Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 grudnia 2017

Dzikość w sercu

Dzikość serca (Wild at Heart)
USA 1990
reż. David Lynch
gatunek: kryminał, romans
zdjęcia: Frederick Elmes
muzyka: Angelo Badalamenti


David Lynch nakręcił do tej pory czterdzieści pięć filmów kinowych, jak i przeznaczonych do telewizji oraz na wideo, a także trochę krótkometrażówek i seriali (z Twin Peaks) na czele. Od jakiegoś czasu staram się oglądać sporadycznie kolejne produkcje wychodzące spod jego ręki i teraz czas opisać wrażenia z jednego takiego seansu. 


W filmie poznajemy losy Sailora (Nicolas Cage), który po odbyciu wyroku za zabójstwo wychodzi z więzienia i od razu wraca w ramiona dawnej partnerki, Luli (Laura Dern). Związek z mężczyzną nie podoba się matce Luli (Diane Ladd), która nasyła tropem niepokornej pary detektywa (Harry Dean Stanton), który ma pozbyć się problemu Sailora raz na zawsze. 


David Lynch ma swój niepowtarzalny styl, który należy zaakceptować, by czerpać przyjemność z serwowanego przez Amerykanina kontentu. O ile nie miałem z tym problemu w przypadku Mulholland Drive czy Zagubionej autostradzie to jeśli chodzi o opisywany właśnie wcześniejszy film z jego dorobku mam poważne problemy z inwersją do świata przedstawionego i zaakceptowania jego reguł. Może po prostu nie trafiła do mnie historia mężczyzny o dzikim sercu i jego partnerki, może to sprawa postaci wcielających się w główne role, bo nigdy nie przepadałem specjalnie za Nicolasem Cage'em ani nie trafia do mnie Laura Dern? Może zaś to sprawa założeń świata wykreowanego na potrzeby całości? Nie wiem. Wiem jednak, że męczyłem się na tym filmie i mimo że nie jest to jakaś wielowątkowa przydługa fabuła to ciężko mi było doczekać do końca. Z samych plusów można wymienić na pewno dobrą muzykę i naprawdę ciekawą, zapadającą w pamięci Willema Dafoe, który brawurowo wciela się w postać Bobby'ego Peru.  Wszystko inne niestety jest milczeniem. A przynajmniej takie jest moje zdanie. 





niedziela, 19 czerwca 2016

Rodzina na swoim

Chłopcy z ferajny (Goodfellas)
USA 1990
reż. Martin Scorsese
gatunek: gangsterski

Są filmy kultowe. Filmy, które wypada znać, a nawet oglądać cyklicznie co jakiś okres. Co więcej należy uznawać też je za filmy wyjątkowe, ponadprzeciętnie dobre. Co jednak jakimś cudem ćwierć wieku od premiery nie zobaczyło się wcześniej takiego kultowego dzieła i podczas seansu nie pieje się z zachwytu? Czy należy pod presją tłumu też kiwać głową z aprobatą nad każdą sceną czy wyjść przed szereg i powiedzieć wyraźnie, że nie wszystkie elementy produkcji były tak fajne, jak miały być? Przy takim dylemacie przystanąłem podczas seansu tego 'kultowego' filmu.


Poznajemy opartą na faktach historię trwającej wiele lat przestępczej kariery Harry'ego Hilla (Ray Liotta), który już od najwcześniejszych lat życia zaczął swą posługę dla lokalnej mafii. Z biegiem lat zaprzyjaźnia się z wpływowym gangsterem Jamesem Conway'em (Robert De Niro) oraz nieprzewidywalnym Tommym DeVito (Joe Pesci). Razem dokonują szereg spektakularnych akcji.


Lubię kino i literaturę mafijno - gangsterską. Ojca chrzestnego przeczytałem już na początku gimnazjum i zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż momentami przynudzający film. Zakazane imperium (a przynajmniej pierwsze jego trzy sezony) uważam za najlepszy serial od czasu Rzymu. Dodatkowo uwielbiam czytać o polskiej mafii trzepakowej zarówno w megalomańskich zwierzeniach Masy, jak i innych Alfabetach mafii. Do tego przeróżne Gomorry, Syberyjskie wychowanie czy Antykiller. Tak więc myślę, że na tym temacie jako tako się znam i potrafię ocenić. Jednak klasyczny już film Scorsesego nie zrobił na mnie jakoś wielkiego wrażenia. Mimo naprawdę dobrej gry aktorskiej (wielki Joe Pesci, który w tym okresie grał też znanego wielu prześladowcy Kevina, gdy ten był sam w domu lub Nowym Jorku), naprawdę ciekawych kilku scen (między innymi najlepsze długie ujęcie w historii kina - wejście Harry'ego i Karen do restauracji). Całość jest dla mnie jednak bardzo słabo przyswajalna. Film jest pełen dłużyzn i przeciąga się w nieskończoność, chce objąć zbyt wielki przedział czasowy, przez co historia staje się niespójna. Najgorsze jest to, że mało ważne momenty doczekują się kilku - kilkunasto minutowych sekwencji, zaś istotne sceny są tylko wspominane. Coś dzieje się, jednak nie jest często pokazane nawet na drugim planie. W rezultacie oglądamy często nudnawe sceny i obchodzimy się smakiem w momentach, gdy dzieje się coś ciekawego. 
Reasumując nie mamy do czynienia z filmem złym, a raczej tylko niezłym. Oczekiwałem zobaczyć coś tak dobrego, jak nigdy a dostałem dobry film bez ogromu fajerwerków. za to z kilkoma niedogodnościami. Dlatego też jednak zawód. 





sobota, 16 kwietnia 2016

Kobieta zawodowa

Nikita (La Femme Nikita)
Francja 1990
reż. Luc Besson
gatunek: sensacyjny

W tym tygodniu obejrzałem już jeden film Bessona, Piąty element z 1997 roku. Tym razem przypomniałem sobie jego film z roku 1990, który pozwolił utorować reżyserowi drogę do Hollywood oraz był niejako doskonałą rozgrzewką do znakomitego późniejszego Leona zawodowca. Pamiętam, że oglądałem ten film dawno temu, jeszcze na początku podstawówki i to był chyba pierwszy z filmów, który zrobił na mnie wrażenie. I po latach oglądany ponownie muszę przyznać, że wciąż trzyma poziom.


Młoda narkomanka Nikita (Anne Parillaud) wraz z kolegami napada na aptekę. Podczas policyjnej interwencji zabija policjanta, za co trafia za kratki. Jednak zamiast odsiadywać wyrok trafia do ośrodka szkoleniowego dla zabójców pracujących dla rządu. Tam pod okiem niejakiego Boba (Tchéky Karyo) przechodzi kilkuletnie szkolenie. Po wyjściu z ośrodka poznaje kasjera Marca (Jean-Hugues Anglade), z którym zamieszkuje. Po kilku miesiącach jednak przeszłość daje o sobie znać po raz pierwszy...


Takie filmy sensacyjne lubię! Nie jest to produkcja, gdzie scena akcji goni scenę akcji i nie ma chwili spokoju. Tutaj choć jest trochę dłużyzn i monotonii to w pewnym momencie producenci włączają pewny przeskok i akcja wskakuje na wyższy poziom. Sceny strzelanin mimo, że mają już ponad ćwierć wieku nie zestarzały się ani trochę i uważam, że to jedne z lepszych strzelanych scen w historii kina (a sekwencja pierwszego zabójstwa, jakiego dopuszcza się Nikita - filmowa poezja!). Choć sceny akcji to tutaj może 10-15 procent całego niemal dwugodzinnego filmu to i tak sądzę, że to wystarczy i tylko dla nich warto obejrzeć film. Oprócz tego mamy pokazaną też przemianę głównej bohaterki z przygłupiej ćpunki w samoświadomą kobietę, pełną uroku ale i śmiertelnie niebezpieczną. Cudowną rolą jest tutaj postać Czyściciela grana przez Jeana Reno. Epizodyczna postać jest chyba najbardziej zapadającą w pamięć osobą w filmie. Oraz zapowiedzią przyszłego Leona, w którego aktor wcieli się w jednym z następnych filmów Francuza. 
Sądzę, że film ten, choć nie stał się kultowy, jak wspomniany już Leon (może to kwestia braku wyrazistego przeciwnika, którego tutaj brakuje, a który Leon za sprawą świetnego Gary'ego Oldmana posiada) to jest jak najbardziej warty polecenia, gdyż to kawał dobrego kina. Jeśli ktoś polubił Leona zawodowca, a nie widział jeszcze Nikity to nie powinien się zastanawiać. 






czwartek, 2 października 2014

Wojna nie kończy się po ostatnim strzale

Drabina Jakubowa (Jacob's Ladder)
USA 1990
reż. Adrian Lyne
gatunek: psychologiczny, horror
zdjęcia: Jeffrey L. Kimball
muzyka: Maurice Jarre

Głównym bohaterem jest tutaj grany przez znanego z późniejszej głównej roli w Skazanych na Shawshank Tima Robinsa - Jacob Singer. Jacoba poznajemy w krótkiej reminiscencji, jako żołnierza walczącego w Wietnamie. Obraz ten jest jednak niepełny i pozbawiony kluczowych scen. Następnie akcja przenosi nas kilkanaście lat naprzód, gdzie będący już weteranem Singer pracuje jako listonosz, żyje w konkubinacie z Jezebel (Elizabeth Peña), a przede wszystkim cierpi na dręczące go koszmary, które w pewnym momencie zaczynają pojawiać się nie tylko we śnie, ale i na jawie...



Rzadko kiedy widz ma do czynienia z filmem tak mrocznym, przygnębiającym i ciężkim w odbiorze. Film, w którym gęstą atmosferę beznadziejności można kroić nożem. Gdzie nawet przez moment nie można dostrzec choć skrawka optymizmu płynącego z ekranu. Taką ciężką produkcją jest właśnie Drabina Jakubowa. Niepokój to słowo klucz dla dzieła Lyne'a. Od początku z niepokojem właśnie śledzimy poczynania Jacoba zmierzającego krętą drogą do zagłady. Przez swą tematykę i sposób, w jaki został zrealizowany nie jest to produkcja do każdego.
Początkowo oglądając Drabinę Jakubową myśli się, że będziemy mieli do czynienia z dramatem, później można skłaniać się do gatunku, jakim jest horror, lecz szybko można też wpaść na pomysł, że to film psychologiczny. I ciężko jest wybrać dominujący gatunek tej produkcji, gdyż bardzo często zmienia się to w czasie akcji. 


Jeśli kojarzycie sławną japońską serię gier (i później też filmów) Silent Hill, to wiedzcie, że autorzy zainspirowali się zamieszczonymi w Cichych Wzgórzach pokracznymi potworami i atmosferą właśnie dzięki opisywanej obecnie produkcji. Gdy będziecie oglądać scenę w szpitalu od razu połapiecie się w czym rzecz. 
Gra aktorska stoi tu na wysokim poziomie, a to za sprawą Robinsa i towarzyszącej mu Peñii. Warto też zauważyć, że w roli jednego z synów Singera wystąpił dobrze znany w naszym kraju Kevin sam w domu, czyli Macaulay Culkin.
Ogólnie jeśli ktoś ma ochotę na ciężkie kino, które nie pozostawi mu po seansie zbyt dużo dobrych wspomnień, tylko trochę refleksji to warto sięgnąć po ten film, by dowiedzieć się co stało się z oddziałem Sinera w Wietnamie. Jeśli zaś ktoś chce spędzić wieczór z uśmiechem na twarzy, to nie jest to produkcja dla niego.