Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2016

Barany i ludzie

Barany. Islandzka opowieść (Hrútar)
Islandia 2015
reż. Grímur Hákonarson
gatunek: dramat

W ostatnim czasie o Islandii zaczęło robić się całkiem głośno i to nie ze względu na erupcję wulkanu Eyjafjallajökull i związane z tym komplikacje dla połowy świata, a w sprawach pozytywnych. Szczególnie dobrze idzie im w sporcie: a to piłkarze nożni dochodzą do ćwierćfinału EURO (a i w eliminacjach do mistrzostw świata idzie im obecnie dobrze), a to drugi raz kwalifikują się na koszykarski Eurobasket. Oprócz tego wypuszczają w świat coraz lepsze filmy. Jakiś czas temu opisywałem pokrótce Fusiego, teraz zaś czas na kolejny tytuł z tego mającego (co warto zaznaczyć) trochę ponad 300 tysięcy mieszkańców kraju.


Mieszkający nieopodal siebie na islandzkim pustkowiu leciwi już bracia Gummi (Sigurður Sigurjónsson) i Kiddi (Theódór Júliusson) nie odzywają się do siebie od około czterdziestu lat, a szczątkowe wiadomości przekazują sobie listownie poprzez biegającego między ich domami psa. Każdy z braci szczyci się swą własną hodowlą owiec. Pewnego dnia jednak odkryta zostaje nękająca zwierzęta choroba, a weterynarze podejmują decyzję o zabiciu wszystkich lokalnych stad.


Pierwsze co rzuca się w oczy to polski tytuł filmu. A właściwie idiotyczna druga część. W każdym kraju przetłumaczono po prostu film zostawiając nazwę zwierzęcia. U nas ktoś musiał dopisać nieszczęsną Islandzką opowieść. Po co? Tego chyba nigdy się nie dowiemy. Całe szczęście jednak, że to raczej pojedyncza praktyka i nie mamy potworków w stylu Oldboy. Koreańska opowieść, Lewiatan. Rosyjska opowieść, Nebraska. Amerykańska opowieść czy inny Miś. Polska opowieść. 
Mamy do czynienia z typowo skandynawskim kinem (i to w dodatku jego ekstremalną, islandzką odmianą) więc wartkiej akcji tutaj raczej nie zobaczymy. Mamy za to minimalistyczną, niemal ascetyczną historię wypraną z niepotrzebnych słów, dziejącą się gdzieś na krańcu świata. Wkraczamy w mikrokosmos twardych ludzi, którzy prędzej okażą swe uczucia zwierzętom niż drugiemu człowiekowi. Sama historia jest fabularnie prosta i przypomina nieco Lynchowską Prostą historię. Jednak ukazanie konfliktu dwóch stetryczałych braci z zamiłowaniem do baranów i owiec tak, by ktoś chciał to oglądać wymagało od twórców pewnego talentu. Udało się to dzięki przede wszystkim pięknym kadrą i dopasowanej do nich muzyce. Szczególnie zapadają w pamięć panoramy okolicy, po których przemieszczają się ludzie i zwierzęta, a wszystko to doprawione jest nastrojową muzyką. Lokalizacja islandzkich rubieży wspaniale pasuje do tego filmu i wprawia w klimat melancholii: mamy tu zawarty w kilku kadrach cały majestat jak i grozę tej okolicy. Także pokazanie cyklu życia lokalnej społeczności opartego na symbiozie z hodowaną zwierzyną zostało przedstawione bardzo uczciwie. Oczywiście można się czepiać dużej ilości niedopowiedzeń i faktu, że wiele spraw trzeba spróbować sobie wytłumaczyć samemu, gdyż twórcy milczą na różne ważne tematy zostawiając widzów w niewiedzy. Także ta spowolniona do granic akcja może czasem irytować. Ale skoro akcja jest taka, jakie jest życie na tej wyspie to chyba nie może to być za duży minus, prawda? 





niedziela, 19 czerwca 2016

Żywot nerda

Fusi 
Islandia 2015
reż. Dagur Kári
gatunek: dramat

O Islandii ostatnio zrobiło się dość głośno dzięki im nieustępliwym występom na EURO, gdzie w dwóch pierwszych meczach zdobyli dwa punkty. Biorąc pod uwagę fakt, że bramkarz reprezentacji tego kraju jest reżyserem postanowiłem więc obejrzeć jakiś film z tego kraju. Nie udało mi się natrafić na coś od tego piłkarza - reżysera, jednak dobrałem się do innego, dość nowego filmu pochodzącego z Islandii.


Tytułowy Fusi (Gunnar Jónsson) ma 40 lat i jest niemiłosiernym nerdem. Mieszka w bloku z matką i jej konkubentem, a jego głównym zainteresowaniem jest przesuwanie czołgów na zajmującej cały pokój makiecie jednej z bitew drugiej wojny światowej, zaś wielką frajdę sprawia mu kupienie zdalnie sterowanego samochodziku. Jego życie otrzymuje pewien impuls, gdy konkubent matki wręcza mu bilet na kurs tańca, gdzie Fusi poznaje Sjöfn (Ilmur Kristjánsdóttir).


Ten film to chyba cała kwintesencja życia na Islandii. Żywot na zimnej, nieprzyjaznej ziemi, gdzie Słońce pojawia się tylko na chwilę, a sama wyspa przez lata była bezludna, zaś obecnie zamieszkuje ją (oprócz uchodźców z Polski) nie więcej niż 300 tysięcy potomków wikingów. To kraina gdzie łatwo popaść w alkoholizm czy nabawić się depresji. I zarówno pocieszenie w alkoholu, jak i depresję znajdziemy w tym filmie. Filmie, w którym głównym bohaterem zamieszkującym ten ponury krajobraz jest istota nieprzystosowana społecznie. Film jest na wskroś skandynawski jeśli chodzi o klimat i społeczny sznyt całości. Szkoda, że produkcja składa się z wielu schematów, które już dawniej widzieliśmy nie raz i nie dwa. To są jakby są kalki kilku innych filmów pochodzących z tego kręgu kulturowego, choć to akurat nie dziwi, gdyż Skandynawowie zarówno w filmie, jak w literaturze lubią pochylić się nad wykluczeniami, problemami marginesu etc. Całość filmu jednak jest na przyzwoicie dobrym poziomie. Po poprzednim filmie z tego kraju, jaki obejrzałem, myślałem że produkcje islandzkie będą zawsze amatorskie. Ta jednak pokazała, że na wyspie można stworzyć niezły, profesjonalny film. Myślę, że warto spędzić te 90 minut śledząc smutne losy nerda Fusiego. 





piątek, 11 grudnia 2015

Islandzka gangsterka

Zagrywka Czarnego (Svartur á leik)
Islandia 2012
reż. Óskar Thór Axelsson
gatunek: kryminał 

Po raz pierwszy w życiu udało mi się obejrzeć film pochodzący z Islandii. Film, który nie jest koprodukcją z innym, większym krajem tylko stricte będący wyprodukowany przez potomków Wikingów, którzy przed ponad tysiącem lat zasiedlili wcześniej bezludną wyspę. Byłem zaciekawiony jakością kinematografii w kraju, którego ludność jest porównywalna do zaludnienia średniej wielkości miasta w Polsce. 


Koniec 1999 roku, Reykjavík. Młody Stebbi (Thor Kristjansson) ma kłopoty. Po pijaku wdał się w bójkę w barze i teraz grozi mu więzienie. Wychodząc z aresztu napotyka przed wejściem starego znajomego z dzieciństwa, Totiego (Jóhannes Haukur Jóhannesson), który poleca mu swojego adwokata, który powinien wygrać sprawę. W zamian za pomoc Toti wymaga odwdzięczenia się. Stebbi dołącza więc do organizacji przestępczej Totiego sterowanej przez psychopatycznego Bruna (Damon Younger).


Film ten otrzymał w rodzimym kraju trzy statuetki i aż dziesięć nominacji do krajowych nagród filmowych. Bo Islandia też posiada swoje prestiżowe nagrody, zatytułowane Edda. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że na Islandii zbyt dużo produkcji nie wychodzi to nie znaczy, że ten film jest tak dobry - po prostu tam chyba prawie wszystko co zostanie wyprodukowane może liczyć na jakieś nominacje. Bo film ten jest ogólnie rzecz biorąc półamatorski, posiada typową dla niskobudżetowych filmów gangsterskich z innych krajów fabułę, nie wyróżnia się praktycznie niczym od swego gatunkowego rodzeństwa ze świata (nie licząc może gwałtu homoseksualnego, którego doświadcza główny bohater). Jest to produkcja, o której zapomnieć bardzo szybko, bo w sumie nie ma tam wielu ciekawych pomysłów. 
Gra aktorska także jest raczej bliższa M jak Miłość niż hollywoodzkim produkcji. Większość aktorów to praktycznie amatorzy, okazjonalnie występujący w rodzimych filmach. Największą wcześniejszą rolą głównej postaci był występ w  Islandzkiej masakrze harpunem wielorybniczym. Inna grająca tu aktorka, María Birta na co dzień pracuje w stołecznym sklepie odzieżowym. Nie przeszkadzało jej to jednak dostać statuetki za najlepszą rolę żeńską. Wielkiej kreacji tu zbytnio nie stworzyła ale na szczęście pojawiła się w film nago. Brak nagiej sceny z nią w tym film byłby wielką stratą dla europejskiej kinematografii. Niestety więcej jest scen z obnażonymi penisami. Ale co kto lubi.
Jak na film budżetowy mamy do czynienia z czymś niezłym, jednak oceniając obiektywnie (słaba fabuła, marna gra aktorska, amatorski montaż) mamy do czynienia z bardzo przeciętną produkcją. Chociaż jako ciekawostkę warto zobaczyć.