Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. Cavill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. Cavill. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Mała liga

Liga sprawiedliwości (Justice League)
USA, Kanada, Wielka Brytania 2017
reż. Zack Snyder
gatunek: akcja, sci-fi
zdjęcia: Fabian Wagner
muzyka: Danny Elfman

Mam jakiś niedorzeczny sentyment do filmów ze świata Uniwersum DC i jego bohaterów. Tak jak nie znoszę filmów traktujących o amerykańskich superbohaterach lubię sobie popatrzeć na herosów rodem z DC. Chociaż każdy kolejny film wypuszczany taśmowo przez Warner Bros jest słabszy to pewnie i tak wybiorę się na następne tego typu produkcje. Po co? Sam nie wiem. 


Bruce Wayne jako Batman (Ben Affleck) w związku ze zbliżającym się zagrożeniem dla istnienia Ziemi (za sprawą niejakiego Steppenwolfa (głosu użycza Ciarán Hinds)) postanawia zebrać rozsianych po świecie ludzi posiadających nadzwyczajne umiejętności: Wonder Woman (Gal Gadot), Aquamana (Jason Momoa), Flasha (Ezra Miller) i Cyborga (Ray Fisher). Przydałby mu się także Superman (Henry Cavill), który jednak zginął w poprzednim odcinku...


Już sam opis filmu wydaje się w wystarczający sposób pokazywać infantylny charakter tej opowieści na kanwie komiksów dla dzieci. Jednak sposób, w jaki go zrealizowano jest jeszcze bardziej infantylny, nudny, sztywny, po prostu głupi. Po raz kolejny w ostatnich latach widzimy na ekranie papkę dla dzieci za ponad miliard złotych. Naprawdę można było te pieniądze wydać na coś przyzwoitego: nakarmić głodnych, uleczyć chorych czy chociaż nakręcić kilka przyzwoitych filmów. Albo jeden przyzwoity film.
A tak dostajemy kolejną snyderowszczyznę, gdzie połowę filmu to slow motion (nie muszę dodawać, że w większości niepotrzebny), niezapadający w pamięć czarny charakter działający bez żadnej motywacji, kiepsko rozrysowane postaci (z emo Cyborgiem na czele), których nie chce się oglądać (możę z wyjątkiem ładnej Gadot) ani słuchać (kto pisał dialogi?). Naprawdę ogląda się to z rosnącą mieszanką znudzenia i zażenowania. Jest kilka scen, które wypadają nieźle, ale to tyle. Ale nowy rok przyniesie nam kolejne filmy tego pokroju, które zarobią więcej niż fajne, mądre produkcje, które będę wypuszczane w tym czasie do kin...Mundus est novis.




piątek, 8 kwietnia 2016

Zmierzch bohaterów

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (Batman v Superman: Dawn of Justice)USA 2016
reż. Zack Snyder
gatunek: akcja, sci - fi

I oto nadeszła wiekopomna chwila. Pierwszy raz w historii bloga opiszę superbohaterski blockbuster i to w dodatku całkiem nowy, gdyż obejrzany w kinie, mający premierę przed tygodniem. Jako że nie jestem żadnym fanobojem komiksowych bohaterów, a sam komiksy z serii DC Comics czytałem z jako takim zainteresowaniem przed niemal dwoma dekadami to niech nikt nie oczekuje ode mnie wielkich porównań do innych tego typu produkcji, gdyż widowiska Marvela mimo kilku prób odrzuciły mnie, zaś filmowe twarze Batmana i Supermana to wciąż dla mnie Michael Keaton i Christopher Reeve.


Ciężko mówić tutaj o jakiejś skomplikowanej fabule. Śledzimy losy niezbyt lubiących się Batmana (Ben Affleck) i Supermana (Henry Cavill), które to zaczynają się przecinać za sprawą intryg przedsiębiorcy Lexa Luthora (Jesse Eisenberg).


Nie będę tutaj porównywał postaci wcielających się w poszczególne postaci w stosunku do ich dawnych odpowiedników, bo nie dawne wersje widziałem odpowiednio dawno temu, a za trylogię Nolana od kilku lat dopiero się zabieram (ale niebawem pewnie mi się to uda) więc będę mógł po prostu ocenić jako osoba stojąca niejako z boku, to co widziałem przez dwie i pół godziny seansu. Sądzę jednak, że przedpremierowo wyszydzany Affleck dał radę i jego Batman wygląda całkiem dobrze. Cavill, którego cenię za dobrą rolę w Kryptonimie U.N.C.L.E. to tutaj nie przypadł mi do gustu jako Superman (choć jako jego alter ego Clarke Kent jest bardziej znośny). Miałem też drobny kłopot z postacią łysego lub łyso - rudawego w komiksach Luthora, który w wykonaniu Eisenberga bardziej przypominał spokojniejszą wariację Jokera. Nie mówię, że Eisenberg zagrał jakoś źle, jednak nie kupił mnie tym. Także pewne zastrzeżenia mam do papierowej postaci ukochanej Kenta, Lois Lane w wykonaniu Amy Adams. Nie widać żadnej chemii między tymi postaciami, która chyba powinna być widoczna. Z kobiecych postaci o wiele lepiej wypada za to w roli Wonderwoman Gal Gadot. Aktorskiego plusa zgarnąć ode mnie może też Jeremy Irons za rolę Alfreda. 
Niektórzy uważają, że film jest zbyt mroczny i traktują to jako minus (bo brak żartów i śmiesznych sytuacji), inni zaś mają to za wielki plus. Jak dla mnie jednak mrocznym filmem to można nazwać Nieodwracalne, nie zaś film z kategorią wiekową 12 lat. To wielki minus tego filmu, że dla perspektywy dolarowych zysków od najmłodszej publiczności daje się niby mroczny i brutalny film pozbawiony brutalności, mroku innego niż ten jasełkowy, krwi etc. Czytałem swego czasu komiksy o tych bohaterach i pamiętam, że tam posoka pojawiała się dość często i korzystano z niej całkiem chętnie. Szkoda, że chęć zysku obniża wartość filmów, gdyż poprzeczka idzie w tym wypadku w dół. Jeśli ktoś szuka tu tak zwanej męskiej rozrywki to raczej nie znajdzie, co najwyżej kilka scen nawalanek dla gimbazy.
Największą bolączką tego filmu są jednak nie sztampowe postaci czy ugrzeczniony komiksowy świat. Najgorzej ma się tu fabuła, która jest bezsensowna i same sceny akcji, które mają być solą tego typu widowiska. Obejrzałem cały film i w sumie nie poznałem motywacji głównego złoczyńcy, który w pewnym momencie sprowadza na Ziemię Doomsdaya, którego nic na Ziemi nie potrafi pokonać. Także inspiracje głównych 'dobrych' bohaterów są mi nieznane i dość sztuczne. Do tego dochodzi jakaś dziwna narracja 'Czy bohaterowie są nam potrzebni' i hasła typu 'Ziemia dla Ziemniaków Ziemian', mające uciszyć bezpłciowego Supermana. Także cały związek przyczynowo - skutkowy kuleje. Taki mózg jak Batman dajmy na to dowiaduje się, że statek należący do Lexa przybija do portu. Chcąc dowiedzieć się, gdzie trafi znajdująca się na nim przesyłka Nietoperz ryzykując życiem zakrada się do doków pod osłoną nocy, by zamontować na przewożącym towar aucie nadajnik GPS...po czym dowiaduje się później, że auto udało się do siedziby Luthora. Nikt by na to nie wpadł, nie? Także kilka scen typowo efekciarskich było słabe lub bardzo słabe. Scena pościgu nużyła mnie od pierwszej do ostatniej chwili (nie wiem czy innych też, bo mimo popołudniowej pory w pierwszym tygodniu wyświetlania byłem sam w multipleksowej sali). Także finałowy pojedynek nie interesował mnie zbytnio i oglądałem go niejako mechanicznie. Całe dwie i pół godziny filmu są zaś niczym więcej, niż tylko zapowiedzią kolejnych części filmów z komiksowego uniwersum, co najmniej dwóch części Ligi Sprawiedliwości i odrębnego tytułu dla każdego z jej członków. No może skuszę się na Wonderwoman, która mnie zaintrygowała w tym filmie (i ta ożywiająca muzyka, gdy pojawiała się na ekranie, na pewno na plus). Z uniwersum ciekawie zapowiada się też Legion Samobójców. Co zaś do samego opisywanego filmu to obejrzałem go bez większego bólu punktując wiele błędów i niedopatrzeń. Także taki przeciętny film, który można obejrzeć, choć wcale nie trzeba. Pewnie gdybym miał z 12-15 lat mniej bawiłbym się lepiej. Ale to tylko przekonuje mnie do mojej tezy, że tego typu superbohaterskie produkcje to produkty dobre dla dzieci. 



niedziela, 30 sierpnia 2015

Retro szpiedzy

Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man From U.N.C.L.E.)
USA 2015
reż. Guy Ritchie
gatunek: sensacyjny, komedia

Dawne kino szpiegowskie było jedyne w swoim rodzaju. Potrafiło łączyć ciekawą intrygę, wyrazistych bohaterów oraz luźny komediowy styl. W późniejszych latach zarówno kolejne części przygód Jamesa Bonda, Bourne'a czy innych superagentów przybrały iście poważne tony. A konwencja lekkich filmów akcji była przecież strzałem w dziesiątkę i cieszy fakt pojawienia się takich filmów, jak Kingsman czy właśnie opisywanego filmu byłego partnera Madonny.


Intryga filmu nie jest zbyt skomplikowana i przenosi nas w epicentrum Zimnej Wojny, do roku 1963 i zaczyna się we Wschodnim Berlinie. Poznajemy agenta CIA, Solo (Henry Cavill), który dociera do córki niemieckiego naukowca, Gabi (urocza Alicia Vikander), która to ma doprowadzić go do swego ojca mającego gdzieś stworzyć bombę atomową dla włoskich mafiozów. Traf chce, że muszą oni połączyć siły z agentem radzieckiego KGB, Ilją (Armi Hammer).


Pierwsze co rzuca się w oczy, to fakt że film został świetnie nakręcony. Cudownie ogląda się szpiegowski film dziejący się w najlepszej dla szpiegów epoki nakręcony na taśmie dającej retro wrażenie. Do tego udana charakteryzacja bohaterów i lokacji i wszystko wygląda jakby oglądało się pierwsze przygody Bonda. Klimat na poziomie majstersztyku. Szwankuje trochę zbyt prosta fabuła, ale jednak nie jest z nią aż tak źle.
Gra aktorska głównej trójki bohaterów nie pozostawia nic do życzenia. Widać między nimi chemię i od razu do całej trójki czuć sympatię. Wcielająca się w czarny charakter Elizabeth Debicki także odgrywa tu najlepszą ze swych ról i pięknie dopełnia bardziej pozytywnych bohaterów. 
Mamy tutaj typową zabawę z konwencją, tricki montażowe właściwe Ritchiemu oraz naprawdę niemęczące sceny akcji. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu i w odpowiedniej ilości, pościgi, strzelaniny, krajobrazy, szermierki słowne i dowcipne sytuacje. Także na plus trzeba zaliczyć, że po raz pierwszy od dawna rosyjski bohater nie jest tutaj klasycznie złą postacią. Ilja Hammera da się lubić, a Ritchie jednakowo nabija się z KGB, jak i z CIA. Wreszcie mamy jaką równowagę w kinematografii opisującej pojedynek tych służb. 
Film ewidentnie nastawiony był na kontynuację, co widać w wielu scenach, z ostatnią włącznie, jednak jego niewątpliwa wtopa kinowa chyba sprawia, że drugiej części raczej nie uświadczymy. W natłoku kolejnych Avengersów, Batmanów i innych Transformersów masowo pojawiających się w kinach szkoda, że naprawdę dobry film gatunkowy nie doczeka się kontynuacji. Ja osobiście polecam udać się do kina i może dołożyć swoją cegiełkę w uratowanie tego projektu.