności filmwebu. Jak dla mnie Howarda mogliby odwiedzić i Papcio Chmiel, Pan Yapa, Papa Smerf czy Czyngis Chan, byle dało się to oglądać. Niestety takiego zgromadzenia tandety połączonej z miałką głupotą dawno nie widziałem. Do tego, jakby tego mało Frankel zaserwował nam film skrajnie defetystyczny, gdzie wciąż mówi się o śmierci, bohaterowie umierają na potęgę, a i tak przesłaniem filmu jest znalezienie w tym tytułowego ukrytego piękna. No cóż, nie uważam, że jest cokolwiek pięknego w śmierci, no ale scenarzyści dostrzegli chyba więcej. Miałem natomiast pewne nadzieje z aktorami występującymi w filmie, wszak mamy do czynienia ze współczesną czołówką Hollywood, jednak oprócz Hellen Mirren wydaje się, że wszyscy dopasowali się do poziomu scenariusza. Nagromadzenie głupich wątków (choćby tego z Naomie Harris) powoduje, że oglądać mogą to chyba tylko fani pseudo mądrości spod pióra Paulo Coelho. 

AKTUALIZACJA: Sprawdziłem na Kulturze Dobra i cóż, małe zdziwienie. Ocenione, jako Dobry ale z bardzo poważnymi zastrzeżeniami, a to za sprawą umiarkowanie dużej ilości fałszywych doktryn i przekleństw. Sądziłem, że ocena będzie bardziej surowa :)


niedziela, 17 kwietnia 2016

Wielka mistyfikacja

Iluzjonista (The Illusionist )
USA, Czechy 2006
reż. Neil Burger
gatunek: dramat, romans, fantasy

Istniejące przez pół wieku w latach 1867 - 1918 państwo znane jako Austro - Węgry mimo dość krótkiego czasu występowania dość znacząco zaznaczyło się w historii (III Rzesza zaznaczyła się znacznie bardziej mimo 12 lat swego trwania). Ten kuriozalny twór państwowy będący mieszaniną różnych nacji i grup kulturowych jednak dość słabo zaznaczył się w kinematografii. W sumie oprócz naszych C.K. Dezerterów  i klasycznych opowieści o cesarzowej Sisi nie przychodzi mi nic do głowy. Dlatego z radością przyjąłem wiadomość, że opisywany właśnie film dzieje się w tym kraju. 


Poznajemy historię robiącego furorę w stołecznym Wiedniu iluzjonisty znanego jako Eisenheim (Edward Norton). W czasie jednego z występów spotyka swą znajomą z dzieciństwa, księżną von Teschen (Jessica Biel), w której jest z wzajemnością zakochany. Księżna jest jednak narzeczoną następcy tronu, okrutnego księcia Leopolda (Rufus Sewell), który nakazuje inspektorowi policji (Paul Giamatti) aresztowanie magika.


Film ten posiada wszędzie bardzo wysoką średnią ocen. Nawet przeglądając liczne oceny moich znajomych widzę, że nikt nie dał tej produkcji mniej niż siedem na dziesięć gwiazdek na filmwebie. Cóż, jak dla mnie to jednak oceny mocno zawyżone, gdy uważam ten film Burgera za mocno średni. Owszem, dbałość o detale, scenografia i ogólny klimat tamtych czasów stoi na bardzo dobrym poziomie. Także gra aktorska (w szczególności Norton), jak i praca kamery - tutaj ciężko mieć jakieś zarzuty. Jednak cała reszta jest naprawdę mocno przeciętna. Historia jest bardzo banalna,prosta i nieskomplikowana. Same pokazy iluzjonistyczne nie zostały jak dla mnie zrobione zbyt dobrze, a niektóre pokazy są mocno nielogiczne i bardziej pasują do świata Harry'ego Pottera niż naszego smutnego padołu łez. Dlatego też zakwalifikowałem ten film jako w pewnym sensie fantastyczny. Także sama historia miłosna głównej pary jest moim zdaniem niewiarygodna. Nie czuć też między tymi postaciami jakiejś szczególnej chemii. Reasumując - na mnie wielkiego wrażenia ten film nie zrobił, jednak zapewne patrząc na oceny znajdzie on masę fanów. Dlatego warto przekonać się samemu.




sobota, 18 kwietnia 2015

Było sobie porno

Skandalista Larry Flynt (The People vs. Larry Flynt)
USA 1996
reż. Miloš Forman
gatunek: biograficzny, dramat

Miloš Forman nie robi filmów masowo, rokrocznie. Okres między poszczególnymi produkcjami wynosi przeważnie kilka lat lub nawet całą dekadę. Jednak to jak ze studiem robiącym gry - Blizzard (które to dało światu serie Diablo i Warcraft), każdy kolejny tytuł Formana to gwarancja pewnego określonego poziomu. Z którego reżyser nie zszedł i tym razem. 


Poznajemy historię życia założyciela pisma pornograficznego Hustler, tytułowego Larry'ego Flynta (Woody Harrelson). Wraz z bratem Jimmym (prawdziwy brat Woody'ego, Brett Harrelson) prowadzi on początkowo klub go-go. Poznaje tam miłość swojego życia - Altheę (wdowę po Kurcie Cobainie - Courtney Love), która to tańczy w jego przybytku. By zareklamować swój biznes postanawia wydać gazetkę, która przestawia nagie panie. Jeszcze nie wie, że jego pismo szybko odniesie sukces. Sukces którego ceną będą liczne procesy sądowe, w których będzie mu pomagać młody adwokat Isaacman (Edward Norton).


Nawet w naszym kraju niemal wszyscy znają twórcę i wydawcę innego z bardziej ekskluzywnych pism dla panów, Playboya - Hugh Hefner mimo 90 na karku dzięki viagrze wciąż pozostaje dziarskim dziadkiem. Jednak po Playboyu przyszła pora na coś odważniejszego - Hustler był pierwszym szerokokolportowanym czasopismem pornograficznym. Teraz, gdy w niemal każdym kiosku z witryn witają nas roznegliżowane cycate blondynki zabawiające się na okładce porem lub gaśnicą niemal nikogo to nie dziwi. Przed czterdziestu laty, gdy Larry Flynt startował ze swym pismem wywoływało to wieloletnie protesty i skandale. Dość przewrotnie więc pornograf stał się ikonom walki o wolność słowa w konserwatywnej lecz wciąż mówiącej o wolności Ameryce. To jego procesy i powtarzana przez niego i jego obrońcę jak mantra 1. poprawka do Konstytucji były punktem zwrotnym w historii i stworzyły dość ważny precedens w tamtejszym sądownictwie. O czym dość szczegółowo w filmie, który oprócz procesów pokazuje skrótowo drogę Flynta do sukcesu, cenę jaką musiał za to zapłacić (zamach na jego życie, przez który od wielu lat porusza się częściowo sparaliżowany na wózku), życie prywatne i jego stosunek do świata.
Bardzo spodobała mi się kreacja Woody'ego Harrelsona, który bardzo przekonująco odegrał Flynta (który to pojawia się w drobnej roli sędziego). Na drugim biegunie za to znalazła się odtwórczyni jego żony. Może jestem już za stary na Courtney Love, ale naprawdę nie mogłem znieść jej na ekranie, na którym niestety pojawiała się dość często. Za to minus dla produkcji.
Jednak ogólnie jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądała najgłośniejsza walka o porno (i wolność jaką to porno ze sobą niosło) to myślę, że jak najbardziej warto poświęcić temu wydarzeniu dwie godziny. 





środa, 15 kwietnia 2015

Trudne sprawy

Lęk pierwotny (Primal Fear)
USA 1996 
reż. Gregory Hoblit
gatunek: dramat, thriller

Kontynuując zapoznawanie się z filmami, które mimo wysokich ocen, nagród i klasyczności jakimś cudem pominąłem do tej pory przyszedł czas na obejrzenie dużoekranowego debiutu uhonorowanego za ten film oscarową nominacją za najlepszą drugoplanową rolę Edwarda Nortona. Czy film po dwudziestu latach od premiery przetrwał próbę czasu i jest wart obejrzenia? O tym poniżej.


Brutalnie zamordowany ginie ceniony i szanowany przez lokalne społeczeństwo biskup. Szybko zatrzymany zostaje uciekający z miejsca popełnienia przestępstwa członek kościelnego chóru - młody Aaron (Edward Norton). Niemal natychmiast nazwany przez prasę Rzeźnikiem chłopak oczekuje na proces, w którym nie ma zbyt wiele szans na sukces, a na szali jest jego życie. W celu zdobycia rozgłosu jego obrony podejmuje się ceniony adwokat Martin Vail (Richard Gere). Vail ma też inny powód, by stanąć po stronie Aarona - prokuratorem w tej sprawie jest jego była kochanka - Janet Venable (Laura Linney).



Film ten mimo dwudziestu niemal lat od swej premiery nie zestarzał się i nadal ogląda się go dobrze. Porusza on kwestie bardzo ponadczasowe, więc nie będzie tak, by widz zastanawiał się o co w nim chodziło. W sumie akcja produkcji dzieje się nie licząc kilku przelotnych lokacji w trzech miejscach - na sali sądowej, w celi aresztu oraz w biurze adwokackim Vaila. Ascetyczność i skromność lokacji daje nam bardzo intymny, osobisty wymiar produkcji. Nie ma tu wielkich terenów, fajerwerków postprodukcyjnych etc. Wszystko jest stonowane i bardziej właściwe teatrowi niż filmowym superprodukcją. Akcji jest tutaj mało, ważniejsze są dialogi oraz mimika, To co dla jednych jest wielkim plusem, dla innych okaże się być nie do zaakceptowania. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że jedni lubią pomarańcze, a inni jak im nogi śmierdzą. 
Klasą samą w sobie jest tutaj gra wówczas 27. letniego Nortona, który wcielał się w rolę 19 letniego zamkniętego w sobie i zamkniętego w skorupie traumatycznych wspomnień Aarona. Norton przyćmił tutaj innych aktorów tym, w jaki sposób odegrał kilka różnych osobowości. Realizm jego postaci kwalifikuje go z miejsca do aktorskiego Olimpu. Przyćmił swą drugoplanową rolą wszystkich, w tym bardzo dobrego tutaj Gere'a. 
Mamy do czynienia z filmem, który wymaga od widza ale też wiele w zamian daje. Filmem, od którego oczekiwać trzeba nie wartkiej akcji lecz całkiem czego innego. Filmu, który warto obejrzeć i samemu wyrobić sobie o nim zdanie, Dla samego Nortona warto, gdyż w sumie jego rola jest tu kluczowa. Bez niego byłby to po prostu film jakich wiele.




sobota, 14 lutego 2015

W pogoni za sławą

Birdman 
USA 2014
reż. Alejandro González Iñárritu
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
muzyka: Antonio Sanchez

Tytułem wstępu chciałbym napisać o niezrozumiały dla mnie fenomenie superbohaterów. Amerykanizacja przyniosła to do Europy, w tym do Polski kult super jednostek, które pojawiają się na kartach komiksów, by później wytransferowane na ekrany pobijać box office'owe rekordy. Nigdy nie rozumiałem tego popkulturowego zdarzenia, gdzie miliony dorosłych ludzi zachwycają się przebranym w kostium sado-maso lub biegających w pstrym ubranku gościem, który za pomocą super mocy co chwilę ratuje świat przed przeambitnymi, groteskowymi czarnymi charakterami. Ale ze zdziwieniem muszę przyznać, że wielkiej masie ludzi to się podoba. Gdy w kinie pojawił się trailer Birdmana chciałem, aby jak najszybciej się skończył. Za nic nie trafiają do mnie opowieści o tego typu postaciach. Jednak z wielkim szczęściem zobaczyłem w zwiastunie, że nie będzie to kolejny film o superbohaterze i z ciekawości zdecydowałem się go zobaczyć. Czy słusznie?


W filmie meksykańskiego reżysera poznajemy losy Riggana Thomsona (w tej roli znany m.in. z Batmana Michael Keaton). Riggan przed laty osiągnął sławę wcielając się w hollywodzkich blockbusterach w superbohatera birdmana. Zrezygnował jednak z grania w kolejnych częściach przygód człowieka-ptaka, by zająć się ambitniejszymi produkcjami. Po ponad dwudziestu latach wciąż toczy wewnętrzne dialogi z samym sobą co do słuszności decyzji. Obecnie Thomson przygotowuje się do wystawienia na Broadwayu sztuki znanego pisarza, którą adaptował i sam wcieli się w jedną z głównych ról. Na kilka dni przed premierą filmu do obsady dołącza znany aktor - Mike (dobra rola Edwarda Nortona), z którym Riggan będzie miał dużo kłopotów. Oprócz tego Riggan będzie musiał uporać się z wychodzącą z nałogu córką Sam (Emma Stone), którą aktor zaniedbywał przez wszystkie lata jej życia. A do premiery sztuki, mającej przywrócić mu dawno zapomnianą sławę coraz mniej czasu...


Produkcja posiada bardzo dobrą grę aktorską. Sposób ekspresji w czasie licznych potyczek słownych (i nie tylko słownych) Keatona z Nortonem ogląda się wspaniale. Oglądanie ich obu na ekranie to czysta przyjemność, i według mnie dawno nie było tak wyrazistego duetu. Fabuła, choć niezbyt odkrywcza i w sumie bardzo hollywoodzka trzyma jednak solidny poziom. Dobre dialogi przeplatają się z przynudzającymi scenami, ale generalnie jest powyżej średniej.
Jednak nie ze względu na aktorów, fabułę i dialogi zapamięta się ten film. Wszystko przez pewien zabieg reżyserki, który tu występuje. Cała produkcja to praktycznie jedno wielkie długie ujęcie. Długie ujęcia zawsze przecież były pokazem kunsztu reżyserskiego. Pamiętacie Chłopców z ferajny? Jedną, długą scenę, gdy grany przez Raya Lottę Henry zabiera swoją dziewczynę do drogiego lokalu? Wraz z nimi przechodzimy przez kilka korytarzy, oglądamy kuchnię, a potem już na głównej sali Henry przedstawia tak ukochanej, jak i widzom co ważniejsze postaci zasiadające na sali. Wszystko to trwa zaledwie dwie i pół minuty ale robi trwałe wrażenie na widzu. Bo dzięki długim ujęciom widz nie tyle ogląda bohaterów, ale on ich wręcz podgląda. Idzie z nim, czuje bliskość postaci. I taki jest właśnie opisywany teraz film. Dwugodzinne długie ujęcie ze zgrabnie zatuszowanymi kilkoma przejściami. Klasa. 
Sama fabuła pokazująca dążenie do powrotu, walkę o odzyskanie popularności czy polepszenie kontaktów z córką jest oklepana i każdy widział już coś podobnego wiele razy. Gra aktorska zachwyca, ale to przecież coś bardzo fundamentalnego w aspirujących produkcjach. Jeśli film ma dostać Oscara, do którego jest nominowany, to zapewne tylko z powódek montażowych. Czy na to zasługuje? Szczerze mówiąc nie wiem. Tegoroczna konkurencja może nie jest na niebotycznym poziomie, jednak stawka wydaje się mocno wyrównana. I cóż, sam Birdman to film, do którego można się łatwo zniechęcić. Potrzeba kilkunastu minut, żeby się wkręcić w sposób przedstawienia scen oraz samą fabułę. Jak się wytrzyma pierwsze pół godziny to zapewne później już tylko będzie dodawać się dodatkowe punkty do oceny. 




P.S. Co ciekawe grający Thomsona Michael Keaton też zasłynął dzięki wcielaniu się w rolę superbohatera w Batmanie, jednak odrzucił propozycję grania w kolejnych częściach, by zająć się innymi projektami. Czyżby wyraźne wątki autobiograficzne?