sobota, 5 marca 2016

Wpuścić chamstwo na salony

Drobne cwaniaczki (Small Time Crooks)
USA 2000
reż. Woody Allen
gatunek: komedia

Moją opinię o filmach Woody'ego Allena w ostatnich latach uważni i stali czytelnicy (np. ja) mojego bloga już powinni znać (dla przypomnienia można przeczytać tu i tu). Dlatego żeby dać jeszcze jedną szansę temu cenionemu jednak wciąż przez wielu autorowi cofnąłem się kilkanaście lat wstecz, by obejrzeć trochę starszy film ze średniego etapu jego kinowej kariery. 


Podstarzały drobny kryminalista Ray (Woody Allen) wyciąga pieniądze od swej żony Frenchy (Tracey Ullman), by wraz z niezbyt błyskotliwymi kolegami wynająć lokal po upadłej pizzeri. Miejsce to sąsiaduje z bankiem, który panowie chcą obrobić wykonując z piwnicy budynku podkop. Dla przykrywki Frenchy zaczyna prowadzić w lokalu sklep z ciasteczkami. Ostatecznie z napadu nic nie wychodzi, jednak małżeństwo niespodziewanie dorabia się na sprzedawanych ciasteczkach. Małą fortuną zaczyna interesować się światowiec David (Hugh Grant).


Woody Allen w tym filmie nie zaskakuje dając nam po prostu produkcję w stylu...Woody'ego Allena. Mamy więc neurotycznego bohatera, w którego wciela się sam Woody Allen bohater ten jest więc typowym Woodym Allenem. Mała różnica polega na tym, że zamiast z inteligentem mamy do czynienia z niezbyt bystrym cwaniakiem - prostakiem. 
Same założenia komediowe obfitują w różne komiczne scenki sytuacyjne czy humor słowny. Jest to typ humoru lekkiego i bez specjalnego polotu. Aż żałuję, że nie ma tu salw śmiechu rodem ze slapstickowych produkcji, które uświadomiłby mnie kiedy dokładnie miałbym się śmiać. 
Fajnie za to pokazano świat nowobogackich i to co się dzieje, kiedy chamstwo przedostaje się na salonie. Bohaterowie to ikony kiczu i pretensjonalnego zachowania. Pokazywanie ich bezguścia i braku elementarnej wiedzy to chyba najfajniejsze momenty filmu. Także aktorstwo stoi tu na solidnym, dobrym poziomie i do tego przyczepić się nie można. 
Dobrze, że sam film, jak przeważnie u tego autora jest dość krótki, 90 minutowy więc mija to szybko. Równie szybko zapewne mi wyleci z głowy ta produkcja jako całość, jednak zapewne dla fanów nowojorskiego komika to pozycja obowiązkowa.








piątek, 4 marca 2016

Ziemia obiecana

Obce niebo
Polska, Szwecja 2015
reż. Dariusz Gajewski
gatunek: dramat

Już ponad sto lat temu Kazimierz Przerwa - Tetmajer pisał Wolę polskie gówno w polu,
Niż fijołki w Neapolu. Jeśli zamienimy włoski Neapol na mroźną Szwecję to chyba będziemy mieli najlepiej wyrażone ogólne przesłanie filmu Gajewskiego. Kolejnego, po solidnym i nagradzanym zarówno w Polsce jak i w Skandynawii Intruzie tworu filmowej koprodukcji polsko - szwedzkiej w 2015 roku. 


Film ukazuje losy pary polskich emigrantów żyjących od kilku lat w Szwecji. Basia (Agnieszka Grochowska) i Marek (Bartłomiej Topa) próbują wiązać koniec z końcem żyjąc w baraku wraz z przybyszami z innych stron świata, którzy to przybyli ubogacać kulturowo ten skandynawski kraj. Lepsze chwile przeplatają tymi gorszymi, a wydaje się, że głównym spoiwem ich związku pozostaje córka Ula (Barbara Kubiak). Dziewczynką zaczyna się jednak interesować miejscowa opieka społeczna w osobie bezdusznej Anity (Ewa Fröling), która doprowadza do zabrania dziecka rodzicom i oddania jej do szwedzkiej rodziny zastępczej...


Pierwsze co chcę napisać to to, że mamy do czynienia z bardzo dobrym filmem celnie uderzającym w problematykę społeczną. Film ten dołącza do wielu społeczyzujących kryminałów skandynawskich literatów, którzy w swych dziełach ukazują wszystkie bolączki tamtego systemu, które sprawiają, że Skandynawia nie jest dla wszystkich ziemią obiecaną. Gajewski w swym filmie uderza w bezduszność systemu, który w sumie zgodnie z prawem może zabrać każdemu dziecko bez większych dowodów winy rodziców i przekazać je na długie lata komuś innemu nie bacząc na dobro i wolę dziecka. Oglądając postępowanie tamtejszego urzędu społecznego aż włosy mogą stanąć na głowie. Drażliwa tematyka filmu sprawia, że sądzę, iż jeśli byłaby to produkcja amerykańska to mogłaby się doczekać nawet nominacji oscarowej, gdyż tamtejsza akademia lubi tego typu sprawy. Film podobny jest swą konstrukcją do co lepszych produkcji społecznych z Francji czy właśnie ze Skandynawii. Widać, że właśnie potomkowie wikingów dokładali tu rękę do jego powstania. Bardzo w mieszkańcach Skandynawii podoba mi się to, że oni w swej literaturze i kinematografii nie boją się rozliczyć z bolesnymi fragmentami historii czy jasno powiedzieć, co jest złego w obecnym ich systemie. U nas takie próby spotykają się przeważnie z ostrą krytyką środowisk hmm patriotycznych i łatka antypolskości. A moim zdaniem sztuki jest także rozliczanie się z mniej chwalebnymi rzeczami w dziejach własnego narodu. 
Kilka słów należy się grze aktorskiej. Mamy tu naprawdę dobrze wyglądających Grochowską i Topę, którzy pokazują w dodatku to, że nieźle władają mową Szekspira. Młoda Kubiak jak na swój wiek to chyba top 3 ostatnich lat w kategorii dziecięcych aktorów w polskich produkcjach. Do tego szereg wiarygodnych szwedzkich aktorów ze sławną z roli u Borgmana Ewą Fröling. Cieszy, że tak rozpoznawalna dla kinomanów postać pojawia się w polskim filmie. 
Mógłbym się doczepiać do kilku nieudanych czy niezrozumiałych scen w filmie, jak choćby dziwnej końcówki ale te elementy, które nie stoją na dobrym poziomie to w sumie tylko kilka procent całości. Dostajemy naprawdę mocny, poruszający film na ważny temat i cieszy, że jest to polska produkcja. Po raz kolejny mogę z radością powiedzieć, że nasza kinematografia wkracza na dobrą drogę. 



czwartek, 3 marca 2016

Dziwny film o dziwnym tytule

Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (Loong Boonmee raleuk chat)
Tajlandia 2010
reż. Apichatpong Weerasethakul
gatunek: dramat, fantasy 


W zeszłym roku opisując dość solidny horror Shutter - Widmo wspomniałem na wstępie, że jest to moje pierwsze spotkanie z tajskim kinem. Było to dokładnie rok temu, 3 marca i tak się przypadkowo złożyło, że teraz nadszedł czas na kolejny mój kontakt z filmem z tego orientalnego kraju. Tym razem wybór padł na film wydawać by się mogło nie byle jaki, gdyż dzieło reżysera którego nazwiska nawet nie spróbuję wymawiać otrzymało w 2010 roku Złotą Palmę w czasie festiwalu w Cannes (przez 70 lat tylko dwóch Polaków odebrało tę statuetkę: Wajda i Polański). 


Na tajską wieś przybywają Jen (Jenjira Pongpas) i Roong (Kanokporn Tongaram), by spotkać się z ciężko chorym na ostrą niewydolność nerek wujka Boonmee (Thanapat Saisaymar). Mężczyzna przeczuwający bliskość swej śmierci toczy egzystencjalne rozmowy z członkami rodziny. W czasie wieczornego posiłku materializuje się duch żony gospodarza, zmarła przez 19 laty Huay (Natthakarn Aphaiwonk), a z lasu przybywa zaginiony syn bohatera, który zamienił się w małopoluda. 


Jest to film bardzo silnie zakorzeniony w kulturze, religii i obyczajowości tajskiej, czy szerzej dalekowschodniej, która to u nas jest niemal zupełnie nieznana. Nawet znając założenia buddyzmu ale nie praktykując tego wyznania ciężko jest wczuć się w tę historię i sposób, w jaki myślą o życiu i śmierci bohaterowie. Dlatego też taki film okazuje się niezrozumiały dla większości europejskich widzów. Mamy tu więc do czynienia z wierzeniami w reinkarnację, pewnością działania karmy czy bezapelacyjne przyjmowanie pojawienia się duchów czy potworów. Światopogląd tajski jest zupełnie inny niż nasz, więc wiele rzeczy w filmie może okazać się dziwna. 
Urzeka w filmie sposób przedstawienia świata. Choć same statyczne kadry nie są najlepsze to przedstawiają bardzo bogatą przyrodę Tajlandii. Mamy świetne łąki, lasy, jeziora czy dżungle. Do tego, tak jak w bardzo dobrym W objęciach węża mamy tu do czynienia z wciąż słyszalnymi w tle odgłosami. Ciągle jakieś zwierzęta piszczą, terkoczą czy też wydają inne właściwe swemu gatunkowi odgłosy. Ta świadomość czyjejś obecności gdzieś tam z boku jest bardzo ciekawym doświadczeniem. 
Dziwi mnie scena pokazana mniej więcej w połowie filmu. Przenosimy się w czasie do historii brzydkiej księżniczki, która to zabawia się w jeziorze z sumem. Dziwne to, kontrowersyjne i zadowolić może zwolenników rybiej zoofilii. 
Film mnie ten nie porwał, ale jak już pisałem nie jestem w stanie na 100% zrozumieć wszystkiego tego, co zobaczyłem na ekranie. Mądrzejsi ode mnie ludzie, którzy obejrzeli tysiące filmów dojrzeli w nim coś genialnego, skoro postanowili wyróżnić go w Cannes. Więc mimo to polecam obejrzeć, jednak na pewno nie jest to film dla zwykłego zjadacza kinowego popcornu.


środa, 2 marca 2016

Meksykańska homotragedia

Eisenstein w Meksyku (Eisenstein in Guanajuato)
Belgia, Holandia, Meksyk 2015
reż. Peter Greenaway
gatunek: biograficzny, romans

Siergiej Eisenstein choć dla wielu jest postacią anonimową to dla fanów kina jako sztuki powinien być więcej niż znany. Ten urodzony w 1898 roku radziecki reżyser i montażysta wyprzedził w sztuce filmotwórstwa swe czasy o dobre dwie dekady, a prawidła montażowe, według których nakręcił swe największe dzieła (Pancernik Potomkin, Stajk i Październik) są w dużym stopniu używane do dziś. W sumie studiując jego biografię można znaleźć wiele tematów na film. I właśnie w zeszłym roku powstało dzieło ukazujące pobyt reżysera w Meksyku. 


Opromieniony sukcesami w kraju, jak i rozpoznawalnością w USA reżyser Siergiej Eisenstein (Elmer Bäck) przybywa do Meksyku, by tu nakręcić swe największe dzieło filmowe. Jednak zaraz po przybyciu zaczyna zaniedbywać obowiązki twórcze wikłając się w znajomość ze swym meksykańskim przewodnikiem, Palominem (Luis Alberti), z którym wdaje się w romans. 


Film ten nie pokazuje wcale pracy reżysera nad filmem czy też ogólnie jego pracy jako takiej skupiając się nad homoseksualnym aspekcie jego życia. Greenaway w swym filmie poniekąd stawia tezę, że dzieło ¡Que Viva Mexico! okazało się wielką klapą pośrednio ze względu na homoseksualne zauroczenie reżysera, jakiemu poddał się będąc w Ameryce Środkowej. Co do homoseksualnych scen to niestety w filmie widok nagich męskich ciał z każdej perspektywy to norma i przez około 20 procent produkcji widzimy czyjeś genitalia lub przynajmniej pośladki. Dodając do tego sceny męsko - męskiego seksu, które ukazane są dość naturalistyczne to mamy do czynienia wydawać by się mogło z wysokobudżetowym filmem homopornograficznym z fabułą, a nie z pełnoprawną normalną produkcją. 
Pochwalić można ten film za to, że jest bardzo kolorowy, mnogi w detale kostiumowo - lokalizacyjne i naprawdę ciekawie nakręcony. Ciężko mi jednak ocenić pewne aspekty tego dzieła, jak na przykład częste pokazywanie fotografii osób, o których mowa w filmie czy podział ekranu na trzy identyczne części w niektórych scenach. To pierwsze rozwiązanie jest początkowo oryginalne i ciekawe, potem już jednak męczy, szczególnie, że postaci z czasem się powtarzają. Miało wyjść artystycznie, a wydaje mi się, że ponad 70 letni Greenaway zaczerpnął ten pomysł od poślednich youtuberów. 
Naprawdę podobać mogą się też niektóre sceny i dialogi z przemyśleniami postaci oraz zestawienie dwóch kontrastujących ze sobą światów i społeczności: rosyjskiej i meksykańskiej (w tle dochodzi jeszcze ta północnoameryańska). 
Reasumując ciężko jest ocenić ten film. Ma on oryginalnego bohatera, z którego twórcy wyciskają co najwyżej część jakości, bezpretensjonalną warstwę obyczajową, która czasem przekracza granicę dobrego smaku oraz materiał na dobry film, którym jednak w ostateczności nie staje się. Każdy jednak opinię na temat tej produkcji powinien wystawić już po obejrzeniu. I zainteresować się dziełami wybitnego reżysera z początków świetności kina. 




Enigmatyczny posterunek

Czysta formalność (Una pura formalità)Francja, Włochy 1994
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: kryminał, thriller


Ten film był od dłuższego czasu na mojej liście filmów do obejrzenia i to zajmował bardzo wysoką pozycję na niej. Obejrzenie dzieła, gdzie spotykają się Giuseppe Tornatore (twórca choćby Maleny czy Konesera), Roman Polański i Gérard Depardieu, które dodatkowo jest thrillerem - kryminałem to dla mnie oczywisty wybór. Szkoda, że w Polsce ciężko było dobrać się do tego tytułu. Jednak wreszcie udało mi się to zobaczyć. 



W deszczową noc policjanci zgarniają na komisariat przemoczonego mężczyznę (Gérard Depardieu), który nie dość, że dziwnie się zachowuje to jeszcze nie posiada przy sobie żadnych dokumentów. Człowieka tego podającego się za pisarza Onoffa przesłuchuje lokalny inspektor (Roman Polański), który jak się okazuje zna wszystkie dzieła literata. Policjant wyjawia mu, że w okolicy doszło do morderstwa... 


Dawno nie widziałem filmu tak...dziwnego. Mamy tutaj naprawdę zagadkową historię, przewrotne i zakręcone dialogi, postaci lawirujące w sprzecznych ze sobą zeznaniach oraz naprawdę klimatyczną lokalizację, jaką jest tajemniczy posterunek, w którym to odbywa się zdecydowana większość akcji oraz przewrotne twisty fabularne. Jeśli miałbym wybrać kiedyś dziesięć najlepszych pod względem klimatu lokacji w dziejach filmu na pewno umieściłbym tam tę komendę. Wszystko, od złowieszczej pogody przez porozstawiane wszędzie miski z wodą po tajemniczą szafę i równie zagadkowych pracowników - no po prostu świetne miejsce na film tego typu. Duża zasługa w tym samego reżysera Tornatore, który to nawet ze zwykłego wydawać by się mogło sposobu nalewania wina potrafi zrobić symboliczną i godną uwagi scenę. Symbolika jest w tym filmie bardzo ważna, ogólnie nie polecam oglądać go mimochodem ze śladowym zainteresowaniem. Należy przeżywać ten film w skupieniu bacznie obserwując każdą scenę, wsłuchiwać się szczegółowo w każdy pojedynczy dialog, gdyż inaczej nie pozna się całej historii, a tutaj kilka nieopatrznie zrozumianych zdań może sprawić, że nie zrozumie się sensu filmu, albo zrozumie się go opacznie lub niepełnie. Twórcy zaserwowali nam wiele smaczków, w postaci gestów aktorów, elementów scenografii czy pełnych inteligencji pojedynków na słowa. Swoje trzy grosze dokładają tu też sami aktorzy. Depardieu i Polański są tu w swej najlepszej życiowej formie i widać to chyba w każdej ze scen. Szkoda, że Polański nie wystąpił w większej ilości filmów, gdyż co widzę go na ekranie zdaje mi się, że to jeden z lepszych aktorów jakich mieliśmy nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Do tego trzeba docenić ścieżkę dźwiękową mistrza Ennia Morricone, która potrafi przykuć do ekranu.
Tytułowa czysta formalność wcale nie okaże się formalnością, przez co dostajemy film skomplikowany, trudny w odbiorze. Na pewno nie jest to produkcja dla wszystkich, jednak jak już zdecydujemy się oglądać to z każdą nową sceną, z każdym dialogiem czy detalem zaczniemy doceniać kunszt twórców. Sądzę, że warto. 






Mój jest ten kawałek podłogi

Pokój (Room)
Irlandia, Kanada, 2015
reż. Lenny Abrahamson
gatunek: dramat

Film ten chciałem zobaczyć już od jakiegoś czasu, zanim to dowiedziałem się o oscarowych nominacjach, które to nigdy nie były dla mnie wyznacznikiem dobrego filmu (dla szukających dobrej filmowej różnorodności polecam bardziej europejskie festiwale w Cannes, Wenecji lub Berlinie) jednak tak się złożyło, że z powodu wejścia filmu do polskich kin w weekend poprzedzający oscarową ceremonię zobaczyłem produkcję w kilkanaście godzin po tym, jak grająca tam Brie Larson otrzymała swoją statuetkę. Czy słusznie? 


Joy (Brie Larson) mając 17 lat została porwana przez człowieka, którego nazywa Starym Nickiem (Sean Bridgers). Mężczyzna ten więzi ją od siedmiu lat w szopie na terenie swojej posesji. Razem doczekali się mieszkającego wraz z matką potomka, który w momencie rozpoczęcia filmu właśnie kończy pięć lat. Dla małego Jacka (Jacob Tremblay) tytułowy pokój jest całym światem. Chłopiec nie zdaje sobie sprawy, że poza pomieszczeniem, w którym znajduje się wraz z matką istnieje coś jeszcze. Tymczasem Joy zamierza ponownie spróbować wydostać się z szopy...


Dostajemy film, który naprawdę nieźle potrafi działać na ludzkie emocje. Będące adaptacją książki dzieło potrafi sprawić, że widz w skupieniu pomyśli o życiu bohaterów, jak i pewnie swoim. Kameralne, klaustrofobiczne sceny życia w małym pomieszczeniu, które oglądamy przez dużą część filmu są bardzo sugestywne, a całość została nakręcona z dbałością o najmniejsze detale. Wraz z posiadającymi ziemistą cerę bohaterami widzowie niemal duszą się w obskurnej szopie, która dla Joy i Jacka jest całym światem. Sceny w pokoju to na pewno najlepsze momenty filmu. Filmu, który wzrusza i zmusza do refleksji, który pokazuje zarówno jasne jak i ciemne elementy ludzkiej duszy. 
Ogólnie całość fabuły trzyma się niemal wszędzie kupy, jednak do kilku scen i zdarzeń miałbym wyraźne znaki zapytania. Nie będę tu tego zdradzał, niech każdy sam obejrzy we własnym zakresie i może wyłapie o co mi chodzi, jednak w filmie jest kilka wyraźnych nieścisłości. 
Wszyscy zachwycają się rolą Brie Larson i w sumie nie widzę w tym nic złego, gdyż naprawdę dobrze odegrała postawioną w trudnej sytuacji matkę dziecka z gwałtu - do tego wciąż przetrzymywaną w nieludzkich warunkach. Jednak dla mnie pozytywnym zaskoczeniem jest rola młodego Tremblay'a. Porównując innych dziecięcych aktorów, jakich znamy z polskich filmów i seriali mamy dosłownie przepaść dzielącą nasz grajdół, a to co pokazał Jacob. Tak naturalnej roli dziecięcej nie widziałem od dawna. Całość wrażenia tej postaci psuje fakt, że chłopak nie ma pięciu czy nawet sześciu lat, a prawie dziesięć (więc niemal dwa razy więcej niż postać, w jaką się wciela). No ale znaleźć pięciolatka do takiej roli to pewnie mission impossible. 
Całość ogląda się naprawdę dobrze, jest to film który powinien być stawiany jako przykładowa dobra produkcja. Nie wznosi się na ponadprzeciętność jednak w każdym aspekcie prezentuje równy poziom powyżej normy. Chciałbym sobie życzyć więcej filmów tego pokroju. A wszystkich, którzy jeszcze się wahają zapraszam do odwiedzenia Pokoju.







wtorek, 1 marca 2016

Hołdowanie hołoty

Grimsby (The Brothers Grimsby)
Wielka Brytania 2016
reż. Louis Leterrier
gatunek: komedia 

Ali G., Bruno, Aladeen czy przede wszystkim Borat. Kto nie zna przynajmniej części z tych postaci wykreowanych przez brytyjskiego komika Sachę Baron Cohen'a? Można doceniać, bądź też nie humor prezentowany w filmach z wymienionymi wyżej bohaterami jednak na pewno nie wolno odmówić różnorodności postaci, w jakie wciela się niczym kameleon jeden i ten sam aktor. Teraz do tego grona przygłupów dochodzi kolejna osobowość i osobliwość, a mianowicie angielski dresiarz, Nobby.


Nobby (Sacha Baron Cohen) mieszka wraz ze swą tłustą partnerką (Rebel Wilson) i około dziesiątką dzieci, dzięki którym utrzymuje się z opieki społecznej w angielskim Grimsby. Oprócz picia litrów piwa w pobliskim pubie i oglądania meczów piłkarskich Nobby ma jeszcze jedną pasję - dbanie o pamięć brata, z którym został rozdzielony 28 lat wcześniej. Gdy dowiaduje się w pewnym momencie, gdzie ów brat (Mark Strong) ma przebywać udaje się na poszukiwania. Nie wiem, że Sebastian jest tajnym agentem i ma ważną misję ochraniania życia filantropki Kate (Penélope Cruz).


Każdy kto oglądał wcześniej filmy firmowane twarzą Baron Cohena chyba powinien wiedzieć, czego spodziewać się po najnowszej jego produkcji. Dostajemy więc po raz kolejny przaśną komedię z idiotą występującym na pierwszym planie. Tym razem wybór trafia na małomiasteczkowego dziecioroba - zadymiarza - alkoholika, coś na wzór naszego kibola, który to nie grzeszy ani inteligencją ani elokwencją. Jest zaś dumny z należenia do warstw nizin społecznych. Nazywana tu po imieniu hołota jednak jest broniona przez twórców, którzy wyjaśniają widzom dlaczego potrzebni są ludzie tego stanu.
Humor zawarty w filmie nie odstępuje ani na krok wcześniejszym produkcją spod znaku Cohena, a więc jest ciężkostrawnie, niesmacznie, chamsko i bez zmiłuj. Oglądając film czasem śmiałem się i aż mi było głupio, że śmieję się z takich rzeczy. Należy dodać, że żarty są tu przede wszystkim z gatunku tych okołofallicznych czy homoseksualnych (trzeba się przygotować na widok męskich genitaliów i odbytów, ewentualnie wdzięków baaaardzo grubych kobiet) czego kwintesencją może być scena eee safari ze słoniami, obrywa się jednak też m. in. Billowi Cosby'emu, Danielowi Radcliffe'owi czy Donaldowi Trumpowi. Jednak nie dzielę humoru na ambitny i mniej ambitny. Żart może być śmieszny albo nie. A wygląda na to, że ten tutaj jest, chociaż po wszystkim ma się solidnego moralnego kaca, gdy się pomyśli, że to naprawdę bawiło.
Cohen tutaj nie odkrywa Ameryki na nowo, jest często wtórny, a poziom wielu scen jest dość niski. Jednak jako całość ogląda się to wszystko zadziwiająco sprawnie. Dzięki krótkiemu metrażowi (trochę ponad 80 minut) nie ma chwili na nudę, co najwyżej wkurzają częste wstawki z dzieciństwa braci. Dodać do tego należy fakt, że zatrudniono całkiem znane aktorskie nazwiska, które spełniły zadanie. 
Jak mawiał ojciec dyrektor ciężko nazwać szambo perfumerią, jednak na pewno ten film nigdy nie aspirował do bycia czymś innym niż jest, więc jeśli pójdzie się na niego, by obejrzeć niezobowiązującą i odmóżdżającą rozrywkę nie na poziomie na pewno nie będzie się rozczarowanym.