Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Wolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą D. Wolski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

Pieniądze szczęścia nie dają

Wszystkie pieniądze świata (All the Money in the World)
USA 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller
zdjęcia: Dariusz Wolski

O filmie było głośno zanim jeszcze wszedł on na ekrany kin. Wszystko przez jedną z kilku trwających aktualnie seksafer, które trwają w Hollywood. Mianowicie w pierwotnej wersji filmu Ridleya Scotta jedną z ważniejszych ról zagrał obecnie poddany ostracyzmowi i skończony w Fabryce Snów Kevin Spacey. Jako że Spacey z dnia na dzień stał się enfant terrible środowiska producenci postanowili usunąć go z filmu i powierzyli zagranie jego roli Christopher Plummer. Wszystko to na kilka tygodni przed premierą!


Lata 70. ubiegłego wieku. We Włoszech porwany zostaje John Paul Getty III (Charlie Plummer) - wnuk uznawanego za najbogatszego człowieka świata Johna Paula Getty'ego (Christopher Plummer). Porywacze zwracają się do matki porwanego Gail Harris (Michelle Williams) z żądaniem wielomilionowego okupu. Kobieta zwraca się o pomoc finansową do dziadka porwanego. Jednak miliarder nie jest skłonny wydać na okup choćby centa. Angażuje jednak dawnego agenta do spraw specjalnych, Fletchera Chase'a (Mark Wahlberg)...


Wracając do sprawy Kevina Spacey'a. Nawet jego ewidentne winy, które ostatnio wypłynęły na powierzchnię nie powinny skutkować moim zdaniem deprecjonowaniem jego zasług aktorskich. Facet pozostaje dobrym aktorem i nic tego nie przekreśli. Szkoda więc, że filmowi decydenci przekreślili go nie czekając na żaden wyrok sądu. Jeśli okaże się winny, nawet jeśli trafi do więzienia nie sprawi to, że nie będę chciał oglądać go na ekranie. Co nie zmienia faktu, że do starczej roli naturalnie bardziej pasował aktor-senior, jakim jest Plummer. Który udźwignął dokrętki i wypadł w swej roli bardzo naturalnie i przekonująco. 
Żeby jednak nie pisać tylko o sprawie Spacey'a trzeba choć trochę poświęcić na sam film. Film będący trochę podkoloryzowaną wersją rzeczywistych wydarzeń mających miejsce przed ponad czterdziestu laty. W mojej ocenie Scott nakręcił udany film. Może nie będący jego magnum opus jednak mocno poprawny i wyróżniający się wśród ostatnich filmów tego reżysera. Oprócz angażującej historii, dobrej gry aktorskiej (Plummera, coraz śmielej radzącej sobie Williams, grającego jednego z porywaczy Romaina Durisa a nawet nie kojarzącego mi się z dobrym aktorstwem Wahlberga) film został dobrze nakręcony (czuć w zdjęciach klimat dawnych lat) oraz solidnie zmontowany. Całość uzupełnia naprawdę dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa (ze świetnym kawałkiem Senza di te che farò w równie świetnej scenie). Także choć film zbiera mieszane opinie to sam bardzo dobrze spędziłem na nim czas. Polecam obejrzeć! Choćby dla roli Plummera, którego postać balansuje gdzieś pomiędzy Skneruesem McKwaczem a Ebenezerem Scroogem z kart opowiadania Dickensa.







wtorek, 8 sierpnia 2017

Odgrzewanie kotletów

Obcy: Początek (Alien: Covenant)
USA, Australia, Nowa Zelandia 2017
reż. Ridley Scott
gatunek: thriller, sci-fi
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Jed Kurzel

Mam wielki szacunek do pierwszej części Obcego, którego uważam za jeden z najbardziej klimatycznych horrorów w historii (a chyba najlepszego z horrorów science-fiction). Był to film kompletny, który mimo trochę słabszej końcówki potrafił swego czasu zmrozić krew w żyłach. Kontynuacje już nie działały w ten sposób, jednak też potrafiły wnieść trochę do życia kinomanów. Niestety po latach łasi na pieniądze twórcy postanowili po raz kolejny wykorzystać tą kultową markę. 


Załoga tytułowego statku kosmicznego Przymierze (m.in. Katherine Waterston, Demián Bichir i grający cyborga Michael Fassbender) ląduje na nieznanej planecie. Po pewnym czasie zauważają, że grozi im tam ogromne niebezpieczeństwo w postaci pozaziemskiej formy życia...
b

Odkąd tylko przeczytałem, że Scott zamierza stworzyć kolejny film z cyklu o Obcych nie byłem tym pomysłem zachwycony. Przecież to wszystko już było, skończyło się i po co robić kolejny skok na kasę? W końcu kosmiczny Prometeusz nawiązujący do serii okazał się klapą więc można było sobie darować. Niestety twórcy uznali zapewne, że użycie słowa-klucza Alien okaże się strzałem w dziesiątkę i ludzie zachęceni nostalgią wydadzą trochę szekli na bilety do kina, choć sam film niczym ciekawym nie będzie. Biorąc pod uwagę, że samym światowym boxoffice'm produkcja zwróciła się ponad dwukrotnie twórcy sukces finansowy odnieśli. Jednak zyski te nie poszły w parze z dobrym filmem - dostaliśmy drętwy, niestraszny, prosty film pełen kalek z wcześniejszych części uniwersum, niestety na domiar złego pozbawiony klimatu i czaru pierwowzoru (pierwowzorów). Żywi bohaterowie filmu są nijacy i strasznie głupi (a głupota to raczej ostatnia cecha, jaka kojarzyłaby się ze zdobywcami kosmosu), ciężko identyfikować się z kimkolwiek z nich, a tym bardziej żałować jego rychłego zgonu. Sama postać obego (czy też obcych) także przestała fascynować i przerażać, ogląda się tą żarłoczną fabrykę śmierci bez cienia emocji. Także samo zakończenie, tak jak w niedawnym Life było sztampowe, niezaskakujące i łatwe do przewidzenia dużo wcześniej. Może gdybyśmy mieli do czynienia z innym twórcą, z innym tytułem miałbym dla tego filmu trochę więcej uznania, jednak zarówno Scott, jak i Obcy zasługują na wiele lepszy film. Dlatego też ostrzegam przed oglądaniem tego bubla, szkoda czasu i wspomnień dobrych filmów z serii. Kolejną złą wiadomością jest jednak to, że Scott nie zamierza wycofać się z kolejnych filmów w tym uniwersum i planuje już kilka kontynuacji...






sobota, 17 stycznia 2015

Nie zadzieraj z Mojżeszem

Exodus: Bogowie i królowie (Exodus: Gods and Kings)
USA 2014
reż. Ridley Scott
gatunek: dramat
zdjęcia: Dariusz Wolski
muzyka: Alberto Iglesias


W ostatnim czasie do łask zaczęły powracać filmy inspirowane tematyką biblijną. Po różnie ocenianym dziele Darrena Aronofsky'ego Noe: Wybrany przez Boga z Rusellem Crowem w tytułowej roli właśnie byliśmy świadkami premiery kolejnego filmu przedstawiającego hollywoodzką wersję zdażeń opisanych w Starym Testamencie, a mianowicie opowieść Ridleya Scotta a jednej z najbardziej znanych postaci biblijnych - Mojżeszu.


Mamy do czynienia z dość autorską wersją historii jednego z bardziej znanych biblijnych proroków. Oglądając wcześniejsze filmy z Mojżeszem w roli głównej wiele rzeczy, choć niby dość podobnych było przedstawionych inaczej. Scott serwuje nam inną interpretację biblijnych wydarzeń. I choć mamy tu np. gorejący krzew to grający Mojżesza Christian Bale prowadzi tam dialog nie z samym krzakiem, a dzieckiem będącym czymś w rodzaju wysłannikiem słów bożych. Ciekawe i dość kreatywne podejście do tematu, czyż nie?
Samego Mojżesza poznajemy początkowo jako jednego z egipskich generałów, bardzo zżytego z panującą rodziną królewską. Faraon traktuje go niemal jak syna, a następca tronu, Ramzes (Joel Edgerton) jest dla niego jak brat. Dopiero następne wydarzenia dadzą mu poznać prawdę o swym dziedzictwie i przeznaczeniu...


W samej około 150 minutowej produkcji mamy moim zdaniem momenty dłużyzn, które niepotrzebnie przeciągają akcję kosztem świetnie zrealizowanych, choć za krótkich scen przedstawiających plagi, jakie nawiedziły Egipt.
Niezłe wrażenie robią też sceny batalistyczne, których jest w filmie kilka. Naprawdę fajnie się ogląda, chociaż trochę drażni fakt, że w bitwach tych nie widać ani kropli krwi. Trochę to wszystko zdaje się przez to naciągane.
Produkcja ta wywoła w pewnych kręgach spore kontrowersje i została w kilku krajach zakazana (np. w Egipcie). Wiele osób oburzonych jest ukazaniem egipcjan w filmie, jako brutalnych zarządców niewolników. Ja specjalnie nie odczułem tego, a mimo faktu, że wiedziałem jak to wszystko się skończy kibicowałem ludowi egipskiemu w starciu z niepokornymi Hebrajczykami.
Byłoby lepiej, gdyby film został z pewnych scen okrojony i zamknął się w dwóch godzinach, wtedy na pewno zyskałby na tempie. Ale w sumie warto poświęcić ten czas, żeby objerzeć dzieło Scotta, które pewnie z tekstem, którym był inspirowany ma mało wspólnego, ale cóż, takie uroki Hollywood.




P.S. Dla wszystkich udających się do kina na cokolwiek. Jeśli jesteście chorzy, to lepiej zostancie w domach. Nie oglądałem komfortowo produkcji, gdy co chwila osoba po lewej ode mnie i inna rząd wyżej kaszleli i smarkali bez pohamowania.