poniedziałek, 29 czerwca 2015
Ranking Miesiąca 6
W czerwcowym zestawieniu znalazło się dziesięć moim zdaniem najlepszych produkcji obejrzanych w ostatnich 4 tygodniach. Wybór był skomplikowany, przynajmniej jeśli chodzi o miejsca w hierarchii, bo jednak nie wszystkie z 20 filmów z czerwca było na tyle dobrych, aby się tu znaleźć. Generalnie jednak poziom rankingu za ten miesiąc jest bardzo wysoki.
Ranking Tygodnia 27
Ostatni tygodniowy ranking czerwca przynosi same bardzo dobre lub przynajmniej niezłe produkcje. Naprawdę chciałby się więcej tego typu tygodni, gdzie nawet prawie najsłabszy film minionych siedmiu dni mógłby zająć wysoką lokatę w którymś z poprzednich notowań. Także do rzeczy:
Obozowe historie
Droga do zapomnienia (The Railway Man)
Australia, Wielka Brytania 2013
reż. Jonathan Teplitzky
gatunek: dramat, biograficzny
Australia, Wielka Brytania 2013
reż. Jonathan Teplitzky
gatunek: dramat, biograficzny
W Polsce mamy swoją martyrologię narodową, wedle której wszystko co złe na świecie skupiło się na naszym kraju i na Polakach żyjących przez te wszystkie lata trwania państwa polskiego. Ciągłe wojny, zarówno z Niemcami i Rosją (oraz Czechami, Szwedami i innymi Ukraińcami), przez przedmurze chrześcijaństwa i walki z Turkami czy dalekimi Mongołami po widmo zaborów, przegranych powstań, II Wojny Światowej, budowanych na terenie naszego kraju obozów śmierci czy lata dominacji radzieckiej zapominamy, że w innych miejscach ludzie ludziom sami zgotowali podobny los tak, by ci drudzy cierpieli. I tego typu filmy przypominają nam, że nie jesteśmy pępkiem świata w cierpieniu.
W wiele lat po II Wojnie Światowej jej weteran Eric Lomax (Colin Firth) poznaje w pociągu Patricie (Nicole Kidman). Będący już w dość średnim wieku ludzie szybko znajdują wspólny język i stają na ślubnym kobiercu. Jednak Erica targają wspomnienia z czasów wojny, co powoduje, że bywa bardzo nieobliczalnym człowiekiem. Nie chce on opowiedzieć żonie o tym, co spotkało go w niewoli japońskiej, więc ta zwraca się o opowiedzenie tego do dawnego towarzysza niedoli męża, Finley'a (Stellan Skarsgård). W jego opowieściach przenosimy się do lat wojny, gdzie młody Eric (Jeremy Irvine) podpada kierownictwu obozu i jest torturowany przez członka japońskich służb, Nagase (Tanroh Ishida). Po latach Lomax dowiaduje się, że Nagase (Hiroyuki Sanada) pracuje w dawnym obozie jako oprowadzacz wycieczek. Postanawia jechać mu na spotkanie.
Film tworzą przeplatane sceny z lat późniejszych, jak i z czasów wojny. Wiele spraw będących chronologicznie pierwszymi zostanie nam przedstawione na końcu. To buduje pewien suspens i napięcie jednak wplata dużą niespójność w całej produkcji. Ogólnie cały film jest dość nierówny, a tempo akcji jest niespieszne i w wielu momentach dość nużące. Kilka razy chciałem się poddać i wyłączyć projekcję. Jednak udało mi się te sceny przeboleć i nie żałuję.
Sama idea filmu pokazująca prawdziwą historię człowieka, który zaznał bolesnych mąk w czasie niewolniczej budowy kolei we wschodniej Azji była bardzo dobra. Sposób wykonania jednak nie zawsze trafiał w dziesiątkę. Brakowało mi trochę relacji Lomaxa z żoną i problemów, jakie musiała z nim mieć. Szczególnie smutne jest to dlatego, że Nicole Kidman zagrała naprawdę bardzo dobrze i miło było widzieć ją w takiej formie na ekranie. Dostaliśmy historię człowieka, który szuka nawet nie tyle zemsty co zrozumienia. Człowieka, który nie zaśnie póki nie zamknie pewnego etapu swojego życia. Oglądając film pewnie nie jednemu przyjdzie na myśl jego antywojenny, pacyfistyczny wydźwięk. Wszak dwóch nieznanych sobie ludzi, którzy widzą się pierwszy raz w życiu nie powinno mieć na zdrowy rozsądek chęci tortury jeden drugiego. Film pokazuje całą głupotę idei wojen dwóch ludów, w terenie w którym nie powinno ich nawet być. Wszak rzecz dzieje się w Tajlandii zajętej przez Japonię, jednak wcześniej skolonizowaną przez Brytyjczyków. Ergo jedni i drudzy swego czasu byli agresorami. Jest to też historia o wybaczeniu i przyjaźni. Może nie porywająca, jednak warta zobaczenia lekcja człowieczeństwa, którego w pewnym momencie zabrakło światu.
Ostatnie pożegnania
Choleryk z Brooklynu (The Angriest Man in Brooklyn)
USA 2014
reż. Phil Alden Robinson
gatunek: komediodramat
USA 2014
reż. Phil Alden Robinson
gatunek: komediodramat
Czas to pojęcie względne. Jakby tak się zastanowić nad wiekiem naszej planety to lata dominacji człowieka to tylko ułamek procenta funkcjonowania Ziemi. Czyli te tysiące lat to tylko kropla w morzu. Ale w takim razie czy stuletnie życie człowieka to mało czy dużo? Jednak uznaje się, że dużo i mało kto z nas dotrwa do 3/4 tej liczby. Jakbym dostał wyrok 10 lat więzienia wydawałoby mi się, że to strasznie dużo. Nawet rok w zakładzie karnym (choć rok nie wyrok) to raczej nieprzyjemna perspektywa. Ale rok życia to zaś strasznie mało czasu. A co dopiero powiedzieć, gdy usłyszymy, że zostanie nam 90 minut?
90 minut. Tyle życia prognozuje podstarzałemu frustratowi Henry'emu (Robin Williams) młoda silna i niezależna lekarka cierpiąca po stracie kota, Sharon (Mila Kunis). Henry dowiadując się, że w wyniku nieusuwalnego tętniaka mózgu zostaje mu półtorej godziny rusza przez Nowy Jork, by rozliczyć się ze swoim życiem. Pierwsze kroki prowadzi do kancelarii, którą prowadzi wraz ze swym bratem Aaronem (Peter Dinklage).
Oglądając film można w wielu momentach błędnie pomyśleć, że jego autorem był Woody Allen. Produkcja ta ma bardzo Allenowski klimat. Zarówno miejsce akcji (Brooklyn, Nowy Jork), sposób narracji, czas trwania (krótki, nieprzekraczający 90 minut), jak i łączący ze sobą zabawną komedię pomyłek z dramatycznymi wydarzeniami na ekranie. Wszystko to daje nam taką bardziej wulgarną wersję lekkich filmów Allena.
Oglądając film i widząc ostatnią rolę Williamsa wiedząc jaki będzie koniec tego wybitnego autora nasuwa się na myśl fakt, że mogłoby być go swoiste pożegnanie aktora ze światem. Gorzkie pożegnanie. Bo sam film jest bardzo nierówny. Pierwsza połowa jest bardzo dobra, zabawna ale też skłaniająca do refleksji. Oglądając Williamsa snującego się ulicami Nowego Jorku i widząc całą absurdalność zdarzenia czekamy na jakiś lepszy finał. Jednak druga część produkcji mocno zjeżdża poziomem i rozczarowuje. Dobry film zamienia się w mdły moralitet o wartości każdej chwili życia, jak i ważności rodzinnych i międzyludzkich stosunków. A szkoda.
Za to z przyjemnością przez cały czas patrzy się na Petera Dinklage'a i Milę Kunis (zwłaszcza na Milę Kunis!). Oraz oczywiście na Robina Williamsa. Po raz ten ostatni raz, niestety.
niedziela, 28 czerwca 2015
Punk's not dead?
We are the best! (Vi är bäst!)
Szwecja, Dania 2013
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat
Rok 1982 zaznaczył się w muzyce kilkoma wydarzeniami. W Polsce Kazik Staszewski założył Kult (choć jeszcze trochę musiało minąć, by stał się rozpoznawalny i kultowy), a z powodu stanu wojennego nie odbył się tradycyjny Festiwal w Opolu. Na świecie miała miejsce premiera przełomowej płyty Michaela Jacksona Thriller, Queen wydaje album Hot Space, Szwedzi z ABBA zaś zawieszają działalność. Ogólnie jednak w świecie dominuje disko i pop, walczyć z tym trendem próbuje rock. A gdzie jest wtedy punk? Mówi się, że punk umiera. Czyżby?
Szwecja, Dania 2013
reż. Lukas Moodysson
gatunek: dramat
Rok 1982 zaznaczył się w muzyce kilkoma wydarzeniami. W Polsce Kazik Staszewski założył Kult (choć jeszcze trochę musiało minąć, by stał się rozpoznawalny i kultowy), a z powodu stanu wojennego nie odbył się tradycyjny Festiwal w Opolu. Na świecie miała miejsce premiera przełomowej płyty Michaela Jacksona Thriller, Queen wydaje album Hot Space, Szwedzi z ABBA zaś zawieszają działalność. Ogólnie jednak w świecie dominuje disko i pop, walczyć z tym trendem próbuje rock. A gdzie jest wtedy punk? Mówi się, że punk umiera. Czyżby?
Wspomniany rok 1982, stolica Szwecji. Poznajemy obdarzoną androgenicznym typem urody 13 letnią Bobo (Mira Barkhammar), której jedyną znajomą jest inna outsiderka, posiadaczka stylowego irokeza Klara (Mira Grosin). Obie dziewczyny wkraczają w etap dojrzewania i fazę bunty, a przy okazji nie są takie jak inne dzieci w ich wieku. Nie idąc za trendami postanawiają założyć zespół punkowy. Problemem jest fakt, że obie nie potrafią grać na żadnym instrumencie. Postanawiają się zwrócić o pomoc do rok starszej posiadaczki gitary klasycznej, pochodzącej z dobrej, chrześcijańskiej rodziny Hedvig (Liv LeMoyne).
Reżyser Fucking Amal przenosi nas w świat schyłkowego dzieciństwa, z właściwym dla tego okresu życia problemami i marzeniami. Jak nigdzie indziej w tak prostej historii udaje mu się pokazać radości i smutki bycia początkującym nastolatkiem. Chociaż mamy tutaj również dorosłych, to kamera skupia się na świecie dzieci, pokazując historię z ich perspektywy. Moodysson w wyśmienity sposób prowadzi widza przez kolejne sceny przyjmujące niemal formę quasidokumentlaną, pokazując pierwszy alkohol, pierwsze miłości czy nieszablonowe dziecięce pomysły. Myślałem, że więcej w filmie będzie muzyki i wątku poświęconego zespołowi, jaki tworzą dziewczyny, jednak to wszystko jest na drugim planie, jakby w tle życia. Wszak gra i zespół to dla dziewczyn marzenie, słuchając ich wiadomo, że niewykonalne, jednak jest to cel, który napędza ich działania. Do tego w tle zawodzą nam szwedzkie punki z epoki, co brzmi bardzo stosownie do filmu, w którym przenosimy się do czasów pierwszych discmanów, winyli i telefonii stacjonarnej (która w Polsce będzie jedynym rozwiązaniem jeszcze przez 20 lat). Świetne role zagrały trzy debiutantki wcielające się w tworzące zespół dziewczyny. Takie naturalne, acz perfekcyjnie oddające postaci aktorstwo, o lata świetlne wyprzedzające polskie dziecięce i młodzieżowe role. Jestem pod wrażeniem bezpretensjonalnego sposobu gry młodych aktorek, które potrafiły poprzez całkowitą immersję wsiąknąć w ten świat, pozwalając też wsiąknąć do niego widzowi. Majstersztyk. Każda z nich jest przy tym inna, z innymi problemami w domu, z innym typem zachowań i wartości. Ta inność jednak zamiast je odrzucać - przyciąga. Tak jak i mnie przyciągnął sam film. Polecam z całego serca dla kogoś, kto chce zobaczyć dobre kino europejskie, które zamiast na akcji i wybuchach skupia się na psychologicznych rysach postaci. Warto powrócić do świata dziecięcego!
sobota, 27 czerwca 2015
Ręka prawdy
Psycho-metry (Saikometeuri)
Korea Południowa 2013
reż. Ho-young Kwon
gatunek: thriller, fantasy
Korea Południowa 2013
reż. Ho-young Kwon
gatunek: thriller, fantasy
Psychometrią w psychologii nazywa się jej dział zajmujący się pomiarem zjawisk i procesów psychicznych, a także opracowywaniem i stosowaniem testów psychologicznych. Tytułowa psychometria jednak wiąże się z drugim znaczeniem tego słowa, a mianowicie z parapsychologiczną dziedziną, w której określa się losy i cechy charakteru osób nieobecnych za pomocą przedmiotów, z którymi te miały kontakt. Jak te zdolności sprawdzają się w koreańskim filmie kryminalnym?
Poznajemy nieporadnego i pechowego seulskiego policjanta Yanga (Kang-woo Kim), który prowadzi sprawę zaginionego dziecka. Gdy policja znajduje wyrzucone do śmieci zwłoki zaginionej dziewczynki Yang zostaje zawieszony. Jednak scena zbrodni przypomina mu o graffiti, które widział poprzedniej nocy. Yang zaczyna więc własne śledztwo, którego pierwszym krokiem będzie odszukanie tajemniczego autora muralu. Gdy go już odnajduje okazuje się, że Joon Kim (Bum Kim) posiada paranormalne zdolności.
Mamy do czynienia z pewną mieszaniną gatunkową. Film w pierwszej części zapowiada się niemal komediowo ukazując nam komiczne sceny z życia Yanga. W pewnym momencie komedię zastępuje pełnokrwisty thriller, który z kolei zamienia się film na pograniczu fantastyki żeby pod koniec znów wyewoluować w dreszczowiec. Wszystko to jest doprawione scenami sztuk walki, typowymi dla Azjatyckich filmów, czyli łubudu przez kilka minut, pełno obrażeń z rozbitymi na głowie dechami czy butelkami, spadkami z wysokości czy innym poturbowaniem kończącym się drobnymi obrażeniami. Ot, taka konwencja. W wielu filmach z Dalekiego Wschodu mamy do czynienia z tego typu przedstawieniem walki i po prostu trzeba do tego przywyknąć: albo się to zaakceptuje albo nie. Ja zdecydowałem się przyjąć zasadę "taki mamy klimat" rozumiejąc, że takie są azjatyckie standardy.
Fabularnie film jest trochę taką sinusoidą, przeplata bardzo dobre fragmenty z kilkoma po prostu słabymi scenami. Na szczęście tych bardzo dobrych bądź dobrych scen jest więcej. Egzotyczna dla nas lokalizacja także działa na plus. Poznajemy różne części dalekiego Seulu co daje widzowi jakieś pojęcie o tej części świata. Fabularnie nie umiem pojęć za to dlaczego kilkuletnie dzieci chodzą same do przedszkola? U nas to jest niepojęte, na początku podstawówki jeszcze często są odprowadzane przez kogoś z rodziny, a tam chadzają sobie same gdzie tylko chcą i kiedy tylko chcą. Patologiczny ojciec wysyła nawet pięciolatkę do sklepy po wódkę! Co kraj to obyczaj.
Podobała mi się za to gra aktorska głównych bohaterów filmu. Kang-woo Kim w roli Yanga był bardzo przekonujący, chętnie zobaczę jakiś inny film z jego udziałem. Także drugoplanowe role oddane były całkiem w porządku. Niespecjalnie przekonałem się do Bum Kima w roli psychometry, ale ogólnie nigdy nie lubiłem typu postaci, w którą aktor wcielał się w tym filmie.
Reasumując Koreańczycy wydali ciekawy film, warty obejrzenia zarówno przez fanów azjatyckiego kina, współczesnych thrillerów, jak i parapsychologii. Elementy nadprzyrodzone nie czynią z bohatera nadczłowieka, a w wielu momentach wręcz piętnują go. Wyważenie między elementami nierealnymi, a rzeczywistym śledztwem jest na dobrym poziomie. Nic tylko oglądać!
piątek, 26 czerwca 2015
Fabryka małp
Geneza planety małp (Rise of the Planet of the Apes)
USA 2011
reż. Rupert Wyatt
gatunek: akcja, sci-fi
USA 2011
reż. Rupert Wyatt
gatunek: akcja, sci-fi
Od dawna już nie jestem entuzjastom wszelakich evergreenowych blockbusterów, które to napędzane marketingiem zarabiają setki milionów dolarów w jeden tylko weekend. Najgorzej jeśli te wyładowane akcją produkcje to jeszcze na dodatek rebooty, prequele, sequele, spin offy itd. Tymczasem zabrałem się za opisywany właśnie film, który spełnia kilka z podanych przeze mnie powodów, by jednak nie tracić czasu na takie produkcje. Więc jaka jest ta Planeta Małp?
W laboratorium w San Francisco naukowcy pracują nad stworzeniem leku na Alzheimera. Testowane specyfiki sprawdzane są na małpach. Jedna z nich po wszczepieniu leku przejawia zwiększoną inteligencję. Jednak na skutek nieporozumienia zostaje zastrzelona, projekt wycofany, a pozostałe szympansy w laboratorium uśpione. Pracownik ratuje jednak małą, świeżourodzoną małpę (Andy Serkis), którą przygarnia doktor Rodman (James Franco). Zauważa on, że małpa przejęła inteligencję po zastrzelonej matce i postanawia wszczepić lek cierpiącemu na Alzheimera ojcu (John Lithgow).
Jako tako pamiętam oryginalną serię Planety Małp zapoczątkowanej w 1968 roku, a wzorowanej na powieści Francuza Pierre'a Boulle'a. Już dawno cykl zdążył przesiąknąć wprost do klasyki kinowego science fiction wymazując z pamięci społeczeństwa fakt, że była to tylko adaptacja. I w tym filmie sprzed prawie pół wieku małpy były grane przez ludzi w kostiumach, dzisiaj zaś małpy są zrobione komputerowo. Jednak to nie jedyna zmiana. Zarówno książka, jak i film opowiadały losy kosmonautów, którzy rozbili się na planecie, gdzie dominującym gatunkiem są małpy, prymitywni ludzie zaś są traktowani jak niewolnicy. Natomiast w filmie Wyatt'a mamy do czynienia z genezą planety małp w taki sposób, że ludzie ludziom sami zgotowali sobie ten los tworząc u nas, na Ziemi genetyczne super małpy. Jak dla mnie to dziwne, chociaż może umknął mi z podstawowej wersji jakiś szczegół, na przykład to, że małpy w kosmosie wzięły się poprzez swoją emigrację z naszej planety, ale raczej nie o to chodzi. Jak dla mnie to trochę dziwnie.
Sam film ogląda się, jak każdy blockbuster osiągający pół miliarda dolarów w weekend płynnie i bez większych oporów. Typowy czasoumilacz w czasie połykania drogiego kinowego popcornu popijanego colą z dodatkiem lodu. Produkcja ma kilka żelaznych reguł, jakim żądzą się tego typu dzieła. Mamy wahającego się dobrego naukowca, osobę, której musi pomóc, łasego na pieniądze szefa korporacji, ładną dziewczynę, z którą zamieszkuje dzięki interwencji mądrej małpy (chociaż ich związek schodzi na 10 tor i powiedzieć, że jest ukazany po macoszemu to nic nie powiedzieć), oraz samą małpę z jej nieskładnymi zachowaniami (raz chce wyjść do ludzi, innym razem jak ludzie chcą ją do siebie dopuścić jednak woli zostać w lesie z innymi małpami) oraz klasycznych dla tego typu filmów familijnych sadystycznym oprawcą w osobie znanego z roli Malfoya Toma Feltona (bo w schroniskach dla zwierząt pracują za pół darmo wszak ludzie, którzy tych zwierząt nienawidzą i chcą, by te cierpiały). Wszystko oczywiście kończy się w iście hollywoodzkim stylu wielką wspomaganą przez komputerowe efekty jatką na słynnym moście Golden Gate Bridge.
Wszystko ogląda się samo, bez zaangażowania ze strony widza, efekty specjalne są, może nawet nie takie złe, małpy stroją małpie miny, mierzwią im się futerka, a para efektownie bucha im z nosa, jednak do cudu efektów komputerowych w postaci o 10 lat starszego Golluma jeszcze im daleko. Także postaci w filmie są bardzo sztuczne, nijakie. Brakuje bohaterom głębi. Mądry szympans Cezar specjalnie nie przekonuje, nie kupiłem go i ciężko było mi mu kibicować, bohater Jamesa Franco także mnie nie zaintrygował, w sumie jak większość kreacji aktorskich.
Co nie zmienia faktu, że to wciąż solidne przygodowe kino w wysokobudżetowym stylu. Ogląda się to z przyjemnością i w sumie za jakiś czas zobaczę sobie pewnie kontynuację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















