Pokazywanie postów oznaczonych etykietą S. Miller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą S. Miller. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2018

Odkrywca

Zaginione miasto Z (The Lost City of Z)
USA 2016
reż. James Gray
gatunek: biograficzny, przygodowy
zdjęcia: Darius Khondji
muzyka: Christopher Spelman

Bardzo żałuję, że ten film (jak zresztą wiele dobrych filmów zresztą, co udowadniam na blogu) nie doczekał się polskiej premiery kinowej. Już nie chodzi o tematykę eksploracji dżungli, spotkań z prymitywnymi tubylcami i świetnym do filmowania klimatem początku XX wieku bo rozumiem, że nie wszyscy mają takie same gusta jak i ja. Jednak zarówno całkiem znany reżyser i rozpoznawalni w naszym kraju aktorzy powinni spowodować, że film ten pojawi się choćby w kinach studyjnych. Z niewiadomych przyczyn tak się nie stało.


Początek XX wieku. Percival Fawcett (Charlie Hunnam) dostaje propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia. Ma udać się jako kartograf do środkowoamerykańskiej dżungli, by stworzyć jej wiarygodne mapy, które w niedalekiej przyszłości przysłużą się Imperium Brytyjskiego. W zamian odbuduje prestiż rodziny, która odzyska tym samym honor i należne jej miejsce. Mężczyzna postanawia więc pożegnać się czasowo z żoną (Sienna Miller) i rusza w nieznane. W misji towarzyszy mu niejaki Henry Costin (Robert Pattinson). W trakcie pomiarów Fawcett znajduje pozostałości po nieznanej dawnej cywilizacji. Odszukanie starożytnego miasta staje się jego obsesją...


Wprawdzie jest to film przygodowy, w którym dużą rolę pełni eksploracja dżungli pod kontem odszukania zaginionej cywilizacji jednak zawiedzie się na nim ten, kto podejdzie do niego z oczekiwaniami zobaczenia wartkiej akcji na pograniczu przygód Indiany Jonesa i Lary Croft. Film Graya uderza w całkiem inne struny. Akcja jest tutaj niespieszna, napięcie jeśli już jest budowane to mozolnie, powolnie i z pewną dawką opieszałości (choć są też pewne dynamiczniejsze sceny, choć jest ich tylko kilka). Powolne tempo buduje jednak klimat nieznanej dżungli, a surowość zdjęć i formy zachęca do wtapiania się w historię. Stajemy się niejako niemym towarzyszem bohatera uczciwie zagranego przez  Hunnama. Jego niezłej grze aktorskiej przyzwoicie sekunduje (nie)sławny Pattinson jednak aktor kojarzony z sagi Zmierzch jest tylko przystawką do głównego bohatera, dodatkowo skrytą pod krzaczastą brodą. Może taki był plan twórców, którzy chcieli na pierwszym planie wyraźnie pozostawić duet dżungla-Fawcett. 
Oglądałem ten film siedząc na kanapie w mieszkaniu i naprawdę przykro mi, że nie miałem możliwości zobaczyć go na dużym ekranie. Mimo że jest to produkcja skrajnie nieefektowna ale za to efektywna. Jednak żeby zanurzyć się w przedstawionym świecie potrzeba odizolować się od świata realnego, wyciszyć i wyłapywać dawane przez film bodźce. Ciemna, sterylna sala kinowa jest do tego idealnym miejscem. Niestety ani mi, ani nikomu w Polsce (chyba, że ma prywatne kino) nie będzie to pisane, więc mogę tylko polecić obejrzenie filmu w domowych pieleszach. Myślę, że warto.






poniedziałek, 16 maja 2016

Wieżowiec rozkładu

High - rise
Wielka Brytania 2015
reż. Ben Wheatley
gatunek: dramat

We właśnie opisywanym filmie Ben Wheatley, reżyser na dorobku postanowił przenieść na duży ekran książkę autorstwa zmarłego przed siedmioma laty J.G. Ballarda. Książki nie czytałem a jej autora kompletnie nie znam więc na temat spójności z literackim pierwowzorem wypowiadać się nie będę. Do filmu zaś udało się skaptować kilka znanych powszechnie nazwisk z Tomem Hiddlestonem i Jeremym Ironsem na czele więc dzięki temu zabiegowi na pewno rozgłos wobec tej produkcji był znaczniejszy niż byłby bez wymienionych wyżej panów. 


Lekarz - patolog Robert Laing (Tom Hiddleston) wprowadza się do wybudowanego jakiś czas wcześniej wielkiego wieżowca, który jest spełniającym wszelkie potrzeby mieszkańców apartamentowcem. Szybko poznaje konstruktora budynku, architekta Royal'a (Jeremy Irons) oraz ekscentrycznych lokatorów budynku (m.in. Sienna Miller i Luke Evans). Laing szybko przystosowuje się do rytmu życia w penthousie i rzuca się w wir barokowych imprez urządzanych w niemal każdej chwili.


Oj, dziwny jest to film. I to dziwnością znaczną i nieprzeciętną. A co najgorsze ja tej inności nie nijak oglądając nie potrafiłem kupić. Całość była dla mnie zbyt niedorzeczna, pełna wielu luk fabularnych i zbyt często nie widziałem związków przyczynowo - skutkowych między poszczególnymi scenami (bo tych związków najzwyczajniej w wielu momentach nie było). To ostatnie było chyba najbardziej rzucające się w oczy, gdyż bez tego widzimy obraz w punkcie A i C a nie widząc dlaczego doszło do zmiany stanu rzeczy. Punkt B jest bardzo potrzebny dla widza ale nikt nie zdecydował się go zamieścić (tak, wiem - mogę sobie jako inteligentny koleś dopowiedzieć, ale nie wiem w tym wypadku zbytnio jak to zrobić). Bohater grany przez Lainga wprowadza się do nowoczesnego budynku przyszłości, gdzie wszystko jest świetne i cudowne, dopięte na ostatni guzik. Kilka imprez dalej zaś nagle wszystko się rozpada, ludzie nie wiedzą jak żyć, tracą kontakt z rzeczywistością, a wszystko zaczyna się niszczyć. Dlaczego? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Sam motyw wieżowca, który jest też wyznacznikiem hierarchii społecznej to dość ciekawy, choć trochę wyeksploatowany w różnych formach. Także upadek obyczajów mający swój skutek w upadku całości budynku jest takim hmm trochę nawiązaniem do starożytnego Rzymu (chyba?) i już w literaturze i kinematografii (nie mówiąc o historii) pojawiał się w różnych formach nie raz i nie dwa. 
Całość całkiem mnie nie przekonała i jeśli miałbym wskazać dobrą stronę produkcji to co najwyżej solidna warstwa aktorska, gdyż główni bohaterowie z Hiddlestonem i Ironsem na czele dali radę. Jednak jako ogół - bardzo rozczarowujący. 





piątek, 31 lipca 2015

Głupi, głupszy i najgłupszy

Niedokończony interes (Unfinished Businnes)
USA 2015
reż. Ken Scott
gatunek: komedia

Pewnie nie tylko ja mam tak, że mimo posiadania jakiejś dużej listy filmów do obejrzenia, które chce się od dłuższego czasu z jakichś powodów zobaczyć w pewnym momencie decyduje się na zobaczenie czegoś zupełnie innego, z poza listy, nie rokującego na szczególne ambicjonalne ale w zamian za to nieobciążające i krótkie. Tak było też i tym razem, gdy poprzez nagły impuls zdecydowałem się na właśnie ten film.


Poznajemy niejakiego Daniela Trunkmana (Vince Vaughn), który nie godząc się na kilkuprocentową obniżkę pensji postanawia odejść z firmy i rozkręcić własny biznes. Do swej nowej kompanii przyjmuje podstarzałego erotomana Timothy'ego (Tom Wilkinson) oraz niedorozwiniętego Mike'a Naleśnika (Dave Franco). Po roku nieszczególnych zysków trafia im się okazja na podpisanie wielkiego kontraktu. Jednak zawarcie pewnej wydawać by się mogło umowy staje na włosku, gdy okazuje się że konkurencją dla Daniela będzie jego dawna firma z Chuck Portnoy (Sienna Miller) na czele. Niezbyt rozgarnięta kompania Trunkmana rusza do Berlina, by spotkać się z przedstawicielami zarządu kontrahenta. 


Film jest skrajnie głupi. Począwszy od założeń fabularnych, gdzie wielomilionowe kontrakty mieliby załatwiać pornodziadek i upośledzony chłopak, który nie wie jaki kształt ma koło, po przygody jakie spotykają bohaterów (takie jak upadanie na wystające z dziury penisy w klozecie gejklubu) czy całkowite pomieszanie się wątków. Bo z jednej strony mamy postać Daniela, jako porządnego biznesmena, ale jaki porządny biznesmen zatrudniłby do 3 osobowej firmy dwójkę idiotów? Do tego sceny z glory holes czy innymi czerstwymi żartami przeplatają się z rodzinnymi rozmówkami Daniela i wtedy film przybiera iście amerykańskiego, patetycznego moralizatora, gdzie bohater zastanawia się jakim jest ojcem dla małej córki, czy doradza dręczonemu w szkole synowi - loserowi. No te wstawki nijak nie pasują do reszty filmu, poza tym są strasznie tandetne i przewidywalne. Tak samo jak przewidywalny jest humor, który swoją drogą stoi na max. gimnazjalnym poziomie. Wyszło tutaj nieudolne połączenie Kac Vegas z Eurotripem z dodatkiem wątku ojca rodziny. Przez te 90 minut może dwa razy się uśmiechnąłem pod nosem, ale to też raczej poprzez tanie chwyty niż wysublimowany humor. Raczej nie polecam, poniżej przeciętnej.