sobota, 9 stycznia 2016

Wampiryczna komedia

Nieustraszeni pogromcy wampirów (Dance of the Vampires)
USA, Wielka Brytania 1967
reż. Roman Polański
gatunek: horror, komedia

I oto pierwszy opis filmu widzianego przeze mnie w nowym, 2016 już roku. Jest to produkcja, którą chciałem zobaczyć od dawna, film będący przepustką do Hollywood dla jednego z moich ulubionych reżyserów, Romana Polańskiego. I jak lubię jego filmy, tak tutaj mam pewien problem.


Do XIX wiecznej Transylwanii przybywa wyrzucony z uniwersytetu w Królewcu profesor Abronsius (Jack MacGowran) wraz ze swym młodym asystentem Alfredem (Roman Polański). Profesor zamierza na udowodnić niedowiarkom swoje teorie o istnieniu wampirów, które jak uważa mieszkają w tych terenach. Zatrzymują się oni w oberży Żyda Shagala (Alfie Bass), którego córka Sara (Sharon Tate) wpada w oko Alfredowi. Wkrótce podróżni dowiadują się o zamieszkującym pobliskie zamczysko hrabim - wampirze (Ferdy Mayne).


Nie jestem fanem horrorowych parodii, które przeważnie ani nie są straszne, ani też nie śmieszą. Ani żadne Straszne filmy czy Wampiry bez zębów nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Wychodzę z przekonania, że dwa całkiem odrębne gatunki ciężko jest udanie połączyć. Oczywiście czasem się udaje (na przykład komedia z małą dawką horroru Wredne jędze) ale to raczej nie na zasadzie parodiowania czegokolwiek. Komedia ma śmieszyć, horror straszyć i ciężko to pogodzić. Oczywiście masa nieudolnych horrorów śmieszy ale to raczej nie jest zamierzone przez twórców. A opisywany właśnie film Polańskiego ani specjalnie nie śmieszy (może 2-3 fajne, komediowe sceny) ani nie straszy (choć dobrą horrorową ścieżkę dźwiękową stworzył Krzysztof Komeda). Jest to w wielu miejscach film kultowy, w czasie którego Polański poznał swą przyszłą żoną, zjawiskową choć niespecjalnie utalentowaną aktorsko Sharon Tate (później brutalnie zamordowaną przez sektę Charlesa Mansona). Ma pewien uroczy, ujmujący lekkością klimat (przypominający mi późniejszą o ponad czterdzieści lat grę Vampyre Story). Naprawdę dobrze oddany klimat transylwańskiej karczmy z gospodarzem i jego żoną śpiącymi za piecem to moim zdaniem najlepszy moment filmu. Pojawienie się wampirów i sceny z nimi nie są już tak udane. Myślę, że jest to film niezły, trochę powyżej przeciętnej i dla fanów wampiryzmu i Polańskiego pozycja mimo wszystko obowiązkowa. Jednak oczekując czegoś naprawdę wielkiego to moim zdaniem trzeba zabrać się za inne filmy tego reżysera.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz