Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estonia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2016

Fala

Nasza klasa (Klass)
Estonia 2007
reż. Ilmar Raag
gatunek: dramat


Co jakiś czas do sal kinowych w przeróżnych krajach świata wchodzą filmy obrazujące przemoc szkolną i falę wywoływaną przez szkolnych gnębicieli. Jakiś czas temu opisywałem holenderski film Spijt!, teraz zaś przyszedł czas na inspirowaną prawdziwymi zdarzeniami historię z Estonii.


Historia opowiada o życiu pewnej estońskiej klasy w szkole średniej. Głównymi bohaterami są tutaj nieporadny, apatyczny i zamknięty w sobie Joosep (Pärt Uusberg), który jest ofiarą prześladowań ze strony całej klasy, którą do przemocy podżega jej przywódca, Anders (Lauri Pedaja). Po stronie regularnie bitego Joosepa postanawia stanąć Kaspar (Vallo Kirs)...


Cóż, przytaczany na początku tekstu holenderski film traktujący o dość tożsamym problemie po seansie tej estońskiej produkcji wyda się tylko niewinnymi zabawami nastolatków. Raag w swoim filmie przedstawia nam nakręcającą się z każdą sceną brutalną spiralą przemocy wobec Joosepa, i choć po pokazaniu w jego domu w jednych z pierwszych scen filmu broni palnej zaczynamy podejrzewać, jak wszystko się skończy to nie można oderwać się od ekranu.
Szokujące wrażenie robi cała upiorna klasa, która ślepo podążą podżegającemu do nienawiści wobec nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie kolegi. Na każdym etapie edukacji szkolnej, od podstawówki po studia magisterskie można się było natknąć na przeróżnych liderów, a w czasach gimnazjum na osoby szykanowane przez innych jednak nic z tego, co pamiętam nie można porównać nawet w procencie do tego, co spotyka Joosepa. Równie duże pretensje, co do głupiej młodzieży można mieć do ślepej na problem kadrze nauczycielskiej. Nie dostrzegają oni wciąż problemu, choć chłopak ciągle jest bity (i to w klasie), okradany czy rozbierany. Naprawdę tacy nauczyciele nie nadają się nawet na woźnych w przedszkolu.
Film, jak widać wyraźnie jest produkcją niskobudżetową, nakręconą przy pomocy nieprofesjonalnych aktorów (ciężko zresztą o tych kierunkowo wykształconych w ich wieku), jednak zagrany całkiem dobrze. Raczej nie polecam go osobom o słabych nerwach, ale dla wszystkich innych może być to dobra produkcja ku przestrodze. Bo jeśli nawet już samemu się nie chodzi do szkoły, to kiedyś można przecież wysłać tam swoje dzieci - kto wie, czy i na nie nie będzie czekał jakichś polski odpowiednik Andersa z ekipą...







sobota, 21 lutego 2015

Wojna cytrusowa

Mandarynki (Mandariinid)
Estonia, Gruzja 2013
reż. Zaza Urushadze
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: Rein Kotov
muzyka: Niaz Diasamidze

Wojna w Abchazji toczyła się w latach 1992-1993. Był to konflikt wewnętrzny odbywający się na terytorium nowopowstałej po rozpadzie ZSRR Gruzji. Walki były spowodowane dążeniami abchaskimi do uzyskania własnej niepodległości kosztem państwa gruzińskiego. Przeciwko wojskom armii Gruzji wystąpili zarówno separatyści abchascy, ale także szereg ochotników i najemników przybyłych z Północnego Kaukazu przeważnie z Czeczenii i Inguszetii. Pozostająca na papierze neutralna Rosja dostarczała siłą separatystycznym broń, a także wspierała je militarnie (brzmi znajomo, nie?). Wojna zakończyła się porażką Gruzji i w Abchazji powstało nieuznawane przez zdecydowaną większość innych krajów państwo. Obie strony konfliktu dopuściły się licznych zbrodni na ludności cywilnej. Tyle suche fakty. A jak to wyglądało okiem zwykłych ludzi? Część odpowiedzi na to pytanie stara się udzielić ten film.


Mamy rok 1992, konflikt jest jeszcze w początkowej fazie. Miejscem akcji jest osada nad Morzem Czarnym. Przed wojną mieszkało tu wielu Estończyków, którzy jednak wraz z rozpoczęciem walk zdecydowało się wrócić do swego rodzimego kraju. Osada więc jest opuszczona. Poznajemy tych, którzy zdecydowali się zostać. Dobiegający siedemdziesiątki Ivo (Lembit Ulfsak) wraz z Margusem (Elmo Nüganen) doglądają rosnących na ich ziemi mandarynek, które niebawem będzie trzeba zebrać. Margus zajmuje się zbiorami, natomiast Ivo przygotowuje skrzynki na tytułowe mandarynki. Margus po zbiorach chce wrócić do Estonii, natomiast Ivo nie zamierza się nigdzie wybierać. Pewnego dnia pod domem Iva ma miejsce starcie pomiędzy małymi grupkami Czeczenów i Gruzinów. Estończycy zauważają, że dwóch żołnierzy przeżyło wymianę okna i Ivo postanawia przygarnąć pod swój dach członków wrogich sobie ugrupowań. 


Reżyser pokazuje nam w swym dziele inny niż zazwyczaj film wojenny (a właściwie antywojenny). Nie mamy tutaj masy strzałów, wybuchów, posoki ściekającej z ekranu na każdym kroku. Nie jest to hollywoodzki blockbuster i niech widzowie nie liczą na przyjazd czołgu dowodzonego przez Brada Pitta. To co w wojnie według Urushadze jest najgorsze to atmosfera strachu i osaczenia. Bohaterowie żyją w ciągłej niepewności. Ten klimat zaszczucia głównych postaci jest tu bardzo widoczny. Zarówno bogu ducha winni Estończycy, jak i Czeczen Ahmed (Giorgi Nakashidze) czy gruziński żołnierz Nika (Mikheil Meskhi) są tu pokazani jako zakładnicy wojny. Mamy do czynienia z filmem traktującym o człowieczeństwie. Ale także pokazującym cały tragizm i bezsens wojny. Reżyser pokazuje nam dwóch mężczyzn - przedstawicieli dwóch wrogich armii, którzy od pierwszych scen pałają do siebie nienawiścią oraz grożą rychłą śmiercią. Jednak tak naprawdę ludzie ci nie znają się wzajemnie i gdyby nie decyzje zapadające na najwyższych szczeblach nawet by się nie spotkali. Urushadze pokazuje etapy ich osobistego konfliktu, a w rolę mediatora wciela Iva. Zaskakująco dobra jest realizacja i sposób wykonania produkcji. Także dodatkowym plusem jest całkiem klimatyczna etniczna muzyka, którą możemy od czasu do czasu usłyszeć.
Cały film jest jawnym manifestem antywojennym.  Przypomina mi się tematycznie podobna Ziemia niczyja opowiadająca o przymusowym spotkaniu dwóch przedstawicieli wrogich stron w czasie konfliktu na Bałkanach w podobnym okresie (tam mieliśmy rok 1993). 
Ogólnie z filmów ubiegających się o nieanglojęzycznego Oscara moim zdaniem Mandarynki powinny rywalizować z rosyjskim Lewiatanem. Porzucając patriotyzm to jednak nie sądzę, by polski kandydat do tej prestiżowej nagrody mógł wygrać.