Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Bonaszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Bonaszewski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Malarstwo wyklęte

Powidoki
Polska 2016
reż. Andrzej Wajda
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Paweł Edelman
muzyka: Andrzej Panufnik

Ciężko oceniać jest najnowsze dzieła wielkich mistrzów. Zawsze patrzy się na nie z perspektywy ich dokonań z przeszłości. Andrzej Wajda, czyli niewątpliwie klasyk polskiego kina moim zdaniem od bardzo dawna nie zrobił naprawdę dobrego filmu (przed dekadą co najwyżej niezły Katyń, okres najlepszej twórczości wypadał u niego wiele wcześniej). Jednak zarzucić wielkiemu artyście jego dokonania to tak, jakby krzyknąć Król jest nagi, gdy wszyscy inni chcąc nie chcąc podziwiają i chwalą. Jeszcze gorzej, gdy autor między zakończeniem zdjęć, a premierą filmu umiera. Wtedy już w ogóle wypada przemilczeć co złe i oddać hołd postaci apoteozując jego ostatni życiowy dorobek. Jednak uważam, że sprawiedliwie wobec zmarłego twórcy będzie napisać prawdziwe odczucia odnośnie filmu. 


Czasy polskiego stalinizmu. Poznajemy wykładowce malarskiej szkoły wyższej, kalekiego malarza Władysława Strzemińskiego (Bogusław Linda), który to tworzy swoje prace wedle własnego uznania. Jako że opowiada się przeciw nakazanym wówczas zasadach socrealizmu władze państwowe nakazują zwolnić go z posady. Zaczyna się niszczenie artysty przez system.


Bogusław Linda już jakiś czas przed premierą w kontrowersyjnym wywiadzie w ostrych słowach wypowiadał się na temat jakości filmu, a szczególnie jego scenariusza. Podczas oficjalnej premiery już trochę bardziej dyplomatycznie skarżył się zaś na miałkość scenariusza, a szczególnie słów, jakie wypowiada jego bohater na spotkaniach ze studentami, które pochodzą wprost z jego książki o teorii widzenia. Linda mówi też, że o ile Strzemiński umiał malować, to pisarzem był bardzo słabym. I widać to właśnie słuchając patetycznych, nieżyciowych przemów malarza. Za każdym razem, gdy otworzy on usta przy studentach nie mówi on po ludzku, a sloganami, cytując samego siebie. Brzmi to okropnie. I chociaż w scenach bardziej kameralnych Strzemiński wyraża się już trochę lepiej, to starania Lindy, który w niemych scenach smuci się, zamartwia czy wylizuje z głodu pusty talerz nikną właśnie w tej używanej przez znaczną część filmu nowomowie. Chociaż sama postać Strzemińskiego poprzez triki aktorskie Lindy jednak jakoś się broni to nie można tego samego powiedzieć o jego filmowej córce, portretowanej przez Bronisławę Zamachowską Nice. Zamachowska kultywuje najgorsze tradycje polskiego aktorstwa dziecięco-młodzieżowego, a za każdym razem, gdy tylko otworzy usta do przemowy przypomina mi się poziom aktorski jasełek w podstawówce. Co gorsza została ona zatrudniona nie poprzez swój wątpliwy talent,a zapewne z racji znanego nazwiska i konotacji rodzinno-towarzyskich. Czyżby nepotyzm? Nie przekonują też do siebie młodzi studenci, których choć jest na ekranie dużo, to żaden niczym się nie wyróżnia. Dobrze wypadają za to w swych rolach Krzysztof Pieczyński i Mariusz Bonaszewski, niestety nie ma ich w filmie zbyt dużo.
Wajda,jak to Wajda zabrał się za swój ulubiony filmowy temat - niszczenie jednostki i społeczeństwa przez władzę ludową. Także wszyscy przedstawiciele i sympatycy PRLu są tutaj brzydkimi szujami, zaś cicha opozycja to piękni i młodzi idealiści bez skazy. Film jest też do bólu klasyczny, prowadzony według starych prawideł sprzed lat. Brak tutaj jakiejś ikry, werwy typowej dla ludzi, którzy chcą wprowadzić do świata filmu innowację. A tutaj widać, że jest to obraz człowieka starego, który jeśli chciał coś dać światu kina zrobił to już dawno temu, teraz wszystko musi być asekuranckie i jak po sznurku. To, co najlepsze zaś w filmie to chyba nie zasługa reżysera, a osoby odpowiedzialnej za zdjęcia. Paweł Edelman znów nie zawiódł, a jego praca stoi na bardzo wysokim poziomie. Także charakteryzacja i efekty specjalne (wygenerowanie kalekiego Lindy czy cofnięcie Łodzi o ponad sześćdziesiąt lat) są na poziomie powyżej przeciętnej dla polskich produkcji. 
Nie jest to dla mnie film dobry, szczególnie na poziomie historii i scenariusza. Sama osoba Strzemińskiego i jego zawirowane życie to idealny pomysł może nie na film, a serial (bo pokazać można przecież burzliwe lata wcześniejsze), choć jako malarz nigdy nie robił on na mnie specjalnego wrażenia. Warto jednak obejrzeć tę produkcję jako swoisty hołd oddany odchodzącemu wraz z napisami końcowymi reżyserowi. Bo z Wajdą kończy się pewna epoka kina. Nie tylko polskiego, ale w pewnym stopniu też światowego.


środa, 21 grudnia 2016

Miasteczko w bezczasie

Ederly
Polska 2015
reż. Piotr Dumała
gatunek: surrealistyczny

Na ostatni film przed świętami wybrałem się do kina na film, który był wyświetlany na festiwalu rodzimych filmów w Gdyni w sekcji produkcji eksperymentalnych. Także już przed seansem oczekiwałem czegoś innego, niż większość rzeczy jakie widziałem.


Do miasteczka Ederly przybywa konserwator zabytków Słow (Mariusz Bonaszewski), który ma wykonać renowację figury w miejscowym kościele. Zatrzymuje się na noc u pewnej rodziny, gdzie starsza kobieta (Helena Norowicz) i jej syn (Piotr Skiba) biorą go za dawno zaginionego syna i brata. Gdy Słowowi nie udaje się wyjaśnić, że zaszła pomyłka, po nocy spędzonej w domu udaje się do miejscowego księdza (Wiesław Cichy)...


Film Dumały dzieje się w nieokreślonym miejscu i czasie. W sumie pojęcie czasu w Ederly ciężko jest stwierdzić. Mimo że bohaterowie korzystają z komórek i telewizorów to korzystają też ze służby (dobra rola Aleksandry Popławskiej), posługują się świecami, a niektóre przedmioty są żywcem wyjęte sprzed ponad pół wieku. Wrażenie, że Ederly wprost jest zawieszone w bezczasie potęguje percepcja w jego postrzeganiu poszczególnych bohaterów - dla księdza bohater przebywa w miasteczku już pół roku, zaś dla mieszkańców domu zjawił się on dopiero dwa dni wcześniej. Nie da się tego pojąć i trzeba po prostu zaakceptować to tajemnicze miejsce jakim jest. 
Służy filmowi nakręcenie go w czarno-białej tonacji. Nadaje to obrazowi klimatu i specyfiki enigmatycznego filmu - w kolorze byłoby o to ciężej. Także na plus trzeba zaliczyć reżyserowi to, że w większej mierze skorzystał z aktorów nie kojarzonych z ekranów (a nawet gdy pojawia się znany przecież dość dobrze i przeważnie charakterystyczny Janusz Chabior to wygląda on trochę inaczej niż zazwyczaj).  Aktorzy stanęli na wysokości zadania kreując swe role bardzo dobrze. 
I chociaż niemal całość poczynań Słowa, który konformistycznie próbuje przystosować się do narzucanych mu przez mieszkańców Ederly ról ogląda się nieźle, to moim zdaniem szwankuje w filmie zakończenie. Oczekiwałem jednak czegoś innego. Jednak i bez tego jest to film, który z czystym sumieniem można obejrzeć, jest to całkiem innego niż oferuje nam obecnie polskie kino głównego nurtu.