Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. McCann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. McCann. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2015

Western nie umarł

Slow West
Nowa Zelandia, Wielka Brytania 2015
reż. John Maclean
gatunek: western

Wydawałoby się, że western to gatunek mocno skostniały. Osiągający lata swojego prosperity dobre pół wieku temu gatunek według wielu wymarł na dobre, a zakończył się wraz z filmem Bez przebaczenia Clinta Eastwooda. I rzeczywiście w latach 90. i na początku lat dwutysięcznych nie licząc kilku parodii oraz słabych filmideł mieliśmy posuchę gatunkową. Na szczęście jak się okazało znalazło się jeszcze miejsce dla tego zasłużonego w historii kina gatunku, co pokazuje sukces takich filmów, jak zeszłoroczny film Tommy'ego Lee Jonesa Eskorta czy Django Tarantino (który do tego okresu wraca niebawem w Nienawistnej Ósemce). Teraz mamy zaś do czynienia z nowozelandzkim spojrzeniem na ten gatunek. 



Połowa lat 70. XIX wieku, Ameryka. Poznajemy losy młodego szkockiego arystokratę (sic!) Jaya Cavendisha (Kodi Smit-McPhee), który podróżuje przez dzikie ostępy Zachodu Ameryki w celu odnalezienia swojej ukochanej ze Szkocji, Rose (Caren Pistorius). Od pewnego momentu towarzyszy mu tajemniczy łowca nagród (Michael Fassbender). Chłopak nie wie, że za Rose i jej ojca (Rory McCann) została wyznaczona nagroda...


Pierwsze co rzuca się od razu w oczy podczas oglądania tego filmu to fantastyczne krajobrazy i fakt, że film został świetnie zrealizowany. Mnogość barw jest tu zatrważająco dobra, aż chce się oglądać scenerię, w jakiej poruszają się bohaterowie. Nowa Zelandia uchodząca tutaj za dziki zachód jest krainą tak bogatą w cudowne miejsca i przy okazji tak różnorodną, że chciałoby się widzieć coraz więcej i więcej.
Niestety w parze z krajobrazem nie idzie fabuła filmu. Mamy tutaj w sumie dość miałkich bohaterów, wiele rzeczy jest niespójnych i nielogicznych. Film ten, jak gros westernów jest typowym kinem drogi. Bohaterowie wolno posuwają się do określonego celu i spotykają liczne dziwne postaci, które są mocno przerysowane. Dziwi bardzo to, że Jay wie dokąd ma się udać, by odnaleźć dziewczynę. Skąd to wie nie wiadomo, jednak finalnie ją odnajduje w samotnym nowoodmalowanym domku gdzieś na pustyni. Trochę to dziwne. Jest to też film inicjacyjny, pokazujący efekty pierwszej miłości i skutków jakie jej towarzyszą. 
Podobać się może gra aktorska Fassbendera, który zalicza w Polsce w jednym miesiącu trzy premiery z sobą w roli głównej. To jakiś mały rekord (nie licząc Piotra Głowackiego ale to chyba nie ta liga). Jego bohater jest kanoniczny wręcz jeśli chodzi o ten gatunek filmowy. Razi za to gra Smita - McPhee. Młody aktor znany zapewne wielu z Drogi, gdzie występował przed sześciu laty z Vigo Mortensenem jest strasznie nijaki.Nie powiem żeby jego gra aktorska w jakikolwiek sposób powalała.
Reasumując mamy tutaj klasyczne kino drogi w westernowym wydaniu. To co może przyciągnąć do filmu to na pewno barwny świat, jaki oglądamy. Minusem jest natomiast głupia, irracjonalna fabuła i zdarzenia. Ale co kto lubi. Obejrzeć można, choć na pewno nie trzeba. Miło jednak, że ktoś jeszcze stawia na western.