Resident Evil 2: Apokalipsa (Resident Evil: Apocalypse) USA, Francja, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania 2004 reż. Alexander Witt gatunek: horror, akcja zdjęcia: Derek Rogers muzyka: Jeff Danna
Niedawno opisałem pierwszy film z serii adaptacji gier Resident Evili przy tej okazji napisałem o powodach, dla których porwałem się na seans. Teraz realizując obietnice tam zawarte szybko zabrałem się za drugą część tej serii.
Alice (Milla Jovovich) wydostaje się z Ula i laboratorium korporacji Umberlla i wychodzi na powierzchnię Racoon City, które jest pogrążone w chaosie spowodowanym trwającą właśnie apokalipsą zombie. Wkrótce spotyka Jill Valentine (Sienna Guillory) i razem z nią próbuje wydostać się z miasta...
Będzie to jedna z krótszych notek na blogu. Uważam, że film, który posiada więcej państw koproducenckich niż punktów w ocenie od 1 do 10 nie zasługuje na zbyt długie rozpisywanie się. W dalszym ciągu jest mało klimatycznie, głupio, źle zagrane i równie marnie sfilmowane. Efekty specjalne są o jakieś dwie dekady opóźnione i całość całkiem nie dorównuje grze. Mimo wszystko według mnie druga część jest nieznacznie lepsza niż poprzedniczka. Może dlatego, że tutaj posiada choć trochę szczątkowej fabuły (w małym stopniu nawiązującą do gier, choć znany z trzeciej części Nemesis tutaj jest tylko marnym cieniem siebie) i mało wyszukany lecz występujący humor. Jednak dalej jest to po prostu słaby film, do którego lepiej nie zasiadać. Nie wiem czy wytrzymam kolejną część.
Święci z Bostonu (The Boondock Saints) USA, Kanada 1999 reż. Troy Duffy gatunek: sensacyjny zdjęcia: Adam Kane muzyka: Jeff Danna
Niedługo minie 16 lat od światowej premiery opisywanego właśnie przeze mnie filmu, jednak dopiero dzisiaj miałem okazję go obejrzeć. Co od dawna w sumie planowałem, gdyż jest to stosunkowo znana produkcja.
Biorąc pod uwagę fakt, że występuje w niej jeden z moich ulubionych aktorów w osobie Willem'a Dafoe oraz szybko zyskujący sławę po sukcesie serialu Walking Dead (lub roli Judasza w pamiętnym teledysku Lady Gagi) Norman Reedus film ten tym bardziej nadawał się do obejrzenia i tak oto przyszedł ten wielki dla niego dzień.
Fabuła reżyserskiego debiutu Duffy'ego jest prosta niczym budowa cepa. Mamy tutaj dwóch religijnych braci irlandzkiego pochodzenia (granych przez Normana Reedusa oraz Seana Patricka Flanery'ego). Mimo swej rozległej wiedzy realizują się jako pracownicy bostońskiej rzeźni. Podczas obchodzenia Dnia świętego Patryka do lokalnego baru, w którym świętują bracia przychodzi kilku rosyjskich mafiozów. Dochodzi do bójki między nimi a Irlandczykami. Dzień później gangsterzy odwiedzają dom braci, w celu zgładzenia ich. Jednak Irlandczycy zabijają Rosjan w obronie własnej. Sprawę znalezionych martwych gangsterów bada wraz ze swą nieporadną ekipą pracownik FBI - Paul Smecker (Willem Dafoe). Jednak bracia szybko sami zgłaszają się na posterunek. Gdy ich uczynek zostaje uznany za obronę konieczną prasa ogłasza ich tytułowymi Świętymi, którzy oczyścili miasto ze zła. Bracia postanawiają rozprawić się z mafią na terenie ich miasta. Pomaga im w tym nadpobudliwy i agresywny Rocco (David Della Rocco).
W historii mieliśmy wiele filmów czy książek, których fabuła opierała się na zemście, oczyszczaniu miasta ze złych ludzi czy krwawej vendettcie. Filmowym klasykiem gatunku jest na pewno seria z udziałem Charles'a Bronsona pod tytułem Życzenie śmierci, natomiast z kart literatury przypomina mi się niedawna książka autorstwa Jo Nesbo. Ostatnia powieść norweskiego pisarza Syn opowiada właśnie o działającym ponad prawem mścicielu. Tego typu akcję będziemy mieli także tutaj. Tylko, że tym razem mścicieli jest kilku.
Fani Quentina Tarantino będą czuli się tu jak w domu. Mamy dużo efektownych akcji, trochę ciętych dialogów i wiele dość spektakularnych 'przeżyć' nieśmiertelnych bohaterów. Bo przecież w scenie, gdzie ostrzeliwują się z demonicznym Il Duce powinna skończyć się śmiercią całej czwórki. A jak było w filmie? Wystarczy zobaczyć. Także trochę przemycono z dorobku Johna Woo, ale wnikliwy obserwator z łatwością zauważy pewne odwołania i smaczki.
Na osobny akapit zasługuje występ Willem'a Dafoe. Nigdy nie był to aktor przesadnie doceniony i nagradzany, jednak jego postawa zawsze jest według mnie na najwyższym możliwym poziomie. Wcielając się tutaj w agenta FBI wykreował jedną ze swych najlepszych ról. Jego Paul jest postacią tak autentyczną, że chyba lepiej się tego zrobić nie dało. A mamy tu połączenie faceta, który przeszukuje scenę zbrodni słuchając muzyki operowej w wielkich słuchawkach, dyrygując w tym czasie niewidzialnym chórem, człowieka, który punktuje dotkliwie każdy brak u swoich podwładnych, który poza tym jest zarówno pedałem i alkoholikiem, a w jednej z kluczowych scen przychodzi do willi gangstera przebranym za kobiecą prostytutkę. Wszystko w wykonaniu tego aktora wychodzi tak naturalnie, że za to należy się dodatkowy punkt dla filmu.
W rezultacie mamy do czynienia z dobrym filmem, a jeśli oceniać tylko gatunek kina akcji to nawet bardzo dobrym. Mimo dość oklepanej fabuły i motywów (kaci modlący się przed wykonaniem egzekucji byli? przecież było to choćby w Pulp Fiction) mamy sprawnie wykonany film z dobrą grą aktorską. Ogólne wykonanie też nie pozostawia wiele do zarzucenia. Po 10 latach od premiery pierwszej części wyszła kontynuacja, którą zamierzam w najbliższym czasie zobaczyć. Szkoda, że już bez udziału w niej Dafoe.