sobota, 14 lutego 2015

W pogoni za sławą

Birdman 
USA 2014
reż. Alejandro González Iñárritu
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
muzyka: Antonio Sanchez

Tytułem wstępu chciałbym napisać o niezrozumiały dla mnie fenomenie superbohaterów. Amerykanizacja przyniosła to do Europy, w tym do Polski kult super jednostek, które pojawiają się na kartach komiksów, by później wytransferowane na ekrany pobijać box office'owe rekordy. Nigdy nie rozumiałem tego popkulturowego zdarzenia, gdzie miliony dorosłych ludzi zachwycają się przebranym w kostium sado-maso lub biegających w pstrym ubranku gościem, który za pomocą super mocy co chwilę ratuje świat przed przeambitnymi, groteskowymi czarnymi charakterami. Ale ze zdziwieniem muszę przyznać, że wielkiej masie ludzi to się podoba. Gdy w kinie pojawił się trailer Birdmana chciałem, aby jak najszybciej się skończył. Za nic nie trafiają do mnie opowieści o tego typu postaciach. Jednak z wielkim szczęściem zobaczyłem w zwiastunie, że nie będzie to kolejny film o superbohaterze i z ciekawości zdecydowałem się go zobaczyć. Czy słusznie?


W filmie meksykańskiego reżysera poznajemy losy Riggana Thomsona (w tej roli znany m.in. z Batmana Michael Keaton). Riggan przed laty osiągnął sławę wcielając się w hollywodzkich blockbusterach w superbohatera birdmana. Zrezygnował jednak z grania w kolejnych częściach przygód człowieka-ptaka, by zająć się ambitniejszymi produkcjami. Po ponad dwudziestu latach wciąż toczy wewnętrzne dialogi z samym sobą co do słuszności decyzji. Obecnie Thomson przygotowuje się do wystawienia na Broadwayu sztuki znanego pisarza, którą adaptował i sam wcieli się w jedną z głównych ról. Na kilka dni przed premierą filmu do obsady dołącza znany aktor - Mike (dobra rola Edwarda Nortona), z którym Riggan będzie miał dużo kłopotów. Oprócz tego Riggan będzie musiał uporać się z wychodzącą z nałogu córką Sam (Emma Stone), którą aktor zaniedbywał przez wszystkie lata jej życia. A do premiery sztuki, mającej przywrócić mu dawno zapomnianą sławę coraz mniej czasu...


Produkcja posiada bardzo dobrą grę aktorską. Sposób ekspresji w czasie licznych potyczek słownych (i nie tylko słownych) Keatona z Nortonem ogląda się wspaniale. Oglądanie ich obu na ekranie to czysta przyjemność, i według mnie dawno nie było tak wyrazistego duetu. Fabuła, choć niezbyt odkrywcza i w sumie bardzo hollywoodzka trzyma jednak solidny poziom. Dobre dialogi przeplatają się z przynudzającymi scenami, ale generalnie jest powyżej średniej.
Jednak nie ze względu na aktorów, fabułę i dialogi zapamięta się ten film. Wszystko przez pewien zabieg reżyserki, który tu występuje. Cała produkcja to praktycznie jedno wielkie długie ujęcie. Długie ujęcia zawsze przecież były pokazem kunsztu reżyserskiego. Pamiętacie Chłopców z ferajny? Jedną, długą scenę, gdy grany przez Raya Lottę Henry zabiera swoją dziewczynę do drogiego lokalu? Wraz z nimi przechodzimy przez kilka korytarzy, oglądamy kuchnię, a potem już na głównej sali Henry przedstawia tak ukochanej, jak i widzom co ważniejsze postaci zasiadające na sali. Wszystko to trwa zaledwie dwie i pół minuty ale robi trwałe wrażenie na widzu. Bo dzięki długim ujęciom widz nie tyle ogląda bohaterów, ale on ich wręcz podgląda. Idzie z nim, czuje bliskość postaci. I taki jest właśnie opisywany teraz film. Dwugodzinne długie ujęcie ze zgrabnie zatuszowanymi kilkoma przejściami. Klasa. 
Sama fabuła pokazująca dążenie do powrotu, walkę o odzyskanie popularności czy polepszenie kontaktów z córką jest oklepana i każdy widział już coś podobnego wiele razy. Gra aktorska zachwyca, ale to przecież coś bardzo fundamentalnego w aspirujących produkcjach. Jeśli film ma dostać Oscara, do którego jest nominowany, to zapewne tylko z powódek montażowych. Czy na to zasługuje? Szczerze mówiąc nie wiem. Tegoroczna konkurencja może nie jest na niebotycznym poziomie, jednak stawka wydaje się mocno wyrównana. I cóż, sam Birdman to film, do którego można się łatwo zniechęcić. Potrzeba kilkunastu minut, żeby się wkręcić w sposób przedstawienia scen oraz samą fabułę. Jak się wytrzyma pierwsze pół godziny to zapewne później już tylko będzie dodawać się dodatkowe punkty do oceny. 




P.S. Co ciekawe grający Thomsona Michael Keaton też zasłynął dzięki wcielaniu się w rolę superbohatera w Batmanie, jednak odrzucił propozycję grania w kolejnych częściach, by zająć się innymi projektami. Czyżby wyraźne wątki autobiograficzne?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz