niedziela, 5 lutego 2017

W niemym kinie

Artysta (The Artist)
Francja, Belgia, USA 2011
reż. Michel Hazanavicius
gatunek: dramat, romans
zdjęcia: Guillaume Schiffman
muzyka: Ludovic Bource

Od wynalezienia kinematografu przez braci Lumière w 1895 do końca lat dwudziestych XX wieku panowała era kina niemego. Czas ten wykształcił własne gwiazdy, które jednak w większości musiały ustąpić miejsca nowym ludziom nowych czasów, które nastąpiły wraz z nas
taniem udźwiękowienia filmów, które to zostało zapoczątkowane Śpiewakiem jazzbandu z 1927 roku. Opisywany film pokazuje losy jednego ze strąconych z piedestału gwiazdorów dawnego kina. 


George Valentin (Jean Dujardin) jest powszechnie uwielbianą gwiazdą kina niemego. Zadufany w sobie artysta zostaje jednak postawiony pod ścianą, gdy świat kina wchodzi w nową erę filmów z dźwiękiem. Nie chcąc się pogodzić z szybkim upadkiem kina, jakie znał Valentin zaczyna swój upadek. Tymczasem zapatrzona w Georga początkująca aktorka Peppy Miller (Bérénice Bejo) rozpoczyna karierę i szybko pnie się do góry.


Film ten jest hołdem dla kina, tym razem kina niemego oraz dawnego przemysłu filmowego i studyjnych początków Hollywood. A że współczesne Hollywood lubi filmy będące hołdem dla Hollywood film Hazanaviciusa został bardzo doceniony podczas ceremonii rozdania Oscarów zgarniając w swoim czasie aż pięć statuetek. Zapewne część z nich została przyznana słusznie, myślę jednak, że kilka z nich trafiło do filmu na wyrost. Ogólna idea przybliżenia współczesnemu widzowi ery filmów niemych oraz wprowadzania nowinki technicznej, jakiej jest dźwięk jest bardzo słuszna. Jeśli realizacja stoi na wysokim poziomie, tak jak w tym filmie to na pewno jest to miła odmiana i coś zaskakująco przewrotnie nowego. Szkoda tylko, że autorzy poszli przybliżając złote lata Hollywood na łatwiznę serwując nam prymitywnie naiwne motywy typowe właśnie dla fabularnie mało zawiłych dzieł kina międzywojennego. Wiadomo, że stworzono tu prosty, lekki film jednak moim zdaniem można było pokusić się o rozszerzenie tego świata, rozbudowanie charakterystyki bohaterów i zerwanie z jednowymiarowością całości. Można było wtedy otrzymać hołdujący przeszłości stary film zrobiony na nowo (udało się to zrobić Chazelle'owi w La La Landzie). Prostota jednak nie umniejsza nic świetnym kreacjom aktorskim pasującego do filmów lat 20. i 30. Dujardina oraz Bejo, a także dobrze wypadającemu na czarno - białym ekranie Johnowi Goodmanowi oraz towarzyszącemu głównej postaci psu (w którego wcielały się trzy psy). Myślę, że mimo pewnego przecenienia produkcji jest to obraz warty obejrzenia dla tego klimatu z lamusa, całej tej niedzisiejszości i banałowi. Nie chciałbym, by kino wróciło do czasów sprzed dźwięku, ale jeśli raz na jakiś czas nowa kinematografia zaserwuje nam coś takiego jestem jak najbardziej za.





Ojcowie i córka

Toni Erdmann
Niemcy, Austria, Rumunia 2016
reż. Maren Ade
gatunek: komedia

O tym filmie mówiło się i słyszało dużo jeszcze wiele dni przed krajową premierą. Ta europejska koprodukcja szturmem podbiła serca krytyków zdobywając wiele nagród i przede wszystkim będąc absolutnym hegemonem wrocławskiego rozdania Europejskich Nagród Filmowych zdobywając tam pięć statuetek w najważniejszych kategoriach (film, reżyseria, aktor, aktorka, scenariusz). Dlatego pod względem nagród doszedłem do wniosku, że idę na europejską wersję La La Landu, który też przecież szturmem wygrywa wszystko, co tylko się da. 


Film opowiada o losach starzejącego się rozwodnika Winfrieda Conradi (Peter Simonischek) - nauczyciela muzyki w jednej z niemieckich szkół oraz o jego relacjach z pracującą w Rumunii córką, Ines (Sandra Hüller). Winfried wyrusza do Bukaresztu, by polepszyć z nią stosunki. Gdy będąca korposzczurem Ines ignoruje ojca, ten przebiera się za swe alter ego - zblazowanego Toniego Erdmanna...


Mam bardzo ambiwalentne uczucia względem tego filmu. Po ilości nagród, jakie otrzymał moje oczekiwania względem niego były naprawdę wysoko zawieszone, lansowana w zwiastunach postać Toniego Erdmanna zapowiadała ciekawą, mimo wszystko inteligentną komedię, i o ile było kilka scen naprawdę niewymuszonego śmiechu, to całość filmu miała raczej dość smutny kontekst, zaś długi metraż (ponad dwie godziny i czterdzieści minut) w kilku momentach solidnie potrafił wymęczyć. Sabotujący poczynania córki Toni Erdmann pojawia się zresztą dość późno i ani on, ani jego prawdziwe oblicze nie jest głównym bohaterem filmu. Produkcja skupia się najbardziej na losach córki, czyli Ines. Jest to postać dla mnie odpychająca, szalenie antypatyczna, pozbawiona kręgosłupa moralnego. Kobieta gardząca drugim człowiekiem, za jedyny cel w życiu mająca awans zawodowy (dla którego jest ekspertem od wazeliniarstwa). Do tego jej korporacyjne zachowanie kontrastuje z perwersjami, jakim oddaje się w nielicznych chwilach prywatnego życia, gdzie narkotyki mieszają się z perwersyjnym seksem. Postać głupkowatego Erdmanna zaś pojawia się bez większego uzasadnienia i pozostaje później niemal do końca filmu - kilka scen z nią jest całkiem irracjonalnych, absurdalnych, część natomiast mocno nielogicznych (jak jego odjazd podstawioną na parkinu limuzyną). Ade serwuje nam film o trudnych relacjach córki z ojcem, krytykę międzynarodowych korporacji oraz wtyka w to debilnego Erdmanna. Jest to niespotykane połączenie. Jednak poszczególne elementy filmu jakby wyjęte nie prezentują się aż tak dobrze - wyszło wiele lepszych filmów krytykujących korporacyjne życie czy traktujących o relacjach dziecko - rodzic. Po tylu nagrodach jednak spodziewałem się czegoś więcej. Całość jest niezła, jednak nie ma tych zapowiadanych fajerwerków. 




Seksmasterka

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej
Polska 2016
reż. Maria Sadowska
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Michał Sobociński
muzyka: Radzimir Dębski 

Jest to jeden z tych filmów, na który od dłuższego czasu czekałem. Mimo dość pokracznego moim zdaniem tytułu (sama Sztuka kochania z pewnością by wystarczyła) opowiadać miał on historię jednej z ważniejszych społecznie postaci drugiej połowy XX wieku, realizacją mieli się zająć producenci docenionych przez widzów i krytyków Bogów, a w głównej roli wreszcie wystąpi Magdalena Boczarska. Także dość szybko wybrałem się do kina.


Jak w tytule: historia życia Michaliny Wisłockiej (Magdalena Boczarska) pokazana od czasów Drugiej Wojny Światowej do lat siedemdziesiątych XX wieku. Śledzimy losy Wisłockiej, gdy ta próbuje wydać swoją najsłynniejszą książkę trafiając na opór twardogłowych partyjniaków (uosabianych postacią Arkadiusza Jakubika), poznajemy też jej dziwny związek ze Stanisławem (Piotr Adamczyk) oraz Wandą (Justyna Wasilewska) oraz przygody z marynarzem Jurkiem (Eryk Lubos). 


Cieszy mnie fakt, że potrafi się wreszcie zrobić w Polsce filmy biograficzne o ważnych i zasłużonych dla kraju osobach przy okazji nie korzystając z popularnym w pewnych kręgach opieraniu się na bólu, cierpieniu, wyrzeczeniach dla Ojczyzny oraz ogólnej martyrologia narodu. Zarówno film o Relidze, jak i teraz o Wisłockiej pokazuje, że bez postaci umierającej za kraj można zrealizować dobre polskie kino biograficzne, a bohaterem można zostać nie tylko będąc gnojonym przez Niemców, Sowietów czy komunistów. Historia Wisłockiej skupia się i owszem na trudnościach, ale aparatczyk PRLowski świetnie zagrany przez Jakubik, który te trudności afirmuje nijak ma się do strzelającego w potylicę NKWDzisty czy też oficera gestapo (w sumie później na spotkaniu autorskim, gdy książkę udaje się już wydać sam pierwszy bije brawo autorce). Cieszy mnie też fakt postawienia w tytułowej roli na Magdalenę Boczarską, którą sobie cenię i uważam, że to ostatni moment, by wkroczyć wreszcie do krajowej aktorskiej pierwszej ligi. Były co prawda przyzwoite filmy z jej udziałem, gdzie była kimś więcej niż statystką (choćby Różyczka) jednak wciąż uważam ją za aktorkę niewykorzystaną, a lata jej nieubłaganie lecą. Tutaj zaś zagrała bardzo dobrze, mimo trudności roli: upływ filmowego czasu, sportretowanie zachowań Wisłockiej, sceny nagości i seksu etc. Ogólnie zaś cała kadra aktorska stanęła na wysokości zadania, a nawet Piotr Adamczyk w swych ostatnich filmach przestał irytować (teraz czekam, aż uczyni to Karolak), zaś Borys Szyc chyba trafił w swoją aktorską niszę. Pierwsza scena ze wspomnianym Szycem jest zaś jedną z lepszych scen ostatnich lat w polskiej kinematografii. Kiluminutowe jedno długie ujęcie w klubie to naprawdę coś, co warto obejrzeć i to więcej niż raz. Tak samo jak i film o Wisłockiej (choć tu może jeden seans wystarczy w zupełności), chociaż produkcja ma pewne niedociągnięcia i ogólnie trochę się dłuży (mimo tego, że nie trwa bardzo długo). Warto dodać, że Sadowska jako muzyk bardzo dobrze dobrała ścieżkę dźwiękową - filmu bardzo dobrze się słucha, a i co niekoniecznie jest normą w polskich produkcjach dźwięk jest zrealizowany w sposób co najmniej dobry. 



American Dream

Amerykańska sielanka (American Pastoral)
USA 2016
reż. Ewan McGregor
gatunek: dramat
zdjęcia: Martin Ruhe
muzyka: Alexandre Desplat

Tym razem wybrałem się do kina na film w reżyserii jednego z dziesiątek aktorów, których lubię. Przy okazji dowiedziałem się, że jest to adaptacja wielokrotnie nagradzanej książki pod tym samym tytułem uznanego amerykańskiego pisarza Philipa Rotha. Jednak jako że nigdy nie spotkałem się z oryginalną powieścią, ani z innymi dziełami Rotha ciężko mi się wypowiadać jakkolwiek o samym pierwowzorze literackim.


Ameryka czasów powojennych. Swede Levov (Ewan McGregor) jest uznawany za człowieka sukcesu. Po licznych rekordach sportowych z czasów szkoły ożenił się z Miss New Jersey, Dawn (Jennifer Connelly). Po ojcu przejął zaś fabrykę rękawiczek więc stać go na beztroskie życie. Tymczasem jego córka Merry (Dakota Fanning) na skutek wojny w Wietnamie i retoryki hippisowskiej mocno się radykalizuje burząc ustabilizowane życie rodziny...


Jak już na początku wspomniałem nie miałem wcześniej styczności z oryginalną powieścią Rotha, także nie mogę nijak powiedzieć na ile film wpisuje się w to, co zostało napisane w książce sprzed dwudziestu lat, ani czy produkcja McGregora jest lepsza czy gorsza niż dzieło pisane. Jednak mogę oczywiście napisać trochę o moich wrażeniach z samego filmu. McGregor odmitologizuje tutaj powojenną Amerykę, która dzięki wojnie wyszła z kryzysu lat trzydziestych, a późniejsze zawirowania polityczno-społeczne postawiły ją w roli przywódcy wolnego świata. Reżyser idąc zapewne śladem pisarza niszczy amerykański sen i pokazuje, że za jednym człowiekiem sukcesu stać musi wielu ludzi, którzy muszą ciężko zapieprzać na tenże sukces. A i samo odniesienie sukcesu w oczach ludzi nie powoduje, że życie zamienia się w sielankę. Jednak sam film, mimo że jest wykonany rzemieślniczo dobrze nie ma w sobie nic, co stawia go ponad przeciętność - myślę, że po kilku, może kilkunastu dniach mało kto będzie pamiętał, że film McGregora obejrzał. Fabuła filmu ani ziębi, ani grzeje, poprawna gra aktorska nie jest na tyle dosadna, by zapamiętać postaci, które same z siebie nie są moim zdaniem specjalnie ciekawe. W rezultacie otrzymujemy solidny film, który to jest zrobiony do bólu poprawnie, jednak nie ma tego nieopisywalnego czegoś, co zmienia dobrą robotę w dobrą produkcję. Można obejrzeć, jednak raczej jako ciekawostkę. 





Krwawa rzeka

Mei Gong He Xing Dong
Chiny, Hongkong 2016
reż. Dante Lam
gatunek: akcja

Znajdująca się w tytule filmu rzeka Mekong nie jest zbyt znana w naszym kraju, jednak pełni ona dość ważną rolę w Azji. Ta czwarta najdłuższa rzeka Azji, a dziewiąta na świecie jest prawie pięciokrotnie dłuższa, niż nasza Wisła. Przy okazji przepływa przez sześć krajów, dzięki czemu jest ważna z handlowego punktu widzenia. Co istotne dla samego filmu - niektóre jej rejony są siedliskiem przestępczości. 


Na rzece przestępcy zaatakowali chiński statek, rabując go oraz zabijając kilkunastu podróżujących na nim Chińczyków. Chińskie władze postanawiają pomścić rodaków oraz pozbyć się Naw Khama (Pawarith Monkolpisit) - władającego niekontrolowaną przez żaden rząd częścią rzeki przestępcy. W tym celu wysyłają oddział specjalny.


Jeśli oceniałoby się tylko stopień realizacji strzelanin, pościgów oraz przeróżnych wybuchów film ten z całą odpowiedzialnością mógłbym polecić tym, którzy katują po raz dwudziesty Rambo - produkcja Lama może być uznana za całkiem dobrą, przepełnioną non-stop akcją alternatywą. Jest to typowy męski film, oglądany do piwa. Myśleć nie trzeba wcale, za to obejrzy się wszystko to, o co chodzi w filmie akcji. Do tego egzotyka miejsca, jakim są tereny rzeki Mekong potrafi przyciągnąć do oglądania - mimo że ogląda się po raz setny tą samą historię, to orientalne realia pochłaniają. Szkoda tylko, że film jest strasznie jednowymiarowy - oprócz pogoni i strzelanin nie ma sobą nic do zaoferowania. Wszystko wygląda pięknie, jednak jest wydmuszką. Fabuła (oparta na prawdziwych wydarzeniach) trzyma się na słowo honoru, w sumie nie wiemy zbytnio o co chodzi, a bohaterowie wymieniają tylko albo kurtuazyjne zdania, nim przejdą do właściwej akcji (tak zwana struktura fabularna pornosa), albo usłyszą kilka zdań założeń tego, co muszą w najbliższym czasie wykonać (tutaj strukturalnie najbliżej filmowi do gry FPS). Niestety nic tu się nie trzyma kupy i po prostu bohaterowie czasem coś powiedzą, by pchnąć akcję do przodu. Ostatnie 25% filmu to już brak jakichkolwiek rozmów i tylko czysta akcja - w sumie może lepiej byłoby, gdyby zrezygnowano z dialogów zupełnie i cały film był oparty na scenach sensacyjnych. W rezultacie dostajemy bardzo dobry film pod względem scen akcji i zerowy fabularnie. A więc w mojej ocenie ujdzie ale nie tego szukam w kinie.




środa, 1 lutego 2017

Ranking Miesiąca 25


























Dom grozy

Zemsta po latach (The Changeling)
Kanada 1980
reż. Peter Medak
gatunek: horror
zdjęcia: John Coquillon
muzyka: Rick Wilkins

Przyzwyczajony do powstających współcześnie taśmowo podobnych do siebie, schematycznych filmów grozy postanowiłem sięgnąć do produkcji sprzed lat, gdzie horrory wydawały się być trochę bardziej wysublimowane (żeby przytoczyć chociaż Omen, Ducha, Byt czy Egzorcyzmy lub Dziecko Rosemary). Jednak tym razem wybrałem seans trochę mniej znanego filmu.


Kompozytora Johna Russella (George C. Scott) spotyka życiowa tragedia - jego żona i córka giną na jego oczach w wypadku drogowym. Po kilku miesiącach zdruzgotany mężczyzna postanawia się przeprowadzić. Zajmująca się wynajmem zabytkowych nieruchomości Claire Norman (Trish Van Devere) znajduje mu przestronny, stary dom. Wkrótce Russell odkrywa, że posiadłość jest nawiedzona...


W obecnych czasach, w których od kilku dekad dominuje kult młodości bohaterami horrorów są przeważnie nastolatki, ewentualnie młode mamy etc. Opisywany właśnie klasyczny film grozy za głównego bohatera ma dorosłego mężczyznę po pięćdziesiątym roku życia. Jednak to chyba jeden z niewielu elementów wyróżniających ten film, dzięki którym jest on inny niż te powstające obecnie. Bo jeśli chodzi o wszystkie zabiegi i schematy mamy tutaj do czynienia z typowym horrorem typu dom, w którym straszy. A Russella i widzów straszy się tu za pomocą takich nowości, jak otwieranie drzwi, skrzypienie podług, hałasy ze strychu, walenie po rurach czy kołysanie się sufitu. Wychodzi na to, że oglądając jeden tego typu film można założyć, że widziało się już wszystko. Sama historia też jest bardzo prosta, choć jak na standardy gatunku całkiem przyzwoita. Chociaż dziwi mnie dlaczego samotny mężczyzna, po traumie straty rodziny wprowadza się do domu, gdzie mógłby spokojnie zamieszkać cały tabor Cyganów? Film broni się też scenami z medium, które wypadają przekonująco i ogląda się je dobrze. Muzyka, choć standardowa, jak dla gatunku też jest plusem dodatnim. Atmosfery strachu czy zaszczucia bohatera jednak specjalnie się nie odczuwa. Jest to raczej film dla zapalonych miłośników gatunku, niż dla wszystkich. Także fani horroru mogą się dobrze bawić i czuć, jak u siebie...w domu. Dla innych niekoniecznie.