Pokazywanie postów oznaczonych etykietą P. Głowacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą P. Głowacki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Tu miał być tytuł, ale szkoda mi nad nim myśleć w wypadku tego filmu

Planeta Singli
Polska 2016
reż. Mitja Okorn
gatunek: komedia romantyczna

Jeśli jest coś, czego naprawdę zasadniczo nie lubię w kinie to jest to gatunek zwany komedia romantyczna. Z komedią romantyczną jest trochę jak ze świnką morską - ani ona świnka, ani morska. A niestety jest coś jeszcze gorszego niż sama komedia romantyczna - tym czymś jest polska komedia romantyczna. Jednak od czasu do czasu, a okres przedświąteczny to dobra pora na to, nawet i ja jestem skłonny obejrzeć coś tego pokracznego gatunku. Wybór padł tym razem na dobrze ocenianą Planetę Singli.


Prowadzący popularne show telewizyjne Tomek (Maciej Stuhr) poznaje w barze wystawioną przez faceta Anię (Agnieszka Więdłocha). Jakiś czas później posługując się pewnym szantażem proponuje jej, by ta spotykała się z poznanymi przez internet mężczyznami, opisując mu później przebieg spotkań, które w przerobionej wersji wykorzystałby on w programie. Równolegle śledzimy losy małżeństwa koleżanki Ani, Oli (Weronika Książkiewicz) i jej męża - dyrektora szkoły, w której uczy Ania, Bogdana (Tomasz Karolak)...


Z każdą kolejną sceną przekonywałem się coraz bardziej, że film ten to tylko pełna product placementu komercyjna wydmuszka jakimś cudem potrafiąca w swoim czasie zgromadzić w okresie walentynkowym solidną rzeszę ludzi przed ekranem kin (a co gorsza, od czasu do czasu w tygodnie posuchy przypominaną w multipleksach do dziś). Dziwię się naprawdę wysokim ocenom, jakie zgromadziła ta kulawa produkcja. Ze zgrozą odnotowuję, że moi znajomi ocenili średnio w dziesięciostopniowej skali film Okorna i tabunu scenarzystów na osiem. Masakra.
Począwszy od tragicznej, oklepanej na wszystkie możliwe sposoby fabuły głównego wątku (i pobocznego), po nieciekawe postaci, które w dodatku są słabo zagrane (chyba tylko dobrze aktorsko wypadł Stuhr). Dodać do tego kolejną, niepasującą do krajowych realiów fabułę obsadzoną w świecie bogatych i pięknych (i Karolaka) ludzi, gdzie każdy nawet żyjąc z pensji ok 2000 brutto mieszka w mini penthousie... Naprawdę większą przyjemność można czerpać z oglądania gejowskiego porno, niż męcząc się przy tym czymś. Nie wiem jak ludzie wytrzymywali jakieś dwie i pół godziny (po dodaniu reklam) w kinie. Ja oglądałem ten film stopniowo, przez cztery dni, bo za jednym razem byłaby to dawka śmiertelna. Po nocach będą śniły mi się aktorskie popisy Karolaka i obsadzany masowo w każdy  polskim filmie od kilku lat Piotr Głowacki. Nie, nie i nie. Po stokroć nie. Nie rozumiem ludzi, którym się to podobało. 





niedziela, 7 lutego 2016

Lulek Zawodowiec

Anatomia zła 
Polska 2015
reż. Jacek Bromski
gatunek: thriller


Zbliżający się do siedemdziesiątki reżyser Jacek Bromski, mający na koncie między innymi Karierę Nikosia Dyzmy z Cezarym Pazurą czy serię U Pana Boga w... zraził mnie do siebie jakiś czas temu swoją wersją Uwikłania na podstawie bestsellerowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, gdzie z głównego bohatera zrobił kobietę, a sam film nie trzymał w napięciu i ekscytacji tak, jak kolejna ekranizacja prozy polskiego pisarza, stworzone przez Borysa Lankosza Ziarno zła z Robertem Więckiewiczem w głównej roli. Jednak postanowiłem dać reżyserowi jeszcze jedną szansę, gdy zobaczyłem zwiastun jego najnowszego filmu. I uważam, że tym razem autor jest znów w dość dobrej formie. 



Podstarzały mafijny killer Karol Z. pseudonim Lulek (Krzysztof Stroiński) po piętnastu latach wychodzi warunkowo z więzienia. Nie będzie mu dane jednak zbyt długo cieszyć się emeryturą na wolności, gdyż szybko zwraca się do niego prowadzący jego sprawę prokurator (Piotr Głowacki), który zmusza go pod groźbą powrotu za kraty do zlikwidowania na zlecenie tajemniczych mocodawców wysoko postawionego policjanta za co Lulek ma otrzymać 100 tysięcy dolarów wystarczające na spokojne życie. Karol Z. postanawia wciągnąć do swego planu zwolnionego z wojska snajpera, sierżanta Waśkę (Marcin Kowalczyk).


Film reklamowany jest jako inspirowany prawdziwymi zdarzeniami. I owszem, faktem jest zabójstwo komendanta policji Marka Papały przez do dzisiaj nie ustalonych sprawców, w sprawę zamieszany może być polonijny biznesmen Edward Mazur i takie postaci jak komendant czy szemrany zagraniczny biznesmen w filmie występują. Jednak całość jest już rozegrana w całkiem inny sposób niż wydarzenia mające miejsce w rzeczywistości. 
Mamy w filmie dużo z czarnego kryminału. Zestawienie beznadziei emeryckiego losu, gdzie życie ogranicza się do marnego lokum, wizyt na pobliskim obleśnym bazarku i słuchania wyzwisk ze strony zamieszkującej okolice dziatwy z blichtrem drogich hoteli i luksusowych restauracji dostępnych tylko dla wybranych, historia zabijającego przypadkowo cywili żołnierza, który przez nadgorliwego dziennikarza traci pracę i szacunek, złudzenie miłości do zagranej w drewniany sposób przez Michalinę Olszańską prostytutki w stylu femme fatale (brzemienne w skutkach). We wszystko to wciąż miesza się wciąż negatywny przekaz sączony z różnych stacji telewizyjnych i radiowych. Bohaterowie wciąż słuchają złych informacji lub są bombardowani słowami polityków (przewija się na ekranie w tle Ziobro, Korwin - Mikke czy Miller). W takim świecie właśnie autor pokazuje jak łatwo rodzi się i dorasta zło. Najlepiej przedstawiona została część samych przygotowań bohaterów do zabójstwa. Ta część filmu stoi naprawdę na solidnym europejskim poziomie i dawno nie było w polskim filmie kina gatunkowego pokazującego takich bohaterów i w ten sposób. 
Ogólnie film ma jednak oprócz wielu zalet kilka wad, które wpływają zasadniczo na jego finalną ocenę. Bo gdy część filmu można ocenić w filmwebowej skali na 8/10 to pewna część jest co najwyżej średnia. Gdyby przerobić lub wyciąć część scen, które tego poziomu nie trzymają dostalibyśmy coś wiele lepszego.
Słowo należy się też grającemu główną rolę Stoińskiemu. Nagrodzony statuetką festiwalu w Gdyni aktor naprawdę świetnie oddał swą postać. Czasem jest biednym, pomiatanym i schorowanym emerytem, który jednak szybko potrafi zamienić się w cwanego mordercę nie znoszącego słowa sprzeciwu. Wielka klasa Pana Krzysztofa. Dobrze wypadł też Piotr Głowacki, jednak odczuwam przesyt jego osoby w polskich produkcjach ostatnich kilku lat. A patrząc na jego plany na przyszłość sądzę, że Piotr 'Zagram we wszystkich polskich filmach' Głowacki nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Reasumując dostajemy całkiem dobry film, który warto zobaczyć gdyż wybija się ponad polską przeciętność. Po raz kolejny podkreślę swe zadowolenie, że w naszym kinie w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach wyraźnie ruszyło, kręci się różnorodne filmy na coraz wyższym poziomie i nie są to tylko komedie romantyczne (które niestety ciągle powstają i niestety cieszą się najlepszymi wynikami kinowymi). W każdym razie dobrze, że ten film powstał i liczę, że z roku na rok jakość polskich filmów gatunkowych będzie coraz lepsza. 





sobota, 14 listopada 2015

Everyman

Obywatel
Polska 2014
reż. Jerzy Stuhr
gatunek: komedia, dramat

Bez mała wszyscy pamiętają pewnego średnio rozgarniętego lecz sympatycznego tytułowego bohatera amerykańskiego filmu Forrest Gump granego znakomicie przez Toma Hanksa. Postać ta miała w zwyczaju przeważnie drogą przypadku uczestniczyć w ważnych w losach USA i świata wydarzeniach nierzadko przy tym ocierając się o znane na skalę ogólnoświatową persony. Co ciekawe prawie 35 lat wcześniej w Polsce nakręcono film o przygodach niejakiego Jana Piszczyka, w którego wcielił się doskonale Bogumił Kobiela. Był to film pokazujący życiową drogę oportunisty bohatera obejmujący czasy przedwojenne, okres II Wojny Światowej i formujący się w Polsce po wojnie ustrój ludowy. W ponad pół wieku po tym filmie Jerzy Stuhr zdecydował się nakręcić losy kolejnego człowieka - chorągiewki zaczynając w czasie, gdzie grany przez Kobielę Piszczyk kończył.


Poznajemy całe dotychczasowe, niemal siedemdziesięcioletnie życie Jana Bratka (granego przez Jerzego Stuhra i jego syna Macieja). Tak się złożyło, że bohater ten przez wszystkie lata swej egzystencji uosabiał sytuację życiową Polaków i stawał przed przeróżnymi wyborami na wielu zakrętach historii. Poznajemy też jego relacje z matką (Barbara Horawianka), żoną (Sonia Bohosiewicz) czy pracownicą PRLowskiego MSW (Violetta Arlak).


Przez ponad półtorej godziny trwania filmu co chwilę los rzuca granego przez rodzinno - aktorski duet bohatera na różne fronty tworzącej się właśnie historii. Stuhr chciał ukazać swą postać jako zwykłego człowieka, który uczestniczy w wielu wydarzeniach wbrew swej woli, gdyż znalazł się w złym miejscu i czasie. Ilość i różnorodność wydarzeń, w jakich uczestniczy Bratek oczywiście jest kuriozalnie duża, jednak pokazuje to mimo braku pewnej logiki przed jakimi wyborami musieli stawać Polacy przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Pokazuje też nas w niezbyt dobrym świetle, bo Bratek przecież nie jest osobą z krwi i kości tylko stereotypowym Polakiem, jednym z nas. Jak chorągiewka zmienia strony konfliktu, raz zapisuje się do PZPRu, by chwilę później rzucić legitymację partyjną i stać się idolem podziemia. a następnie zatracić ideały solidarności i na końcu już w III RP zmierzyć się z widmem kapitalizmu. Mamy też pokazanego tutaj Polaka - katolika, który nie potrafi powiedzieć najprostszych dogmatów swej wiary, co zresztą pięknie pokazuje pierwsza sekwencja, do tego reżyser ukazuje pewne nadużycia czasów Solidarności i jej bohaterów, co świetnie prezentuje scena z Piotrem Głowackim (zauważyliście że facet występuje w 90% obecnych polskich filmów?) za co między innymi spotkała twórców krytyka prawdziwych Polaków
Film warto obejrzeć, choć historia tu opisywana czasem jest dość naiwna, zbyt naciągana i niezbyt zgrabnie prowadzona. Dobrze jednak ogląda się tę produkcję, zwłaszcza nienagannie wygląda rola Jerzego Stuhra. Jest powyżej średniej, często dość dobry i kilkoma naprawdę dobrymi scenami. 




.

czwartek, 12 listopada 2015

Czas oczekiwania

11 minut
Polska 2015
reż. Jerzy Skolimowski
gatunek: sam nie wiem co ale twórcy określają to jako thriller

W gronie filmów nominowanych do najbardziej prestiżowej nagrody filmowej, jaką jest Oscar we wprowadzonej w 1957 roku statuetki za najlepszy film nieanglojęzyczny Polska miała aż 10 nominacji, z czego ostatnio nawet Idzie udało zdobyć się tę nagrodę. Przeważnie polskie filmy nie doczekiwały się nominacji,a  wybór produkcji jaką kraj zgłasza do konkursu często bywał kontrowersyjny. Opisywany właśnie film też został oficjalnym polskim kandydatem do nagrody i kontrowersje na pewno będą spore i tym razem. 


W czasie tytułowych 11 minut (które rozciągnięte są na ponad 80) poznajemy losy kilku bohaterów. Mamy zarówno początkującą aktorkę (Paulina Chapko), jak i jej zazdrosnego męża (Wojciech Mecwaldowski), reżysera z Hollywood (Richard Dormer), sprzedawcę hot dogów (Andrzej Chyra) i jego syna - narkotykowego kuriera (Dawid Ogrodnik). Do tego parę alpinistów  - amatorów (Piotr Głowacki i Agata Buzek), malarza (Jan Nowicki), porzuconą dziewczynę (Ifi Ude) i jej dawnego chłopaka (Mateusz Kościukiewicz). Wszyscy spotkają się w złym miejscu i złym czasie.


Ciężko mówić o jakiejś wielkiej fabule. Pokazane nam są rozgrywające się w ciągu niecałego kwadransa losy kilku postaci, które w gruncie rzeczy przeważnie nic nie łączy. Czasem co najwyżej miną się na ulicy, nic więcej. Sylwetki bohaterów są niewyraźnie, ich historia ledwie zarysowana przez co możemy co najwyżej domyślać się kim tak naprawdę są. To natężenie postaci przy jednoczesnym krótkim czasie produkcji sprawia, że ciężko zżyć się z bohaterami na ekranie. Nie ułatwia tego aktorstwo, które mimo zatrudnienia śmietanki polskich aktorów roku 2015 (podobną zgraję spotka się chyba niebawem w Listach do M 2) to pozostawia wiele do życzenia. W filmie znajdzie się potwierdzenie hasła mówiącego, że dobry aktor źle wyreżyserowany to zły aktor. Do tego kuleją dialogi, które przeważnie są bardzo niskich lotów. Wszystko dopełnia chaotyczny montaż, który co prawda niektórym się podoba, jednak mnie do siebie nie przekonuje. 
Do tego cała narracja filmu jest mocno średnia. Producenci w zamyśle budują atmosferę, podgrzewają ją niedopowiedzeniami aż do samego dość operowego ale i komicznego finału. Zamiast szoku można się co najwyżej zaśmiać. Do tego różne katastroficzne wstawki - tropy w czasie trwania filmu. A to jakaś plama czy obiekt zbliżający się do Ziemi, jaki widzą bohaterowie (niemal jak w filmie Melancholia), a to przepowiednia końca świata z telewizora, samolot niebezpiecznie zbliżający się do budynku  etc.
Jedne co naprawdę dobrze wypadło to pokazanie miasta. Warszawa wreszcie jest nowoczesna, żyjąca, taka prawdziwa. Nie to co w Body/Ciało gdzie pokazano stolicę nową ale w sposób taki, jakby akcja działa się z ćwierć wieku wstecz. Niestety dobrze oddane miasto mniej zapada w pamięć, niż fatalnie dobrana muzyka i efekty dźwiękowe. Pół filmu na decybelach przekraczających normę o 200% to masakra.
Nie wiem kto zgłosił ten film do konkursu na najlepszy film nieanglojęzyczny wg Amerykańskiej Akademii  Filmowej ale sądzę, że w ostatnich 12 miesiącach było wiele o dużo lepszych filmów naszej polskiej produkcji. Sam uważam, że nawet Disco Polo jest filmem lepszym niż ta produkcja. Bo najnowszy film Skolimowskiego jest moim zdaniem zwyczajnie słaby.





niedziela, 13 września 2015

Wojna po polsku

Karbala
Polska 2015
reż. Krzysztof Łukasiewicz
gatunek: wojenny

Kiedy ostatnio w Polsce powstał jakiś solidny film wojenny? Ktoś sobie przypomina? Bo ja mam z tym ciężko. Od 2010 są to (za niezawodnym Filmwebem): Powstanie Warszawskie, Kamienie na szaniec, Miasto 44, Tajemnica Westerplatte, Sierpniowe niebo. 63 dni chwały, Obława, 1920 Bitwa Warszawska, Essential killing. Z tego wszystkiego wyłania się obraz raczej monotematycznych filmów interpretujących kilka wydarzeń z drugiej wojny światowej, większość z nich jednak pod względem realizacji i treści fabularnej nie jest czymś specjalnie wartym uwagi. W sumie z czystym sercem mogę polecić tylko Obławę, która jest jednak mało epicką produkcją. Wyłączając słabiutkie 1920 zostaje nam tylko jeden film nieulokowany w II WŚ. Jest to Essential killing Skolimowskiego, który jest filmem moim zdaniem dobrym, ale dość trudnym w odbiorze, także przez rodzaj narracji (obserwujemy losy domniemanego terrorysty) oraz bardzo jednostkowy film, w którym nie ma wojny jako takiej. Także przy tym wszystkim Karbala jawi się jako nowa jakość w polskim współczesnym kinie. Słyszałem już określenia polski Helikopter w ogniu. Czy słusznie? Od razu mówię, że raczej nie. Dlatego, że jednak jest to całkiem inny film.


Obserwujemy grupę polskich żołnierzy pełniących służbę kontraktową w okupowanym przez Polskę Iraku. Kierowany przez kapitana Kalickiego (Bartłomiej Topa) zostaje skierowany do obrony ratusza w mieście Karbala. Razem ze stacjonującymi tam żołnierzami bułgarskimi (dowodzonymi przez znanego z roli Piłata w Pasji Hristo Shopov) mają przez kilka dni utrzymać to miejsce, nim przybędzie nowa zmiana. Tymczasem w mieście zaczynają się rozruchy, a posterunek zostaje zaatakowany przez sadrystów pod dowództwem postaci granej przez Samira Fuchsa. Poza bezpiecznym miejscem ląduje młody sanitariusz Grad (Antoni Królikowski), który czeka na proces za subordynację. Grad musi polegać na irackim policjancie Faridzie (Atheer Adel).


Pierwsze co rzuca się w oczy w tym filmie to świetne zdjęcia autorstwa Arkadiusza Tomiaka. Mimo skromnego budżetu, jaki posiadała produkcja za sprawą perfekcyjnych zdjęć mamy wrażenie, że obcujemy wizualnie z wysokonakładowym dziełem rodem z Hollywood. Za to należy się od razu ocena (lub nawet dwie) w górę. Kolejną pozytywną sprawą jest to, że nie mamy tutaj ckliwego moralitetu odnośnie życia żołnierzy, nie poznajemy ich wraz z wszystkim historiami życiowymi, jakie za nimi stoją. Dostajemy grupę niemal obcych sobie ludzi, którzy pewnie mają swoją przeszłość i plany na przyszłość ale nie dowiemy się o nich ani słowem. Dobrze, że obsada to jednak nie są największe gwiazdy polskiego kina. Już widzę oczyma wyobraźni dowodzonych przez Karolaka żołnierzy w postaci Chyry, Adamczyka i Szyca. Na szczęście postanowiono na sprawdzonych, lecz nieopatrzonych jeszcze ludzi z dobrym w roli Topą, po którym autentycznie widać dylematy, przed jakimi musi stanąć, niezłym Michałem Żurawskim oraz Tomaszem Schuchardtem (w którym wnikliwy widz rozpozna postać porucznika Żądło z Misji Afganistan - w obu produkcjach aktor grał podobne role) oraz obecnie chyba występującym w każdym polskim filmie Piotrze Głowackim (chociaż tutaj ograniczył się do dwóch dowcipów i efektownego zgonu). Występujący zaś w roli policjanta (żołnierza?) irackiego Adel bardziej pasuje do tancerza z Bollywood ale wydaje się, że daje radę. Nie podoba mi się za to lansowany przez rodziców (których rolami życia są odpowiednio Grażynka w Klanie i Kusy w Ranczu) Antoni Królikowski. Ten drewniany młody aktor jednak za sprawą koneksji będzie pewnie obecny w polskim filmie jeszcze długo. Niebawem zobaczymy go w serialu Bodo w roli tytułowej.
Ogólnie braki finansowe dają o sobie znać w czasie samej obrony City Hall. Ratusz jest atakowany przez sadrystów ciągle w jednym miejscu (a w rzeczywistości mógł być okrążony z każdego miejsca). Same sceny walki nie przedstawiają się specjalnie widowiskowo. Bardzo przypomina mi to wspomnianą już  wcześniej Misję Afganistan, gdzie tak jak tutaj oddział polskich wojsk pół odcinka ostrzeliwał dwóch talibów ukrytych za murkiem. Także brak snajperów (którzy byli obecni w realnej Karbali) tutaj rzutuje pewną nielogicznością. Mamy scenę, gdzie kilkadziesiąt metrów pod bramą ratusza islamiści przynoszą ckm. Później zaczynają robić wokół niego umocnienia. Wszystkiemu temu przyglądają się bezczynnie nasi żołnierze. Trochę bez sensu. 
Film nie daje nam odpowiedzi czy polska okupacja Iraku była dobra czy też nie (chociaż może skłania się ku tej drugiej wersji), skupia się za to na postawie walczących tam ludzi, którzy udali się tam nie ze względów ideologicznych, a po to by po prostu zarobić. Dobrze, że nie ma tutaj elementów martyrologicznych, bo to zabiłoby ten film. A tak mamy czasem przynudzający ale ogólnie strawny film wojenny produkcji polskiej, który dobrze wygląda i daje nadzieje na przyszłość, a przy okazji pokazuje nieznany w opinii publicznej fragment najnowszej historii polskiej armii. 





piątek, 19 czerwca 2015

Serce nie sługa

Bogowie
Polska 2014
reż. Łukasz Palkowski
gatunek: biograficzny 

W Polsce krytykuje się wszystko i wszystkich. Czasem słusznie, czasem nie. Polskie kino od lat wpisuje się w tę falę krytyki. Poziom naszych filmów ostatnich dekad jest jaki jest, a więc krytyka ta była przeważnie słuszna, gdyż wyłączając kilka perełek mieliśmy do czynienia przeważnie ze szrotem na dużą skalę. W ostatnim czasie jednak zaczyna się dziać coraz lepiej. Dostaliśmy choćby ocenianą różnie, ale jednak oscarową Idę, bardzo dobrą ekranizację Ziarna prawdy, wraca też autorskie kino gatunkowe, czego reprezentantem może być solidny Jeziorak . Okres prosperity odbywa się przy zmianie pokoleniowej wśród reżyserów, teraz do głosu dochodzą przedstawiciele tego przejściowego pokolenia, jak Paweł Pawlikowski czy Wojciech Smarzowski, jednak coraz więcej do powiedzenia mają młodzi reżyserzy, jednak coraz częściej do głosu dochodzą młodsi reżyserzy urodzeni już po 1970 roku. I oni potrafią robić dobre filmy. Czego przykładem może być Łukasz Palkowski, rocznik '76.


Nad fabułą nie ma co się długo rozwodzić bo chyba cała historia jest ludziom na poziomie, jacy odwiedzają to miejsce powszechnie znana. Cofamy się kilkadziesiąt lat wstecz, gdzie lekarze jeszcze leczyli ludzi, a nie zajmowali się świadczeniem usług dla NFZ. Film przedstawia kilka lat z życia profesora Zbigniewa Religi (Tomasz Kot), który to obejmuje klinikę kardiochirurgiczną w Zabrzu. Kompletuje on kadrę młodych i zdolnych lekarzy. Wraz z Marianem Zembalą (Piotr Głowacki) i Andrzejem Bochenkiem (Szymon Piotr Warszawski) podejmują się zadania, jakim jest wykonanie pierwszego udanego przeszczepu serca.


Tematyka filmu jest nie jest najłatwiejsza. Światek lekarzy, a zwłaszcza chirurgów rządzi się swoimi prawami, a pewne zachowania czy slang może być nieprzyswajalny dla masowego odbiorcy. Jednak reżyserowi udało się z tego trudnego tematu wyciągnąć wystarczająco dużo i przedstawić to w odpowiedniej wersji tak, by zrobić naprawdę poprawny, dobry film biograficzny w zachodnim stylu. Historia tych kilku lat w trudnym okresie połowy lat 80. ubiegłego wieku została pokazana w bardzo realnym, uczciwym i dobrym do oglądania stylu. Bez zbędnego upiększania ale też bez demonizowania pewnych spraw. Kostiumy i charakterystyka postaci zostały wykonane bardzo dobrze, tak samo inne rekwizyty pasujące do nie tak dawnej lecz jednak odległej epoki. Gra aktorska wśród odgrywających główne role jest bez zarzutu. Religa Tomasza Kota jest człowiekiem z krwi i kości. Nie znałem oczywiście samego profesora, co najwyżej z wypowiedzi telewizyjnych ale myślę, że przy masie konsultantów twórcy przenieśli go na ekran niemal w skali 1:1. Kot wygenerował tu obraz człowieka pewnego pasji i niezłomnego dążenia do celu, posiadającego jednak swoje przywary, takie jak nałogi alkoholowy i tytoniowy, skłonność do pewnej agresji czy nadużywania wulgaryzmów. Aż dziw bierze, że Kot przeplata dobre role z rolami słabszymi, a czasem po prostu złym doborem filmów (jak choćby wybór kasowego, lecz mało ambitnego Disco Polo, gdzie spotkał się w sumie ze znajomym z planu opisywanego właśnie filmu Piotrem Głowackim). Trochę rozczarował mnie repertuar muzyczny. Same hity zagraniczne to według mnie niezbyt dobry pomysł. Mały to było dobrych polskich zespołów w latach osiemdziesiątych? Mamy w filmie kilka przestojów, pewne luki fabularne czy szarpaną akcję, za co trzeba trochę odjąć, jednak jest to jeden z niewielu dobrych filmów biograficznych, jakie w ostatnich dekadach wydał polski przemysł filmowy. Wałęsę Wajdy wciąga nosem. Oby więcej w Polsce takich filmów! Może niekoniecznie biograficznych, a raczej gatunkowych. Zdolni reżyserzy są, a więc do dzieła. 




piątek, 27 lutego 2015

Cebulandia

Disco Polo
Polska 2015
reż. Maciej Bochniak
gatunek: komedia, muzyczny
zdjęcia: Tomasz Naumiuk
muzyka: Paweł Lucewicz

Czy też macie tak, że jak tylko usłyszycie o majteczkach w kropeczki, dziewczynie z klubu disco czy o niej tańczącej dla niego chcecie jak najszybciej wyrzucić przez okno obiekt, z którego wydobywają się te zakazane dźwięki? Dwa słowa. Disco Polo. Coś co jeszcze kilka lat temu wydawało się, że jest już tylko reliktem minionej dekady wróciło ostatnio na polską scenę muzyczną ze zdwojoną siłą pokazując nam, że wszyscy Polacy to jedna rodzina i każdy disco polo słucha...a jak się jednak nie słucha to jest wypchnięty poza margines społeczeństwa. A teraz po kilkudziesięciu latach wreszcie powstał film o tym nieśmiertelnym i typowo polskim gatunku muzycznym. Pytacie jaki jest? Najprościej powiedzieć, że taki jak muzyka, którą gloryfikuje.


Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Głównym bohaterem filmu jest mieszkający z ojcem w budynku kolejowym Tomek (Dawid Ogrodnik), któremu marzy się granie disco polo. W tym celu za wszelką cenę próbuje przekonać miejscowego klawiszowca Rudego (Piotr Głowacki). Ten po pewnym czasie zgadza się dołączyć do Tomka. Aby zdobyć  sprzęt przyszły wokalista sprzedaje Niemcowi drezynę ojca za co ten później będzie chciał wyrzucić go z domu. Do zespołu dołącza także kuzynka Rudego o ksywie Mikser (w tej roli znana z zagrania świetnych cycków w Ziarnie Prawdy Aleksandra Hamkało). Razem wyruszają do siedziby wytwórni płytowej (kasetowej?) ojca chrzestnego polskiego disco - Daniela Polaka (Tomasz Kot) w oczekiwaniu na zrobienie wielkiej kariery. Na miejscu Tomek spotyka gwiazdę disco polo Gensoninę (żona reżysera Joanna Kulig), w której się zakochuje. 



Polska lat 90. jest ukazana przez reżysera bardzo dualnie. Mamy tu do czynienia z próbą pokazania naszego kraju po transformacji ustrojowej jako swoistej Ziemi Obiecanej, miejscu wielkich możliwości, gdzie w jednej chwili można zyskać fortunę ale też i stracić wszystko. By przybliżyć to wszystko widzowi reżyser i scenarzysta posługują się formą Dzikiego Zachodu. Jak dla mnie niezrozumiałą. Początkowa scena na przykład rozgrywa się na jakimś amerykańskim pustkowiu, a główny bohater w cowboyskim stroju przybywa na miejsce, gdzie pilnowani przez Chińczyka Murzyni, Meksykanie i ludzie nieznanej proweniencji męczą się przy szukaniu złóż ropy. Takich dziwnych zabiegów jest więcej. Krajobrazy rodem z pustyni w Koloradu, bezkresna droga 66 wiodąca przez pustkowia, miasteczka rodem z Dzikiego Zachodu czy mieszkania w przyczepach. A wszystko to w filmie o disco polo.
Jako że mamy do czynienia z filmem muzycznym występuje tu także muzyka. I tak możemy sobie posłuchać między innymi Czterech osiemnastek, Jesteś szalona, Ona tańczy dla mnie czy Wszyscy Polacy to jedna rodzina. Nie znam się na tej muzyce, ale czy aktorzy sami wykonali swoje kwestie czy jednak puszczono im oryginał z playbacku? Może jakiś fan gatunku wypowie się w komentarzach.
Mimo wszystko znalazło się kilka perełek. Występuje tu kilku znanych discopolowców w trzecioplanowych rolach, naczelnym dziennikarzem jest tu czarnoskóry Roger Cole-Wilson, który na co dzień prowadzi prognozę pogody w regionalnej białostockiej Telewizji Jard (polecam wpisanie sobie sprawdzenie jego wyczynów na YouTube!), świetnym motywem była też scena z udziałem Jerzego Urbana. Różnych smaczków i nawiązań było więcej i za to chwała twórcom, jednak niestety to tylko detale. Detale, które nie uratują całego filmu, który często nie trzyma się kupy i jest bez sensu. Potwierdzającym to gwoździem do trumny była jedna z ostatnich scen, umiejscowiona na tarasie widokowym Pałacu Kultury.
Do tego skąd w dwadzieścia lat temu wzięło się Polo TV?
Reasumując, muzyka disco polo jest muzyką dopasowaną do potrzeb, gustu i poziomu społeczeństwa. Polacy mają taką muzykę, na jaką zasługują. A film Disco Polo jest taki sam jak i ta muzyka. Pewnie większość więc będzie zachwycona.