Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A. Jakubik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A. Jakubik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

Born to run

Najlepszy
Polska 2017
reż. Łukasz Palkowski
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Bartosz Chajdecki


Szeroka publiczność lubi filmy budujące, dające nadzieję. Filmy, które zainspirują widza do walki o lepsze jutro. Tworząc historię z cyklu od zera do bohatera lub od bohatera przez zero do znowu bohatera można podnieść na duchu dużą część społeczeństwa. Nic dziwnego, że za oceanem jest to jeden z najczęściej produkowanych typów filmu. Palkowski zaś próbuje przenieść go na polski grunt. 


Oparty na prawdziwej historii film pokazuje koleje losu Jerzego Górskiego (Jakub Gierszał), który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przeszedł długą i trudną drogę od narkomana do zwycięzcy prestiżowego turnieju triathlonowego. 

Po udanych Bogach i pierwszym, cenionym sezonie serialowego Belfra Łukasz Palkowski powrócił do kin z fabularnym pewniakiem. Po raz kolejny serwuje nam film biograficzny w amerykańskim stylu, co w polskim półświatku filmowym wydaje się być pewniakiem. Film sprzedał się w kinach całkiem dobrze, zebrał dobre oceny widzów i generalnie był chwalony przez krytyków. W wielu aspektach zasłużenie, bo zrobiony jest na odpowiednio wysokim poziomie realizacyjnym: dobra praca kamery Sobocińskiego, niezła gra aktorska Gierszała (który początkowo nie pasował mi do tej roli) oraz partnerujących mu plejady aktorów z wyróżnieniem Arkadiusza Jakubika, Kamili Kamińskiej, Anny Próchniak, Janusza Gajosa, Adama Woronowicza i Szymona Piotra Warszawskiego. 
Nie jest źle, jednak do ideału też dużo brakuje. Niestety sama historia cierpi na to samo głupie podrasowanie, co Gwiazdy. Samo życie Górskiego jest na tyle ciekawe do zobrazowania, że niekoniecznie trzeba było dodawać kolejne wymyślone epizody, które jeszcze bardziej udramatyczniają historię. Także te oklepane motywy monologów ze swoim złym alter ego, które Gierszał prowadzi z odbiciem w lustrze źle wpływają (moim zdaniem) na całość. Oczywiście w pewnym momencie jest też scena rozbijania lustra. Ogólnie Górskiemu ciągle rzuca się kłody pod nogi. Cały film to schemat problem->upodlenie->podnoszenie się ->problem-walka z przeciwnością->już jest na prostej -> jednak nie, bo problem -> rozwiązywanie problemu etc. Ciągle coś stoi na przeszkodzie happy endu. A ostatnia scena przy finiszu finałowego biegu to już woła o pomstę do nieba Wszystkie te braki i minusy moim zdaniem sprawiają, że jest to film tylko niezły. Choć oczywiście warty obejrzenia. Gdyby twórcy nie szli na schematową łatwiznę byłoby z pewnością tylko lepiej, bo potencjał był na coś więcej.








piątek, 19 stycznia 2018

Rodzina na swoim

Cicha noc
Polska 2017
reż. Piotr Domalewski
gatunek: dramat
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Wacław Zimpel

Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas przeżyć religijnych i rodzinnych. Czas pojednania, w którym wszyscy stają się lepsi dla bliźnich, czas, w który spotyka się z rodziną, kiedy nawet zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem. Już od początku listopada z nadzieją na komercyjny zysk tą narrację używają sklepy, w których trzeba kupić prezenty czy kina, gdzie akurat leci specjalnie szykowana na ten okres kolejna komedia romantyczna. Jednak cała ta dobroć to przeważnie tylko fasada. O czym przekonuje widzów ten film.


Żyjący na stałe w Holandii Adam (Dawid Ogrodnik) choć nikt się go nie spodziewa wraca do rodzinnego domu gdzieś na Warmii, by spędzić z rodziną wigilię Bożego Narodzenia. Głównym powodem powrotu mężczyzny jest jednak sprawa sprzedaży należącego do rodziny domu. Adam próbuje w tej sprawie dogadać się z ojcem (Arkadiusz Jakubik), bratem (Tomasz Ziętek) i siostrą (Maria Dębska). 


Jak dobrze obejrzeć w polskim kinie okołoświątecznym coś tak świeżego i przy okazji prawdziwego. Po masie radośnie głupich komedyjek o potrzebie bliskości prawdę o życiu pokazuje nam tutaj pełnometrażowy debiutant - Piotr Domalewski. Ten film to typowa Smarzowszczyzna, tylko tym razem bez udziału reżysera Smarzowskiego i kilku jego żelaznych aktorów (choć Jakubik się pojawia). Już od pierwszych scen wiemy, że będzie ostro. Czasem komicznie czy wręcz śmiesznie, jednak po zastanowieniu będzie to raczej śmiech przez łzy. Domalewski w filmie pokazuje wszystko co w statystycznych Polakach najgorsze. A jako że statystyczny Polak nie istnieje to mamy tu nagromadzenie narodowych cen ujemnych, trochę ich przerysowanie i obdzielenie nimi licznych bohaterów. Jest zawieść, jest pijaństwo, pieniactwo, lenistwo, chamstwo i wiele innych przywar. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że patrząc na zachowanie tej rodziny widzimy w nich cząstkę otaczającego nas świata, jeśli nie wprost siebie i swoich najbliższych. Ten obraz Polaków ma widza boleć. I boli.
Film jest któryś z kolei obejrzanym przeze mnie, w którym jedną z ról pełni dom, w którym dzieje się akcja. Wraz z powracającym do niego Adamem poznajemy go, uczymy się jego siermiężnej topografii i zachwycamy bogactwem detalu. Brawa dla scenografów. Jednak na równi z domem zachwycać można się kreacjami aktorskimi. Po raz kolejny dobrą rolą pochwalić może się Ogrodnik,  a partnerujący mu filmowy brat w wykonaniu Ziętka wcale nie odstaje. Wrażenie robi fizyczne podobieństwo obu aktorów, oraz pewne zbliżenie do fizjonomii grającego swoją firmową postać Arkadiusza Jakubika. Do tego dodać trzeba naprawdę solidne role Tomasza Schuchardta i Agnieszki Suchory oraz kradnącego show Pawła Nowisza w roli dziadka. Cieszy fakt, że postaci dziecięce zostały nieźle odegrane, co w polskim kinie jest rzadkością oraz to, że bohaterów wyraźnie słychać - w rodzimych produkcjach wciąż niestety nie jest to normą.
Także mamy do czynienia z kawałem mocnego, dobrego kina przedstawiającego spory fragment Polski AD 2017. Można się z przekazem twórców zgadzać lub nie, jednak nie zmienia to faktu, że ten film trzeba obowiązkowo obejrzeć. Choćby dla świetnego monologu Jakubika o Polsce i polskości.




wtorek, 2 stycznia 2018

Oksymoron

Człowiek z magicznym pudełkiem
Polska 2017
reż. Bodo Kox
gatunek: sci-fi
zdjęcia: Arkadiusz Tomiak
muzyka: Sandro Di Stefano

Czy wam też coś nie pasuje w zdaniu brzmiącym Współczesny polski film fantastyczno-naukowy? Nasi filmowcy nigdy specjalnie nie pasjonowali się lub (co nawet bardziej prawdopodobne) nie byli w stanie (m.in. przez budżet) zrobić dobrego filmu sci-fi, jednak były pewne wyjątki, jak choćby komediowa Seksmisja czy filmy Szulkina. Jednak to lata dawnego reżimu, a od lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku świat poszedł nieco do przodu. Także ten kinowy. U nas pod względem filmowym była za to zapaść, ale że powoli rodzime kino się odradza, to i mamy nasz własny film science fiction AD 2017.


Za sprawą skonstruowanego przez wynalazcę Emfazego Stefańskiego (Arkadiusz Jakubik) radia Adam (Piotr Polak) przenosi się z 1952 roku w przyszłość, do Warszawy roku 2030. Tam znajduje zatrudnienie najniższego szczebla w jednej z korporacji, gdzie spędza czas z niejakim Bernardem (Sebastian Stankiewicz). Tam też poznaje korposzczurkę Gorię (Olga Bołądź), w której się zakochuje.


Nie spodziewałem się po najnowszym filmie Bodo Koxa większych fajerwerków. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że w Polsce można obecnie nakręcić dobry film science fiction. Nawet nie dlatego, że nie ma kreatywnych osób, dobrych scenarzystów czy odpowiednich skryptów (mamy chyba jedną z większych w Europie populację pisarzy trudniących się pisarstwem sci-fi). Rzecz rozbija się jednak o fundusze - polskie kino jest zwyczajnie biedne, opiera się na pomyśle, dobrych dialogach, mocnej fabule ale jednak zrealizowanej za minimalne kwoty. A żeby zrobić dobre kino fantastyczno-naukowe trzeba mieć grube miliony, by zapewnić dobre kostiumy, zrobić dobre efekty specjalne (speców od nich daleko szukać nie trzeba, jest przecież Bagiński i jego Platige Image). W teatrze mówi się, że jeśli nie ma siedmiu krasnoludków to nie wystawia się sierotki Marysi - w filmie jeśli nie ma się finansów to nie zabiera się za sci-fi. Bodo Kox postanowił się zabrać. I wyszło jak wyszło. Moim zdaniem mocno przeciętnie. O ile pochwalić warto sam pomysł, by jednak to zrealizować to film kuleje pod wieloma aspektami - nie czuć chemii między romansującymi Polakiem i Bołądź, sama Warszawa przyszłości to kilka ulic i słabej jakości CGI (porównajcie to z majstersztykiem dopracowania świata w najmniejszych detalach w wydanym w podobnym czasie Blade Runnerze 2049), fabuła trzyma się chyba tylko na słowo honoru, a sama podróż w czasie nie wyjaśniona jest w żaden sposób. Mamy jakieś radio, mamy gadającego ze starego telewizora Jakubika i tyle. Plusem, oprócz samego pomysłu na sci-fi w polskim kinie jest fajna rola Stankiewicza (on pasuje do tego typu postaci), piosenka Maanamu, naprawdę podobający mi się klimat mieszkania Stefańskiego z połowy XX wieku oraz dojrzałe piersi Olgi Bołądź. Także w sumie nie jest źle, ale jednak nic wielkiego nie powstało. Jednak brawa za odwagę i czekam na kolejne projekty Bodo Koxa.




niedziela, 5 lutego 2017

Seksmasterka

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej
Polska 2016
reż. Maria Sadowska
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Michał Sobociński
muzyka: Radzimir Dębski 

Jest to jeden z tych filmów, na który od dłuższego czasu czekałem. Mimo dość pokracznego moim zdaniem tytułu (sama Sztuka kochania z pewnością by wystarczyła) opowiadać miał on historię jednej z ważniejszych społecznie postaci drugiej połowy XX wieku, realizacją mieli się zająć producenci docenionych przez widzów i krytyków Bogów, a w głównej roli wreszcie wystąpi Magdalena Boczarska. Także dość szybko wybrałem się do kina.


Jak w tytule: historia życia Michaliny Wisłockiej (Magdalena Boczarska) pokazana od czasów Drugiej Wojny Światowej do lat siedemdziesiątych XX wieku. Śledzimy losy Wisłockiej, gdy ta próbuje wydać swoją najsłynniejszą książkę trafiając na opór twardogłowych partyjniaków (uosabianych postacią Arkadiusza Jakubika), poznajemy też jej dziwny związek ze Stanisławem (Piotr Adamczyk) oraz Wandą (Justyna Wasilewska) oraz przygody z marynarzem Jurkiem (Eryk Lubos). 


Cieszy mnie fakt, że potrafi się wreszcie zrobić w Polsce filmy biograficzne o ważnych i zasłużonych dla kraju osobach przy okazji nie korzystając z popularnym w pewnych kręgach opieraniu się na bólu, cierpieniu, wyrzeczeniach dla Ojczyzny oraz ogólnej martyrologia narodu. Zarówno film o Relidze, jak i teraz o Wisłockiej pokazuje, że bez postaci umierającej za kraj można zrealizować dobre polskie kino biograficzne, a bohaterem można zostać nie tylko będąc gnojonym przez Niemców, Sowietów czy komunistów. Historia Wisłockiej skupia się i owszem na trudnościach, ale aparatczyk PRLowski świetnie zagrany przez Jakubik, który te trudności afirmuje nijak ma się do strzelającego w potylicę NKWDzisty czy też oficera gestapo (w sumie później na spotkaniu autorskim, gdy książkę udaje się już wydać sam pierwszy bije brawo autorce). Cieszy mnie też fakt postawienia w tytułowej roli na Magdalenę Boczarską, którą sobie cenię i uważam, że to ostatni moment, by wkroczyć wreszcie do krajowej aktorskiej pierwszej ligi. Były co prawda przyzwoite filmy z jej udziałem, gdzie była kimś więcej niż statystką (choćby Różyczka) jednak wciąż uważam ją za aktorkę niewykorzystaną, a lata jej nieubłaganie lecą. Tutaj zaś zagrała bardzo dobrze, mimo trudności roli: upływ filmowego czasu, sportretowanie zachowań Wisłockiej, sceny nagości i seksu etc. Ogólnie zaś cała kadra aktorska stanęła na wysokości zadania, a nawet Piotr Adamczyk w swych ostatnich filmach przestał irytować (teraz czekam, aż uczyni to Karolak), zaś Borys Szyc chyba trafił w swoją aktorską niszę. Pierwsza scena ze wspomnianym Szycem jest zaś jedną z lepszych scen ostatnich lat w polskiej kinematografii. Kiluminutowe jedno długie ujęcie w klubie to naprawdę coś, co warto obejrzeć i to więcej niż raz. Tak samo jak i film o Wisłockiej (choć tu może jeden seans wystarczy w zupełności), chociaż produkcja ma pewne niedociągnięcia i ogólnie trochę się dłuży (mimo tego, że nie trwa bardzo długo). Warto dodać, że Sadowska jako muzyk bardzo dobrze dobrała ścieżkę dźwiękową - filmu bardzo dobrze się słucha, a i co niekoniecznie jest normą w polskich produkcjach dźwięk jest zrealizowany w sposób co najmniej dobry. 



środa, 9 listopada 2016

Enigma

Jestem mordercą 
Polska 2016
reż. Maciej Pieprzyca
gatunek: thriller, psychologiczny


 Patrząc na polski biznes filmowy coraz bardziej rośnie serce. Robi się coraz więcej filmów (a komedie romantyczne nie stanowią już większości), praktycznie co weekend ma miejsce rodzima premiera, poziom tych filmów rośnie w górę, a i dzięki coraz większym budżetom widz ma wrażenie oglądać bardziej dopracowane dzieła. Co ważne też ludzie chętnie wybierają się do kin na polskie filmy, czego dowodem są boxoffice'owe liczby - takie filmy, jak Wołyń, Ostatnia rodzina, Pitbull, Moje córki krowy, Planeta singli czy nawet Smoleńsk prowadziły w weekendowych zestawieniach zostawiając za sobą zagraniczną konkurencję. Nowy film Pieprzycy liczbą widzów im nie dorównał, jednak po raz kolejny dostajemy dobre polskie kino.


Lata 70. ubiegłego wieku. Po Śląsku i Zagłębiu grasuje seryjny morderca kobiet. Major Stępski (Piotr Adamczyk) wyznacza nowym koordynatorem sprawy milicjanta na dorobku, Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). Dzięki pomocy nowych technologii ekipa Jasińskiego ogranicza listę potencjalnych sprawców. Wkrótce milicjanci zatrzymują Wiesława Kalickiego (Arkadiusz Jakubik)...


Film jest fabularnie inspirowany wydarzeniami rzeczywistymi związanymi ze sprawą Wampira z Zagłębia, grasującemu pół wieku temu mordercy 14 kobiet, którym uznano Zdzisława Marchwickiego. Pieprzyca jest fanem teorii, iż skazano niewinnego człowieka i zresztą nakręcił niemal dwie dekady temu dokument pokrywający się z nazwą tego filmu, w którym stawiał pod znakiem zapytania winę Marchwickiego. W duchu wątpliwości i pewnego moralnego niepokoju osadzona jest też opowiedziana w filmie historia Kalickiego.
Mamy tutaj dobrze odwzorowany portret psychologiczny kierującego sprawą milicjanta. Początkowo jest pełnym ideałów człowiekiem, który chce schwytać przestępce. Angażuje do tego całe swoje życie, stawia na nowatorskie metody, które w konsekwencji sprawiają, że udaje się zatrzymać wytypowanego przestępce, który zachowuje się dziwnie, nie ma nic na swą obronę, zdarza mu się mataczyć, a dodatkowo pogrąża go zdzirowata żona i przedmioty znalezione w jego domu. Nie ma jednak twardych dowodów na jego winę. Dlatego też oglądamy funkcjonariusza, którego zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia wygaszane za pomocą hektolitrów wódki i setek papierosów. Także niewątpliwy awans społeczny, gratyfikacja finansowa i szacunek zwykłych ludzi, jak i władz działają na Jasińskiego korumpująco, przez co ten coraz bardziej odżegnuje się od dawnych ideałów...
Scenografowie i charakteryzatorzy spisali się na medal. Dostajemy tutaj skondensowaną wersję PRLu lat 70. ubiegłego wieku w wersji mini. Oprócz skręconych na wzór ówczesnych papierosów (których wypalono na planie 6000) czy alkoholi możemy podziwiać tutaj takie zdobycze małej stabilizacji, jak kolorowe telewizory czy komputer Odra. Wszystko to plus dopasowane ubiory i fryzury z epoki świetnie oddają ducha naszego kraju sprzed 40 lat. 
Także aktorsko oglądamy naprawdę dobre widowisko. Jest tu miejsce dla dobrych, acz nieopatrzonych jeszcze aktorów, jak główna postać grana przez Mirosława Haniszewskiego (choć ten może się kojarzyć niektórym z Piotrem Cyrwusem) czy Michał Żurawski. Także aktorzy bardziej doświadczeni i znani, jak Agata Kulesza, Arkadiusz Jakubik czy osoba, o którą najbardziej się obawiałem, czyli Piotr Adamczyk dają radę. Szczególne brawa dla Kuleszy, która wcieliła się w rolę żony Kalickiego - świetna rola. Jakubik zaś, jak już zdążył w ostatnich latach przyzwyczaić wypadł bardzo dobrze - jego wersja podejrzanego mimo że oszczędna w środkach wyrazu jest postacią tajemniczą i nieodgadnioną, w sumie ciężko przez to stwierdzić, czy jest winny, czy nie.
 Reasumując dostajemy naprawdę dobry dreszczowiec z pogłębionym rysem psychologicznym, który jest świetnie przedstawiony pod względem przeniesionej epoki, jak i równie dobrze zagrany. Warto wybrać się do kina!





piątek, 21 października 2016

Zły policjant

Prosta historia o morderstwie
Polska 2016
reż. Arkadiusz Jakubik
gatunek: kryminał, dramat

Przy okazji niedawnego opisywania filmu Wołyń byłem pod wrażeniem zawodowej transformacji Arkadiusza Jakubika, który wyrwał się z krzywdzącego wizerunku postaci Rysia z 13 Posterunku i wkroczył jakiś czas temu do krajowej pierwszej ligi aktorskiej, czego między innymi w najnowszej produkcji Smarzowskiego dał jasny przykład. Jednak oprócz realizowania się w sferze aktorskiej i działaniu w zespole rockowym Jakubik wyrasta na prawdziwego człowieka renesansu, gdyż opisywany właśnie film jest drugą produkcją, którą pan Arkadiusz reżyseruje. 


Jacek (Filip Pławiak) po ukończeniu szkoły policyjnej wraca do rodzinnego miasta, gdzie rozpoczyna pracę w komendzie u boku swego ojca, Romana (Andrzej Chyra). Wkrótce głównym zadaniem Jacka stanie się ochrona matki (Kinga Preis) i dwóch braci, przed nadużywającym alkoholu ojcem...


Zaczyna się jak u Hitchcocka. Już w pierwszej scenie filmu minąwszy strugi deszczu w rytm niepokojącej muzyki Jacek przybywa do obstawionego policją rodzinnego domu, w którym zastaje zwłoki ojca i matki. Dalej akcja przebiega dwutorowo skacząc pomiędzy wydarzeniami z przeszłości, a wydarzeniami mającymi miejsce po śmierci małżeństwa. Jakubik nie serwuje nam filmu stricte gatunkowego, gdyż ta część niejako kryminalno - thrillerowa jest mocno wyparta przez typowy rodzinny dramat, w którym to ukazana jest anatomia poalkoholowej przemocy dokonywanej przez despotyczną głowę rodziny. I choć retrospekcja zaczyna się idyllicznie od rodzinnego pikniku w takt radosnej muzyki, gdzie uśmiech nie schodzi z oblicz bohaterów, a i sypią się nieśmiałe pocałunki, to już po dotarciu rodziny do czterech ścian rodzinnego domowego i pociągnięciu przez ojca kilku łyków wódki zaczyna się piekło. Chyra fantastycznie potrafi zagrać (chociaż opierając się na informacjach z Pudelka może się okazać, że to wcale nie musi być gra) pijaka, który w jednej chwili ze spokojnego poczciwca zmienia się w opętanego furią agresora. Także Pławiak wypadł w swej roli bardzo godziwie, nie sądziłem, że jest zdolny zagrać dobrą rolę. Niestety nie każdy aktor radzi sobie na tyle sprawnie, a szczególnie kuleje tutaj obsada kobieca. Do chyba najmniej urodziwej polskiej aktorki, jaką jest Kinga Preis nigdy nie byłem specjalnie przekonany, nadaje się raczej tylko do charakterystycznych ról drugo lub trzecioplanowych. Także partnerka życiowa Jacka, grana przez Annę Smołowik Iza wypada słabo - ale to już ze względu na drewniane umiejętności aktorskie. Film jest całkiem przyzwoicie zrealizowany i ogląda się go przystępnie. Scenariusz ma pewne luki, jednak autorom udało się stworzyć nienaganny klimat całości, który znacznie rekompensuje braki fabularne. Także aktorsko wypada to w kratkę, jednak talent Chyry i starania Pławiaka biorą górę nad mniej udanymi występami. Także film, jak na nasze polskie warunki jest produkcją stosunkowo udaną. Jest to produkcja, nad którą raczej nikt nie stawiał wielkich wymagań więc niezła ocena na pewno jest sukcesem twórców. A na kolejny film Jakubika osobiście będę czekał, gdyż jeśli z każdym kolejnym jego poziom reżyserski będzie rósł to wkrótce zrobi coś naprawdę dobrego.


sobota, 8 października 2016

Nienawiść

Wołyń 
Polska 2016
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, wojenny


To niewątpliwie jedna z najbardziej oczekiwanych i najgłośniejszych polskich premier filmowych ostatnich lat. O filmie tym powiedziano i napisano bardzo wiele zanim jeszcze trafił do kin. A nim doszło do wczorajszej premiery wszystko powstawało w bólach, ze względu na kontrowersyjny temat kilkukrotnie brakowało pieniędzy, a jeden z najzdolniejszych polskich reżyserów musiał prosić ludzi o pomoc finansową w celu dokończenia filmu. Sam kontekst historyczny produkcji powiązany z obecną sytuacją polityczną w Europie sprawiał, że wielu podnosiło głos, by w ramach trwającej rzekomo obecnie przyjaźni polsko - ukraińskiej nie tworzyć tego filmu. Jednak film ten wreszcie powstał. I całe szczęście, bo jest to dzieło ważne i potrzebne. Oraz jak się okazuje, spełnione artystycznie. 


Lato 1939 roku na wschodnich rubieżach Polski. Na terytorium tym zamieszkują Ukraińcy, Polacy, Żydzi i przedstawiciele innych nacji. Przenosimy się na polsko - ukraińskie wiejskie wesele,w  którym to uczestniczy siostra panny młodej, Zosia (Michalina Łabacz). Dziewczyna jest zakochana w Ukraińcu Petrze (Wasyl Wasylik), jednak jej ojciec (Jacek Braciak) postanawia wydać ją za bogatego, lecz starszego już sołtysa wsi, wdowca Macieja (Arkadiusz Jakubik). Wkrótce wybucha wojna, Maciej wyrusza na front, a sytuacja Polaków na Wołyniu pogarsza się...


Ludobójstwo na Wołyniu to trudny, często obecnie przemilczany temat. Zarówno w sferze polityczno - społecznej, jak i tej filmowej. Zmagania Polaków z banderowcami z UPA były czasem wykorzystywane przez filmowców, jednak przeważnie odnosiły się już do czasów powojennych, jak w dobrym, choć podszytym propagandą PRLowskim filmie Ogniomistrz Kaleń z 1961 roku. Nikt jednak nigdy nie skupił się na samej genezie ogromnej wrogości Ukraińców do Polaków, której skutkiem była rzeź wołyńska. Rosjanom zarzuca się do dzisiaj zbrodnię katyńską, gdzie zamordowano 20 tysięcy obywateli polskich, jednak mało kto podnosi pretensje do Ukrainy za to, co stało się na Wołyniu. A tam w krótkim czasie brutalnie zamordowano co najmniej trzy razy tyle osób, tyle że w przeciwieństwie do ofiar Katynia nie byli to oficerowie, a zwykli ludzie, przeważnie wieśniacy. Dekadę temu Andrzej Wajda stworzył dobry, wyważony film Katyń, który został doceniony na świecie, a nawet kilkukrotnie wyemitowany w rosyjskiej telewizji publicznej. Jestem ciekaw, czy na Ukrainie kiedyś zdecydują się pokazać film Smarzowskiego, który przedstawia w sposób naturalistyczny okropieństwa dokonywane z zimną krwią przez bandy UPA i podburzony przez nich i duchowieństwo motłoch. 
Film zaczyna się długą sceną regionalnego wesela, które zostało przedstawione w sposób wręcz fenomenalny. Zabawy i zwyczaje ówczesnych ludzi, muzyka, pijaństwo. Jednak już tam zaczyna kiełkować nienawiść ukraińskich chłopów do bogatszych i lepiej postawionych Polaków. To tam, mimo wspólnych zabaw zaczynają się rodzić plany zemsty, która przybierze swój tragiczny finał w scenach z ostatniej godziny filmu. Początkowo oglądamy tylko narodziny i eskalację napięcia między zwaśnionymi stronami. 


Sama fabuła części miłosnej jest dość mało odkrywcza i jako tako ten miłosny trójkąt sam z siebie nie poruszyłby nikogo. Jednak los Zosi, Macieja i Petra to tylko tło wydarzeń, które mają miejsce w regionie i często oglądamy nie tylko te postaci, a całą lokalną społeczność, której częścią jest ta trójka. Fabuła na szczeblu społeczno - historycznym jest o wiele bardziej monumentalna i warta uwagi niż losy sercowe bohaterów, jednak na szczęście to właśnie ujęcia całościowego na region jest więcej niż przyglądania się rozterką sercowym postaci. 
To co mnie zauroczyło w filmie to oddanie realiów kresowej wsi, która wygląda jak prawdziwa. Jeszcze nigdy nie widziałem w filmie takiego klimatu przedwojennego zaścianka, jak w filmie Smarzowskiego. Dla nielubujących się w przemocy i okrucieństwie same sceny zwykłego, codziennego życia wsi z końca II RP i czasów wojny mogą być wystarczającym powodem do obejrzenia filmu. Lokalizacja, charakteryzacja, świetne kadry - to wszystko sprawia, że patrzymy na to nie jak na film fabularny, ale jak na dokument. Także wielka zasługa w tym aktorów. I to wyłowionej z castingu przez reżysera debiutantki Łabacz, jak i dzięki typowym dla reżysera aktorom, jak Braciak, Dyblik czy główna postać męska. Co do Jakubika, to chyba nikt oglądający swego czasu jego głupkowatą rolę Rysia w 13 Posterunku 2 nie spodziewał się, że aktor zajdzie tak wysoko. Świetna rola, zapewne najlepsza w karierze, niebawem zaś na ekranach kolejny film, który sam wyreżyseruje - rozwinął się pan Jakubik, aż miło. 
Smarzowski był chwalony przy każdym niemal swym filmie. Czasem bardziej, czasem mniej. Każdemu z nich nie można było odmówić pozytywów, jednak jak dla mnie dopiero tym filmem pokazał, że jest on reżyserem wybitnym. Wołyń zasiądzie w piedestale najlepszych polskich filmów w historii, zaś po cichu liczę, że mimo trudnej dla zagranicznego widza wymowy zdobędzie on jakieś nagrody poza polską. Zasługuje na to. Jest to najlepszy polski film w XX wieku, być może jeden z najlepszych, jakie widziałem w ogóle. Brutalny, szorstki ale też niepozbawiony uroku, przenoszący nas do świata, który został już bezpowrotnie stracony, a w międzyczasie przemieniony w piekło. Film, który uczci ofiary pokazanej w nim rzezi w lepszym stopniu niż przemowy polityków. Nie powiem, że warto go obejrzeć. Wołyń obejrzeć wręcz trzeba.






czwartek, 20 sierpnia 2015

Stłuczki małe, nuda duża

Małe stłuczki
Polska 2014
reż. Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb
gatunek: nie wiem

Gdy około rok temu przeczytałem informacje o opisywanym właśnie filmie stwierdziłem, że może być to całkiem ciekawa produkcja posiadająca intrygujący pomysł i tematykę, stworzona przez młodych zdolnych twórców i okraszona plejadą nieznanych aktorów, co polskiemu kinu mającemu obecnie twarz Adamczyka, Karolaka i Więckiewicza powinno wyjść na zdrowie. I gdy już powoli zapominałem, że ten film w ogóle wyszedł przypadkiem udało mi się go obejrzeć. Niestety. 


Asia i Kasia (jakże oryginalnie swoją drogą, w ich rolach Helena Sujecka i Agnieszka Pawełkiewicz) zajmują się likwidacją mieszkań i domów. To znaczy zabierają rzeczy z tych domów, by później za grosze sprzedawać je na pchlich targach. Tak sobie żyją łącząc czas między pracą a wspólnym mieszkaniem i czas leci im dość wolno, do chwili aż poznają niejakiego (i nijakiego) Piotra (Szymon Czacki), którego akurat opuściła żona. Od słowa do słowa Piotr w pewnym momencie wprowadza się do łóżka młodych kobiet.


Film mógł mieć silny punkt w postaci zawodu wykonywanego przez dziewczyny. Zbieranie przeróżnych papilotów, poznawanie historii przedmiotów, jak i ich właścicieli, targi staroci. Niestety nie zostało to w żaden sposób wykorzystane. Po prostu dziwny element tła. Gra aktorska zarówno posiadających niemiecki typ urody aktorek, jak i ich filmowego partnera pozostawia wiele do życzenia. Tak samo jak i sam scenariusz. Bohaterowie albo milczą, albo rozmawiają na niespecjalnie odkrywcze tematy żywcem wyjęte z przedszkola (i to nie grupy starszaków) lub psychiatrycznego oddziału zamkniętego. Nie da się tego słuchać. Także ich życiowe wybory są dziwne, nijakie i niezbyt pasjonujące. Mało jest trwających 75 minut filmów, gdzie już po niecałej połowie ma się kompletnie dość. Do kadry aktorskiej dokoptowano jednak jakąś znaną twarz, i w epizodycznej raczej roli widzimy Arkadiusza Jakubika, tutaj innego niż zazwyczaj nas do siebie przyzwyczaił. W sumie jego obecność jest na plus, jednak nie wiem czemu pogorszył sobie aktorskie CV występem w takim czymś. W sumie jedyne co było w tym filmie dobre to kilka kadrów przedstawiających polską przyrodę. Nic więcej. Zdecydowanie nie polecam.





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Zgubne skutki picia wódki

Pod mocnym Aniołem
Polska 2014
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat

Smarzowski w swym ostatnim filmie jako kolejny z polskich reżyserów pochylił się nad jednym z naszych problemów narodowych, czyli nad dobrze wszystkim znanym alkoholizmem. Inspirowany niemal autobiograficzną książką Jerzego Pilcha o tym samym tytule film może śmiało stawać w szranki z produkcją  Marka Koterskiego o podobnej tematyce, czyli z Wszyscy jesteśmy Chrystusami.


Fabuła filmu nie jest zbyt zawiła i skomplikowana. Poznajemy znanego w całym kraju pisarza Jerzego (Robert Więckiewicz), który swe życie przeplata dwoma okresami, czasem intensywnego picia do porzygu i trzeźwieniu w ośrodku terapii uzależnień alkoholowych. W czasie pobytu na detoksie w ośrodku doktora Granady (Andrzej Grabowski) uczestniczy w spotkaniach alkoholików i poznaje historię innych ludzi borykających się z tym problemem (między innymi Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Kinga Preis, Marian Dziędziel). 


Ciężko tutaj mówić o fabule w pełnym tego słowa znaczeniu. Po prostu przyglądamy się życiu głównego bohatera oraz uczestniczymy w retrospekcjach słuchając opowieści bohaterów pobocznych. Życie Jerzego przypomina, jak to u alkoholików błędne koło i widać to właśnie w fabule. Mamy czas odwyku, później czas wzmożonego picia, po którym następuje terapia, po której bohater wraca do butelki. Jak zwykle u Smarzowskiego mamy tutaj pokazane dosadnie, jak alkohol wpływa na ludzki organizm i zachowanie. I reżyser daje nam naprawdę mocny film, chociaż pozbawiony krwi i flaków. Obrazowo pokazane ciągi alkoholowe z nieodłącznymi wymiotami, delirium czy licznymi mimowolnymi defekacjami, często publicznymi jest tu na porządku dziennym. Szokujące sceny odgrywane są tutaj przez aktorów znanych z innych filmów tego reżysera. Oprócz wydawać by się mogło występującego obecnie w każdym polskim filmie Więckiewicza (tak jak to kiedyś nie tak dawno wrażenie miało się podobne z ekranową obecnością Adamczyka, Szyca czy Karolaka) mamy tu Jakubika, Dziędziela, Braciaka, a nawet w szeregowych rolach Bartłomieja Topę czy Eryka Lubosa. W sumie ci jednak używani przez Smarzowskiego aktorzy (dodać można jeszcze Kiersznowskiego, Gołębiewskiego czy Dyblika) są tak wyraziści i pasujący do roli upadłych alkoholików, że nie potrzebują żadnej charakteryzacji. 
Film pokazuje też, że alkohol to nie jest tylko domena środowisk patologicznych. Owszem, tam tego jest najwięcej, ale przecież sam główny bohater to osoba z wyższego kręgu, znany literat, gość poważnych telewizji, osoba ceniona w kraju. A jednak i jego nałóg doprowadza na samo dno. 
I choć daleko mi do piania z zachwytu nad tym filmem to polecam obejrzeć ten film ku przestrodze. Gwarantuje, że po seansie choć na chwilę każdy będzie miał dość jakiegokolwiek alkoholu.



sobota, 2 maja 2015

Polskie Gówno

Dom zły
Polska 2009
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, kryminał

W sześć lat od premiery wreszcie dobrałem się do filmu Smarzowskiego Dom zły. Po licznych rekomendacjach i naprawdę dobrych ocenach oczekiwałem od tej produkcji naprawdę dużo. A czy to dostałem? O tym poniżej. Krótko, bo pewnie i tak każdy kto chciał już ten film widział przede mną.


Film dzieje się w dwóch płaszczyznach. Mamy rok 1982, trwa akurat zima stulecia. Poznajemy porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), który wraz ze swą ekipą oraz prokuratorem Tomalą (Robert Więckiewicz) przeprowadza wizję lokalną w ruinach spalonego domu gdzieś na bieszczadzkich pustkowiach, Towarzyszy im oskarżony o mord gospodarzy oraz podpalenie ich mienia Edward Środoń. W jego relacjach cofamy się do wydarzeń feralnej nocy, w czasie której zawitał on do domu Zdzisława (Marian Dziędziel) i Bożeny (Kinga Preis) Dziabasów. 


W sumie wystarczy zobaczyć jeden film Smarzowskiego, by wiedzieć o czym mogą być pozostałe. Zmieniają się ustroje, zmieniają się scenografie i zmienia się lokalizacja lecz aktorzy i zakrapiany alkoholem motyw przewodni pozostaje. Topa, Jakubik, Więckiewicz, Lubos, Dziędziel czy Więckiewicz i czasem kilku innych są nieodłącznym elementem krajobrazu w filmach tego reżysera. Także znakiem rozpoznawczym jest nieodłączne pijaństwo. Nie inaczej jest tutaj. Wódkę, nieważne czy z kieliszka, szklanki czy po prostu z gwinta piją tu wszyscy, od milicjantów i prokuratora po Dziabasów i Środonia. Ciężko znaleść tu kogoś trzeźwego. W tym pokazie degrengolady społecznej właściwej naszemu narodowi trudno też odszukać kogoś, kogo możemy nazwać pozytywnym bohaterem. Każdy ma swoje grzeszki, machlojki, knucia i występki. Domem złym nie jest tylko tytułowe miejsce akcji lecz praktycznie cała Polska, naród, który jest na drodze do zatracenia. Bardzo klimatycznie autorzy nakreślili obraz tej nędzy i rozpaczy, aktorzy mimo że cholernie wtórni w swych rolach w filmach tegoż reżysera są autentyczni, a klimat zapuszczonego domo i całej osady na krańcu świata jest jednym z plusów produkcji. Za to jak dla mnie kuleje wątek kryminalny, który jest jednak tylko tłem do pokazania obrazu naszego społeczeństwa, które jak zobaczymy w innych dziełach twórcy nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Oczekiwałem czegoś innego, jednak myślę, że warto zobaczyć i trochę zastanowić się nad sobą. Bo obserwując poczynania Środonia, Dziędzielów czy milicjantów tak naprawdę obserwujemy siebie.




    





wtorek, 3 lutego 2015

Szacki w służbie prawdzie

Ziarno prawdy
Polska 2014
reż. Borys Lankosz
gatunek: dramat, thriller
zdjęcia: Łukasz Bielan
muzyka: Abel Korzeniowski

Zawsze mam obawy oglądając film będący ekranizacją książki. Szczególnie takiej książki, którą wcześniej czytałem i jestem w pewnym stopniu fanem autora, jak i występującego w niej bohatera. Tak więc czekając od około roku na nową produkcję reżysera Rewersu trochę drżałem o to, czy filmowe przygody prokuratora Szackiego będą tak dobre, jak książka. A po sfilmowaniu kilka lat wcześniej pierwszej części przygód Szackiego, czyli Uwikłania obawy te mogły wydawać się uzasadnione. Na szczęście w tym wypadku prawdą jest, że książkowa wersja Ziarna prawdy nie musi się wstydzić swego młodszego brata.



Głównym bohaterem fabularnym jest prokurator Teodor Szacki (eksploatowany ostatnio w polskich produkcjach jak wcześniej m.in. Adamczyk czy Karolak Robert Więckiewicz), który przybywa pełnić swe prokuratorskie obowiązki z Warszawy do małej ojczyzny Ojca Mateusza - Sandomierza. Nie musi długo czekać, by znów okazało się, że to miasteczko to stolica polskiej zbrodni. W niedalekiej odległości od miejscowej synagogi znajdują się zwłoki miejscowej działaczki społecznej. Wraz z prokuratorem sprawę badają inspektor Wilczur (Jerzy Trela) oraz lokalna prokurator Barbara Sobieraj (Magdalena Walach). Szybko głównym podejrzanym staje się mąż denatki (Krzysztof Pieczyński) lecz sprawy komplikują się, gdy znalezione zostaje jego ciało. Po mieście roznosi się pogłoska o żydowskich mordach rytualnych...


Lankosz przeniósł na ekran prozę Miłoszewskiego w porównaniu z dziełem Jacka Bromskiego dość wiernie i w sumie wszystko co powinno się znaleźć, to się znalazło. Można się czepiać niepodobnego głównego bohatera (przecież Szacki przez pewne zdarzenie z przeszłości jest od młodości siwy!), okrojenie życia osobistego prokuratora i ograniczenie jego relacji z kobietami etc, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że film to film, a książka to książka. Na wszystko miejsca nie starczy, chyba, że reżyser wzorem Petera Jacksona zrealizowałby z książkowego Ziarna prawdy w sumie sześciogodzinną trylogię. Trzeba było pójść na pewne kompromisy i chyba wycięto to co wyciąć było można, bez strat dla ogólnego odbioru produkcji. 
Brawa należą się za grę aktorską, gdyż wszyscy wydają się być dopasowani do swych ról (choć miałem inne wyobrażenie książkowych postaci, ale nie mogę tego zaliczyć do minusów). Od głównych postaci po role trzecioplanowe aktorzy dają radę. Zarówno menele, miejscowe oszołomy i zwolennicy spiskowej teorii dziejów po sfiksowanego miłośnika broni (Arkadiusz Jakubik) czy rabina (zagrał go izraelski aktor Zohar Strauss, który trzeba przyznać dobrze nauczył się swej polskiej roli i wypadł bardzo okej). Naprawdę duże słowa uznania za obsadę aktorską.
Także wrażenie zrobiło na mnie intro produkcji. To chyba pierwszy polski film, gdzie naprawdę zauważyłem, że twórcy starają się przemycić w nim coś ciekawego. Jest ono nawiązujące do fabuły, dobrze wykonane a przy tym bardzo niepokojące. 
Do czego mogę się mimo wszystko przyczepić? Na pewno do drewnianej Klary (Aleksandra Hamakało), która nie oferuje nic oprócz apetycznych piersi (choć dla wielu pewnie dobre i to!). W książce było to jednak o wiele bardziej złożona postać. W filmie płytko poszerzono jej wątek kosztem drugiego, kluczowego romansu Szackiego znanego z książki. Tak samo mam zastrzeżenia co do zakończenia, które w książce zostało dość dobrze wyjaśnione, a tutaj najważniejsze sprawy podane nie zostały. 
Ogólnie jednak polecam film niezależnie od tego czy ktoś jest fanem książkowego pierwowzoru. Może nawet lepiej zobaczyć film przed przeczytaniem książki? Wtedy nie wie się od początku, kto stoi za mordami, a sięgając po pozycję Miłoszewskiego odkryje dla siebie wiele nieznanych wcześniej wątków. 


P.S. Świetnie, że wreszcie mamy do czynienia z filmowym Szackim, a nie Szacką! 


środa, 24 września 2014

Chlanie, branie i ruchanie

Drogówka
Polska 2013
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: kryminał
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr., Michał Sobociński
muzyka: Mikołaj Trzaska

Wreszcie miałem okazję zobaczyć na własne oczy dyskusyjny film Wojtka Smarzowskiego Drogówka. Poznajemy tutaj siedmioro warszawskich policjantów z tytułowej drogówki. Wiodą oni życie godząc obowiązki służbowe ze wspólnymi imprezami i innymi przyjemnościami fizycznymi. Wszystko układa się dobrze, do czasu, gdy jeden z nich nie zostaje zamordowany...


Nie orientuję się jakie życie wiodą przedstawiciele prawdziwej polskiej drogówki, ale obawiam się, że reżyser przesadził z proporcjami. Na pewno część, może i duża z realnych przedstawicieli tych służb mundurowych ma problemy z hazardem, alkoholem czy odwiedzaniem domów uciechy, jednak na pewno nie wszyscy - jak to przedstawił w filmie Smarzowski. Bohaterowie produkcji to każdy niemal bez wyjątku połączenie alkoholików, łapówkarzy i regularnie zdradzających swe żony dziwkarzy, których ulubionym słowem jest 'kurwa'. Praktycznie każdy z nich naznaczony jest nie jedną z wyżej wypisanych wad, lecz każdą z powyższych. Co ciekawe każdy z przedstawionych policjantów mieszka w jakiejś zrujnowanej melinie. Na pewno z kondycją moralną przedstawicieli wydziału drogowego nie jest specjalnie dobrze, ale chyba na Boga też nie aż tak źle! 
Oczywiście, jak w innych filmach tegoż reżysera fabuła w mocno krzywym zwierciadle pokazuje obraz społeczny naszego narodu. Dosadnie, ale właśnie w taki sposób można najlepiej okazać wszystkie przywary. I mamy tutaj wszystko. Popełniającego wykroczenie księdza, chcącego się wymigać łapówką, co ciekawe tegoż księdza widzimy później ulatniającego się z burdelu. Są prowadzący po pijaku politycy bełkoczący coś o immunitecie, jaki im przysługuje, skorumpowani biznesmeni, służbiści i politycy, a nawet pokazane wiwatujące z okazji przejazdu papieża tłumy, wśród których jeden z ochraniających przejazd policjantów szybko znajduję chętną na płatny seks. Oto Polska właśnie?

Kadra aktorska, jaką widzimy w filmie to głównie ludzie, których znamy z poprzednich produkcji reżysera m.in. Wesela  i Domu złego. Głównie czas spędzimy tu z Bartłomiejem Topą, Arkadiuszem Jakubikiem, Erykiem Lubosem a na ekranie migną też Maciej Stuhr czy Jacek Braciak. Aktorzy spisują się w swych rolach dobrze i przekonująco. O ile oczywiście wizją reżysera było zrobienia z nich meneli w mundurach.
Cały film nakręcony jest dość specyficznie i zapewne praca kamery, jak i sposób narracji nie każdemu przypadnie do gustu. Jest też olbrzymia dawka wulgaryzmów, niektóre sceny dialogowe składają się z samych wyrazów uważanych za politycznie niepoprawne. A po trzech minutach rzucanie mięsem przestaje śmieszyć nawet tych, którzy uważali to z początku za element komediowy. Nie spisywałem wulgaryzmów, ale strzelam, że dwa najczęściej występujące w filmie słowa to  kurwa oraz chuj. Smarzowski przebił więc kultowe Psy, chyba nawet dwie części na raz!
Film jednak jak najbardziej warty obejrzenia. O ile są jeszcze tacy, którzy tego nie zrobili.