Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. Bannett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą H. Bannett. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Thriller dla kur domowych

Dziewczyna z pociągu (The Girl on the Train)
USA 2016
reż. Tate Taylor
gatunek: thriller

Wydana w zeszłym roku pod tym samym tytułem książka Pauli Hawkins stała się szybko międzynarodowym bestsellerem chwalonym między innymi samego Stephena Kinga. Jak głoszą informacje na obwolucie debiutancka powieść autorki została najlepiej sprzedającym się debiutem w Wielkiej Brytanii, książka roku według branżowej strony społecznościowej Goodreads, a co 6 sekund sprzedaje się jej egzemplarz na terenie USA. Przy tych sukcesach Bestseller Empiku za 2015 rok wydaje się przystawką. Więc akurat na tydzień przed premierą filmu kupiłem książkę i zdecydowaem się ją przeczytać. I co? Wielki zawód.  


Alkoholiczka Rachel (Emily Blunt) codziennie za pomocą pociągu dojeżdża z przedmieść do centrum miasta. Przemieszczając się śledzi życie ludzi mieszkających w domach mijanych po drodze. Szczególną uwagę poświęca swemu dawnemu miejscu zamieszkania, gdzie obok domu, w którym mieszka jej były mąż Tom (Justin Theroux) z Anną (Rebecca Ferguson) obserwuje szczęśliwą, jak jej się wydaje parę (Haley Bennett i Luke Evans). Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że obserwowana przez nią kobieta znika. Rachel postanawia dowiedzieć się, co się z nią stało.


Chyba nie wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego, by dojść do wniosku, że film ten powstał dla kasy, aby odciąć trochę kuponów w postaci dolarów od dość niezrozumiałego sukcesu finansowego oryginalnej powieści. Musiano rzucić się na ekranizację dość szybko, skoro po roku od wydania powieści ktoś ten nakręcił, zmontował, a wcześniej jeszcze zdążył zebrać ekipę filmową. Sama książka miała tylko trochę ponad 300 stron, powstał na jej podstawie niemal dwugodzinny film, zaś i tak umknęło autorom ukazanie kilku najważniejszych motywów i scen z prozy Hawkins. Dziwi mnie też przeniesienie akcji z Londynu do Nowego Jorku. Nawet kręcąc film w Ameryce można było bez pokazywania charakterystycznych miejsc zostawić akcję w kanonicznym mieście.
Filmy z gatunku thrillerów powinny sprawiać, że widz czuje pewien niepokój, nie może doczekać się wyjaśnienia zagadki i losów bohaterów. Jak zaś nazwa gatunku sugeruje powinno się odczuwać dreszcz emocji. W filmie Taylora nie ma nic z tego. Film jest nudny, miałki, jedyną emocję, jaką wytwarza to senność i ziewanie. Niektórzy ludzie po około pół godziny trwania seansu wyszli z sali i już nie wrócili. Nie dziwię się, gdyż sam znając zakończenie chciałem wyjść już po 15 minutach, gdyż jakoś filmu była bardzo słaba. W sumie tylko dobra gra aktorska głównych bohaterów wymienionych wyżej plus Edgar Ramirez wcielający się w psychoterapeutę stanęli na wysokości zadania. Dwie ładne dziewczyny to coś, co przyciągało mimo wszystko uwagę, wspomagane dodatkowo przez ogólnie też niebrzydką i utalentowaną Emily Blunt, tu grającą oblecha - to jakiś tam mały plus. Także Theroux w roli Toma wypadł dobrze. Niestety cała reszta leży i kwiczy. Tak jak w przypadku słabej i przewidywalnej książki, tak i w filmie trzeba jasno i głośno powiedzieć - król jest nagi. Ale pewnie i tak swoje zarobi. W wysypie październikowych premier warto jednak iść na co innego. 





wtorek, 27 września 2016

Suicide Squad

Siedmiu wspaniałych (The Magnificent Seven)
USA 2016
reż. Antoine Fuqua
gatunek: western

Podchodziłem do tego filmu z wielką rezerwą. Mogę powiedzieć wręcz, że byłem mocno, naprawdę mocno sceptyczny faktem, że kultowy film Johna Sturgesa z 1960 roku, który uważam za jeden z lepszych westernów doczeka się jakichś kontrowersyjnych popłuczyn. Po zwiastunie oczekiwałem już wszystkiego najgorszego. Jednak następca westernowego remake'u Siedmiu samurajów w ostateczności okazał się całkiem przyjemną rozrywką.  


Bezwzględny kapitalista Bartholomew Bogue (Peter Sarsgaard) terroryzuje mieszkańców osady, której ziemie chce zagarnąć. Próbująca się przeciwstawić magnatowi obywatelka miasta, Emma (Haley Bennett) wyrusza w świat szukać rewolwerowców chętnych pomóc gnębionym. Poznaje Chisolma (Denzel Washington), który rekrutuje wkrótce garstkę odpowiednich do zadania ludzi, którzy nie mają nic do stracenia (Chris Pratt, Ethan Hawke, Vincent D'Onofrio, Byung-hun Lee, Manuel Garcia-Rulfo, Martin Sensmeier). Udają się do miasta szykować obronę przed najemnikami Bogue'a.


Najlepiej ten film oglądać w ogóle nie porównując go do oryginalnych Siedmiu wspaniałych. Łatwo, jeśli nie widziało się filmu sprzed 55 lat, jednak zakładam, że większość kinomaniaków film ten widziała,a fani westernu pewnie nawet nie raz. Super byłoby, gdyby twórcy zmienili trochę skład osobowy tytułowej kompanii na sześciu bądź ośmiu i dali inny tytuł nie nawiązując do ikony westernu. Niestety licząc zapewne na większą kasę postanowiono zaczerpnąć z hitu sprzed lat. Jednak aby oglądać ten film powinno się odstawić klasyka na półkę i patrzeć na produkcję z 2016 roku jako na odrębne dzieło. No bo zresztą jak porównywać Brynner'a, Wallacha, McQueena czy Bronsona do Washingtona, Sensmeiera czy Byung-hun Lee? Połowa niemal obecnej siódemki stanowią tak niewesternowi bohaterowie, jak czarnoskóry (w klasycznym westernie nie do pomyślenia, chociaż Tarantino czy Eastwood już z tego pomysłu korzystali), Indianin i Koreańczyk w jednej drużynie sprawiedliwych na XIX. wiecznym Dzikim Zachodzie? W sumie brakuje chyba tylko transwestyty, Eskimosa i Pigmeja. Niestety nie zawsze polityczna poprawność sprawdza się na 100%. A wstawianie postaci o określonym kolorze skóry, tam gdzie ich nie ma (czy nie było) to już przesada równie spore, jak oskarżanie konsolowego i komputerowego Wiedźmina o brak w tym świecie postaci czarnoskórych. No ale chyba od tego rzeczy w kinie hollywoodzkim nie unikniemy. Niestety nie unikniemy też chyba czegoś znacznie gorszego - mainstreamowy amerykański rynek filmowy stał się molochem produkującym filmy dla dzieci. Wszechobecne PG13 zabiło współczesne kino multipleksowe. Ten film też jest od 13 roku życia więc zapomnijcie o widoku krwi - jak to w westernie strzela się bardzo dużo, trup pada, czasem nawet poharatany nożem - ale wszystko to odbywa się bezkrwawo, a bohaterowie składający się z największych zabijaków nie powiedzą nic kwiecistym językiem. Bardzo wszystko tu grzeczne. Szkoda, bo obecnie idąc do kina - multipleksu na 10 produkcji cztery to animowane bajki, a reszta to produkcje familijne, gdzie PG15 świadczy już o odwadze producentów filmu. Strasznie przykre.
Jednak wracając do samego filmu - naprawdę nie było źle. Patrzy się na to z niekłamaną przyjemnością. Fabuła jest prosta i typowo westernowa, połowę stanowi wprowadzenie do akcji i zaprezentowanie postaci, druga część to już przygotowania do obrony i sama walka. Walka pokazana całkiem sprawnie, na którą patrzy się z ciekawością (choć jest jak wspomniałem bezkrwawo). Jest to także kanoniczna opowieść o męskiej przyjaźni, walce o lepszą sprawę i inne tradycyjnie westernowe wartości. Dwie godziny filmu naprawdę szybko mijają i nie trzeba patrzeć na zegarek. Cieszą także pewne nawiązania do oryginalnego dzieła, szczególnie w końcówce. Słysząc w początkowej scenie napisów końcowych motyw muzyczny filmu z 1960 roku wychodziłem naprawdę zadowolony. I mimo wielu rzeczy, które niezbyt mi się podobały to wychodząc z siódmej sali kinowej nie zastanawiałem się nad oceną, bo ta mogła być tylko jedna - SIEDEM. Przy niedostatku westernów na rynku - warto cieszyć się z tego filmu, choć do sukcesu pierwowzoru nie zbliży się on ani na krok.