Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Connelly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Connelly. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

American Dream

Amerykańska sielanka (American Pastoral)
USA 2016
reż. Ewan McGregor
gatunek: dramat
zdjęcia: Martin Ruhe
muzyka: Alexandre Desplat

Tym razem wybrałem się do kina na film w reżyserii jednego z dziesiątek aktorów, których lubię. Przy okazji dowiedziałem się, że jest to adaptacja wielokrotnie nagradzanej książki pod tym samym tytułem uznanego amerykańskiego pisarza Philipa Rotha. Jednak jako że nigdy nie spotkałem się z oryginalną powieścią, ani z innymi dziełami Rotha ciężko mi się wypowiadać jakkolwiek o samym pierwowzorze literackim.


Ameryka czasów powojennych. Swede Levov (Ewan McGregor) jest uznawany za człowieka sukcesu. Po licznych rekordach sportowych z czasów szkoły ożenił się z Miss New Jersey, Dawn (Jennifer Connelly). Po ojcu przejął zaś fabrykę rękawiczek więc stać go na beztroskie życie. Tymczasem jego córka Merry (Dakota Fanning) na skutek wojny w Wietnamie i retoryki hippisowskiej mocno się radykalizuje burząc ustabilizowane życie rodziny...


Jak już na początku wspomniałem nie miałem wcześniej styczności z oryginalną powieścią Rotha, także nie mogę nijak powiedzieć na ile film wpisuje się w to, co zostało napisane w książce sprzed dwudziestu lat, ani czy produkcja McGregora jest lepsza czy gorsza niż dzieło pisane. Jednak mogę oczywiście napisać trochę o moich wrażeniach z samego filmu. McGregor odmitologizuje tutaj powojenną Amerykę, która dzięki wojnie wyszła z kryzysu lat trzydziestych, a późniejsze zawirowania polityczno-społeczne postawiły ją w roli przywódcy wolnego świata. Reżyser idąc zapewne śladem pisarza niszczy amerykański sen i pokazuje, że za jednym człowiekiem sukcesu stać musi wielu ludzi, którzy muszą ciężko zapieprzać na tenże sukces. A i samo odniesienie sukcesu w oczach ludzi nie powoduje, że życie zamienia się w sielankę. Jednak sam film, mimo że jest wykonany rzemieślniczo dobrze nie ma w sobie nic, co stawia go ponad przeciętność - myślę, że po kilku, może kilkunastu dniach mało kto będzie pamiętał, że film McGregora obejrzał. Fabuła filmu ani ziębi, ani grzeje, poprawna gra aktorska nie jest na tyle dosadna, by zapamiętać postaci, które same z siebie nie są moim zdaniem specjalnie ciekawe. W rezultacie otrzymujemy solidny film, który to jest zrobiony do bólu poprawnie, jednak nie ma tego nieopisywalnego czegoś, co zmienia dobrą robotę w dobrą produkcję. Można obejrzeć, jednak raczej jako ciekawostkę. 





poniedziałek, 14 września 2015

This time for Africa

Krwawy diament (Blood Diamond)
USA 2006
reż. Edward Zwick
gatunek: dramat, wojenny

Mało kto potrafi chyba wskazać na mapie położenie takiego kraju, jak Sierra Leone (a większość może nawet nie wie o jego istnieniu). W tym małym afrykańskim państewku trwała w latach 1991 - 2002 krwawa wojna domowa między rebeliantami Zjednoczonego Frontu Rewolucyjnego a rządem wspieranym przez prywatne firmy wojskowe i Wielką Brytanię. Ponad dziesięcioletnie zmagania pochłonęły nawet do 300 tysięcy zabitych, w zdecydowanej większości cywilów. W armii rebelianckiej służyło tysiące siłą wcielonych tam dzieci. W tych nieciekawych do życia, a ciekawych dla fabuły filmów wydarzeniach toczy się właśnie opisywana produkcja. 


Poznajemy pewnego cwanego przemytnika z Rodezji (dawna nazwa Zimbabwe), Danny'ego Archera (Leonardo diCaprio). W pewnym momencie zostaje on zatrzymany przez siły rządowe i wtrącony do aresztu. Tam staje się świadkiem kłótni rebelianta (David Harewood), a rybakiem Solomonem Vandym (Djimon Hounsou). Rebeliant obwinia rybaka o zakopanie gdzieś nieopodal kopalni wielkiego diamentu. Archer swoimi koneksjami załatwia wyjście swoje i Vandy'ego i proponuje mu odszukanie jego rodziny w zamian za odnalezienie diamentu. Mężczyzną zaczyna pomagać dziennikarka z USA, Maddy Bowen (Jennifer Connelly).


W filmie poznajemy najciemniejszą stronę Afryki. Bieda, nieustanne walki, głód, skorumpowanie, wyzysk przez białych, niewolnicza praca, wcielanie do armii dzieci. A wszystko to w przepięknych, malowniczych plenerach afrykańskiej dziczy i mniej malowniczych miast i osad. Wszystko to bardziej naturalistycznie niż w opisywanym kiedyś filmie Wiedźma wojny, który podszedł do tematu z pewną dozą afrykańskiego mistycyzmu i realizmu magicznego.
Świetnie prezentuje się w filmie Leonardo DiCaprio, który gra tym razem antybohatera, wyzutego z uczuć typa spod ciemnej gwiazdy, który jednak nie jest postacią jednoznaczną i jednowymiarową. Sekundują mu dzielnie Connelly i Hounsou, którzy to nie dadzą się zepchnąć na dalszy plan walki o widza. Zmagania aktorskie oglądamy w świetnych lokacjach Afryki fantastycznie sfilmowanych przez operatora. Wielkie pochwały należą się też sceny batalistyczne, które są na naprawdę najwyższym możliwym poziomie, nawet prawie dekadę po powstaniu. Mamy tutaj dobre kino akcji w scenerii wojennej, jednak zakwalifikowałem tę produkcję do filmów wojennych, a nie sensacyjnych. 
Niestety film trwa prawie 150 minut i ma kilka niepotrzebnych dłużyzn. Skrócenie go do kanonicznych dwóch godzin moim zdaniem wyszłoby mu na dobre. Ocenę obniżają słabe moim zdaniem ostatnie 20 minuty filmu, które są moim zdaniem kiczowate i mało oryginalne. Zakończenie było rozczarowaniem, wolałbym aby losy bohaterów potoczyły się mniej przewidująco. Nie znaczy to jednak, że nie warto oglądać tego filmu, gdyż jest to jeden z ciekawych filmów o Afryce jaki powstał. Ja jestem na tak.