Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Ogrodnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Ogrodnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 stycznia 2018

Rodzina na swoim

Cicha noc
Polska 2017
reż. Piotr Domalewski
gatunek: dramat
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Wacław Zimpel

Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas przeżyć religijnych i rodzinnych. Czas pojednania, w którym wszyscy stają się lepsi dla bliźnich, czas, w który spotyka się z rodziną, kiedy nawet zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem. Już od początku listopada z nadzieją na komercyjny zysk tą narrację używają sklepy, w których trzeba kupić prezenty czy kina, gdzie akurat leci specjalnie szykowana na ten okres kolejna komedia romantyczna. Jednak cała ta dobroć to przeważnie tylko fasada. O czym przekonuje widzów ten film.


Żyjący na stałe w Holandii Adam (Dawid Ogrodnik) choć nikt się go nie spodziewa wraca do rodzinnego domu gdzieś na Warmii, by spędzić z rodziną wigilię Bożego Narodzenia. Głównym powodem powrotu mężczyzny jest jednak sprawa sprzedaży należącego do rodziny domu. Adam próbuje w tej sprawie dogadać się z ojcem (Arkadiusz Jakubik), bratem (Tomasz Ziętek) i siostrą (Maria Dębska). 


Jak dobrze obejrzeć w polskim kinie okołoświątecznym coś tak świeżego i przy okazji prawdziwego. Po masie radośnie głupich komedyjek o potrzebie bliskości prawdę o życiu pokazuje nam tutaj pełnometrażowy debiutant - Piotr Domalewski. Ten film to typowa Smarzowszczyzna, tylko tym razem bez udziału reżysera Smarzowskiego i kilku jego żelaznych aktorów (choć Jakubik się pojawia). Już od pierwszych scen wiemy, że będzie ostro. Czasem komicznie czy wręcz śmiesznie, jednak po zastanowieniu będzie to raczej śmiech przez łzy. Domalewski w filmie pokazuje wszystko co w statystycznych Polakach najgorsze. A jako że statystyczny Polak nie istnieje to mamy tu nagromadzenie narodowych cen ujemnych, trochę ich przerysowanie i obdzielenie nimi licznych bohaterów. Jest zawieść, jest pijaństwo, pieniactwo, lenistwo, chamstwo i wiele innych przywar. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że patrząc na zachowanie tej rodziny widzimy w nich cząstkę otaczającego nas świata, jeśli nie wprost siebie i swoich najbliższych. Ten obraz Polaków ma widza boleć. I boli.
Film jest któryś z kolei obejrzanym przeze mnie, w którym jedną z ról pełni dom, w którym dzieje się akcja. Wraz z powracającym do niego Adamem poznajemy go, uczymy się jego siermiężnej topografii i zachwycamy bogactwem detalu. Brawa dla scenografów. Jednak na równi z domem zachwycać można się kreacjami aktorskimi. Po raz kolejny dobrą rolą pochwalić może się Ogrodnik,  a partnerujący mu filmowy brat w wykonaniu Ziętka wcale nie odstaje. Wrażenie robi fizyczne podobieństwo obu aktorów, oraz pewne zbliżenie do fizjonomii grającego swoją firmową postać Arkadiusza Jakubika. Do tego dodać trzeba naprawdę solidne role Tomasza Schuchardta i Agnieszki Suchory oraz kradnącego show Pawła Nowisza w roli dziadka. Cieszy fakt, że postaci dziecięce zostały nieźle odegrane, co w polskim kinie jest rzadkością oraz to, że bohaterów wyraźnie słychać - w rodzimych produkcjach wciąż niestety nie jest to normą.
Także mamy do czynienia z kawałem mocnego, dobrego kina przedstawiającego spory fragment Polski AD 2017. Można się z przekazem twórców zgadzać lub nie, jednak nie zmienia to faktu, że ten film trzeba obowiązkowo obejrzeć. Choćby dla świetnego monologu Jakubika o Polsce i polskości.




czwartek, 6 października 2016

Życie rodzinne

Ostatnia rodzina
Polska 2016
reż. Jan P. Matuszyński
gatunek: dramat, biograficzny


Gdy przed dobrymi kilkunastoma miesiącami dowiedziałem się, że rozpoczynają się prace nad filmem o Zdzisławie Beksińskim i jego rodzinie wiedziałem od razu, że gdy tylko wyjdzie będę chciał go obejrzeć. Wszak człowiek ten był według wielu najlepszym polskim malarzem po drugiej wojnie światowej, a jego twórczość została doceniona w kraju, jak i zagranicą. Także jego historia rodzinna nadaje się bez zbędnego upiększania na dobry materiał na film. I to właśnie ona stanowi główną oś fabuły filmu.


Warszawa, rok 1977. Zdzisław Beksiński (Andrzej Seweryn) wraz z żoną Zofią (Aleksandra Konieczna) oraz matką i teściową wprowadzają się do nowo wybudowanego bloku. W jednym z okolicznych bloków zamieszkuje też przybyły do stolicy na studia syn malarza, Tomasz (Dawid Ogrodnik). Śledzimy życie rodziny do śmierci ostatniego jej członka.


Wybitna w skali kraju twórczość malarza schodzi tutaj na drugi, a czasem trzeci plan. Obrazy Beksińskiego stanowią tylko ciekawostkę, tło dla całej opowieści. Całość koncentruje się tutaj głównie na trójce głównych bohaterów: jest ojciec, jest matka i jest syn. Z pozoru zwyczajna rodzina, która jednak jest bardzo niezwyczajna i to nie z powodu zawodów Zdzisława i Tomasza. Przez ponad dwie godziny jesteśmy świadkami wojeryzmu filmowego, w którym przez większość czasu statyczna kamera rusza się z miejsca tylko po to, by śledzić bohaterów podczas ich podróży po mieszkaniach. 
W rodzina Beksińskich, w której dominuje od początku kult śmierci czasem jest strasznie, czasem śmiesznie. Chociaż humor prezentowany przez członków rodziny jest wyjątkowo wisielczy. Dwie przeciwstawne osobowości w postaci ojca i problematycznego psychicznie Tomasza spaja tutaj osoba grana przez Aleksandrę Konieczną, którą oglądamy tutaj w roli życia. Co do pozostałych aktorów to ich praca nie pozostawia nic do życzenia. To chyba najlepiej zagrany polski film w XXI wieku. Zarówno Seweryn, jak i Ogrodnik nie tyle grają swe postaci, oni nimi są! Naprawdę wielkie ukłony za tak dobrze wykonaną pracę. Także nieźle wypadł Andrzej Chyra w roli marszanda.
Jestem za młody, by znać postać Tomasza Beksińskiego, choćby z jego kultowych dziś audycji radiowych, jednak osoby, które go znały uważają, że jego postać została przedstawiona jednostronnie i przerysowana negatywnie. Nie pokazano zaś jego pozytywnych cech i zachowań, których z racji wykonywanych zadań musiał posiadać. Szkoda też, że trochę rozczarowała mnie ostatnia scena filmu, która została ukazana zbyt powierzchownie i banalnie. Chociaż taki koniec takiej postaci był właśnie banalny,
Film ten nie posiada jako takiej fabuły, mamy tutaj 28 lat z życia rodziny, czasem są to momenty kluczowe, jak śmierć jej członka, czasem zaś zwyczajne sytuacje, czasami natomiast akcja skacze o kilka lat. Ogólnie wolę jednak filmy bardziej skupione na jednym wydarzeniu i jednym czasie akcji. Ale trzeba do tego szybko przywyknąć. 
Oczekiwania wobec tego filmu były ogromne, zdobył on też wiele nagród w rodzimym półświatku. I jest to film, który zapewne zajmie odpowiednio wysokie miejsce w rankingach najlepszych polskich filmów roku i ostatniej dekady. Jest to także film potrzebny. A czy wybitny? Sądzę, że jednak nie. Ale przecież naprawdę dobry film to też odpowiednia rekomendacja. Warto. Gwarantuję, że postaci bohaterów pozostaną w pamięci na długo po zakończeniu seansu. 






czwartek, 12 listopada 2015

Czas oczekiwania

11 minut
Polska 2015
reż. Jerzy Skolimowski
gatunek: sam nie wiem co ale twórcy określają to jako thriller

W gronie filmów nominowanych do najbardziej prestiżowej nagrody filmowej, jaką jest Oscar we wprowadzonej w 1957 roku statuetki za najlepszy film nieanglojęzyczny Polska miała aż 10 nominacji, z czego ostatnio nawet Idzie udało zdobyć się tę nagrodę. Przeważnie polskie filmy nie doczekiwały się nominacji,a  wybór produkcji jaką kraj zgłasza do konkursu często bywał kontrowersyjny. Opisywany właśnie film też został oficjalnym polskim kandydatem do nagrody i kontrowersje na pewno będą spore i tym razem. 


W czasie tytułowych 11 minut (które rozciągnięte są na ponad 80) poznajemy losy kilku bohaterów. Mamy zarówno początkującą aktorkę (Paulina Chapko), jak i jej zazdrosnego męża (Wojciech Mecwaldowski), reżysera z Hollywood (Richard Dormer), sprzedawcę hot dogów (Andrzej Chyra) i jego syna - narkotykowego kuriera (Dawid Ogrodnik). Do tego parę alpinistów  - amatorów (Piotr Głowacki i Agata Buzek), malarza (Jan Nowicki), porzuconą dziewczynę (Ifi Ude) i jej dawnego chłopaka (Mateusz Kościukiewicz). Wszyscy spotkają się w złym miejscu i złym czasie.


Ciężko mówić o jakiejś wielkiej fabule. Pokazane nam są rozgrywające się w ciągu niecałego kwadransa losy kilku postaci, które w gruncie rzeczy przeważnie nic nie łączy. Czasem co najwyżej miną się na ulicy, nic więcej. Sylwetki bohaterów są niewyraźnie, ich historia ledwie zarysowana przez co możemy co najwyżej domyślać się kim tak naprawdę są. To natężenie postaci przy jednoczesnym krótkim czasie produkcji sprawia, że ciężko zżyć się z bohaterami na ekranie. Nie ułatwia tego aktorstwo, które mimo zatrudnienia śmietanki polskich aktorów roku 2015 (podobną zgraję spotka się chyba niebawem w Listach do M 2) to pozostawia wiele do życzenia. W filmie znajdzie się potwierdzenie hasła mówiącego, że dobry aktor źle wyreżyserowany to zły aktor. Do tego kuleją dialogi, które przeważnie są bardzo niskich lotów. Wszystko dopełnia chaotyczny montaż, który co prawda niektórym się podoba, jednak mnie do siebie nie przekonuje. 
Do tego cała narracja filmu jest mocno średnia. Producenci w zamyśle budują atmosferę, podgrzewają ją niedopowiedzeniami aż do samego dość operowego ale i komicznego finału. Zamiast szoku można się co najwyżej zaśmiać. Do tego różne katastroficzne wstawki - tropy w czasie trwania filmu. A to jakaś plama czy obiekt zbliżający się do Ziemi, jaki widzą bohaterowie (niemal jak w filmie Melancholia), a to przepowiednia końca świata z telewizora, samolot niebezpiecznie zbliżający się do budynku  etc.
Jedne co naprawdę dobrze wypadło to pokazanie miasta. Warszawa wreszcie jest nowoczesna, żyjąca, taka prawdziwa. Nie to co w Body/Ciało gdzie pokazano stolicę nową ale w sposób taki, jakby akcja działa się z ćwierć wieku wstecz. Niestety dobrze oddane miasto mniej zapada w pamięć, niż fatalnie dobrana muzyka i efekty dźwiękowe. Pół filmu na decybelach przekraczających normę o 200% to masakra.
Nie wiem kto zgłosił ten film do konkursu na najlepszy film nieanglojęzyczny wg Amerykańskiej Akademii  Filmowej ale sądzę, że w ostatnich 12 miesiącach było wiele o dużo lepszych filmów naszej polskiej produkcji. Sam uważam, że nawet Disco Polo jest filmem lepszym niż ta produkcja. Bo najnowszy film Skolimowskiego jest moim zdaniem zwyczajnie słaby.





piątek, 27 lutego 2015

Cebulandia

Disco Polo
Polska 2015
reż. Maciej Bochniak
gatunek: komedia, muzyczny
zdjęcia: Tomasz Naumiuk
muzyka: Paweł Lucewicz

Czy też macie tak, że jak tylko usłyszycie o majteczkach w kropeczki, dziewczynie z klubu disco czy o niej tańczącej dla niego chcecie jak najszybciej wyrzucić przez okno obiekt, z którego wydobywają się te zakazane dźwięki? Dwa słowa. Disco Polo. Coś co jeszcze kilka lat temu wydawało się, że jest już tylko reliktem minionej dekady wróciło ostatnio na polską scenę muzyczną ze zdwojoną siłą pokazując nam, że wszyscy Polacy to jedna rodzina i każdy disco polo słucha...a jak się jednak nie słucha to jest wypchnięty poza margines społeczeństwa. A teraz po kilkudziesięciu latach wreszcie powstał film o tym nieśmiertelnym i typowo polskim gatunku muzycznym. Pytacie jaki jest? Najprościej powiedzieć, że taki jak muzyka, którą gloryfikuje.


Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Głównym bohaterem filmu jest mieszkający z ojcem w budynku kolejowym Tomek (Dawid Ogrodnik), któremu marzy się granie disco polo. W tym celu za wszelką cenę próbuje przekonać miejscowego klawiszowca Rudego (Piotr Głowacki). Ten po pewnym czasie zgadza się dołączyć do Tomka. Aby zdobyć  sprzęt przyszły wokalista sprzedaje Niemcowi drezynę ojca za co ten później będzie chciał wyrzucić go z domu. Do zespołu dołącza także kuzynka Rudego o ksywie Mikser (w tej roli znana z zagrania świetnych cycków w Ziarnie Prawdy Aleksandra Hamkało). Razem wyruszają do siedziby wytwórni płytowej (kasetowej?) ojca chrzestnego polskiego disco - Daniela Polaka (Tomasz Kot) w oczekiwaniu na zrobienie wielkiej kariery. Na miejscu Tomek spotyka gwiazdę disco polo Gensoninę (żona reżysera Joanna Kulig), w której się zakochuje. 



Polska lat 90. jest ukazana przez reżysera bardzo dualnie. Mamy tu do czynienia z próbą pokazania naszego kraju po transformacji ustrojowej jako swoistej Ziemi Obiecanej, miejscu wielkich możliwości, gdzie w jednej chwili można zyskać fortunę ale też i stracić wszystko. By przybliżyć to wszystko widzowi reżyser i scenarzysta posługują się formą Dzikiego Zachodu. Jak dla mnie niezrozumiałą. Początkowa scena na przykład rozgrywa się na jakimś amerykańskim pustkowiu, a główny bohater w cowboyskim stroju przybywa na miejsce, gdzie pilnowani przez Chińczyka Murzyni, Meksykanie i ludzie nieznanej proweniencji męczą się przy szukaniu złóż ropy. Takich dziwnych zabiegów jest więcej. Krajobrazy rodem z pustyni w Koloradu, bezkresna droga 66 wiodąca przez pustkowia, miasteczka rodem z Dzikiego Zachodu czy mieszkania w przyczepach. A wszystko to w filmie o disco polo.
Jako że mamy do czynienia z filmem muzycznym występuje tu także muzyka. I tak możemy sobie posłuchać między innymi Czterech osiemnastek, Jesteś szalona, Ona tańczy dla mnie czy Wszyscy Polacy to jedna rodzina. Nie znam się na tej muzyce, ale czy aktorzy sami wykonali swoje kwestie czy jednak puszczono im oryginał z playbacku? Może jakiś fan gatunku wypowie się w komentarzach.
Mimo wszystko znalazło się kilka perełek. Występuje tu kilku znanych discopolowców w trzecioplanowych rolach, naczelnym dziennikarzem jest tu czarnoskóry Roger Cole-Wilson, który na co dzień prowadzi prognozę pogody w regionalnej białostockiej Telewizji Jard (polecam wpisanie sobie sprawdzenie jego wyczynów na YouTube!), świetnym motywem była też scena z udziałem Jerzego Urbana. Różnych smaczków i nawiązań było więcej i za to chwała twórcom, jednak niestety to tylko detale. Detale, które nie uratują całego filmu, który często nie trzyma się kupy i jest bez sensu. Potwierdzającym to gwoździem do trumny była jedna z ostatnich scen, umiejscowiona na tarasie widokowym Pałacu Kultury.
Do tego skąd w dwadzieścia lat temu wzięło się Polo TV?
Reasumując, muzyka disco polo jest muzyką dopasowaną do potrzeb, gustu i poziomu społeczeństwa. Polacy mają taką muzykę, na jaką zasługują. A film Disco Polo jest taki sam jak i ta muzyka. Pewnie większość więc będzie zachwycona.




niedziela, 8 lutego 2015

Droga do poznania siebie

Ida
Polska, Dania 2013
reż. Paweł Pawlikowski 
gatunek: dramat
zdjęcia: Ryszard Lenczewski, Łukasz Żal
muzyka: Kristian Eidnes Andersen

W ostatnich latach co głośniejsze rodzime filmy opierają się na tematyce okołożydowskiej. Dobre, choć uznawane przez część społeczeństwa (w postaci prawdziwych Polaków) Pokłosie dotykało problemów relacji polsko - żydowskich, ostatnia ekranizacja Ziarna Prawdy również odwoływała się do domniemanych rytuałów żydowskich i postaci złego Żyda, którym można straszyć dzieci. Tak samo zdobywająca pęk nagród na całym świecie opisywana właśnie Ida dotyka tematyki żydowskiej. Czy naprawdę polska kinematografia nie ma światu nic więcej do zaoferowania? Jak to dobrze, że niedługo swą premierę będzie miał prawdziwie polski film Disco Polo :)


Główną bohaterką jest młoda dziewczyna (Agata Trzebuchowska), która jest nowicjuszką w klasztorze. Siostra przełożona wysyła ją przed złożeniem ślubów zakonnych w podróż, w celu odwiedzenia jedynej żyjącej krewnej. Dopiero po powrocie będzie mogła przystąpić w szeregi zakonnic. Nowicjuszka udaje się do ciotki Wandy (Agata Kulesza), która w pierwszym zdaniu wyjawia się, że jest ona Żydówką i zdradza jej prawdziwe imię dziewczyny - Ida. Razem ruszają do rodzinnego miasteczka Idy, w poszukiwanie grobu jej rodziców. W jej dawnym domu zamieszkuje obecnie rodzina Skibów, której senior Szymon Skiba (Jerzy Trela) w czasie wojny pomagał ukrywać się rodzinie Idy. Gdy okazuje się, że Szymona nie ma w domu obie panie ruszają na jego poszukiwania. Po drodze zabierają ze sobą młodego muzyk jazzowego - Lisa (Dawid Ogrodnik).


Mamy w filmie zderzenie dwóch typów postaw. Sacrum i profanum. Młodą przyszłą zakonnicę i jej ciotkę - dawną prokurator stalinowską. Dwie odmienne charakterologicznie osoby ruszające w podróż w poszukiwaniu własnego ja. Widz oglądając produkcję zastanawia się pewnie cały czas, czy któraś z nich złamie swe postanowienia i przejdzie na drugą stronę? 
Film ten jest typowym kinem drogi. Mamy podróż tam i  z powrotem od Punktu A do Punktu B zahaczając przy okazji kilka podpunktów, które pokazują bohaterkom rzeczywisty świat. Oglądający Idę zastanawiają się wtedy, jak dziewczyna, która spędziła całe życie w klasztorze odnajdzie się w innej rzeczywistości, i który z dwóch światów wybierze.
Jest to produkcja bardzo oszczędna. Zarówno w akcję jak i dialogi. Dominuje tutaj cisza, odgłos piosenek z radia czy dźwięki codzienności. Nie ma tu wyszukanych dialogów ani wielominutowych rozpraw. Tytułowa bohaterka przez ponad 80 minut trwania filmu wypowiada ledwie kilkanaście zdań złożonych. Cała ascetyczna forma dialogów współgra z powojennym wizerunkiem naszego kraju, który jest w stanie dopiero podnoszenia się z ruin. Wszystko to świetnie obrazują zdjęcia Ryszarda Lenczewskiego, który moim zdaniem zasługuję bardziej na nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej niż ogólnie cała produkcja Pawlikowskiego. Bo nie jest to film zły, ale jeśli ktoś uzna, że nie było lepszego nieanglojęzycznego dzieła przez cały rok, to chyba jednak drobna przesada. Osobiście po tylu nagrodach i zachwytach jednak spodziewałem się czegoś więcej po Idzie




P.S. Najlepsze wrażenie i tak zrobiła na mnie muzyka jazzowa, którą to co jakiś czas możemy słuchać w tym filmie. To polecam zdecydowanie.