Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Dziędziel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Dziędziel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

Noir z Sosnowca

Gejsza
Polska 2015
reż.  Radosław Markiewicz
gatunek: dramat, sensacyjny


Zazwyczaj cieszę się, gdy wychodzi jakiś nowy polski film. Szczególnie jeśli jest to coś innego niż komedia głupia lub tak zwana komedia romantyczna. Tutaj zaś według zapowiedzi mieliśmy otrzymać mroczny film gangsterski, którego akcja będzie rozgrywać się wokół night clubu, a całość kręcona była w egzotycznym Sosnowcu. To wszystko sprawiało, że czekałem zaciekawiony na tę produkcję. Jak się okazało - niepotrzebnie. 


Kolos (Konrad Eleryk) wychodzi po kilku latach z więzienia i wraca do pracy na bramce w night clubie 'Gejsza' prowadzonym przez niejakiego Igora (Mirosław Zbrojewicz), w którym tańczy zalecająca się do niego Velvet (Marta Żmuda Trzebiatowska). Mężczyzna zaczyna dodatkowo dorabiać pomagając lokalnemu bossowi, Hajsowi (Marian Dziędziel).


Ten film to jedno wielkie nieporozumienie. Poczynając od żałosnej fabuły, jaką wymyśliłby na krótkiej przerwie co drugi gimnazjalista, fatalnie napisanych postaci przez słabe udźwiękowienie, zerową grę aktorską po kiepski montaż i zdjęcia. Nie ma w tym filmie nic, co warto pochwalić. Twórcy chcieli stworzyć pierwszy od dawna polski film noir, jednak wyszła z tego niestrawna papka różnych, poskładanych nieskładnie wyblakłych klisz. Oczekiwałem przez 90 minut, że fabuła mnie czymś zaskoczy, jednak jeśli tak, to co najwyżej jakąś kolejną irracjonalnością. Także miejsca, gdzie kręcono film to jakieś nieporozumienie. Przeczytać można o m.in. Sosnowcu czy Czeladzi, czyli jakby nie patrzeć można oczekiwać ukazania jakiegoś mrocznego miasta zła, zaś bohaterowie przemieszczają się po jakichś postapokaliptycznych pustkowiach. Gdyby to była polska odpowiedź na Mad Maxa to czemu nie, ale w tym wypadku to co najmniej dziwne. 
Dziwię się też, że w sumie niezły aktor, jakim jest Zbrojewicz czy będący od czasów Wesela na linii wznoszącej Dziędziel zdecydowali się zagrać w tym miernym filmie. I dopasowali się do fatalnego poziomu całości. Na pewno nie będą zbyt mile wspominać tego filmu. Chyba najlepsze od biedy wrażenie aktorskie zrobiła Agnieszka Więdłocha w roli rehabilitantki brata Kolosa. Drewnianej Żmudy Trzebiatowskiej za samo pokazanie się nago chwalić nie będę, gdyż może i to miłe dla oka, ale jednak opieranie filmu na samych cyckach to raczej nie ten gatunek filmowy. 
Nie polecam, oglądacie na własne ryzyko. Najniżej oceniony film od czasu założenia bloga - to mówi samo za siebie.



poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Człowiek z teczki

Kret
Polska, Francja 2010
reż. Rafael Lewandowski
gatunek: dramat


I oto mamy (a w sumie mieliśmy, bo omawiana produkcja ma już dobre 6 lat) kolejny polski film o lustracji.  Film, gdzie jedną z głównych aktorek pierwszoplanowych jest teczka. W naszym kraju jest to temat po 26 latach po przemianach systemowy dalej temat, który wielu gorączkuje i sprawia niemało kontrowersji. Nigdy mnie ta IPNowska martyrologia nie pociągała ani pod punktem historycznym, ani tym bardziej filmowym, jednak zdecydowałem się zobaczyć film mającego trochę inne spojrzenie na sprawę wychowanego we Francji reżysera Lewandowskiego. 


Zygmunt Kowal (Marian Dziędziel) jest zasłużonym dawnym przywódcą kopalnianych strajków podczas stanu wojennego. Wraz z synem Pawłem (Borys Szyc) obecnie zajmuje się przywożeniem używanej odzieży z Francji, by odsprzedawać je w okolicznych lumpeksach. W pewnym momencie w jednym z tabloidów ukazuje się artykuł, w którym autor ujawnia, że Zygmunt współpracował z komunistycznym reżimem. 


Duża część akcji dzieje się w Bielsku - Białej i jest to dość dobra odmiana, gdyż nie ma zbyt dużo filmów umiejscowionych w tej okolicy. Może jednak po prostu reżyser zdecydował się na to miasto za sprawą rejestracji samochodowych, które mają sugestywny dla treści filmu początek SB. Sam fakt, czy główny bohater donosił czy nie donosił w sumie miało dla mnie drugorzędne znaczenie, choć dla wielu ten wątek zapewne okaże się najważniejszy. Najciekawiej prezentuje się pokazanie skomplikowanych relacji między ojcem, a synem (który poślubił córkę górnika, który zginął podczas strajków zapoczątkowanych przez Zygmunta). Dużą rolę w pokazaniu ich relacji odgrywają sami aktorzy, którzy spisują się bardzo dobrze. Szyc jest ogólnie dobrym aktorem, choć czasem ma problem z dobrym wyborem ról, tutaj akurat trafił na niezły materiał. Dziędziel zaś w ostatniej dekadzie naprawdę wyrobił sobie dobrą markę charakterystycznego aktora, który plusuje za swój naturalizm. 
Przerzucanie się teczkami wieńczy w filmie niezbyt dobra moim zdaniem końcówka, która wyjaśnia przeszłość, ale nie pokazuje przyszłości. Reżyser za to nieźle ukazuje nierozumiejącą sytuacji w kraju Polonię (w tym wypadku tą z Francji ale równie dobrze mogłaby to być każda inna). Może i Lewandowski porusza tutaj ważny temat ale wolałbym w polskim kinie coś innego, a teczkowe kino gatunkowe z pocałowaniem ręki zamieniłbym na co innego. Wszak i sama postawa Zygmunta pokazuje, że nie teczka wieńczy człowieka.





środa, 14 października 2015

Królowie gówna

Polskie gówno 
Polska 2014
reż. Grzegorz Jankowski
gatunek: muzyczny

Pamiętam początek lutego tego roku. W jeden weekend wchodziły do kin dwa filmy, które w gruncie rzeczy miały ze sobą dużo wspólnego: oba polskie, oba też opowiadające o tematyce muzycznej. Opisywane właśnie Polskie gówno i Disco polo. Zastanawiając się na co iść do kina jako pierwsze wybrałem film z Głowackim, Kotem i Ogrodnikiem mówiąc sobie, że produkcję z Tymańskim obejrzę w następnym tygodniu. Byłem więc trochę zdziwiony, że po weekendzie filmu Jankowskiego w kinie już zobaczyć nie można. Cóż dobrałem się więc do tego teraz i w sumie nie dziwię się już czemu tak szybko zniknęło to z ekranu.


Starzejący się muzyk rockowej alternatywy Jerzy Bydgoszcz (Tymon Tymański) wciąż mieszka pod jednym dachem z ojcem (Marian Dziędziel). Do tonącego w długach Bydgoszcza zwraca się komornik Czesław Skandal (Grzegorz Halama) z propozycją ruszenia w trasę koncertową, przez co ten będzie mógł spłacić długi a przy okazji trochę zarobić. Bydgoszcz zbiera więc swoją ekipę (wśród nich znany co niektórym Robert Brylewski) i razem z komornikiem - menedżerem rusza w trasę po kraju.


Mało który film poprzez swój tytuł przedstawia jakość, jaką prezentuje. Tutaj zaś tytuł trafia w dziesiątkę. Mało jest filmów, które mogę ocenić niżej niż Polskie gówno. Przy okazji Disco polo żałowałem trochę, że wybrałem je zamiast opisywanego własnie filmu, jednak teraz po ponad pół roku film Bochniaka uważam jednak za całkiem niezły w porównaniu z tym czymś. 
Mamy tutaj do czynienia z musicalem, gdzie co drugi dialog odbywa się za pomocą śpiewania z playbacku (gdzie wielu osobom pewnie podłożono głos kogo innego). Poziom tych piosenek jest raczej mocno średni (chociaż może z dwie całkiem wpadające w ucho też się znajdą, ale przy takiej ilości to mała sztuka), a druga połowa to natomiast przeważnie wulgarne rozmowy bohaterów. Może i tak wygląda prawdziwa trasa koncertowa po kraju, jednak jeśli tak to cieszę się, że żadnej nie zaliczyłem (choć raz było blisko). Przedstawia się ten film jako satyrę na polski show biznes, jednak jest to w takim razie żart bardzo słabego poziomu. Dobrze, że sam film trwa tylko około 90 minut bo więcej ciężko byłoby wytrzymać. Przy okazji warto powiedzieć, że i tak się dość dłuży. Nie dziwię się, że zachęcono do udziału Krzysztofa Skibę czy Czesława Mozila, w sumie nawet nie dziwi obecność Arkadiusza Jakubika, Sonii Bohosiewicz, Arkadiusza Topy czy Mariana Dziędziela. Ale że na coś takiego namówili się ceniony Leszek Możdżer czy Jan Peszek? Trochę dziwne. Ogólnie odradzam. Trzymać się od tego dzieła z daleka!





poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Zgubne skutki picia wódki

Pod mocnym Aniołem
Polska 2014
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat

Smarzowski w swym ostatnim filmie jako kolejny z polskich reżyserów pochylił się nad jednym z naszych problemów narodowych, czyli nad dobrze wszystkim znanym alkoholizmem. Inspirowany niemal autobiograficzną książką Jerzego Pilcha o tym samym tytule film może śmiało stawać w szranki z produkcją  Marka Koterskiego o podobnej tematyce, czyli z Wszyscy jesteśmy Chrystusami.


Fabuła filmu nie jest zbyt zawiła i skomplikowana. Poznajemy znanego w całym kraju pisarza Jerzego (Robert Więckiewicz), który swe życie przeplata dwoma okresami, czasem intensywnego picia do porzygu i trzeźwieniu w ośrodku terapii uzależnień alkoholowych. W czasie pobytu na detoksie w ośrodku doktora Granady (Andrzej Grabowski) uczestniczy w spotkaniach alkoholików i poznaje historię innych ludzi borykających się z tym problemem (między innymi Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Kinga Preis, Marian Dziędziel). 


Ciężko tutaj mówić o fabule w pełnym tego słowa znaczeniu. Po prostu przyglądamy się życiu głównego bohatera oraz uczestniczymy w retrospekcjach słuchając opowieści bohaterów pobocznych. Życie Jerzego przypomina, jak to u alkoholików błędne koło i widać to właśnie w fabule. Mamy czas odwyku, później czas wzmożonego picia, po którym następuje terapia, po której bohater wraca do butelki. Jak zwykle u Smarzowskiego mamy tutaj pokazane dosadnie, jak alkohol wpływa na ludzki organizm i zachowanie. I reżyser daje nam naprawdę mocny film, chociaż pozbawiony krwi i flaków. Obrazowo pokazane ciągi alkoholowe z nieodłącznymi wymiotami, delirium czy licznymi mimowolnymi defekacjami, często publicznymi jest tu na porządku dziennym. Szokujące sceny odgrywane są tutaj przez aktorów znanych z innych filmów tego reżysera. Oprócz wydawać by się mogło występującego obecnie w każdym polskim filmie Więckiewicza (tak jak to kiedyś nie tak dawno wrażenie miało się podobne z ekranową obecnością Adamczyka, Szyca czy Karolaka) mamy tu Jakubika, Dziędziela, Braciaka, a nawet w szeregowych rolach Bartłomieja Topę czy Eryka Lubosa. W sumie ci jednak używani przez Smarzowskiego aktorzy (dodać można jeszcze Kiersznowskiego, Gołębiewskiego czy Dyblika) są tak wyraziści i pasujący do roli upadłych alkoholików, że nie potrzebują żadnej charakteryzacji. 
Film pokazuje też, że alkohol to nie jest tylko domena środowisk patologicznych. Owszem, tam tego jest najwięcej, ale przecież sam główny bohater to osoba z wyższego kręgu, znany literat, gość poważnych telewizji, osoba ceniona w kraju. A jednak i jego nałóg doprowadza na samo dno. 
I choć daleko mi do piania z zachwytu nad tym filmem to polecam obejrzeć ten film ku przestrodze. Gwarantuje, że po seansie choć na chwilę każdy będzie miał dość jakiegokolwiek alkoholu.



sobota, 2 maja 2015

Polskie Gówno

Dom zły
Polska 2009
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, kryminał

W sześć lat od premiery wreszcie dobrałem się do filmu Smarzowskiego Dom zły. Po licznych rekomendacjach i naprawdę dobrych ocenach oczekiwałem od tej produkcji naprawdę dużo. A czy to dostałem? O tym poniżej. Krótko, bo pewnie i tak każdy kto chciał już ten film widział przede mną.


Film dzieje się w dwóch płaszczyznach. Mamy rok 1982, trwa akurat zima stulecia. Poznajemy porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), który wraz ze swą ekipą oraz prokuratorem Tomalą (Robert Więckiewicz) przeprowadza wizję lokalną w ruinach spalonego domu gdzieś na bieszczadzkich pustkowiach, Towarzyszy im oskarżony o mord gospodarzy oraz podpalenie ich mienia Edward Środoń. W jego relacjach cofamy się do wydarzeń feralnej nocy, w czasie której zawitał on do domu Zdzisława (Marian Dziędziel) i Bożeny (Kinga Preis) Dziabasów. 


W sumie wystarczy zobaczyć jeden film Smarzowskiego, by wiedzieć o czym mogą być pozostałe. Zmieniają się ustroje, zmieniają się scenografie i zmienia się lokalizacja lecz aktorzy i zakrapiany alkoholem motyw przewodni pozostaje. Topa, Jakubik, Więckiewicz, Lubos, Dziędziel czy Więckiewicz i czasem kilku innych są nieodłącznym elementem krajobrazu w filmach tego reżysera. Także znakiem rozpoznawczym jest nieodłączne pijaństwo. Nie inaczej jest tutaj. Wódkę, nieważne czy z kieliszka, szklanki czy po prostu z gwinta piją tu wszyscy, od milicjantów i prokuratora po Dziabasów i Środonia. Ciężko znaleść tu kogoś trzeźwego. W tym pokazie degrengolady społecznej właściwej naszemu narodowi trudno też odszukać kogoś, kogo możemy nazwać pozytywnym bohaterem. Każdy ma swoje grzeszki, machlojki, knucia i występki. Domem złym nie jest tylko tytułowe miejsce akcji lecz praktycznie cała Polska, naród, który jest na drodze do zatracenia. Bardzo klimatycznie autorzy nakreślili obraz tej nędzy i rozpaczy, aktorzy mimo że cholernie wtórni w swych rolach w filmach tegoż reżysera są autentyczni, a klimat zapuszczonego domo i całej osady na krańcu świata jest jednym z plusów produkcji. Za to jak dla mnie kuleje wątek kryminalny, który jest jednak tylko tłem do pokazania obrazu naszego społeczeństwa, które jak zobaczymy w innych dziełach twórcy nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Oczekiwałem czegoś innego, jednak myślę, że warto zobaczyć i trochę zastanowić się nad sobą. Bo obserwując poczynania Środonia, Dziędzielów czy milicjantów tak naprawdę obserwujemy siebie.