Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hongkong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hongkong. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2018

Chore społeczeństwo

Obłąkany świat (Yi Nian Wu Ming)
Hongkong 2016
reż. Chun Wong
gatunek: dramat

.Film ten nie trafił (i zapewne nigdy nie trafi) w Polsce do szerokiej dystrybucji kinowej w multipleksach, ani nawet w kinach studyjnych. Prawdopodobnie nie zawita też w wydaniu DVD (chyba, że jakiś alternatywny wydawca się o to pokusi ale raczej wątpię). Jednak ten hongkoński kandydat do nieanglojęzycznego Oscara (wiadomo już, że tak jak nasz Pokot film ten nie ma szans na nominację) zawitał do naszego kraju w ramach Festiwalu 5 Smaków, także kilku szczęśliwców mogło go obejrzeć w Warszawie na dużym ekranie.


Film opowiada historię Tunga (Shawn Yue), który właśnie opuszcza szpital psychiatryczny po leczeniu choroby dwubiegunowej, która to zrujnowała jego karierę zawodową. Nie mający gdzie się podziać mężczyzna trafia pod opiekę swojego ojca (Eric Tsang). 


Film przedstawia trudny temat choroby psychicznej (nawet już kontrolowanej, a może i zaleczonej), który jest tematem wstydliwym w każdej kulturze, ale chyba w Azji Wschodniej ostracyzm względem chorych jest stosunkowo największy Także film pokazujący perypetię Tonga ma pełnić pewną terapeutyczną funkcję w tamtejszym społeczeństwie. Wątek fabularny dzieli się na dwie części - pokazuje relacje Tunga z ojcem (odbudowa zaufania i stosunków między rodziną to ciekawsza część filmu) oraz z dawną narzeczoną (Charmaine Fong) (ten wątek akurat nie przypadł mi do gustu) oraz nieufny, bojaźliwy stosunek społeczeństwa do powracającego do domu mężczyzny (tu bywają lepsze i gorsze momenty).
I choć fabularnie nie jest moim zdaniem perfekcyjnie i czasem jest więcej minusów niż plusów to film najwięcej zyskuje dzięki scenografii i pracy kamery. Przyzwyczailiśmy się do traktowania Hongongu jako enklawy bogaczy, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że w tym wielkim mieście jednak przeważa biedota, która na tych bogaczy robi. W mieście panuje olbrzymi tłok, a wszyscy gdzieś muszą mieszkać. Trafiamy więc z kamerą do mającej kilka metrów kwadratowych klitki, gdzie pokazana jest skromna egzystencja ojca Tunga (oraz samego Tunga). Czuć to poczucie klaustrofobii i przytłoczenia bohaterów w czterech ścianach. Operatorowi udała się sztuka odpowiedniego pokazania rzeczywistości w tego typu budownictwie mieszkalnym. I choćby dlatego warto było obejrzeć ten film. 






niedziela, 5 lutego 2017

Krwawa rzeka

Mei Gong He Xing Dong
Chiny, Hongkong 2016
reż. Dante Lam
gatunek: akcja

Znajdująca się w tytule filmu rzeka Mekong nie jest zbyt znana w naszym kraju, jednak pełni ona dość ważną rolę w Azji. Ta czwarta najdłuższa rzeka Azji, a dziewiąta na świecie jest prawie pięciokrotnie dłuższa, niż nasza Wisła. Przy okazji przepływa przez sześć krajów, dzięki czemu jest ważna z handlowego punktu widzenia. Co istotne dla samego filmu - niektóre jej rejony są siedliskiem przestępczości. 


Na rzece przestępcy zaatakowali chiński statek, rabując go oraz zabijając kilkunastu podróżujących na nim Chińczyków. Chińskie władze postanawiają pomścić rodaków oraz pozbyć się Naw Khama (Pawarith Monkolpisit) - władającego niekontrolowaną przez żaden rząd częścią rzeki przestępcy. W tym celu wysyłają oddział specjalny.


Jeśli oceniałoby się tylko stopień realizacji strzelanin, pościgów oraz przeróżnych wybuchów film ten z całą odpowiedzialnością mógłbym polecić tym, którzy katują po raz dwudziesty Rambo - produkcja Lama może być uznana za całkiem dobrą, przepełnioną non-stop akcją alternatywą. Jest to typowy męski film, oglądany do piwa. Myśleć nie trzeba wcale, za to obejrzy się wszystko to, o co chodzi w filmie akcji. Do tego egzotyka miejsca, jakim są tereny rzeki Mekong potrafi przyciągnąć do oglądania - mimo że ogląda się po raz setny tą samą historię, to orientalne realia pochłaniają. Szkoda tylko, że film jest strasznie jednowymiarowy - oprócz pogoni i strzelanin nie ma sobą nic do zaoferowania. Wszystko wygląda pięknie, jednak jest wydmuszką. Fabuła (oparta na prawdziwych wydarzeniach) trzyma się na słowo honoru, w sumie nie wiemy zbytnio o co chodzi, a bohaterowie wymieniają tylko albo kurtuazyjne zdania, nim przejdą do właściwej akcji (tak zwana struktura fabularna pornosa), albo usłyszą kilka zdań założeń tego, co muszą w najbliższym czasie wykonać (tutaj strukturalnie najbliżej filmowi do gry FPS). Niestety nic tu się nie trzyma kupy i po prostu bohaterowie czasem coś powiedzą, by pchnąć akcję do przodu. Ostatnie 25% filmu to już brak jakichkolwiek rozmów i tylko czysta akcja - w sumie może lepiej byłoby, gdyby zrezygnowano z dialogów zupełnie i cały film był oparty na scenach sensacyjnych. W rezultacie dostajemy bardzo dobry film pod względem scen akcji i zerowy fabularnie. A więc w mojej ocenie ujdzie ale nie tego szukam w kinie.




poniedziałek, 19 grudnia 2016

W gnieździe żmij

Zawieście czerwone latarnie (Da hong deng long gao gao gua) 
Chiny, Hongkong, Tajwan 1991
reż. Yimou Zhang
gatunek: dramat

Jedną z rzeczy, za które naprawdę kocham kino, szczególnie to, z orientalnych dla nas stron świata jest to, że dzięki niemu możemy wyedukować się na temat przeróżnych kultur przemierzając dziesiątki (jeśli nie setki) lat i tysiące kilometrów nie ruszając się z własnego pokoju lub sali kinowej. Tym razem poszerzając dzięki filmowi wiedzę o świecie natrafiłem na naprawdę dobrą chińską produkcję.


Chiny lat 20. ubiegłego wieku. Po śmierci ojca 19. letnia Song Lian (Li Gong) nie mając perspektyw na kontynuowanie studiów decyduje się poślubić znacznie od siebie starszego lokalnego bogacza ze starożytnego rodu. Przybywa do jego zamku, by zamieszkać samotnie w jednej z jego części. Na miejscu zastaje pozostałe trzy pozostałe żony bogacza (Cuifen Cao, Saifei He, Jin Shuyuan). Między odciętymi od świata zewnętrznego wciąż trwa rywalizacja o względy męża i idący za tym status na zamku.


Film Yimou Zhanga znanego przede wszystkim z filmów o innej tematyce i ciężarze gatunkowym (Hero, Dom latających sztyletów) jest istotną perełką, którą powinien obejrzeć i docenić każdy koneser kinematografii. Wysublimowana opowieść o życiu konkubin w złotej klatce to artystycznie jeden z lepiej udanych filmów, jakie widziałem w ostatnim czasie. Historia skoszarowanych kobiet, które zabiegają o swojego męża, który każdego wieczora decyduje się zostać u jednej z nich na noc, co ogłaszane zostaje poprzez zapalenie tytułowych czerwonych latarni przed domem szczęśliwej wybranki zachwyca bogactwem detali i sposobem przedstawienia. Film ewidentnie sponsorowany jest przez kolor czerwony: od istotnych dla życia w zamku latarni, po stroje niemal wszystko tutaj jest utrzymane w różnych odcieniach szkarłatu. Całość obserwujemy poprzez statyczną kamerę, która nie śledzi bohaterów, tylko od czasu do czasu zmieniając swe położenie, by w kolejnym ujęciu znów zastygnąć w bezruchu. W wypadku tego filmu to bardzo dobre rozwiązanie dodające filmowi klimatu. Produkcja ta może być odczytywana zarówno jako rozliczenie ze smutnym losem kobiet w Chinach (zarówno w czasach dawnych, jak i bardziej współcześnie), jak i całej izolacyjnych i restrykcyjnych rządów w państwie, jeśli próbowalibyśmy rozszyfrować ten film w szerszym aspekcie. Jednak jakkolwiek by się spoglądało na to dzieł Zhanga jest to wspaniały obraz tradycyjnego chińskiego domu bogacza i pokazanie niedoli jego mieszkanek. Film dla przeciętnego widza trudny w odbiorze, z wolno płynącą fabułą i bez fajerwerków, jednak przy tym piękny i mądry., posiadający bardzo dobrą muzykę i potrafiący zachwycić egzotycznymi obyczajami. Jak najbardziej warto znać.








środa, 26 października 2016

Infiltracje

Infernal Affairs: Piekielna gra (Mou gaan dou)
Hongkong 2002
reż. Wai-keung Lau, Alan Mak
gatunek: kryminał, thriller

Zapewne wielu z czytelników widziało film Martina Scorsese Infiltracja z Leonardem DiCaprio, Mattem Damonem i Jackiem Nicholsonem w rolach głównych. Nie wszyscy wiedzą jednak, że produkcja ta, która wygrała 24 różne nagrody (w tym 4 Oscary) i otrzymała aż 34 inne nominacje konkursowe to hollywoodzka podróbka o kilka lat młodszego filmu z egzotycznego Hongkongu. Filmu, o którym kilka zdań poniżej.


Yan (Tony Leung Chiu Wai) od kilku lat służy bossowi lokalnej triady, Samowi (Eric Tsang). W rzeczywistości jednak pracuje dla policji rozpracowując mafię od środka. Inspektor Ming (Andy Lau) zaś pnie się w policyjnej hierarchii, jednak jego prawdziwym mocodawcą jest wspomniany gangster Sam. Podczas jednej z akcji obie strony dochodzą do wniosku, że w ich szeregach jest szpieg...



W porównaniu do amerykańskiego remake'u oryginalny film z Hongkongu nie dostał zbyt wielu nagród. W zasadzie może się pochwalić tylko statuetką przyznaną przez Stowarzyszenie Krytyków Filmowych z Tokio dla najlepszego filmu zagranicznego roku. Jednak uważam, że oryginał jest naprawdę świetnie skonstruowanym filmem, który na pewno jako świeży pomysł powinien stać wyżej niż jego nowa wersja. Siłą rzeczy w azjatyckiej produkcji brak wielkich nazwisk, jak znany wszystkim DiCaprio, a specyfika chińskich aktorów jest taka, że musi minąć trochę czasu, by swobodnie móc odróżnić ich na ekranie jednak nie psuje to w niczym filmu. Aktorzy bardzo wiarygodnie budują swoje postaci, dzięki czemu widzimy jedną z lepiej skonstruowanych rozgrywek psychologicznych w dziejach kina. Narastające stopniowo napięcie, jakiemu poddawani są główni bohaterowie wraz z presją ciążącą w przypadku fiaska ich poczynań daje się odczuć w każdej chwili trwania produkcji. Naprawdę mało który film oddaje w taki sposób odczucia bohaterów. 
Także na plus działa na pewno klimat egzotycznego Hongkongu, który to dopiero niedawno wrócił z rąk Brytyjczyków pod wpływy chińskie. Osadzenie akcji w tym odwiecznym łączniku między światem orientu a Zachodu to na pewno lepsze klimatycznie rozwiązanie, niż oglądanie porachunków gangsterów z Bostonu. I chociaż film ten ma pewne wady to ja jednak będę zachęcał, by w przypadku, gdy i oryginał i remake stoją na dobrym poziomie oglądać wersję oryginalną. Także polecam do obejrzenia!








poniedziałek, 30 marca 2015

Czy androidy mają uczucia?



Łowca androidów (Blade Runner)
USA, Hongkong, Wielka Brytania 1982
reż. Ridley Scott
gatunek: Sci-Fi, thriller

Nadrabiając klasykowe zaległości tym razem przysiadłem nad osławionym Łowcą androidów. Oglądanie filmów fantastycznych, zarówno fantasy, jak i z obrębie fantastyki naukowej po raz pierwszy po ponad 30 latach od ich produkcji często bywa bolesne. Since fiction z lat 70. i 80. obecnie wygląda przeważnie dość mocno żenująco, a nowoczesny świat przyszłości (w tym niekiedy czasy nam obecnie teraźniejsze) wyglądają dość ubogo. Jak 33 lata po premierze prezentuje się więc film Ridleya Scotta?


Film przenosi nas do 2019 roku, w którym to ludzkość kolonizuje już inne planety, możliwe są swobodne podróże międzyplanetarne i inne tego typu atrakcje. Ludzkość posługuje się do wykonanywania najtrudniejszych robót androidami. Najbardziej zaawansowane z nich to tzw, replikanty o nazwie Nexus 6. Z czasem zdobywają one zdolność uczuć, więc aby nie stały się zbyt potężne mają one ograniczoną do czterech lat żywtoność. Po buncie tych istot na jednej z planet postanawia się o likwidacji replikantów. Za zadanie te są odpowiedzialni tzw. łowcy androidów. Jeden z nich, Rick Deckard musi zlokalizować i zlikwidować kilku przebywających w Los Angeles replikantów pod dowództwem Roya (Rutger Hauer).


Film oparty jest na opowiadaniu P. Dicka pt. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Opisana przez niego w 1968 przyszłość (czyli prawie nasza teraźniejszość) wygląda dość ponuro. Ciemne, zatłoczone i pozbawione wręcz dostępu do Słońca miasto pełne służb porządkowych i andoridów nie wygląda zachęcająco. Ludzie korzystają z tak zaawansowanych środków transportu, jak latające samochody. Ogólnie zawsze śmieszyło mnie ukazywanie przyszłości w dawnych filmach sci-fi. Mamy wszędzie brzęczące urządzenia, migające różnokolorowe lampki i inne tego typu urządzenia. Jak dla mnie to nie symbol zaawansowanego postępu, a denerwującej głupotu. Czy kilkadziesiąt lat temu uważano, że nanotechnologia musi się kiczowato świecić i wydawać hałasy rodem z Atari? Do tego nieodłączne superkomputery przypominające telegazetę...
Sama fabuła przez większosć uważana chyba za bardzo dobrą nie zrobiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Mamy tu do czynienia z jednym z kardynalnych pytań stawianych przez ten nurt gatunkowy. Czy roboty mogą odczuwać ludzkie odczucia i co stanowi istostę cżłowieczeństwa. Zapewne 30 lat temu, czy niemal pół wieku wstecz, gdy powstawało opowiadanie te pytania wydawały się innowacyjne i na czasie, jednak po latach nie robi to zbyt wielkiego wrażenia, widziało i czytało się tego  typu rzeczy zbyt wiele razy. Mimo, że lubię fantastykę to fabuła filmu nie przykuła mnie do ekranu. Przez te dwie godziny często się nudziłem musząc szukać innych atrakcji wokół mnie, niż te które (nie)dochodziły z pseudofutrystycznego Los Angeles. 
Fani fantastyki, jeśli jakimś cudem jeszcze nie oglądali filmu Scotta może znajdą coś dla siebie. Dla innych raczej nie polecam. 




czwartek, 19 marca 2015

Bezzębne smoki


Revenge of the Green Dragons
USA, Hongkong 2014
reż. Wei - keung Lau
gatunek: kryminał, sensacyjny

Większość ludzi lubi kino gangsterskie. Takie produkcje jak Chłopcy z ferajny, Człowiek z blizną czy Ojciec chrzestny mimo upływających lat cieszą się nadal mocno zasłużoną estymą wśród widzów. Corocznie dochodzą do grona filmów o tematyce gangsterskiej świeże produkcje. W ostatnich latach mieliśmy na przykład świetnych Wrogów publicznych z Johnnym Deppem w głównej roli czy całkiem ciekawy koreański New world.  Dowiadując się o opisywanym właśnie filmie liczyłem na dobre kino gatunkowe utrzymane w egzotycznym dla nas półświatku azjatyckich mafii. Jednak mocno się przeliczyłem,


Mamy rok 1983. Bohaterów poznajemy jako dzieci. Sonny (Justin Chon) oraz Steve (Kevin Wu) są emigrantami przybywającymi do krainy szczęścia, jaką jawi się Nowy Jork. Jednak nie wszystko idzie tak, jak rodem z amerykańskiego snu. Chłopcy są zmuszani do niewolniczej pracy w chińskim barze. W pewnym momencie Steve pakuje się w kłopoty napotykając członków jednego z gangów panoszących się w Chinatown - Green Dragons. Zapewne skończyłby marnie, gdyby nie interwencja prowodyra organizacji - Paula Wonga (Harry Shum Jr.), który przyłącza chłopca do gangu. Steven zachęca Sonny'ego do przyłączenia się do organizacji, na to ten bez wahania przystaje. Później akcja przenosi nas do 1989 roku gdzie gang będzie musiał walczyć o wpływy z innymi organizacjami przestępczymi, a także uporać się z policją...


Fabuła w filmach o mafii mimo, że często jednotorowa i przewidywalna czasem potrafi zainteresować i wciągnąć widza. Tutaj tego niestety nie ma. Coś się dzieje, jednak wydarzenia ekranowe nie zasysają odbiorcy, który niespecjalnie ma ochotę wejść w ten świat. Sam film trwa półtorej godziny, a miałem opory, by skończyć seans za jednym razem.
Przedstawiony świat jest strasznie brutalny. W sumie w pewnym sensie taki powinien być, tak sobie wyobrażam poczynania triad czy yakuzy. Jednak tutaj czasem autorzy przesadzają. Początkowe sceny, gdzie banda ugania się za dziećmi, by pobić je bez żadnego powodu są trochę nietrafione. 
Dziwi mnie to, że sam Martin Scorsese firmował film swoim nazwiskiem. Po takim mistrzu nie oczekiwałem nastawiania się na dewaluację swojej osoby. 
Nawet w słabych i przeciętnych filmach znajdzie się kilka scen, lub choćby jedną, którą powinno się zapamiętać na dłużej. Tutaj tego nie uświadczyłem. Mamy jakiś ciąg zdarzeń, trochę rozmów, trochę strzelania i przepychanek, ale wszystko to pozbawione jest większego polotu. 
Ciężko napisać coś więcej o tym filmie. Oczekiwałem egzotycznego klimatu chińskich triad wylewającego się z ekranu przez cały seans. Niestety nie doświadczyłem tego choć w części. Film ten kuleje pod prawie każdym względem. Strata czasu, nie polecam. Duże rozczarowanie.