piątek, 4 listopada 2016

Żółte piekło

Przełęcz ocalonych (Hacksaw Ridge)
USA, Australia 2016
reż. Mel Gibson
gatunek: biograficzny, dramat, wojenny


Mel Gibson, enfant terrible światowego kina powraca do reżyserii po okrągłych dziesięciu latach do kręcenia filmów opisywaną właśnie produkcją. Bez zachwalających recenzji wiedziałem już, że chcę obejrzeć ten film w dniu ogólnej premiery, gdyż po prostu uważam, że facet robił do tej pory co najmniej bardzo dobre filmy, od Bravehearta, poprzez Pasję, na Apocalypto kończąc. Uznałem więc, że to nie może się nie udać.  


Desmond Doss (Andrew Garfield) żyje sobie gdzieś na amerykańskiej prowincji w czasie drugiej wojny światowej. Ma ojca alkoholika (Hugo Weaving) ale też i niezłą narzeczoną (Dorothy Shutte). Pod wpływem patriotycznego obowiązku pozostawia to wszystko i wciela się do wojska. Tam trafia pod oko sierżanta Howella (Vince Vaughn). Problemem jest jednak to, że religia zabrania Dossowi trzymania broni...


Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że Gibson inspirował się prawdziwą historią człowieka z krwi i kości - Desmonda Dossa (który przed napisami końcowymi pokazany jest na materiałach archiwalnych). Mamy więc zapewne trochę upiększoną i ucharakteryzowaną na potrzeby filmu, jednak w gruncie rzeczy realną historię z krwi i kości. Producenci do filmu obsadzili oprócz kilku bardziej znanych twarzy ludzi z grubsza anonimowych dla ogółu. Zdało to egzamin, gdyż widzimy tu przeważnie zwykłych ludzi, którzy nie zalatywali nam z ekranu wcześniej setki razy. Do tego dochodzą naprawdę dobre role znanego z Matrixa i Władcy Pierścieni Weaving'a i pokazującemu wreszcie, że jak dostanie dobrą rolę to potrafi Vincenta Vaughna. Trochę moim zdaniem kuleje główna postać zagrana przez Garfielda - ten nieustanny głupkowaty wyraz twarzy i równie mało inteligentny uśmiech nie schodzący z oblicza był dla mnie nieco irytujący. 
Dostajemy w tym filmie trzy różne od siebie segmenty - początkowy z dzieciństwem i młodością bohatera, który musi mierzyć się z życiem przy uciążliwym ojcu (oraz stawiać pierwsze niepewne kroki randkowe), później to już armijny obóz przygotowawczy, gdzie Doss poznaje efekty działania wojskowej fali oraz crème de la crème filmu, czyli sceny batalistyczne na Okinawie. Sceny te zapewne zmuszą krytyków do zredefiniowania poglądu na sekwencje wojenne. Przez lata to scena z lądowania na plaży Omaha w Szeregowcu Ryan'ie uchodziła za pokazowe naturalistyczne oddanie piekła walki. W filmie Gibsona wydaje mi się, że mamy to samo tylko wzięte do potęgi. Wszechobecny chaos, wybuchy, brutalność, śmierć, zwłoki, okaleczenia, fragmenty ciał czy wnętrzności - autorzy nie stosowali tu żadnej cenzury. To jedna z najlepszych filmowych bitew w historii, warto podkreślić, że zrealizowana bez ogromnego budżetu czy masy efektów CGI. Choć film Gibsona jest momentami pompatyczny to ta pompa nie razi niemal wcale, a i stosowanie niezbyt lubianego przeze mnie slow motion jest tutaj dawkowane w rozsądnych ilościach. Jeśli jeszcze miałbym się do czegoś przyczepić to to, w jaki sposób zostali przedstawieni Japończycy - mamy tutaj jakąś wrzeszczącą, brutalną masę ludzi, którzy bardziej przypominają potwory pokroju orków z powieści Tolkiena - nie wypowiadając ani jednego słowa sieją tylko zniszczenie. Można byłoby ich trochę jednak uczłowieczyć, pokazać beznadzieję ich sytuacji - wszak pojeni od dziecka opowieściami o honorze, bezwzględnemu posłuszeństwu etc walczyli za beznadziejną sprawę w przegranej już wojnie kończącej imperialistyczne zapędy Japonii.
Oglądając film naszła mnie myśl, że gdyby każdy wierzący (jakiejkolwiek religii by nie był) byłby człowiekiem takim, jak bohater filmu nasz świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia.
A film Gibsona polecam, nie tylko fanom kina wojennego. Wyczuwam Oscara.





czwartek, 3 listopada 2016

Zemsta jest cierpliwa

Oldboy (Oldeuboi)
Korea Południowa 2003
reż. Chan-wook Park
gatunek: thriller

Zapoczątkowana przez opisywaną na blogu Panem Zemstą nieformalna trylogia zemsty Chan-wook Parka znalazła swą kontynuację rok później w opisywanym właśnie tytule będącym według wielu najlepszym filmem koreańskiego reżysera. Oglądając ten film zastanawiałem się dlaczego na pierwszy seans czekałem aż 13 lat od premiery. Myślę, że kolejną część cyklu, czyli Panią Zemstę muszę nadrobić jak najszybciej.


Dae-su Oh (Min-sik Choi) zostaje porwany z ulicy i spędza 15 lat uwięziony w pokoju - więzieniu. Po opuszczeniu miejsca odosobnienia postanawia odnaleźć odpowiedzialnego za jego uwięzienie i poznać powody tegoż. Pomaga mu spotkana niebawem Mido (Hye-jeong Kang). Wkrótce odnajduje winowajcę, którym okazuje się niejaki Woo-jin Lee (Ji-tae Yu). Dae-su musi jednak jeszcze znaleźć powód swej izolacji...


Postronny czytelnik oglądając tylko kadry z filmu, które zamieściłem jako ilustracje do notki może błędnie sądzić, że to tylko prosta opowieść o facecie biegającym z furią po melinach robiąc apokalipsę za pomocą młotka. Tak oczywiście nie jest, chociaż sceny młotkowe (jak i ogólnie kilka innych scen walki widocznych w produkcji) robią dobre wrażenie i zostały naprawdę poprawnie zrealizowane. Jednak za samo bieganie z młotkiem w łapie nie dostaje się nagrody na festiwalu w Cannes. 
Chan-wook Park zrobił po raz kolejny dość ascetyczną w swej formie wielowątkową opowieść o zemście z przesłaniem. Tym razem jednak zaopatrzył ją w kilka mocnych twistów fabularnych, które zmieniają percepcję całości i wymagają skorygowania opinii na temat postaci i tego, co wcześniej widziało się na ekranie. A twisty te są naprawdę bardzo mocne. 
Wierny stylowi reżysera film został świetnie zrealizowany, są tu świetnie pokazane rzeczy, które są znakiem rozpoznawczym Koreańczyka, czyli przemoc i seks. Naturalistyczne sceny przemocy, jak młotkowy dentysta naprawdę na długo zapadną w pamięci. Jednak epatowanie samą bezsensowną przemocą nie jest w stylu Parka, więc mamy tu do czynienia z jednym z niewielu (dobrych!) thrillerów psychologicznych, gdzie naprawdę dużą rolę odgrywa percepcja bohaterów, ich życiowe wybory i świadomość. Naprawdę jednak żadne słowa nie oddadzą tego, co dzieje się na ekranie - to trzeba zobaczyć, przeżyć wraz z bohaterami. 
Naprawdę mocne, mroczne kino, które zostawia widza z wieloma pytaniami po seansie. Inteligentna rozrywka pokazana w artystyczny sposób - to trzeba zobaczyć. 





Narodziny Kręgu

The Ring - Krąg 0. Narodziny (Ringu 0: Bâsudei)
Japonia 2000
reż. Norio Tsuruta
gatunek: dramat, horror

Dla większości nawet niedzielnych miłośników filmu znana jest seria Ringu, zapewne dzięki hollywoodzkiemu remake'owi z Naomi Watts w roli głównej. Ringu jak i amerykański Ring są moim zdaniem jednymi z najlepszych horrorów, jakie powstały,ich kontynuacja także stoi na całkiem przyzwoitym (choć gorszym od podstawowej historii) poziomie, a Zachodnia wersja, co dziwne podobała mi się nawet chyba bardziej. Także do filmu będącego prequelem jedynki podchodziłem z pewnymi nadziejami, że znowu obejrzę przyzwoity film z tej serii. 


Sadako (Yukie Nakama) chodzi do szkoły średniej. Nieakceptowana przez rówieśników zapisuje się do kółka teatralnego, które przygotowuje aktualnie przedstawienie. Odtwórczyni głównej roli wkrótce potem ginie w dziwnych okolicznościach. Reżyser decyduje się przekazać jej rolę Sadako...


Totalnie zawiodłem się na tym filmie. Jeśli w oryginale po obejrzeniu kasety umierało się po siedmiu dni, to po obejrzeniu tego filmu trzeba będzie dochodzić przez siedem dni do siebie odzyskując powoli chęć na obejrzenie jakiegokolwiek filmu. To co zaserwował nam tutaj Tsuruta woła o pomstę do nieba. Nawet nie będę wypisywał minusów skupiając się tylko na plusach. A że plusów nie ma to i tę część pominę. Dostajemy niestraszny horror pozbawiony sensu i klimatu, doprawiony jakimś pseudodramatem głównej bohaterki, która zachowuje się jak prekursor emo. Zmuszałem się do oglądania kolejnych scen tej 100 minutowej produkcji, choć i tak zajęło mi to dwa dni. Niestety tym filmem producenci chcieli połasić się na łatwy pieniądz fundując widzom niesamowity bubel. Aż strach pomyśleć, jak wyglądaj kolejne filmy żerujące na naprawdę dobrym oryginalnym pomysłem zaczerpniętym z książki Suzukiego. Ale biorąc pod uwagę sam tytuł Jason vs Sadako czy Sadako vs Kayako musi to być bardzo wysublimowana rozrywka zarezerwowana tylko dla nielicznej elity intelektualnej...A co do opisywanego filmu - stanowczo odradzam! 





wtorek, 1 listopada 2016

Żywot mnicha, żywot człowieka

Wiosna, jesień, lato, zima...i wiosna (Bom-yeo-reum-ga-eul-gyeo-wool Geu-ri-go Bom)
Korea Południowa 2003
reż. Ki-duk Kim
gatunek: dramat


Kultury Dalekiego Wschodu w naszym kraju są przeważnie czarną dziurą. W Bogoojczyźnianej Polsce od wieków pielęgnowało się kulturę i tradycję, ale tylko własną zamykając się tym samym na obce zwyczaje. Niewątpliwie warto dbać o swoje i słusznie jest pielęgnować własną kulturę, jednak najlepiej robić to poznając przy okazji też przynajmniej śladowo obce nam zwyczaje (przynajmniej by nie wyjść na ignoranta). Pomaga w tym kinematografia. Między innymi poprzez ten film.


Śledzimy cykl życia buddyjskich mnichów mieszkających na sztucznej wyspie pływającej wokół jeziora gdzieś na totalnym pustkowiu. Mistrz (Yeong-su Oh) opiekuje się duchowo młodym mnichem (wcielają się w niego Jae-kyeong Seo, Young-min Kim i Ki-duk Kim).


Chociaż na pierwszy i drugi rzut oka mamy do czynienia z trudną dla zachodniego widza opowieścią silnie wydawać by się mogło zakorzenioną z buddyzmem i orientalnymi rytuałami Dalekiego Wschodu całość w gruncie rzeczy jest buddyjską przypowieścią, której idee są ponadczasowe, uniwersalne i zgodne z humanizmem. Tytułowe pory roku to tak naprawdę rytm życia, który pod pojęciem wiosny kryje młodość, jesieni starość etc. Żeby nie psuć fabuły nie będę jej opisywać, jednak mamy tu do czynienia z refleksyjnym spojrzeniem na życie dwóch mnichów w poszczególnych etapach ich egzystencji. Jest to opowieść trudna dla widza przyzwyczajonego do filmów pokroju Szybkich i wściekłych, jednak po obejrzeniu w skupieniu w pełni zrozumiała. Całość filmu ogląda się niejako jak moralitet będący pochwałą nieustannym prawom rytmu natury - obraz pokazuje nam, że wszystko, co jest teraz w podobnej formie istniało już wcześniej i istnieć będzie później, gdyż natura jest niezmienna. 
Jest to przede wszystkim film do oglądania i przeżywania. Do chłonięcia pięknych obrazów i bacznego obserwowania każdego ruchu,gestu czy dialogu (nie ma ich niemal zupełnie w filmie). To kolejny opisywany film ukazujący w sposób naprawdę mądry i piękny żywot mnichów. Wcześniejszy dotyczył mnichów prawosławnych żyjących na tytułowej Wyspie. Za sprawą opisywanego właśnie filmu możemy zaś udać się w podróż o wiele dalszą, lecz jakże wspaniałą. Nie dla wszystkich, jednak dla koneserów kina i piękna naturalnych prawideł świata - pozycja obowiązkowa.
.

Niemoralna propozycja

Niemoralna propozycja (Combien tu m'aimes?)
Francja, Włochy 2005
reż. Bertrand Blier
gatunek: komedia, dramat

Chyba każdy zna Monicę Bellucci. Jest to jedna z najpiękniejszych aktorek w kwiecie wieku i chyba najlepiej (naturalnie) starzejąca się aktorka wszech czasów. Jednak jeśli chodzi o jej filmografię i popisy aktorskie to raczej wypada to dość przeciętnie. Owszem są dobre i bardzo dobre filmy z jej udziałem, jak Malena czy Nieodwracalne jednak wbrew pozorom zbyt wiele się tam nie nagrała. Są też role dalszoplanowe, jak w serii Matrix lub Pasji, lecz to właśnie jakieś poślednie angaże. Poszukując filmów, gdzie Bellucci ma okazję bardziej się zaprezentować trafiłem na opisywany właśnie tytuł.


Francois (Bernard Campan) w barze-burdelu poznaje elegancką prostytutkę Danielę (Monica Bellucci). Mówi jej, że właśnie wygrał w loterii cztery i pół miliona euro i proponuje kobiecie 100 tysięcy za każdy wspólnie spędzony miesiąc, aż do skończenia się pieniędzy. Ta nie zastanawiając się długo wprowadza się do mieszkania mężczyzny...


Nawet nie wiem od czego zacząć oceniając ten film. Może od aktorów? Zapowiadało się nieźle bo wszak Campan i Bellucci, którym sekunduje Gérard Depardieu. Jednak ich gra zamiast urzekać - irytuje. Zmanierowany Depardieu, wciąż wrzeszcząca Bellucii i nijaki (choć to może akurat zamierzone) Campan razem są mieszanką bardzo ciężkostrawną. Ich postaci są mocno bezbarwne i do bólu oklepane - łasa na kasę dziwka, przeciętniak chcący ją poderwać oraz brutalny alfons - gangster. Zero w tym polotu. A to za sprawą tragicznej fabuły i sztucznych, prymitywnych dialogów, do których ich autorowi powinno wstyd być się przyznać. Niestety oglądamy grę aktorską i słuchamy posuwających fabułę naprzód dialogów przy akompaniamencie pretensjonalnej muzyki, która swą nieuzasadnioną niczym podniosłością sprawia słuchaczowi ból. Nic nie ratuje tego filmu, nawet roznegliżowane kilka razy ciało MILFa Bellucci. Miała być komedia, a wyszedł dramat. Szkoda czasu. jak ktoś chce popatrzeć tylko na Monicę w tym filmie pewnie znajdą się jakieś filmiki z kompilacją jej mniej ubranych scen. 





Just Five: Aktorzy-seniorzy

W drugim odcinku cyklu chcę skupić się na kreacjach aktorskich w wykonaniu aktorów, którzy w czasie kręcenia filmu mieli już skończone co najmniej 70 lat. Wybrałem pięć filmów z ostatnich lat, gdyż po prostu w ponad stuletniej historii kinematografii liczba filmów i osób do wybrania byłaby gigantycznie duża. Oczywiście skupiałem się na filmach, które sam oglądałem więc nie ma tu między innymi obsypanego nagrodami filmu Miłość, którego po prostu jeszcze nie widziałem. W obecnych czasach, gdzie w filmie panuje wszechobecny kult młodości bardzo ważne jest to, by starsi i doświadczeni aktorzy dostawali godne rolę u schyłku swojej kariery. Filmy w zestawieniu udowadniają więc, że nie trzeba wstępować do ekipy aktorskiej Niezniszczalnych, by godnie spełniać się zawodowo w starszym wieku. Oto wybrane przeze mnie role uszeregowane alfabetycznie po tytułach filmów:

Maggie Smith - Dama w vanie 


Nie jest to może film specjalnie dobry, raczej co najwyżej poprawnie niezły jednak dzięki roli Smith naprawdę zapada w pamięć miesiące po obejrzeniu. Aktorka znana z roli profesor McGonagall w filmowym cyklu przygód o Harry Potterze świetnie poradziła sobie z rolą lekko zdziecinniałej i trochę postrzelonej emerytki zamieszkującej tytułowego vana. Każda scena z jej udziałem urasta do miana małego arcydzieła. 

Michael Caine i Harvey Keitel - Młodość 


Dwóch z najbardziej znanych anglojęzycznych aktorów starszego pokolenia spotyka się ze sobą w pięknym obrazie Paola Sorrentnino dając widzom grę aktorską na poziomie dorównującym pięknu wizualnemu filmu. Ciągle potyczki słowne nie mogącego znieść starości Caine'a z optymistycznym mimo wieku Keitelem to mistrzostwo w swej mimo wszystko skromnej formie. Tylko dla tej dwójki warto zobaczyć ten film, mimo że ma on oprócz tego jeszcze wiele do zaoferowania. 

Bruce Dern - Nebraska


Ten film to wszystko to, co najlepsze w amerykańskim kinie (niezależnym, choć nie tylko!). Wysublimowane kino drogi będące wyjętą z Lyncha prostą historią, jednak dzięki umiejętnemu pokazaniu, a przede wszystkim grze aktorskiej głównego bohatera będące czymś znacznie więcej. Historia podróży postaci granej przez Derna, który wraz z synem przemierza Stany po odebranie urojonej wygranej jest jednym z bardziej poruszających filmów mimo wszechobecnego minimalizmu. A znaczna w tym zasługa właśnie świetnego Derna. 

Ian McKellen Pan Holmes


Najsłabszy (choć nie słaby) film w całym zestawieniu, który jednak znalazł się na liście dzięki odtwórcy pamiętnej roli Gandalfa w trylogii Władcy Pierścieni i trochę mniej pamiętnej roli Gandalfa w trylogii Hobbita. McKellen w świetny sposób pokazuje tutaj postać Holmesa w dwóch nieznanych z książek o bohaterze płaszczyzn czasowych - jako starszego pana w wieku 70. lat, który jednak wciąż zachowuje pełnie sprawności i 90. letnie zgrzybiałego starca, który musi uporać się z ubywającą sprawnością umysłową. Naprawdę Brytyjczykowi udała się ta metamorfoza i choć film nie zapisze się w historii kina, to jego rola była naprawdę zacna. 

Robert Duvall - Sędzia


Głównym bohaterem filmu nie była postać Duvalla, tak samo jak gwiazdą całości był oczywiście też Robert, ale Downey Jr. Jednak według mnie to Duvall i jego bohater skradli całe show w tym filmie. To jak wykreował on postać tytułowego sędziwego sędziego (choć równie dobrze tytułowym sędzią można uznać Downeya Jr.) to klasa w sobie. Opowieść o trudnych relacjach na linii ojciec - syn staje się wiarygodna właśnie dzięki tym dwóm aktorom. Jeden z bardziej ambitnych hollywoodzkich tytułów ostatnich lat. 

BONUS

Krystyna Feldman - Mój Nikifor


Ta kreacja aktorska nie mogła się zmieścić w zestawieniu, gdyż od jej nakręcenia minęło już 12 lat jednak postanowiłem jako dodatek wspomnieć i przypomnieć tę ocierającą się o wybitność rolę. Zbliżająca się w czasie powstawania filmu do dziewięćdziesiątki Feldman oprócz grania w teatrze wystąpiła w niemal 100 rolach filmowych. Przeważnie były to jednak mało znaczące epizody. Dla większości będzie pamiętana i kojarzona zawsze ze świetną rolą Babki Kiepskiej w popularnym kiedyś serialu. Jednak to właśnie pod koniec bogatej kariery zagrała rolę życia wcielając się w męską postać malarza prymitywisty - Nikifora. Zasłużone nagrody w Polsce, jak i zagranicą. 

                                                            




Niewidzialny prześladowca

Oczy Julii( Los Ojos de Julia)
Hiszpania 2010
reż. Guillem Morales
gatunek: thriller

Thrillery kręcone w ostatniej dekadzie w Hiszpanii naprawdę przypadły mi do gustu. Po obejrzeniu takich filmów, jak Trup, Słodkich snów czy La Cara oculta mogłem z całą pewnością powiedzieć, że jestem fanem tamtejszej szkoły gatunkowej. Włączając Oczy Julii miałem więc nadzieję, że film ten będzie równie dobry, jak wyżej wymienione.


Odzyskująca wzrok po operacji oczu siostra Julii (Belén Rueda), Sara zostaje odnaleziona martwa w piwnicy. Wszystko wskazuje, że kobieta powiesiła się popełniając samobójstwo. Julia jednak nie chce w to uwierzyć i postanawia wszcząć własne śledztwo, w którym sceptycznie pomaga jej mąż, Isaac (Lluís Homar). Wkrótce Julia dowiaduje się o tajemniczym mężczyźnie spotykającym się z jej siostrą, a co gorsze sama zaczyna tracić wzrok...


Wszystko zaczyna się jak w rasowej hybrydzie dreszczowca z kryminałem. Mamy enigmatyczną zbrodnię, dążącą do prawdy bohaterkę, tajemniczego podejrzanego. W pewnym momencie napięcie jest wyczuwalne, a niemal wręcz namacalne. Niestety szereg chwytów, jakie serwują widzom autorzy mniej więcej od połowy filmu rujnuje całość w bardzo dużym stopniu i zamiast nastrojowego filmu mamy kalkę thrillerów klasy B (lub C) z psychopatycznym prześladowcą w roli głównej. 
Bardzo razi mnie niekonsekwencja twórców oraz ich skłonność do wprowadzania różnych irytujących i niedorzecznych twistów fabularnych przekreśla produkcję, która szybko staje się nielogiczna i niespójna. Wiele rzeczy dzieje się 'bo tak' i nie mamy wyjaśnienia szeregu ważnych i niespodziewanych spraw z uzdrowieniami włącznie. Naprawdę liczyłem na dobry film jednak tym razem srogo się przeliczyłem. Chcąc obejrzeć ciekawy hiszpański thriller radzę najpierw zobaczyć jeden z filmów, które wymieniłem na początku, a Oczy Julii oglądać tylko w wypadku zostania koneserem tamtejszej kinematografii.