czwartek, 27 kwietnia 2017

Duże dzieci

Kamper
Polska 2016
reż. Łukasz Grzegorzek
gatunek: dramat
zdjęcia: Weronika Bilska
muzyka: Czarny HIFI

Cieszę się, że jakiś czas temu sieć kin Helios uruchomił (zapewne w porozumieniu z PISF lub inną instytucją) cykl Kultura Dostępna, która cyklicznie każdego tygodnia umożliwia w dogodnej cenie obejrzenie polskiego filmu, który niedawno premierowo gościł na ekranach kin. Sam często korzystam z możliwości zawitania na seans Kultury Dostępnej, najczęściej nie dlatego, żeby zaoszczędzić kilka złotych (bo przecież polskich filmowców należy wspierać i wynagradzać za dobrą robotę), lecz po prostu nie zawsze można zdążyć na wszystkie premierowe filmy zaś dzięki temu projektowi istnieje możliwość nadrobienia zaległości. Tym razem nadrobiłem Kampera. 


Około trzydziestoletni Mateusz z racji sposobu gry w Counter Strike'a nazywany Kamperem (Piotr Żurawski) nie dorósł do swych lat. Choć posiada starającą się być poważną dorosłą żonę Manię (Marta Nieradkiewicz) sam lubi się wygłupiać, grać na konsoli, pić alkohol ze znajomymi i robić inne typowe dla nerda rzeczy. W pewnym momencie uczęszczająca na kurs gotowania Mania oznajmia mu, że zdradza go z prowadzącym zajęcia kucharzem - celebrytą (Jacek Braciak). Tymczasem Kamper zaczyna romansować z lektorką Hiszpańskiego, egzotyczną Luną (Sheily Jimenez)...


Film ten jest jedną z pierwszych w Polsce filmowych prób pokazania przedstawicieli młodego, wchodzącego w dorosłe (postudenckie) życie pokolenia, które niespecjalnie chce się zestarzeć i wejść w długie spodnie. Choć od zawsze powstawały filmy o buntach pokoleniowych i kontestacji przez tych młodszych zachowań właściwych dla starszych, to jeszcze nie było zbytnio filmu o nerdach i ich sposobie na życie. Swoją drogą Kamper cierpi na łagodne stadium znerdowacienia, bo choć sobie pogra na konsoli, pośmieje się, pozbiera trochę figurek etc to nie zatracił jeszcze poczucia rzeczywistości, ma całkiem dobrą pracę, gdzie robi to, co lubi (testuje gry). Niestety gdy pojawia się samiec alfa (choć kurduplowaty), który to reprezentuje sobą męski styl (szykowny garnitur, kosztowny zegarek i dużo kasy) i typ macho (chamstwo) Kamper stoi na straconej pozycji. I chyba oprócz tego, że jest niegroźnym nerdem gorsze jest to, że Kamper w tej sytuacji długo pozostaje bierny, czyli robi to, co czyni każdy kamper - snuje się, zaczaja i czeka nie wiadomo na co. I choć sam zaczyna się spotykać z inną kobietą to w kwestii swojego związku długo pozostaje bierny. To chyba większy kryzys tożsamości i męskości niż jego zainteresowania, które dziś, w XXI wieku nikogo nie powinny dziwić. Grzegorzek nieźle sportretował dzisiejszych trzydziestolatków i w sumie warto zainteresować się tym filmem. Nie tylko z powodu braku konkurencji na ten temat. 



niedziela, 23 kwietnia 2017

Ranking Tygodnia 106

I oto trochę opóźniony, ale jest ranking filmów z tygodnia świątecznego :D










Ukryta logika

Ukryte piękno (Collateral Beauty)
USA 2016
reż. David Frankel
gatunek: dramat
zdjęcia: Maryse Alberti
muzyka: Theodore Shapiro

Czasami, gdy ogląda się rocznie nie dziesiątki, a setki filmów podczas niektórych seansów człowiek zastanawia się po co ogląda akurat ten właśnie film. Z filmami przecież jest jak z Hydrą - po obejrzeniu jednego z nich od razu okazuje się, że na obejrzenie czeka kilka kolejnych produkcji. Wszystkiego więc nie da się obejrzeć, dlatego też przecież szkoda czasu na słabe filmy. Dlatego też siedząc w kinie na seansie opisywanego filmu pytałem sam siebie Co ja tu robię?



Howard (Will Smith) był swego czasu czołowym nowojorskim specem od reklamy. Jednak po zdecydowanie przedwczesnej śmierci córki mężczyzna staje się cieniem samego siebie snując się tylko bez życia z miejsca, w miejsce. Zaniepokojeni współpracownicy (Edward Norton, Kate Winslet, Michael Peña) nie mogąc decydować w firmie bez pomocy Howarda, który wciąż posiada większość akcji postanawiają go skompromitować, by sądownie podważyć później jego poczytalność. Wynajmują w tym celu detektywa, który odkrywa, że Howard wysyła listy do Czasu, Miłości i Śmierci. Współudziałowcy postanawiają zatrudnić troje aktorów (Helen Mirren, Keira Knightley, Jacob Latimore), by ci wcielili się w ucieleśnienie owych trzech abstraktów i złożyli wizytę Howardowi...


Mamy tutaj do czynienia ze zlaicyzowaną wersją  pochodnej z Opowieści wigilijnej i niedawnej Chaty. W klasycznym dziele Dickensa skąpego i nieczułego na magię świąt Bożego Narodzenia bohatera nawiedzał  abstrakcyjny Duch Świąt. W bestsellerze z ostatnich miesięcy zdruzgotany ojciec zmarłego dziecka dostał list od samego Boga. W filmie tym zaś mamy do czynienia z abstrakcyjnymi pojęciami, jakimi jest Czas, Śmierć i Miłość. Chociaż akcja dzieje się w Boże Narodzenie nikt nie nazywa tego inaczej, jak po prostu nieokreślone święta. Wszak określenie Boże Narodzenie mogłoby kogoś urazić (czy na takiej zasadzie  gdzieniegdzie obchodzony Dzień Truskawki obraża tych, którzy truskawek nie jedzą?). Nie sprawdzałem, ale jeśli Kultura Dobra opisywała ten film to znając ich sekciarskie zapędy nie zostawili tam filmowi zbyt pochlebnej opinii. I dobrze! Nie odnosząc się do wątku świąt religijnych jako takich, bo nie o tym jest też film ani o zasadniczej roli abstraktów zamiast jakiejś bardziej osobowej wersji jakiegokolwiek Boga czy też boga (lub jego zauszników) film jest po prostu słaby i dziwi mnie wysoka ocena społeczności filmwebu. Jak dla mnie Howarda mogliby odwiedzić i Papcio Chmiel, Pan Yapa, Papa Smerf czy Czyngis Chan, byle dało się to oglądać. Niestety takiego zgromadzenia tandety połączonej z miałką głupotą dawno nie widziałem. Do tego, jakby tego mało Frankel zaserwował nam film skrajnie defetystyczny, gdzie wciąż mówi się o śmierci, bohaterowie umierają na potęgę, a i tak przesłaniem filmu jest znalezienie w tym tytułowego ukrytego piękna. No cóż, nie uważam, że jest cokolwiek pięknego w śmierci, no ale scenarzyści dostrzegli chyba więcej. Miałem natomiast pewne nadzieje z aktorami występującymi w filmie, wszak mamy do czynienia ze współczesną czołówką Hollywood, jednak oprócz Hellen Mirren wydaje się, że wszyscy dopasowali się do poziomu scenariusza. Nagromadzenie głupich wątków (choćby tego z Naomie Harris) powoduje, że oglądać mogą to chyba tylko fani pseudo mądrości spod pióra Paulo Coelho. 

AKTUALIZACJA: Sprawdziłem na Kulturze Dobra i cóż, małe zdziwienie. Ocenione, jako Dobry ale z bardzo poważnymi zastrzeżeniami, a to za sprawą umiarkowanie dużej ilości fałszywych doktryn i przekleństw. Sądziłem, że ocena będzie bardziej surowa :)


sobota, 22 kwietnia 2017

Kiepscy mordercy

Małżeńskie porachunki (Dræberne fra Nibe)
Dania 2017
reż. Ole Bornedal
gatunek: komedia kryminalna
zdjęcia: Dan Laustsen
muzyka: Joachim Holbek

Lubię skandynawskie filmy, zwłaszcza te pochodzące z Danii i Szwecji. Przeważnie to mroczne kryminały wzorowane na tamtejszej literaturze mistrzów gatunku, dramaty społeczne lub pełne sarkazmu i ironii specyficzne komedie. Jest z czego wybierać. Gdy dowiedziałem się, że do polskich kin wchodzi duńskie połączenie komedii i kryminału wiedziałem już, że muszę to zobaczyć. Szczególnie, że dodatkowego smaczku dodawał udział w filmie polskiego aktora, Marcina Dorocińskiego.


Dwaj szemrani przedsiębiorcy, Ib (Nicolas Bro) i Edward (Ulrich Thomsen) mają problemy ze swoimi żonami. Te (Mia Lyhne i Lene Maria Christensen) odmawiają im seksu i ogólnie są dla nich w ich mniemaniu zbyt zołzowate. Mężczyźni dochodzą do wniosku, że aby uratować swoje życie trzeba się rozwieść. Jednak, gdy prawnik informuje ich ile kosztować ich będzie rozwód Ib i Edward wpadają na inny pomysł - taniej będzie pozbyć się żon za pomocą płatnego zabójcy. Po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu Edward wynajmuje mordercę ze Wschodu, Igora (Marcin Dorociński). 


Oczekiwałem po tym filmie sporo. Niestety choć miewał on zabawne momenty i posiada kilka ciekawych scen nie dostarczył on tego, czego się spodziewałem. Niestety choć liczyłem na coś niestandardowego, nowego i innowacyjnego dostałem kalkę z filmów podobnego typu. Kalkę pełną schematów i uproszczeń, gdzie w sumie bardzo szybko wiadomo, jak potoczy się akcja i co zobaczymy za kilka scen. Po prostu odgrzewany kotlet, jakich pełno w kinie zarówno amerykańskim, jak i europejskim. Cieszy fakt wystąpienia w kolejnej zagranicznej produkcji Dorocińskiego, choć niech nikogo nie zwiedzie polski plakat (na którym jest tylko on) i zapowiedzi. Chociaż aktor ma całkiem sporą rolę jest tylko drugim planem, a w oryginalnych duńskich plakatach i zapowiedziach nawet nie występuje z imienia i nazwiska. Jego postać niestety jednak potraktowana jest mocno stereotypowo i szkoda, bo liczyłem na coś więcej niż wiecznie pijanego Ruska, który oprócz brutalności i upicia się nie ma nic innego do zaoferowania. Ogólnie stereotypy to coś, wokół nieustannie orbituje i fabuła filmy, jak i zawarte w nim gagi i ogólnie humor. Niestety często jest to żart prymitywny, bardzo niskich lotów i bardziej po drodze mu do niesławnych amerykańskich komedii, niż do inteligentnych europejskich filmów komediowych, jakie wciąż (choć coraz rzadziej) występują na rynku. Także niestety chociaż nie jest to film zły rozczarowałem się, licząc w sumie nie wiem na co dobrego. Da się to oglądać, czasem można się szczerze zaśmiać, jednak film ten nie pozostanie w pamięci na zbyt długo. Zmarnowany potencjał.





niedziela, 9 kwietnia 2017

Jak spędziłem koniec szkoły

Plac zabaw
Polska 2016
reż. Bartosz M. Kowalski
gatunek: dramat
zdjęcia: Mateusz Skalski
muzyka: Kristian Eidnes Andersen

Chciałem obejrzeć ten film wtedy, gdy był wyświetlany premierowo, jednak przewinął się on przez kinowe ekrany bardzo krótko (chyba jeden tydzień) i to tylko raz dziennie o późnej porze, a akurat nie miałem wtedy jak udać się na seans. Jak się jednak mówi:  co się odwlecze, to nie uciecze i w tym tygodniu w ramach Kultury Dostępnej film ten powtórnie zawitał na duży ekran, co skrupulatnie wykorzystałem.


Obserwujemy dzień z życia trójki dzieci, które kończą właśnie szkołę podstawową. Szymek (Nicolas Przygoda), Czarek (Przemysław Baliński) i Gabrysia (Michalina Świstuń) pochodzą z różnych rodzin i grup społecznych, jednak wszystkich łączy to, że uczęszczali do jednej klasy.


Film ten był pokazywany w kilku miejscach na świecie i nawet otrzymał kilka wyróżnień i nominacji. W Polsce na jednym z pierwszych pokazów niektóre sceny powitano zaś buczeniem i ostentacyjnym opuszczeniem sali. Także było głośno. 
Sama produkcja i sposób, w jaki została nakręcona i przedstawiona najbardziej przypomina mi tegorocznego zwycięzcę Oscarów - Moonlight. Na pierwszy rzut oka getto z USA i dolnośląskie miasteczko dzieli dużo, jednak jeśli się lepiej przyjrzeć filmy te łączy bardzo wiele jeśli chodzi o pokazanie pewnych zjawisk społecznych, jak i sam sposób realizacji, jak np. podobna podążająca za bohaterami kamera. 
Film ten posiada dość duży ciężar gatunkowy, dlatego niezrozumiałe dla mnie wydawało się to, że ludzie przynieśli na seans wielkie opakowania popcornu. Znając mniej więcej przed projekcją sens całości zastanawiałem się, czy w czasie filmu ten popcorn przypadkiem nie stanie im w gardle, jednak na szczęście okazało się, że przeważnie mieli ze sobą również dużo coli. 
Ciężko jest o tym filmie pisać, bo to dzieło nie do opisywania, a do przeżywania. I wyciągania wniosków. Bo Kowalski nie tylko prowokuje, ale pokazując prawdziwy mikroświat stawia przed widzem pytania. Takie jak o rolę rodziny w kreowaniu postaw dziecka, rolę szkoły i oświaty w jego wychowaniu i socjalizacji czy o bierność tłumu, czyli nas samych. Bo codziennie mijamy wielu Szymków i Czarków z naszej okolicy. 
Film Kowalskiego miał swoje braki ale był jednym z tych typów filmu, które lubię - zostawiających widza z masą pytań i brakiem odpowiedzi. Sądzę, że każdy powinien obejrzeć Plac zabaw i samemu wyciągnąć wnioski z seansu. Bo wiele aspektów tego filmu to nie jest fikcja. Sad but true.




sobota, 8 kwietnia 2017

Parafilia

Amok
Polska, Niemcy, Szwecja 2017
reż. Kasia Adamik
gatunek: kryminał
zdjęcia: Tomasz Naumiuk
muzyka: Antoni Łazarkiewicz


Zbrodnia (a jeszcze bardziej zbrodniarz), o której opowiada film swego czasu zyskała rozgłos nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. O ile w wielu wypadkach zastanawiam się dlaczego jeden mord media stawiają na piedestale i informują o nim i jego konsekwencjach przez bardzo długi czas, a inny, bardzo podobny przybiera formę jednodniowego zdania na pasku telewizji informacyjnej, tak tutaj cała otoczka zbrodni była taka, że zainteresowanie dziwić nie mogło. A po kilku latach na podstawie tego wychodzi nie film, a filmy. 


Z rzeki wyłowione zostają zwłoki pewnego mężczyzny. Po dość długim czasie na policyjną infolinię dzwoni anonimowy telefon, w którym mężczyzna mówi, że klucz do zagadki zbrodni znajduje się w świeżo wydanej książce Amok. Prowadzący śledztwo policjant Jacek (Łukasz Simlat) w treści grafomańskiej książki znajduje wiele powiązań z przestępstwem sprzed lat. Postanawia spotkać się z autorem powieści, Krystianem Balą (Mateusz Kościukiewicz)...
\

To że historia jest iście filmowa i zainteresowała filmowców do stworzenia filmu nie dziwi. Natomiast dziwi fakt, że dwa filmy powstały praktycznie w tym samym czasie. Oprócz polsko - niemiecko - szwedzkiej koprodukcji Adamik nakręcono polsko - amerykański thriller Prawdziwe zbrodnie Greka Avranasa z m.in. Jimem Carrey'em, Charlotte Gainsbourg i kilkoma znanymi krajowym aktorami. Produkcja ta to jednak trochę film widmo. Pokazano ją na festiwalu w Warszawie, zebrał on krytycznie niskie noty i ...słuch o nim zaginął. Jakakolwiek szersza dystrybucja kinowa czy na DVD jest obecnie nieznana. Tak więc pozostaje widzom obecnie tylko film Adamik. 
Film, który ogląda się stosunkowo dobrze. Może dlatego, że jest wystarczająco treściwy, a nudne, nieistotne elementy zdarzają się, ale na szczęście tylko co jakiś czas. A może dlatego, że jak na polski film jest zaskakująco dobrze wyprodukowany jeśli chodzi o dźwięk (widać czy też słychać, że koprodukcja). Także wreszcie słyszymy, co nasi aktorzy mówią do siebie i widzów. Tylko tyle, a aż tyle. Także sama historia jest opowiedziana dobrze, chociaż nie jest to odzwierciedlenie prawdziwych zdarzeń w skali 1:1, a raczej autorska interpretacja czy też wizja scenarzystów. Dziwi fakt, że nazwiska lub imiona zostały zmienione, lecz sam Krystian Bala pozostał Krystianem Balą. Ciekawe czy dostał za to do więzienia jakiś przelew? W sumie jego próżna natura cieszy się zapewne z samego zainteresowania jego osobą więc może nie.
Film nie jest typowym kryminałem. Mamy co prawda trupa, jest też podejrzany, śledztwo itp. jednak ciężko to nazwać pełnoprawnym, klasycznym przykładem filmu z tego gatunku. Obejrzycie, to sami się o tym przekonacie. Jednak z braku laku niech będzie, że kryminał. Szkoda, że bohaterowie zostali zbudowani z pewnych klisz. Klisze, jeśli to nie western, noir czy opowieść biblijna/mitologiczna to coś, co nie jest dobre w kinie. A tutaj mamy takie przykłady, jak policjant, który oczywiście jest po traumie w życiu prywatnym, samotny, pijący, który musi się sfokusować na pracy, bo inaczej zapije się na śmierć etc. Także źle wpływają na obraz całości różne retrospekcje, czy też wizje bohaterów - niby miało to być artystyczne, awangardowe, pokazujące jakieś odjazdy ale...według mnie nie wyszło. Na końcu aktorzy. O ile złego słowa nie mogę powiedzieć o Simlacie, który przyzwyczaił już do wysokiego, równego poziomu, to mam pewien problem z Kościukiewiczem. Czasem wydaje mi się, że to po prostu niezbyt dobry aktor, a może zwyczajnie źle obsadzony do roli. Ale ma też kilka scen, gdzie jest całkiem dobry i wczuwa się w postać. Natomiast nic dobrego nie mogę powiedzieć o wcielającej się w rolę (byłej) żony Bali Zofii Wichłacz. Dziewczyna jest ładna, jednak niezbyt nadaje na topową aktorkę (może niedługo zagra dobrze i zmienię o niej zdanie). Tu jednak ma solidną rolę drugoplanową, a nie jakiś ogon więc wypadałoby wstawić kogoś lepszego aktorsko. Chociaż może to wina samej roli, bo postać pani Bali jest dość kiepska. 
Ogólnie mamy więc do czynienia z kolejnym w ostatnich miesiącach polskim filmem kręcącym się wokół zbrodni, zbrodniarza i ludzi, którzy tą zbrodnię odkrywają. O ile wciąż niekwestionowanym liderem wśród tych kilku filmów jest Jestem mordercą, tak opisywany film podobał mi się bardziej od Czerwonego pająka. Także wydaje mi się, że film można spokojnie zobaczyć nie czując przy tym bólu istnienia.