wtorek, 6 września 2016

Japońska incepcja

Detektyw nocnych koszmarów (Akumu tantei)
Japonia 2006
reż. Shinya Tsukamoto
gatunek: thriller, fantasy

Parafrazując Forresta Gumpa mogę powiedzieć, że azjatyckie kino przypomina pudełko czekoladek - nigdy nie wie się na jaki film się trafi. Specyfika regionu przynosi nam ogrom równie specyficznych pozycji o różnej jakości, a ich oceny wśród społeczności filmowej wahają się diametralnie - czasem dobry film może mieć niską średnią ocenę, innym razem zaś słaby zostanie obejrzany tylko przez ludzi, którym przypadnie on do gustu sztucznie zawyżając tym samym ocenę. I dlatego też lubię tamtejsze kino - to zawsze podróż w nieznane i żeby zacząć oglądać jakiś azjatycki film potrzeba odważyć się zrobić pierwszy krok. I czasem, tak jak i tym razem będzie to krok prosto w przepaść. 


Młoda policjantka Keiko (Hitomi) prowadzi śledztwo w sprawie kilku zaskakująco brutalnych samobójstw. Nie jest przekonana, że denaci sami odebrali sobie życie. Szczególnie, że wszyscy przed śmiercią kontaktowali się telefonicznie  z osobą zapisaną jako 0. Aby ruszyć sprawę z miejsca bohaterka zamierza poprosić o pomoc Kyoichiego (Ryûhei Matsuda), który potrafi wkraczać do cudzych snów...


Podobno o wiele lepiej jest pisać o filmach słabych, niż tych dobrych, gdyż po prostu jest możliwość łatwego rozpisania się, analizując wady omawianej produkcji. Jednak czasami film jest tak beznadziejny, że szkoda czasu żeby rozwodzić się szczegółowo nad tym, jak każdy z detali jest słaby. Chociaż po opisie fabuły wydawać mogłoby się, że jest ona interesująca oglądając film widać jej płytkość i wszystkie braki logiczne. Nic się tam nie trzyma kupy i jakichś związków przyczynowo-skutkowych. Także montaż filmu jest dramatyczny, efekty wołają o pomstę do nieba (np. szyba tłukąca się zanim bohaterka w nią uderzy), gra aktorska kuleje, a całość nie trzyma w napięciu ani przez chwilę. To nie jest tak, że jestem uprzedzony do tego typu filmów owianych aurą godną Strefy 11, gdyż w sumie bardzo podobny film koreański, Psycho-metry podobał mi się i oceniłem go pozytywnie. Natomiast opisywanego właśnie dzieła nie polecam i radzę się trzymać od niego z daleka. A że jest jeszcze druga część, ponoć ta słabsza - cóż, to chyba tylko dla wybitnych masochistów.






niedziela, 4 września 2016

Ranking Tygodnia 77

I oto zestawienie filmów z ostatniego tygodnia. Tak się złożyło, że obejmuje jeszcze dwa filmy z poprzedniego miesiąca:











Oniryczna kalka

Palimpsest
Polska 2006
reż. Konrad Niewolski
gatunek: thriller

Niedawno na polskich ekranach gościł owacyjnie przyjmowany na festiwalach film Tomasza Wasilewskiego Zjednoczone stany miłości, który to niezbyt przypadł mi do gustu. Wystąpili w nim Andrzej Chyra wraz z Magdaleną Cielecką. W opisywanym właśnie filmie autora kultowej dzisiaj Symetrii (gdzie również oglądaliśmy Chyrę) oglądamy tę parę ponownie. Co zresztą nie powinno dziwić, gdyż aktorzy do tej pory spotkali się na rozmaitych planach filmowych aż ośmiokrotnie. 


Główny bohater, policjant Marek (Chyra) prowadzi śledztwo w sprawie swojego zabitego kolegi z policji. Pomaga mu w tym policjant Tomek (Robert Gonera). Marka łączy dziwna więź z żoną zabitego, Hanką (Cielecka).  


Trudno dużo pisać o tym filmie, szczególnie pod względem fabularnym. Jednym powodem jest potrzeba nie zdradzania zbyt wielu aspektów scenariusza, innym zaś fakt, że słowo fabuła jest użyte w odniesieniu do tej produkcji trochę na wyrost. Mamy tutaj w sumie zlepek kilku scen połączonych osobą inspektora policji i jego dziwne śledztwo. 
Śledztwo jest tutaj zresztą takim filmem w filmie, gdyż rodem z Mulholland Drive Lyncha mamy tu do czynienia z logiką na prawach mar sennych. Z Lyncha zaczerpnięto nie tylko motywami z filmu z udziałem Naomi Watts, ale też w kilku aspektach wzorowano się na Zagubionej autostradzie. Odtwórstwo autorów widoczne jest też w kilku innych miejscach, gdyż najwidoczniej inspirowali się oni różnymi filmami - zagadkami, Gdyby to, co widzimy w tym filmie użyte było w kinematografii po raz pierwszy to czapki z głów i uznać można byłoby Niewolskiego za wizjonera. Niestety to powielanie kliszy. A nawet kilku klisz. Aktorstwo i ciężki, niepokojący klimat ratują całość przed katastrofą, jednak nie jest to wystarczająca zachęta do spędzenia z filmem 80 minut.






Synowi na ratunek

Jak Bóg da (Se Dio Vuole)
Włochy 2014
reż. Edoardo Maria Falcone
gatunek: komedia

Z okazji otwarcia w ten weekend nowej sali w lokalnym kinie studyjnym postanowiłem ją jak najszybciej odwiedzić i zobaczyć, jak ogląda się w niej filmy. Weekendowy repertuar przewidywał kilka filmów, które wyświetlane będą w tej sali. Jako że nie miałem ochoty na ckliwe melodramaty postanowiłem wybrać się (choć z pewnymi obawami, o czym więcej za chwilę) na europejską komedię. I oto kilka zdań o moich wrażeniach. 


Kardiochirurg Tomasso (Marco Giallini) prowadzi ustabilizowane życie wraz ze swoją żoną Carlą (Laura Morante), studiującym medycynę synem Andreą (Enrico Oetiker) i mieszkającą nieopodal córką Biancą (Ilaria Spada) oraz jej mężem (Edoardo Pesce). Zauważa jednak dziwne zachowanie syna. Gdy Andrea mówi, że ma zamiar coś zakomunikować rodzinie Tomasso zaczyna podejrzewać, że ten syn jest gejem. Prawda jest dla lekarza znacznie gorsza, gdyż...syn wyznaje, że chce zostać księdzem. Tomasso szybko odnajduje odpowiedzialnego za decyzję syna ojca Pietra (Alessandro Gassman).


Trochę bałem się tego filmu. Oczekiwałem po nim czegoś na wzór propagandowej serii Bóg nie umarł, którego nie mogłem dokończyć pod wpływem płynących tam treści. Czytając opis właśnie komentowanego filmu, gdzie zestawiało się ojca ateistę, syna dążącego zostać księdzem i jego mentora - szałowego ojczulka to jakoś od razu zapaliła mi się lampka z ostrzegawczym sygnałem - 'Uwaga, agitka'. Jednak poszedłem na ten film i obejrzałem...naprawdę fajną, europejską komedię, która nie moralizowała, nie wskazywała co jest dobre, a co złe oraz w lekki sposób doprowadzała w regularnych odstępach mnie i resztę sali do spontanicznego śmiechu z sytuacji i dialogów, które były ukazane w filmie. Szkoda, że w gatunku tego typu komedii już wszystko chyba wymyślono i film Falcone to po prostu zbiór kilku pierwszorzędnych komediowych pomysłów, jednak te wszystkie stereotypy wypadają tu nadzwyczaj dobrze. Dobrze wypada też sam przekaz, który nie mówi 'Jak nie będziesz z nami to pójdziesz do piekła', a raczej 'Nie ważne czy i w co wierzysz, bądź po prostu przyzwoitym człowiekiem'. To mnie kupiło. Także obserwowanie perypetii bohaterów filmu dostarcza wiele emocji, a krótki metraż filmu (niecałe 90 minut) sprawia, że ciągle coś się dzieje, nie ma czasu na nudę. Takie komedie lubię - jest dużo okazji do niewymuszonego uśmiechu, jest trochę czasu na refleksję, nie ma wpajania ideologii, a humor jest przystępny i lekki, bez masy znanych z amerykańskich filmów wulgarnych i ciągle powtarzających się (pseudo)żartów o seksie i pierdzeniu. Nie spodziewałem się tego po filmie, gdzie głównym bohaterem jest ksiądz ale to najlepsza komedia, jaką obejrzałem w tym roku. Więc co mogę powiedzieć? Idźcie i oglądajcie. 




sobota, 3 września 2016

Prawdziwa Ameryka

Aż do piekła (Hell or High Water)
USA 2016
reż. David Mackenzie
gatunek: dramat, kryminał 

Większość filmów amerykańskich toczy się w wielkich miastach. Poznajemy przeróżne historie od dramatów przez kryminały po filmy akcji dziejące się w Nowym Jorku, Chicago, Los Angeles czy od biedy w Detroit czy San Francisco. Jednak te wielkie aglomeracje miejskie to przecież tylko silnie zaludnione enklawy w kraju, gdzie zdecydowana większość powierzchni to bezdroża i pustynie. Prawdziwa Ameryka zaś zaczyna się tam, gdzie kończy się miasto. I w tym filmie to widać. 


Po wyjściu z więzienia Tanner Howard (Ben Foster) wraz ze swym rozwiedzionym bratem Toby'm (Chris Pine) zaczyna okradać oddziały pewnego banku, który wcześniej skonfiskował ich rodzinną farmę. W tym celu podróżują po wyludnionej okolicy atakując poszczególne placówki. Ich śladem rusza odliczający dni do emerytury strażnik teksasu, Marcus Hamilton (Jeff Bridges). 


Fabuła jak widać po krótkiej zapowiedzi jest raczej sztampowa i dość prosta. Jednak w tego typu filmach prostota nie jest minusem, dostajemy przecież typowe męskie kino z minimum środków, a maksimum satysfakcji z przekazu, jaki niesie film. W filmie widzimy prawdziwą duszę USA, specyfikę dużej części kraju i jej mieszkańców. Zapomniane przez ludzi i Boga półwymarłe miasteczka, w których żyją czy wręcz wegetują przygnieceni kryzysem ekonomicznym ludzie. Ludzie, jak to w tych rejonach kraju bywa to typowe rednecki, którym do szczęścia wystarczy piwo i naładowana broń. W miejscach, gdzie dzieje się akcja pistolet (lub strzelbę bądź nawet karabin) posiada każdy - czy to młodzieniec czy dziadek. I nikt nie zawaha się jej użyć. Więc też bohaterowie poruszają się tu w realiach współczesnego Dzikiego Zachodu. Ścigać ich zaś będzie zbliżający się do emerytury, pragnący ostatnich chwil sławy zgorzkniały rasista, który widział już chyba w swoim życiu wszystko. Mimo sztampowych postaci ogląda się to nadzwyczaj sprawnie.
Siłą filmu jest klimat tych zapadniętych dziur, w których dzieje się akcja. To one, bardziej niż postaci (które mimo swej sztampowości są sztampowe w sposób akceptowalny) budują tu atmosferę. A wszystko podkreśla wspaniała, odpowiednio skomponowana do filmu muzyka Nicka Cave'a Całość więc aż chce się oglądać. Nie jest to film, który doczeka się lawiny nagród i o którym będzie się mówiło latami, a raczej taki z tych, które w przyszłości zagoszczą w późnowieczornych ramówkach niszowych stacji, jednak jeśli jest okazja obejrzeć - naprawdę warto. 





Co jest grane, bracia Coen?

Ave, Cezar (Hail, Caesar)
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Joel Coen, Ethan Coen
gatunek: komedia, dramat

Bracia Joel i Ethan Coenowie są jednymi z najważniejszych reżyserów światowych ostatniego ćwierćwiecza i ciężko z tym dyskutować. Przez lata wydali na świat kilka naprawdę bardzo dobrych produkcji, które zostaną zapamiętane na długie lata. Mamy więc cieszące się popularnością Fargo czy ekranizację prozy Cormaca Mccarthy'ego To nie jest kraj dla starych ludzi. Osobiście jednak ostatnim filmem ich autorstwa, który mi się podobał był remake klasycznego westernu Prawdziwe męstwo. Jak zaś wypadli przy okazji swojego najnowszego filmu?


Lata 30. ubiegłego stulecia. W Hollywood trwa tworzenie się superprodukcji kinowej pod tytułem 'Ave, Cezar'. Doglądający pracy producent, Eddie Mannix (Josh Brolin) musi sobie radzić z kilkoma problemami, takimi jak zajście w ciążę gwiazdki filmowej DeeAnny Moran (Scarlett Johansson) czy pijaństwem głównej gwiazdy produkcji, Bairda Whitlocka (George Clooney). W pewnym momencie Whitlock znika z planu filmowego. Okazuje się, że został porwany...przez komunistów.


Reżyserskie grube ryby Hollywood przyciągają równie wielkie nazwiska aktorskie. Oprócz wymienionych już wyżej w obsadzie swoje pięć minut (a czasem nawet mniej) mają między innymi Ralph Fiennes czy Channing Tatum. Jednak oprócz tego, że nazwiska te kosztowały producentów dodatkowe miliony dolarów to ich rola ogranicza się chyba tylko do fajnie prezentującego się plakatu. Ci wszyscy kasowi i w gruncie rzeczy co najmniej przyzwoici aktorzy nie zagrali zbyt wielkich ról. Przynajmniej ja wiem, że nie zapamiętam ich kreacji na dłużej niż kilka dni do przodu. Clooney, Johansson czy Tatum nigdy nie byli perfekcyjni ale tutaj są naprawdę bardzo nijacy. Może to wina marnie prowadzących ich reżyserów. 
Dużym zawodem dla mnie jest też sama fabuła. Przez większość filmu nic się nie dzieje. I nic się nie dzianie nie jest często dla mnie wadą, jednak są filmy, w których wolno tocząca się akcja jest zrobiona dobrze. I nie jest to samo co nuda. A tu przez ponad połowę filmu jest po prostu nudno. Także przez te niemal dwie godziny wyłapałem może z trzy błyskotliwe dialogi, które kiedyś były wizytówką braci-reżyserów. Film w długich momentach jest o niczym. Niby coś gadają, gdzieś chodzą, coś robią ale ogólnie płycizna. 
Zawiodłem się na tym filmie, od którego oczekiwałem ponad dwa razy więcej niż dostałem. Już Co jest grane, Davis przyjąłem z odrobiną zawodu, jednak to, co zafundowano nam w opisywanej właśnie produkcji jest rzeczywistym potwierdzeniem słabszej formy sławnych braci. Ale chyba w tym wypadku może już być tylko lepiej.